Dom twój tam, gdzie serce twoje

Dodane przez: ninka, 9.12.2014, 00:04
Reklama:
Siedziała pośrodku pokoju, pustym wzrokiem wpatrując się w podłogę. Łzy powoli spływały po jej bladej twarzy. Pozwoliła im płynąć, nie dbała o to, że bezgłośnie spadały na twarz maleństwa, rozbijając się na mniejsze krople. Jej maleństwo, które tak mocno trzymała w ramionach, przepełniona rozpaczą. Spływały po maleńkim nosku, wciskały się w lekko uchylone usteczka, te usteczka, które nawet nie miały szansy zapłakać tuż po narodzeniu, powiedzieć dziecięcym głosikiem słowa "mama"...
Czuła jak drobne ciałko, wciąż wilgotne od krwi, z wolna ostyga. Jej skórę przeszywały zimne dreszcze, a wściekłość gotowała się w niej. Wiedziała, że on tego pożałuje... Że nie ujdzie mu to na sucho... Gdy zapadła noc, a na niebie pojawił się delikatnie zachmurzony księżyc, wymknęła się z domu tylnym wyjściem, by pozostać niezauważoną przez sąsiadów. W dłoniach trzymała kurczowo niewielki tobołek. Biegła bosa i zmarznięta przez opustoszałe, nieco przymglone pola tak długo, aż ujrzała ciemną ścianę lasu na tle aksamitnie granatowego nieba. Przystanęła i pochyliła się, opierając łokcie na ugiętych kolanach, z trudem łapiąc oddech po długim biegu. Wydawało jej się,że cały świat za moment legnie w gruzach... Bo przecież jak to wszystko wokół może tak po prostu istnieć i nie płonąć z żalu, nie łkać z rozpaczy, gdy ona straciła cały świat, wszystko, co nadawało sens jej trwania przy mężu, przy tym potworze?
Wzięła kilka głębokich wdechów, przełykając z trudem słone łzy. Położyła delikatnie tobołek na trawie i trzęsącymi się rękami odgarnęła materiał białej chusty. Jej dziecko, jej ukochana córeczka, jest już małym aniołkiem...
Żal chwytał ją za gardło, dusił ją i odbierał oddech, lecz nie pozwoliła, by ją stłamsił. Nie mogła się teraz załamać. Wiedziała, że jeżeli nie zdąży wrócić do domu przed swoim mężem, spotka ją taki sam los jak jej ukochaną dziewczynkę... Mimo, iż momentami chciała śmierci, chciała końca tego koszmaru... A teraz pragnęła połączyć się ze swoją córeczką.
Zaczęła gołymi rękami rozkopywać chłodną ziemię. Mimo iż ta sierpniowa noc była jedną z najcieplejszych w ciągu całego lata, to rozgrzebywanie ubitej, gliniastej ziemi przychodziło jej z trudnością. Po długim wysiłku jednak udało się jej wykopać dół głębokości około pół metra - idealny dla jej maleńkiego skarba.
Ostrożnie złożyła córeczkę w prowizorycznej mogile i zaczęła szeptać pod nosem słowa modlitwy "Ojcze Nasz" po łacinie. Ta wersja zawsze wywoływała w niej lepsze uczucia... Była tak piękna, tak tradycyjna i wzniosła... Doskonale oddawała szacunek, który tak bardzo pragnęła okazać.
Zagarnęła z boku warstwę ziemi, przysypując zastygłe ciałko dziecka, przeżegnała się z łzami w oczach i wstała. Wiedziała, że jej maleństwo jest teraz bezpieczne. Już na zawsze.
Wracając, już z daleka widziała jasne światło w oknach kuchni. Wiedziała, że on czeka i że za chwilę może podzielić losy swojego maleństwa, mimo to po raz pierwszy w życiu się go nie bała. Czuła siłę rozpierającą ją od środka, tak silną, że zdawała się za chwilę rozerwać ją na strzępy, uwalniając się gwałtownie, niszcząc mordercę jej dziecka - wiedziała, że dziś skończy się jego panowanie nad nią. Była gotowa na wszystko.

