THE SHRIEKING WOMAN - Wrzeszcząca kobieta

Dodane przez: białadama, 12.12.2012, 08:36
Reklama:
Ta historia przydarzyła się mi kilka lat temu. Niewiele osób ją poznało, ale ci, którym ją opowiedziałem, z miejsca mnie odprawili. Dlatego teraz chcę zamieścić ją tu, w internecie. Z pewnością większość osób, która przeczyta moją relację, nie uwierzy mi. Jednak nadal mam nadzieję, że ktoś z was weźmie to na serio. Być może ktoś z was przeżył coś podobnego. W każdym razie, koniec gadania. Oto moja historia.
Dorastałem w małym mieście w Restigouche County, New Brunswick. Dla tych, którzy nie wiedzą: to chłodny, górzysty rejon Kanady, słynny z pięknych lasów i rzek. Z całą pewnością zasługuje na sławę; wzgórza, wspaniałe wybrzeża i bujne lasy sprawiają, że w wakacje można się tam świetnie bawić. Jednak z powodu swojego geograficznego położenia, jest tam zimno już we wczesnej jesieni, w czasie której rozgrywa się akcja wydarzenia, o którym opowiem. Jak już mówiłem, dorastałem w małym, przyjaznym mieście, gdzie nie było wiele „nawiedzonych domów“ czy miejskich legend. Ale w następnym mieście, kilka mil dalej, była stara, wiktoriańska posiadłość, o której mówiono, że jest opętana przez ducha kobiety. Zawsze opowiadano mi tą historię w dzieciństwie, ale koło 12 roku życia przestałem wierzyć w duchy i inne bzdury. Jednak nie o tym miałem mówić; powinienem opowiedzieć legendę w sposób, jaki była opowiadana w moim mieście.
Duch był znany lokalnym dzieciom jako „Stara babcia“ albo „Wrzeszcząca kobietą“. Ludzie, którzy uważali to za głupie gadanie, nazywali ją lekceważąco „Krzyczącą babunią“, potrząsając głową na głupich ludzi, którzy w nią wierzyli. Szczegóły historii są inne, w zależności od osoby, którą spytacie, ale to jest najbardziej powszechna wersja: pewnej XIX wiecznej zimy była lokalna epidemia zapalenia płuc. Panowały też inne choroby, takie jak przeziębienia i grypy. Był zimny, śnieży rok, wszyscy siedzieli w domach- były to idealne warunki do rozprzestrzeniania się choroby. Dodając do tego kiepską higienę i prymitywną medycynę tamtejszych czasów, nie należy się dziwić, dlaczego tyle ludzi chorowało. Miejscowy lekarz- jeden jedyny- był zajęty leczeniem zarażonych, jednocześnie starał się powstrzymywać rozprzestrzenianie się choroby. Poszedł do dużego domu na obrzeżach miasta, przedzierając się przez zaspy śniegu i lodowaty wiatr, aby sprawdzić rodzinę, która tam mieszkała.
Historia tej rodziny była tragiczna- właściciel domu zmarł kilka lat wcześniej z nieznanego ówczesnej medycynie powodu. Jego żona, zrozpaczona po nagłej stracie ukochanego, uciekła do Ameryki w nadziei na rozpoczęcie nowego życia, pozostawiając trójkę małych dzieci pod opięką swojej matki. Ostatni raz widziano ją pijaną, zamieszkującą slamsy jakiegoś amerykańskiego miasta, choć nie wiadomo dokładnie którego. Muszę podkreślić, że szczegóły tej opowieści są ciężkie do zweryfikowania. Ja jedynie opowiadam historię, którą słyszałem w dzieciństwie. W każdym razie, w czasie epidemii zapalenia płuc, trójka dzieci była pod opieką babci, uprzejmej starszej kobiety, która robiła wszystko, aby utrzymać swoją rodzinę. Kiedy odwiedził ich miejscowy lekarz, nie wykrył żadnych objaw choroby. Wyjaśnił, że ze względu na wysoką zachorowalność w mieście i problem z dotarciem do ich odosobnionego domu w czasie tak okropnej pogody, nie wróci tu przez co najmniej tydzień. Lekarz był zadowolony, że rodzina była zdrowa i dopóki zostawali w domu, dopóty nie mogli zarazić się żadną chorobą.
