Kruk

Dodane przez: banan07002, 17.01.2015, 12:28
Reklama:
Delikatny wiatr poruszył liniami wysokiego napięcia ciągnących się wzdłuż torów kolejowych. Chylące się ku zachodowi słońce rzucało krwawy blask na posępny dość krajobraz. Przez las ktoś postanowił poprowadzić linię kolejową i teraz zygzak torów wił się między drzewami, niknąc na horyzoncie. Na jednym z tych drzew, okazałym buku, przycupnął olbrzymi ptak. Kilka czarnych jak noc piór opadło na ziemię, gdy wielkie skrzydła przestały łopotać. W jego bystrych, lśniących turkusowych oczach malowało się coś na kształt smutku i dziwnej, trudnej do określenia zawziętości. Omiótł swym niezwykłym wzrokiem cały teren. Zobaczył to, czego szukał. Mknący szybko po torach pociąg wzbudzał coraz większy hałas, w miarę jak się zbliżał. Kruk zatrzepotał skrzydłami, szykując się do tego, co miał za chwilę zrobić. Turkot stalowych kół mknących po szynach narastał. Olbrzymie, smoliście czarne skrzydła przecięły powietrze raz jeszcze i Kruk wzbił się w powietrze. Leciał nisko, młócąc powietrze wielkimi jak dwa wachlarze skrzydłami. Pociąg był już doskonale widoczny, zbliżał się naprawdę szybko. Ptak leciał na spotkanie z nim. Gdy dzieliło go od niego zaledwie kilka sekund, zamknął swe turkusowe oczy i zniżył lot. Maszynista nawet nie zauważył, gdy wielka stalowa maszyna zmiażdżyła pod kołami czarnego jak noc ptaka.
***
Charles nie znosił poniedziałków. Po pierwsze: zaczynał się nowy tydzień. Pod drugie: cała codzienna rutyna znów dawała o sobie znać. Wstań, ogol się, zjedz śniadanie, zrób śniadanie dzieciom, przywitaj żonę, obudź dzieci, rusz tyłek z przed telewizora i won do pracy. Dzień w dzień to samo, zero urozmaiceń, zero odstępstw od normy. Gdyby chociaż miał świadomość, że do czegokolwiek doszedł... Ale nie, on, Charles Ward w swoim ponad 40-letnim życiu nie osiągnął nic, czym warto było by się szczycić. Dom, w którym mieszkał, należał do jego rodziców. Drzewa rosnące w ogrodzie zasiały się same (skutek sporadycznych i niezbyt dokładnych pielęgnacji owego ogrodu). Jedynie dzieci były jego dziełem (a przynajmniej miał taką nadzieję). Z żoną, oprócz standardowego ,,Dzień dobry" i ,,Dobranoc" praktycznie nie rozmawiał. Wiedział, że każde normalne małżeństwo już dawno na jego miejscu wzięłoby rozwód, ale ani on, ani jego żona nie miała czasu ani ochoty, by toczyć batalie w sądach.
Tak wyglądało mniej więcej życie Charlesa Warda, do czasu, gdy nie dowiedział się, że jest chory. Nie, nie chodzi tutaj o coś tak poważnego jak rak czy białaczka, o nie. Po prostu pewnego dnia na zwykłych okresowych badaniach pielęgniarka oznajmiła, że prawdopodobnie ma coś nie tak z wyrostkiem i potrzebna będzie operacja. Dziś właśnie był dzień owego zabiegu, przez co dzień Charlesa popsuł się doszczętnie. Pocieszając się myślą, że przynajmniej nie pójdzie do pracy, wstał z łóżka w poniedziałkowy poranek i przystąpił do wypełniania cotygodniowej rutyny. Przygotował śniadanie sobie i dzieciom i właśnie zajadał jajecznicę na kiełbasie, kiedy do kuchni wtoczyła się jego żona.

-Dziś masz operację - Burknęła sadowiąc się przy stole. Miała podkrążone oczy, zapewne znów siedziała do rana przed telewizorem.

