Siódme urodziny

Dodane przez: poszukiwaczdobrejcreepypasty, 18.01.2015, 21:58
Reklama:
Nie potrafię wam opisać, jak się teraz czuję. To, czego doświadczam jest tak dalekie od normalności, że zaczynam sądzić, że oszalałem.
Prawie.

Moja żona, Bea, zmarła podczas porodu. Była przepiękna, zabawna, inteligentna - uparta. Kobieta, której śmiech był tak głośny, że jedzenie w restauracji było wyzwaniem, której spojrzenie było tak intensywne, że aż drżały mi ręce. Straciłem ją, gdy wydawała na świat naszą córkę.
Sam.

Oczywiście, mógłbym mieć do Sam urazę. Za zabranie mi czegoś, co było moje i tylko moje. Za zabranie czegoś, co było tak prawdziwie i absolutnie nieskalane. Ale nie miałem. Wiedziałem, że Bea nie chciałaby tego. Nie chciałaby, by życie naszego jedynego dziecka zrujnowane było przez nienawiść.
No, ale nie o tym mowa. Tu nie chodzi o cios, który życie zadaje odbierając na zawsze coś, co kochasz. Chodzi o coś znacznie, znacznie gorszego.

Moja córka była pełna życia, zawsze biegała i krzyczała, skakała z i na drabinki - siała spory zamęt w przedszkolu. W jej szóste urodziny wybraliśmy się z przyjaciółmi do kina, miała tyle energii, że ledwie za nią nadążałem, kiedy lawirowała między ludźmi na chodniku. Od czasu do czasu odwracała się i przez morze ludzi wołała:
— No dalej, tatusiu! I to tonem niemalże urażonym.

Nic nie mogłem poradzić, kochałem ją.

Próbowałem ją dogonić, naprawdę. Była zbyt zajęta patrzeniem na mnie, kiedy wbiegała na drogę, a autobus nie miał czasu, by zdążyć się zatrzymać. Okropny odgłos miażdżonego ciała, dookoła zapanowała cisza. Wziąłem na ręce i otuliłem jej połamane ciało, zbyt otępiałe, by ronić łzy, zbyt obolałe, by się poruszyć. Czułem jedynie ciepło jej krwi powoli wyciekającej na moje ubrania. Byłem w takim szoku, że mogłem jedynie myśleć, ja ja te spodnie dopiorę. To brzmi strasznie, wiem - ale taka strata odziera cię ze wszystkiego i pozostawia jedynie z typowo ludzkim procesem myślowym.
Kolejny tydzień był jak za mgłą. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć nic, co działo się pomiędzy kondolencjami składanymi przez przyjaciół i rodzinę, a moim zawodzącym płaczem, który mogło wywołać cokolwiek - trzaśnięcie drzwiami, szum lodówki, śmiechy w radiu.

Na jej pogrzebie zjawiłem się pogrążony w żałobie. Nie mam tu na myśli tylko ubrań, byłem ogarnięty mrokiem do szpiku. Nic nie czułem, o niczym nie myślałem, godziny mijały, a ja zachowywałem się jak człowiek ostatkiem sił brodzący w wodzie, jedynie z głową na powierzchni. Wszyscy chcieli mi powiedzieć o Sam, jaka doskonała była, jakim aniołem była, tak jakbym nie wiedział. Jakbym nie zdawał sobie sprawy, jakim skarbem była moja własna córka.

Mężczyzna, wyróżniający się spośród reszty, podszedł do mnie i wręczył mi dużą, skórzaną książkę. Wówczas pomyślałem, że to rodzic jednej z koleżanek Sam i wręczył mi własnie album z ich wspólnymi zdjęciami. Byłem zbyt otępiały, żeby zastanawiać się nad jego zimnymi dłoniami i nad tym, że nie wspomniał o mojej córce ani razu.

Przez blisko miesiąc nie wiedziałem, co się dzieje. Piłem, zamknąłem się całkiem sam w naszym już pustym mieszkaniu, wpatrując się w kartony... już nawet nie miałem łez, by płakać. Dopiero, gdy zjawiła się moja siostra, która wzięła moją dłoń i zaczęła do mnie mówić, zacząłem dochodzić do siebie. Siedziała, słuchała wszystkich szalonych rzeczy, które mówiłem i łagodnie mnie pocieszała. Nie wyciągnęła mnie z depresji całkowicie, ale na tyle, że byłem w stanie znowu żyć.

Wtedy też postanowiłem zajrzeć do tej książki. Postanowiłem zapamiętać całą radość, którą Sam wniosła do mojego życia i wspominać ją bez smutku i żalu.

Otworzyłem na pierwszej stronie. Był to w zasadzie segregator, pełny polaroidowych zdjęć mojej dorastającej córki. Zmarszczyłem czoło. Zdjęcia zostały zrobione z daleko, nieco nieostre, na kilku z nich byłem też ja.

Prawie szlag mnie trafił, ale miałem jednocześnie nadzieję, że reszta zdjęć coś wyjaśni. Starałem się sobie wyjaśnić na wszelkie możliwe sposoby, jak ten mężczyzna mógł wejść w posiadanie tych zdjęć, dlaczego tak mu zależało na uwiecznieniu chwil z życia mojej córki. Kolejne zdjęcia pokazywały okolice urodzin Sam. Był tam zdjęcia z dnia, kiedy dałem jej malutki rower na jej piąte urodziny, a także zdarte kolana z tego faktu wynikające. Książka miała tyle stron, że sądziłem, że reszta jest pusta.
Jednakże było tam jej zdjęcie tuż przed wycieczką do kina w jej szóste urodziny - miała na nim ten sam różowy płaszczyk przeciwdeszczowy, który bardzo chciała wtedy założyć, a na jej ramionach widoczne były moje dłonie.