Oczywiście lekarz zlekceważył fakt, iż mógł przenieść czynniki chorobotwórcze od pacjentów z miasta do tej rodziny. Nawet jeśli doktor sam nie zachorował, to musiał być zarażony jakimś rodzajem bakterii lub wirusa, gdy odwiedzał rodzinę w ten zimny, posępny dzień. Przez następny tydzień (w czasie którego codziennie padał śnieg) bez przerwy leczył chorych i umierających. Zima ta była jedną z najcięższych zarejestrowanych w historii. Mimo to, doktor dotrzymał słowa i gdy tylko mógł, ponownie odwiedził dom, w którym mieszkała babcia z trójką wnuków. Gdy dotarł na miejsce, zapukał do drzwi. Kiedy nie spotkał się z żadną odpowiedzią, zapukał ponownie i zawołał kobietę. Nadal nikt mu nie odpowiadał, więc sam wszedł do domu. Nie wiem, czy drzwi były zamknięte, w każdym bądź razie w jakiś sposób się tam dostał. To, co zastał w domu, było okropne.
Najpierw przeszedł przez kuchnię, gdzie leżały brudne naczynia i stare, porozrzucane wszędzie jedzenie. Meble były w rozsypce. Bardzo zaniepokojony, udał się do jadalni, gdzie zaniemówił: tam, w swoim ulubionym bujanym fotelu, siedziała ta sama uprzejma starsza kobieta, lecz teraz wyglądała zupełnie inaczej. Jej ciało pokryte było pęcherzami i torbielami, a skóra nabrała jasnoszarego koloru. Oczy były opuchnięte i szkliste, a nozdrza rozszerzone. Jednak najbardziej niepokojące były jej usta. Dolna szczęka wisiała pod niewiarygodnym kątem. Nieliczne pozostałe zęby, pożółkłe i zużyte, wisiały na jej obecnie niebieskawych i wysuszonych dziąsłach. Lekarz dotknął jej ręki. Była zamarznięta. Musiała poważnie zachorować i odejść, a gdy nie było komu rozpalać w piecu, dom stał się lodowaty, przez co zamarzło jej podziurawione przez chorobę ciało. Lekarz wstał i pobiegł na schody wołając dzieci. Wpadł do pokoju dziecinnego, gdzie znalazł dwa niebieskawe, nieruchome ciała. Zaczął płakać, jednak miał cichą nadzieję, że uda mu się uratować choć jedno dziecko. Jak wielkiej doznał ulgi, gdy odkrył, że dziecko wciąż się rusza. Było odmrożone i chore, ale nadal żyło. Jego siostra miała mniej szczęścia: zamarzła prawie tak strasznie jak jej babcia. Trzeciego dziecka nigdzie nie było. Przypuszcza się, że próbowało pójść po pomoc w czasie zamieci i zamarzło na śmierć, lecz nie jest to pewne, bo jego ciało nigdy nie zostało odnalezione. Ocalały chłopiec stracił pamięć i nie wiedział co stało się z jego bratem. Ten szczęściarz wrócił do zdrowia i został adoptowany przez lekarza, który czuł się winny śmierci małej rodziny. W starym domu nikt więcej nie zamieszkał.
W każdym razie, to jest historia, którą słyszałem w dzieciństwie. Teraz opowiem moje własne przeżycia z „Wrzeszczącą kobietą“.
Jak już wcześniej wspomniałem, przestałem wierzyć w duchy (także w tego konkretnego), gdy miałem jakieś 12 lat. Lecz później, będąc nastolatkiem, przejawiałem fascynację okultyzmem i zjawiskami paranormalnymi. Nadal nie wierzę w większość z nich, ale jak wielu ludzi, lubię się bać. Uwielbiam ten przeszywający dreszcz, gdy czytam dobrą straszną historię. Niestety, nikt z moich znajomych nie podzielał moich zainteresowań. Musicie wiedzieć, że wiara w te „bajki“ była oznaką słabości i mimo, iż moje miasto było przyjazne, to niektóre łobuzy mogły drwić lub pobić tych, którzy im się nie podobali. Moje zainteresowanie duchami i strasznymi historiami robiło ze mnie wyrzutka. Jednak wydaje mi się, że dupków nigdzie nie brakuje; ludzie będą gnębić tych, którzy są inni. Nie przeszkadzały mi za bardzo drwiny, lecz fakt, iż nikt nie chciał uczestniczyć ze mną w odwiedzaniu „nawiedzonych“ domów był zniechęcający. Niemniej jednak, kiedy miałem 16 lat, zdecydowałem pojechać autobusem do miasta, gdzie znajdywał się ten rzekomo nawiedzony dom.