- Pamiętam - Odrzekł Charles nie podnosząc wzroku znad gazety - Nie wrócę dzisiaj na noc.

Ta świadomość, że wreszcie nie będzie musiał dzielić łóżka z tym ponurym jak noc babsztylem podniosła go nieco na duchu. Dokończył śniadanie i poszedł się ubrać. Do kuchni weszły w tym czasie jego dwie córki, Kate i Alex. Obie w tym samym wieku, obie podobne do matki i obie tak samo zrzędliwe i zgryźliwie jak ona. Mijając go nie powiedziały ani słowa. Charles spochmurniał jeszcze bardziej. Jego własna, kochana żonka wmawiała dzieciom, że ich ojciec to nieudacznik i leń. To przez niego nigdy nie ma pieniędzy na nowe zabawki i wyjazdy na wakacje. Nie wspominała oczywiście o tym, że ona sama od lat nie ruszyła palcem, by znaleźć sobie jakąś pracę. Charles już nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio ruszała się z domu. Gniła w swoim ulubionym fotelu, z pilotem w jednej ręce i paczką chipsów w drugiej.
W całym domu panował zwykle nieopisany chaos, jako że nikt nigdy nie sprzątał. Charles z ulgą opuścił tą zatęchłą norę i przeklinając swój los ruszył do szpitala.
***
- Proszę się nie denerwować, to rutynowa operacja. Nie ma żadnego ryzyka.
Słowa przysadzistej, odzianej w biały fartuch pielęgniarki nie uspokoiły Charlesa. On był po prostu zrelaksowany. Jeśli coś się nie uda i zdechnie na tym nieskazitelnie białym łóżku, to przynajmniej nie będzie musiał dłużej żyć jak niewolnik swojej rodziny, wiecznie niedoceniany i poniżany. Wielokrotnie myślał, czy nie popełnić samobójstwa i tym samym odciąć rodzinę od źródeł pieniędzy, ale zawsze powstrzymywał go strach przed umieraniem. Teraz, na parę chwil przed narkozą, czuł się spokojny i odprężony. Nieświadomie prosił nawet w myślach Boga, by nie obudzić się z tej narkozy. Miał już serdecznie dość życia, a ta operacja mogła być wybawieniem go od wszelkich trosk. Dlatego, gdy igła z narkozą wbiła się boleśnie w jego przedramię, zamknął oczy wyobrażając sobie minę żony gdy dowie się, że maszynka do zarabiania pieniędzy wyciągnęła nogi.
Obudził go powiew wiatru na twarzy. Zaskoczony otwierał powoli oczy, rozglądając się dookoła. Zaskoczony odkrył, że okno w sali szpitalnej jest otwarte na oścież, a na zewnątrz panuje zupełny mrok. Musiał się nieźle wyspać po tej narkozie, nie ma co. Zmartwiło go trochę, że przeżył, ale cóż, mówi się trudno. Jutro będzie musiał znów wrócić do swojej kochającej rodzinki i dalej tyrać na utrzymanie trojga niewdzięczników. Dźwignął się powoli z łóżka i odkrył ze zdumieniem, że w jego łóżku ktoś śpi. Wytężył wzrok i z jego gardła wydobył się przeraźliwy, paniczny skrzek.
Charles Ward, lat 40 z hakiem, leżał martwy na nieskazitelnie białym łóżku. Charles Ward, lat 40, siedział żywy na nieskazitelnie białym parapecie okiennym i wpatrywał się w swoje martwe ciało. Jego czarne skrzydła młóciły nerwowo powietrze, jego turkusowe oczy patrzyły to na martwego siebie, to na swoje krucze pióra. Do sali weszła pielęgniarka, ta sama, która kilka godzin temu podawała mu narkozę. Spojrzała na Charlesa w łóżku i podobnie jak przedtem Kruk, krzyknęła z przerażenia. Do sali wpadł doktor z grupą lekarzy i zebrali się wokół pacjenta, dyskutując zawzięcie. Jeden z nich dostrzegł Kruka siedzącego na parapecie i rzucił w niego czapką. Charles stracił równowagę i zamachnął się dziko skrzydłami. Zanim wzbił się w powietrze zauważył, jak pielęgniarka nad jego ciałem płacze.
