Historia

Początek (Peos cz.2)

reddevil 0 7 lat temu 588 odsłon Czas czytania: ~18 minut

cz.1 http://straszne-historie.pl/story/9934-peos

„To nie jest normalne. To przytłaczające.” – myślał Adam – „Nagle mam porzucić swoje życie? Swoje wspomnienia. Dlaczego? Kto mnie woła? Jak mam to zrobić? Z kim mam walczyć? Kogo łowić?” – był nieco zdenerwowany. W głowie miał po prostu mętlik. Czy to się w ogóle dzieje? Nie wiedział. Właśnie stał przed dwoma aniołami. Obok niego stał wielki stwór, przypominający człowieka. Miał nauczyć się obcego języka do niemalże perfekcji w nieco ponad pół roku. Jak? Jak to zrobić? „Mam jechać kilka tysięcy kilometrów do Europy Wschodniej, żeby wypełnić wolę jakiegoś stwora z innego wymiaru. Czy ktoś mi nie dosypał czegoś do kawy?” – wiedział, że za moment jego myśli przerodzą się w wewnętrzna dyskusję.

-Adamie – odezwał się Angelo – Ja wiem, jak to brzmi. Ja wiem, że to nie wygląda na nic wiarygodnego, ale błagam cię uwierz. Nie mówię tego dlatego, żeby cię przekonać, gdyż klamka zapadła, ale raczej by uświadomić ci, że to się dzieje naprawdę.

-Aniele… – zaczął Adam

-Angelo, lub stróżu. Nie musisz zwracać się do mnie w formie oficjalnej. Niedługo zrozumiesz, że zajęłoby to zbyt wiele czasu i było zbyt niebezpieczne.

-Tak więc – Adam zaczął zdenerwowany – Angelo, zgadzam się. To wielki zaszczyt służyć u boku aniołów. Lecz, jak mam tego dokonać?

-Naprawdę nie wiesz? – anioł uśmiechnął się – Niebo wybrało was dwóch na obrońców tego świata. Będziecie walczyć ze złem, które choć nie jest stąd zagraża nam wszystkim. Pomyśl! Z siedmiu miliardów ludzi, z których półtora miliarda około spokojnie oczekiwać takiego zaszczytu padło na was.

-Rozumiem, ale dlaczego?

-Pan jest niepojęty – odezwał się Augustin – I my również nie rozumiemy dlaczego akurat wy, Anie ktoś inny. Jeszcze zanim się narodziliście, Niebo wiedziało o waszej misji, wiedziało, że ten dzień nadejdzie.

-I nadszedł – wtrącił się Peos – Nasz wymiar przedostaje się w hurtowej w zasadzie ilości do waszego świata szybciej niż powinien, tak więc i szybciej dowiadujecie się o swoim przeznaczeniu. Jednocześnie ja, muszę się dowiedzieć dlaczego.

-Nie pytam jak- zaczął przerażony dotąd Frank – Nie pytam kiedy i po co. Tego wszystkiego dowiem się prędzej, czy później. A jeżeli nie jest mi dane się dowiedzieć, to nie dowiem, lecz…

-Wybacz – przerwał Augustin – Jesteś nadzwyczaj pokorny wobec nas, silniejszych od ciebie. Lecz uwierz, od nas również są silniejsi i potężniejsi. Pytaj o co chcesz, a odpowiem ci najlepiej jak potrafię.

-Frank skłonił się po raz kolejny. Augustinie, powiedz kim jest Peos? Kim jest nasz – tu Frank szukał długo dobrego określenia – przewodnik?

-Myślę, że odpowiedzi na to pytanie najlepiej udzieli nam sam zapytany. – Anioł obrócił się w stronę Peosa

-Zgoda. – powiedział – Nazywam się Peos Kawasi Fromvinetia Nuyfn Gulpe. Lecz w tym świecie, przybierając ludzką postać nazywam się obecnie Peos Athanasiadis. Nie przerywajcie, błagam, pytania na koniec – powiedział wskazując ręką na zaskoczonych nastolatków – Ile mam lat? Ciężko mi powiedzieć ile według waszej rachuby. W moim świecie powiem tyle, że mój wiek nie pozwala mi jeszcze o ubieganie się o miano najwyższego rangą. Takich nazywamy Balogun. W tym świecie jest kilku takich jak ja. Znacznie więcej jest jednak ringbo i im podobnym drani. Ukrywają się jako ludzie lub co gorsza nawiązali współpracę z tutejszym złem.

-I dlatego zaangażowani jesteśmy w to też my – odpowiedział Angelo – Ale myślę, że te dzieciaki chciałyby dowiedzieć się nieco więcej o tobie.