Wiem, że się powtarzam, ale muszę szczerzę przyznać, że nie wierzę w duchy. Całe życie byłem sceptykiem. Mimo to, zawsze lubiłem zwiedzać przerażające, opuszczone domy, a jakaś część mnie chciała odnaleźć dowody na istnienie zjawisk nadprzyrodzonych. Zapewne dzisiejsza młodzież nazwałaby to eksploracją miejską. Było to połączeniem tego i bez entuzjazmowego poszukiwania duchów. W każdym bądź razie, była to moja pierwsza wyprawa poza najbliższe mi tereny. Po 30 minutach bus dojechał na miejsce. Gdy wyszedłem, nie prosiłem nikogo o wskazówki. Znałem nazwę ulicy, przy której znajdywał się ten dom, w końcu tą historię słyszałem setki razy. Było to na końcu Birchwood Lane.
Gdy przeszedłem przez główny plac miasta- nazywacie to centrum, w miastach nie tak małych i słabo zaludnionych- zobaczyłem znak z napisem „Birchwood Lane“. Idąc we wskazanym kierunku, przeszedłem obok kilku rzędów nowych domów, później obok starszych budynków i nagle zorientowałem się, że dalsza droga prowadzi do lasu. Na skraju lasu, droga, która została poprowadzona do tego miejsca, nie była już asfaltowa, lecz żwirowa. Westchnąłem i przyspieszyłem. Miałem ze sobą latarkę, ale nie była mi ona potrzebna, dopóki słońce jeszcze całkowicie nie zaszło. Z każdym krokiem droga stawała się coraz bardziej nierówna, a zachodzące słońce i coraz gęstsze liście osłaniały wąską ścieżkę w ciemności. Zanim wyciągnąłem latarkę, drzewa znów się zwężyły i ujrzałem przed sobą duży, zniszczony dwupiętrowy dom. Muszę przyznać, że w tym momencie byłem trochę zlękniony, lecz było już za późno, żeby się zawracać. Przeszedłem przez zarośnięty trawnik, porośnięty nie tylko trawą, ale też krzewami i młodymi drzewami. Czym bliżej domu byłem, tym lepiej go widziałem. Do domu prowadziły pojedyncze drzwi wypadające z zawiasów. Pozostałości z tego, co kiedyś było zapewne gankiem, były teraz zgniłe. Mały daszek znajdujący się ponad drzwiami był teraz niebezpiecznie zgięty. Wyglądało na to, że w każdej chwili mógł się załamać. Tylko jeden z filarów, które miały go podtrzymywać, wciąż stał. Farba z zewnętrznej strony domu prawie całkowicie opadła, a resztki, które pozostały, były mocno popękane. Większość okien była powybijana, a tylko jedno zostało zabite deskami. Dom z pewnością wyglądał staro, ale nie tak, jakby był opuszczony przez 200 lat. Myślę, że ktoś musiał utrzymywać dom w ładzie po śmierci kobiety, został on zaniedbany dopiero jakiś czas później.

Gdy podszedłem do drzwi i wspiąłem się nad resztkami werandy, poczułem nieprzyjemny dreszcz. Nieraz się już bałem, ale ten strach był inny. To było coś więcej niż strach. To było uczucie, że nie jestem tu mile widziany. Odpędziłem od siebie tę myśl i pchnąłem obite drewnem drzwi. Gdy nic to nie dało, kilkakrotnie próbowałem znowu, za każdym razem mocniej, aż w końcu usłyszałem głośny trzask rozpadających się zawiasów. Drzwi przechyliły się i spadły na ziemię. Musiałem odskoczyć, żeby nie spadły na mnie. Strzepnąłem z siebie kurz i wdrapałem się do środka.