Mknął. Wiatr rozwiewał mu pióra, szumiąc w uszach. Czerń jego potężnych skrzydeł kontrastowała nawet z mrokiem nocy. Turkusowe oczy zdawały się płonąć od setek emocji kłębiących się teraz w jego mózgu. Był Krukiem. Był wolny. I był martwy. Umarł. Bóg wysłuchał jego próśb, lecz dlaczego mknie teraz pod nieboskłonem, zamiast cieszyć się życiem wiecznym gdzieś tam, wyżej? Przecież nie żyje, dlaczego więc czuje ten powiew wiatru, chłód nocy i wilgoć zbliżającego się poranka?
Przecinał powietrze niczym czarna strzała. Z jakiegoś dziwnego, niewytłumaczalnego powodu wiedział, gdzie ma się skierować. Dlatego gdy ujrzał swój dom, nie zdziwił się. Noc ustąpiła miejsca dniu i mógł wyraźnie dostrzec, jak z jego domu wychodzą trzy ubrane na czarno postacie. Gdy podleciał bliżej odkrył, iż są to jego żona i córki. Zdziwił się, bo dawno nie widział już jej na świeżym powietrzu. Jego żona płakała. Jego niezwykłe oczy dostrzegały każdy szczegół, nawet gdy siedział na gałęzi pięćdziesiąt metrów od domu. Jego rodzina wsiadła do czarnego samochodu i razem z innymi podobnymi pojazdami ruszyła w stronę cmentarza. Charles poleciał za karawaną. Im szybciej mknął, tym szybciej słońce chyliło się ku zachodowi, jakby upływ czasu zależał od szybkości bicia jego skrzydeł. A może faktycznie zależał?
Gdy przysiadł na koronie dostojnego dębu rosnącego pośrodku niewielkiego cmentarza, trumna była już do połowy przykryta ziemią. A więc na prawdę umarłem, pomyślał Charles przyglądając się całej ceremonii. Ogarnęła go dziwna satysfakcja, jakby swoim zgonem zagrał na nosie wszystkim tym ludziom. Oto on, uwolniony od wszystkich trosk, siedzi na gałęzi kilka kroków od nich i cieszy się swoim nowym, niezwykłym ciałem. Chciał im wykrzyczeć, jak jest mu wspaniale, ale z jego krtani wydobył się tylko cichy skrzek. Nikt z zebranych nie zwrócił na niego uwagi. Trudno, obejdzie się, pomyślał znów Charles szykując się do odlotu. Nagle zauważył stadko innych ptaków siedzących na tym samym drzewie. Patrzyły się na niego, a w ich różnokolorowych oczach odbijały się pogarda i obrzydzenie.

- No i na co się gapicie, głupie ptaszyska? - Zapytał Charles, wydając z siebie serię nieartykułowanych gwizdów i kraknięć. Olbrzymi puchacz siedzący na sąsiedniej gałęzi, wypiął dumnie puszystą pierś.
- Byłeś niewdzięcznikiem zażycia, Charlesie. Będziesz więc nieszczęśnikiem i po nim.
Charles zdziwił się. Rozumiał, co mówi ptak. Teraz nie brzmiało to już jak krakanie bez ładu i składu, przeciwnie. Było to wyraźniejsze niż ludzka mowa.
- Jesteś zaskoczony, prawda? - Zakpił inny ptak - Jeszcze niedawno ignorowałeś nas, gdy mówiliśmy ci, żebyś zaczął doceniać życie. Żebyś cieszył się z tego, co masz. Nie posłuchałeś. Teraz będziesz się męczył tak, jak my.