Usłyszał ciche kroki na schodach wejściowych i krótkie skrzypnięcie otwieranych drzwi. Mruknął wściekły, przypomniawszy sobie o niej. Ta szmata, która nawet nie umiała zadbać o własne dziecko... Która nie potrafiła obronić się przed jego ciosami, bo jest zwyczajnie słaba, jest nikim... Muszę ją ukarać za nieposłuszeństwo.
Wiele złych myśli przepływało przez jego otumaniony alkoholem i agresją umysł. Choć może dobrze, że poroniła, nie chciał córki... Pragnął syna, dziedzica majątku, którego wychowa na swoje podobieństwo. Nie chciał kolejnej płaczącej i jęczącej baby, pewnie i tak utopiłby ją, tak jak topi się niechciane małe kocięta i szczeniaki... Tak jak powinno się topić ludzi zbyt słabych, by przetrwać.
Poczuł dotyk na ramieniu. Już chciał się odwrócić i zamachnąć, jednak sekunda otrzeźwienia go powstrzymała. Coś tu było nie tak... Dłoń była lodowato zimna, jakby nieco mniejsza...
Odwrócił się jednak - i zamarł. Postać stojąca za jego plecami sprawiła, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat poczuł przerażenie. Włosy na całym ciele stanęły mu dęba, a on sam zamarł w bezruchu, a krzyk uwiązł mu w gardle. Jego matka. Matka, którą zabił.
Kobieta odrzuciła długie, brązowe włosy. Nie wyglądała jednak normalnie. Zmarła wiele miesięcy temu, co nadawało jej wyglądowi upiorności. Miejscami nie miała skóry. Zamiast tego były ogromne dziury, wyżarte do mięsa i do żywej kości, a w każdym otworze wiły się kłęby białych larw. Dawniej zielone, przenikliwe oczy kobiety... Teraz ich nie było. W oczodołach też wiły się larwy, mimo to zdawało się, jakby wpatrywały się w niego uważnie, jak oczy matki za czasów, gdy był małym chłopcem. Palce obgryzione do kości wbiły mu się z nieludzką siłą w ramię, aż spod potarganej flanelowej koszuli zaczęła płynąć z wolna ciemnoczerwona krew, barwiąc powoli ubranie. Stęknął z bólu i próbował odepchnąć gnijącą marę, jednak jego dłoń trafiła w pustkę. Matka uśmiechnęła się, nie zjedzona przez robactwo połowa policzka uniosła się lekko do góry. Był przerażony.
-Czym jesteś, kurwa? - warknął, krzywiąc się z obrzydzenia - Czego chcesz?
-Nie poznajesz mnie? - wysyczała kobieta demonicznym głosem, bez śladu dawnej czułości - To ja, twoja matka, którą wepchnąłeś do studni tylko po to, by przejąć moje dziedzictwo - Z każdym słowem wbijała mu kościste palce w ramię coraz głębiej i głębiej, mrużąc wściekle pozostałości powiek i lubując się cierpieniem wypisanym na jego twarzy - Zniszczyłeś swoje życie, życie Agnieszki , przechlałeś moje pieniądze... - warknęła, naciskając na ostatnie trzy słowa. - Jednak są to przyziemne sprawy - kontynuowała nieco ciszej - do których Bóg postanowił się nie wtrącać. Jednak to, w jaki sposób odebrałeś swojej żonie sens życia... - Zbliżyła swoją pogniłą twarz do jego twarzy i patrzyła mu prosto w oczy. Aż wzdrygnął się z obrzydzenia, gdy ze zjedzonego policzka matki, przez dwa rzędy zębów wypełzł biały robak i zaczął wędrować po jej twarzy. Poczuł obrzydliwy zapach padliny i zebrało mu się na wymioty.
-Zabiłeś swoją córkę, Paweł. Zabiłeś ją jednym uderzeniem, bez najmniejszych skrupułów. Nie zdążyła ujrzeć tego świata, swojej kochającej matki... Na szczęście nie zdążyła też poznać potwora, jakim jest jej ojciec!
Zanim zdążył wypowiedzieć choćby słowo protestu, odgryźć się jakoś, chwyciła go za gardło i mocno zaciskając pożółkłe, kościste palce, rozpruła je na strzępy. Jasna krew trysnęła na bielone ściany kuchni, zalała stół przy którym siedział, poplamiła kwiaty zebrane przez Agnieszkę na łące poprzedniego dnia.
Matka Pawła powoli odłożyła oderwaną głowę syna na stół. Usłyszała skrzypnięcie drzwi wejściowych, później kilka kroków - i krzyk. Agnieszka stała w drzwiach kuchni, zakrywając usta i patrząc na makabryczny widok.
-Spokojnie, kochanie - wyszeptała jej teściowa, podchodząc powoli do niej - Nie zrobię ci krzywdy. Nikt więcej cię nie skrzywdzi - po czym, uśmiechając się połową ust, podeszła do dziewczyny i jednym płynnym ruchem wyrwała serce z jej piersi.
- Pójdziesz ze mną - wyszeptała - do swojego dziecka. Dom twój tam, gdzie serce twoje.

Autor: Ninka
Edycja: Szatanka
Źródło: własna głowa
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!