Słońce całkowicie już zaszło, przez co musiałem być maksymalnie ostrożny, aby nie wpaść w jakąś z dziur na podłodze. Zapaliłem latarkę i poświeciłem na swoje nogi. Byłem w jakimś dużym korytarzu, który rozchodził się w kilku kierunkach. Na końcu były schody. Szedłem wzdłuż korytarza i przyglądałem się mijanym pomieszczeniom. Ciężko było powiedzieć, do czego miały one kiedyś służyć; wszystkie były teraz tylko kupą drewnianych belek, starych śmieci i kawałkami ścian walających się po podłodze. Wszędzie czuć było zapach pleśni. Kilka książek, zniszczonych i niemożliwych do zidentyfikowania, stało na półce w jednym pokoju. Na podłodze walało się kilka rozbitych słoików. Powoli podszedłem do schodów i zacząłem na nie wchodzić. Bałem się, że tak stare schody mogą nie utrzymać mojego ciężaru i zawalić się. Ostrożnie dotarłem na ich szczyt i rozejrzałem się wokół. Drugie piętro wyglądało niemalże identycznie jak pierwsze, z tym, że było bardziej nierówne. Nie pocieszyło mnie to zbytnio, ponieważ wiedziałem, że w każdej chwili podłoga może się pode mną zawalić, a wtedy spadnę 9 stóp w dół, na stertę gruzu na pierwszym piętrze. Ale co mogę powiedzieć? Byłem tylko głupim, odważnym dzieciakiem. Wizja poddania się i powrotu do domu była gorsza niż ryzyko utraty zdrowia. To zabawne, w jaki sposób myśli czasem młodzież.

Wszedłem do łazienki. Wyglądała bardzo staromodnie. To może brzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę fakt, że cały dom tak wyglądał, ale widok przestarzałych rur, archaicznych toalet i wanny na małych, ozdobnych nóżkach był bardzo osobliwy. Byłem trochę zmieszany, gdy zajrzałem do wanny i ujrzałem stare, czerwonawe plamy. Pierwszą myślą, jaka wpadła mi do głowy, to „krew“. Zaśmiałem się, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że to prawdopodobnie tylko rdza.

Następny pokój, do którego wszedłem, był naprawdę niepokojący. Natychmiast rozpoznałem w nim pokój dziecięcy z opowieści. Stały tam dwa małe łóżka i koja. Z jakiegoś powodu dziecięce łóżka leżały przykryte spleśniałymi, zjedzonymi przez mole kocami. Pomyślałem, że ostatni dozorca domu zostawił to w takim stanie i wydało mi się to odrobinę przerażające. Wyglądało to tak, jakby ktoś dosłownie kilka godzin wcześniej pościelił łóżka dla dzieci. Za to koja nie była niczym przykryta.

Jeśli do tej pory wydaje wam się, że byłem bardzo odważny, to mylicie się. Muszę przyznać, że byłem przerażony. Uczucie, że nie jestem tu mile widziany nadal mnie nie opuściło; raczej potęgowało się wraz z dalszym zwiedzaniem domu. Czym dalej byłem od drzwi, tym mocniej biło moje serce. Ale jak już mówiłem, byłem zdeterminowany, by nie stchórzyć i zostać w domu. Uspokoiłem się i zwalczyłem chęć ucieczki. Patrząc na to z perspektywy czasu, nie powinienem jednak tego robić.

Na górze nie było nic szczególnie interesującego, wszystkie pozostałe sypialnie stały puste. Meble zostały wyniesione lata temu. Spędziłem tam jakieś 20 minut, zanim ponownie ostrożnie udałem się na dół. Wtedy zorientowałem się, że nie widziałem wszystkich pokoi na pierwszym piętrze, ponieważ bardziej interesował mnie pokój dziecięcy. Naprawdę czułem, że powinienem już iść, ale jakaś uparta część mojego umysłu mnie zatrzymała. Przeszedłem przez kilka małych pomieszczeń, gdzie nie znalazłem nic ciekawego.
Lecz wtedy, w ostatnim z niesprawdzonych pokoi, ujrzałem ją.