- Ludzie nigdy nie słuchają, co im mówimy - Wtrącił się inny - Traktują nas jak ładnie śpiewające ptaszki. Ale my ostrzegamy. Ostrzegamy przed losem, jaki ich czeka, jeśli nie zaczną doceniam życia. My wszyscy - machnął skrzydłem w stronę reszty ptaków - odebraliśmy sobie życie, Charlesie. Oto, kim jesteśmy. Ulotni jak życie, które straciliśmy. Zmuszeni oglądać, jak nasze rodziny cierpią, płaczą i umierają. A gdy umrze już każdy, na kim ci zależało, znikniesz. Nie zostanie z ciebie nawet najmniejsze piórko. Korzystaj z czasu, Charlesie. Masz go niewiele.
***
Rak płuc. Cóż, mógł się tego spodziewać, w końcu paliła jak smok. Ale nie spodziewał się, ze nastąpi to tak szybko po jego śmierci. Niemniej gdy obserwował pogrzeb swojej żony, ogarnęła go fala smutku.
***
Samochód jechał zbyt szybko, nie zdążył zahamować. Jego turkusowe oczy wypełniły się łzami, gdy jego córka wyleciała w powietrze pod wpływem uderzenia. Miał nadzieję, że nie cierpiała. Nawet siedząc na gałęzi 30 metrów od jezdni, usłyszał chrupnięcie kości.
***
Jego córka nauczyła się poruszać na wózku dopiero po kilku latach. Nie radziła sobie, pieniądze z MOPSu nie wystarczały nawet na podstawowe potrzeby. Wielki, czarny Kruk krakał żałośnie, gdy pewnej zimy w jej ruderze zabrakło ogrzewania. Paskudna śmierć.
*** Druga córka nie wytrzymała psychicznie straty matki, ojca i siostry. Narkotyki pozwalały jej uciec od świata pełnego problemów i porażek. Pewnej nocy zażyła więcej niż zwykle. Gdy osuwała się na podłogę, za oknem czarny ptak schował łeb w skrzydłach.
***
Delikatny wiatr poruszył liniami wysokiego napięcia ciągnących się wzdłuż torów kolejowych. Chylące się ku zachodowi słońce rzucało krwawy blask na posępny dość krajobraz. Przez las ktoś postanowił poprowadzić linię kolejową i teraz zygzak torów wił się między drzewami, niknąc na horyzoncie. Na jednym z tych drzew, okazałym buku, przycupnął olbrzymi ptak. Kilka czarnych jak noc piór opadło na ziemię, gdy wielkie skrzydła przestały łopotać. W jego bystrych, lśniących turkusowych oczach malowało się coś na kształt smutku i dziwnej, trudnej do określenia zawziętości. Omiótł swym niezwykłym wzrokiem cały teren. Zobaczył to, czego szukał. Mknący szybko po torach pociąg wzbudzał coraz większy hałas, w miarę jak się zbliżał. Kruk zatrzepotał skrzydłami, szykując się do tego, co miał za chwilę zrobić. Turkot stalowych kół mknących po szynach narastał. Olbrzymie, smoliście czarne skrzydła przecięły powietrze raz jeszcze i Kruk wzbił się w powietrze. Leciał nisko, młócąc powietrze wielkimi jak dwa wachlarze skrzydłami. Pociąg był już doskonale widoczny, zbliżał się naprawdę szybko. Ptak leciał na spotkanie z nim. Gdy dzieliło go od niego zaledwie kilka sekund, zamknął swe turkusowe oczy i zniżył lot. Maszynista nawet nie zauważył, gdy wielka stalowa maszyna zmiażdżyła pod kołami czarnego jak noc ptaka.
***
Charles obudził się połamany. Ze zdziwieniem wyjął z włosów kilka czarnych piór. Spojrzał na kalendarz. Znowu poniedziałek, niech to szlag. Oby ta operacja się nie udała, ma już kompletnie dość tej monotonni.
Gdy wychodził na zewnątrz, na jednym z drzew obok jego domu siedziało całe stado ptaków. Krakały nieznośnie i biły skrzydłami w miejscu.
- Głupie ptaszyska - Mruknął Charles wsiadając do samochodu.

Jeśli opowiadanie się podobało, zostaw lajka i bądź na bieżąco z nowymi opowiadaniami!
https://www.facebook.com/banan07002
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!