Nie było zdjęcia z wypadku.

Zamiast tego, jej życie miało ciąg dalszy w książce. Zdjęcie z jej siódmych urodzin przedstawiało mnie i ją w ogrodzie, umazanych farbą - na ziemi leżała duża rama z bardzo pogmatwanym malowidłem. Jej siódme urodziny.
Jej siódme urodziny.

Dotarło do mnie to, co zobaczyłem i zamknąłem z hukiem książkę. Przez dłuższą chwile tylko siedziałem na kuchennym stole i wpatrywałem się w skórzaną oprawę. Miałem nadzieję, że to tylko jakiś sadystyczny żart z Photoshopa, ktoś to zrobił, by zaspokoić na mnie swoje wypaczone poczucie humoru. Powiedziałem, że taką miałem nadzieję, bo w zasadzie nie przyjmowałem do wiadomości innego wyjaśnienia. Jeżeli w ogóle było jakieś inne.
Zacisnąłem zęby i z myślą, że nie mam nic do stracenia, kontynuowałem.
Nie do opisania są moje odczucia, które towarzyszyły mi podczas dalszego oglądania i przerzucania stron. Spróbuję, ale to trzeba zobaczyć na własne oczy.

Jej życie miało ciąg dalszy, pokazane było, jak wypadają jej zęby mleczne, jej pierwszy dzień w liceum. Coraz szybciej przewracałem strony, a jednocześnie coś zauważyłem. Fotograf był coraz bliżej. Zbliżał się do niej. Im starsza była - nie z każdym kolejnym zdjęciem, tylko taka była ogólna ich kolejność - fotograf był bliżej i bliżej. Być może miał coraz więcej śmiałości.
Była piękna. Oszałamiająco piękna. Jako nastolatka wyglądała tak samo, jak jej matka, kręcone włosy, uśmiech. Mi też przybywało lat, ale na zdjęciach występowałem coraz rzadziej.
Jej szesnaste urodziny były dziwne. Grupa jej przyjaciół, siedzieli na zewnątrz, pili z plastikowych kubków. W tle ktoś był. Niedaleko krzaków w parku, w którym zrobiono zdjęcie, stała jakaś ciemna postać. Nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie niewielki cień, który rzucał na trawę.

Wyprostowałem się na chwilę i odetchnąłem. To było zbyt dziwaczne. Byłem tak pochłonięty patrzeniem, jak moja córeczka dorasta, że nie myślałem, jak to się może skończyć. Chwile takie jak ta, są tak kompletnie nierzeczywiste, że niekiedy się od nich odcinasz. Prawie czułem, że patrze na samego siebie oglądającego te zdjęcia, to było jak sen albo program w telewizji.
Kontynuowałem.

Ciemna postać stawała się coraz bardziej zauważalna z każdym kolejnym zdjęciem. Prawie dało się zobaczyć jakieś szczegóły. Jego obecność była przytłaczająca, przerzuciłem kartkę spodziewając się, że zniknie. Ale zamiast tego, im bliżej byłem jej osiemnastki (każde urodziny zostały oznaczone podpisem pod polaroidem o treści: "kolejny rok"), Sam pojawiała się w miejscach, których już nie rozpoznawałem.

Zdjęcia przedstawiały jej słabo oświetlony dom. Jej twarz z grymasem strachu, w najdziwniejszych pozach. Czasami ubrana była jak starożytna królowa, innym razem jak pokojówka szorująca drzwi, tajemnicza postać była jeszcze bliżej. Jego nogi lub ręce pojawiały się na każdej fotografii. Bez względu na to, jak ubrana była, na jej twarzy widać było ból i desperację. Dobijało mnie to. Miała też siniaki na twarzy. Wyglądała chudo, wręcz chorobliwie.

Nie mogłem.

To było popaprane. Naprawdę chore.

Moja córka.

Nie poddałem się.

Ostatnie zdjęcie, na które spojrzałem, zanim rzuciłem książką przysięgając, że nigdy więcej do niej nie zajrzę, przedstawiało jej osiemnaste urodziny. Pod spodem podpis: "Nareszcie!", niechlujnie napisany.
Patrzyła wprost w obiektyw, zapłakana. Klęczała ubrana w czarną suknię wieczorową - z jabłkiem w ustach i rękami skrępowanym za plecami. Jej makijaż został zniszczony przez jej łzy. Było tak, jakby zwracała się do mnie, błagała mnie o pomoc. Nie mogłem nic zrobić.

Wyszedłem z pomieszczenia łkając.

Przecież nie mogłem zadzwonić na policję. Nie żyła.

To, co nie pozwala mi spać w nocy, to nie zawartość książki, którą już zobaczyłem.

Tylko to, że zostało jeszcze tak wiele stron.


Oryginał: http://wh.reddit.com/…/my_daughter_died_on_her_sixth_birth…/
Przetłumaczył: ~Phosphoester
Źródło: Creepypasta Polska z Facebooka
Oceń:
14
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!