Nadal ciężko jest mi o tym myśleć. To wspomnienie jest wciąż żywe. Przez 6 ostatnich lat próbowałem zapomnieć o tym, co widziałem tamtej nocy, a teraz znów to przywołuję. Ten obraz nadal nie wyblakł w mojej pamięci. Kurwa. Dobrze, zrobię to.
Przeszedłem przez korytarz do nowego pokoju i gdy światło mojej latarki podświetliło belkę na ścianie, ujrzałem jej twarz. Twarz martwej babci. Przysięgam wam to. Pojawiła się tylko na ułamki sekund, lecz była tak wyraźna, że wiem, iż nie mogło mi się to przewidzieć. Jej skóra była marmurowo szara, miejscami wpadająca w czerń. Każdy centymetr jej ciała pokryty był przez zmarszczki i pęknięcia. Oczy, które wyszły na wierzch, były idealnie białe. Dolna szczęka wisiała luzem, ale nie w sposób, jaki widziałem to wcześniej. Wyglądało to, jakby jej szczęka została zwichnięta lub wręcz wyłamana. Kilka małych, wyszczerbionych zębów trzymało się na jej rozwartej paszczy, a między nimi widniał opuchnięty język. Białe, zmatowione włosy przylegały do jej głowy. Jej wyraz twarzy wyrażał uczucie, które mogę opisać jedynie jako desperację, tak, jakby prosiła o wybawienie od swojego okropnego losu.

Przyjrzałem się dobrze jej twarzy, ale dostrzegłem także górną część jej ciała i nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że ściskała coś w swoich pooranych zmarszczkami dłoniach. Zawiniątko. Wielkości małego dziecka.
Gdy tylko ją ujrzałem, wrzasnąłem. Głośniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Znacie uczucie czystego, niczym nieograniczonego, wszechogarniającego strachu? Strachu wprawiającego w odrętwienie, jednocześnie sprawiającego, że jesteście świadomi wszystkiego, co się wokół was dzieje? Część z was będzie wiedziała, o czym mówię. Upuściłem latarkę i wybiegłem. Biegłem przez dom w kompletnych ciemnościach. Kilkakrotnie potykałem się i uderzałem o ościeżnice, lecz nawet w totalnej panice znałem drogę ucieczki- po 10 sekundach byłem już na zewnątrz. Po prostu nie przestawałem biec, wtedy już we wspomagającym świetle księżyca. Nie jestem do końca pewien kiedy się zatrzymałem, ale po chwili, gdy zobaczyłem krańce miasta, zacząłem szlochać. Pobiegłem do pierwszego domu z zapalonymi światłami i zacząłem walić do drzwi. Otworzył mi oszołomiony mężczyzna; wpuścił mnie do domu, a ja wbiegłem, o mało nie padając na podłogę ze zmęczenia. Kiedy nabrałem tchu i byłem w stanie cokolwiek powiedzieć, poprosiłem mężczyznę o skorzystanie z telefonu. Nadal nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, ale pozwolił mi zadzwonić z kuchni. Do domu wróciłem z ojcem. Mimo, iż wciąż wypytywał mnie o to, co się stało, dopiero po dwóch tygodniach byłem w stanie cokolwiek mu opowiedzieć. Był zły, że włamałem się do opuszczonego domu i do dziś nie wierzy, że zobaczyłem „Wrzeszczącą kobietę“. W końcu ja na jego miejscu też bym nie uwierzył.

Dopiero po kilku miesiącach byłem w stanie spokojnie przespać noc, ale do dziś mam koszmary o martwej, paskudnej twarzy gapiącej się na mnie w ciemnościach. I mimo, iż wtedy nie wydała żadnego dźwięku, w moich koszmarach krzyczy i płacze. Mówią, że wspomnienia o ważnych lub traumatycznych przeżyciach są o wiele żywsze niż te dotyczące codzienności. Myślę, że to prawda. Będę pamiętać tą twarz do końca moich dni.

Nie winię was, jeśli mi nie wierzycie. Ale nie jestem jedynym, który ją widział. Są i inni pechowi ludzie, którzy odwiedzili jej dom w nocy. Słyszałem plotkę, że ktoś zrobił jej zdjęcie, które krąży gdzieś po internecie. Nic mi o tym nie wiadomo, ale przecież go nie szukałem. Już nigdy nie chcę ujrzeć „Wrzeszczącej kobiety“.

http://straszne-historie.pl/data/images/1f15230a06c56ed87b0b94b43d00316a.jpg
Oceń:
60
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!