-Już kontynuuję –powiedział z przeciąganiem Peos. Kilka razy odwiedzałem wasz świat. Nie wspominacie zazwyczaj moich wizyt zbyt dobrze. Zapytacie dlaczego? Podam wam kilka przykładów. Zaczynając od najświeższego. 11 września 2001. Mówi wam coś ta data? Z pewnością tak. Co powiecie na kolejne, takie jak: 1 września 1939, 28 lipca 1914, 12 kwietnia 1861, 12 października 1492 15 lipca 1410 czy 402? Czy znacie takie postacie jak George Washington, Napoleon Bonaparte, Oliver Cromwell czy Simon Bolivar? Rozmawiałem i doradzałem im wszystkim. Walczyłem po ich stronie. Walczyłem przeciwko, hmm, określmy ich jako „tych złych”. Tak więc walczyłem przeciwko „tym złym”. To ja byłem pierwszym Polakiem w Monte Casino. To ja byłem Albertem Ballem. To ja dowodziłem pod Midway i Stalingradem. Ukształtowałem niejako ten świat, nie przeczę, że nie. Jednak nie zawsze stałem po jasnej stronie. Moja przeszłość jest mroczna. Zdobywałem doświadczenie, moc i siłę walcząc z dobrymi ludźmi. Podpisywałem wyroki na niewinnych, mordowałem dobrych, niewinnych ludzi. Pomagałem w niszczeniu tego świat wojną i zarazą. Ale wtedy zrozumiałem, że zostałem oszukany. Że zwabiony tu podstępem przez czerwone potwory, które wybaczcie, ale nie mam pojęcia jak się nazywają oraz demony. Zostałem ściągnięty do waszego świata. Mówiono mi, że walka z ludźmi nie pragnącymi wojny jest moim obowiązkiem takich jak ja. Dopiero po wielu, wielu latach zrozumiałem, że w tym świecie panuje o wiele większa energia. Nie chciałem jej wyczuwać wcześniej, mówię to wprost, bo powiedzieć, że jej nie czułem byłoby kłamstwem. Tylko jak teraz przekonać Niebo i Anioły do tego, że się opamiętałem? Że przestałem być sprzedawczykiem na usługach wroga? Nie mogłem. Jestem, a raczej byłem prostym żołnierzem. Ale dziś doskonale wiem, że byłem głupi. Przechodząc na stronę światła poczułem niesamowity przypływ energii. Energii, której nie mógł znieść żaden ringbo, żaden inny drań, ani wasze zjawy, duchy, czy demony. Energia, która płynęła z góry. Dostałem proste zadanie. Mam robić to co robiłem do tej pory, lecz w drugą stronę. Teraz mam pomagać aniołom. Teraz mam bronić ludzi. Lecz nie mogę przebywać stale w tym świecie. To moja pokuta. Szkoda, bo jest o wiele piękniejszy niż mój. W was ludziach, jest niebywały potencjał, który marnujecie na bezsensowne wojny. To nas właśnie łączy. Wojny. A skoro o wojnach mowa, przybywam tu, aby nie dopuścić do być może ostatniej w waszej ludzkiej historii. Na wschodzie pojawił się mój stary dobry znajomy, jeszcze z czasów, kiedy byłem waszym nieprzyjacielem. Nazywa się Mantiala. Opanował on umysł przywódcy pewnego kraju w Europie Wschodniej już wiele lat temu. Teraz ujawnia się jego mroczna natura. Do tej pory ujawniał się rzadko, a decyzje prezydenta uznawano za przejaw silnej ręki. Teraz widzę, że wraca do korzeni. Musicie wiedzieć, że Mantiala opanował też kiedyś umysł niejakiego Iosifa Dzugaszwiliego. Wiecie kto to prawda? Dziś znamy go jako Joseph Stalin. Już raz narobił bagna i nie pozwolę na to, żeby zrobił to ponownie. Dziwnie sobie upodobał ten region Europy. Tu najczęściej działa.

-Czy jest więcej takich jak on? – zapytał Frank

-Owszem – odparł z westchnieniem Peos – Polska, Ukraina, Rosja, Białoruś czy Bałkany to wprost ich wylęgarnia. Widzisz, my czasem nie dostajemy się do waszego świata z własnej woli. Czasem nas przyzywacie. Robicie to bardzo nieświadomie. Czasem już się tu rodzimy. Nie, nie myślę tu o jakiś idiotycznych rytuałach jakich dopuszczają się dzikusy albo sataniści. Mówię, tu o waszych myślach. Buta, duma, pycha… To tylko niektóre. Czasami przywołujecie nas poprzez bezsensowne morderstwa, a nawet idiotyczne przemowy, działanie tylko dla swojego interesu.

-A dlaczego akurat tam? – zapytał Adam – Myślałem, że Polska to nasz sprzymierzeniec.

-Waszego kraju, owszem. To skomplikowane i nie mogę tego jednoznacznie odpowiedzieć. Bo widzisz, w tym rejonie powstała kiedyś dziura między portalami, która wysłała przeszło 400 ringbo, oraz nieco gorszych w te właśnie ziemie. W tym kilku Imiennych. To niesamowicie potężne szumowiny. Dużo Imiennych rozpierzchło się w kierunku Ukrainy i Rosji właśnie, a kilku poszło w kierunku Belgii i Francji.

-A Bliski Wschód? – spytał Frank – Czy tam również oni kierowali terrorystami?

-Nie zawsze – odpowiedział Peos spokojnie – To najczęściej po prostu ich głupota. Głupota, która pochodzi od ich nierozwijającej się kultury i stojących w miejscu przyzwyczajeniom. Arabowie rozwijali się bardzo szybko między 2000 rokiem przed waszą erą, a szóstym wiekiem waszej ery. Peos przebiegł wzrokiem niespokojnie po zgromadzonych. Czuł, że powiedział coś, czego nie powinien.

-Peosie – rozpoczął zdanie Angelo – wchodzisz w nie swój rewir. Pamiętaj o tym. Nie sądź, aby nie być sądzonym.

-Wybacz Aniele, ale jeżeli umrę w waszym świecie jako człowiek i tak jako istota niematerialna, bez duszy, wrócę do swojego świata. Nie zakładajcie mi cenzury na usta. Nie chcę tego przechodzić tego jeszcze raz.

-Skoro już to poruszasz – przejął inicjatywę Augustin – Uważam ,że warto poinformować naszych przyjaciół, że stwory które zabili w ludzkiej formie, powrócą szybciej lub później.

-Nie wrócą tak szybko. – stwierdził Peos – Zostali upokorzeni, pobici. Nie pojawią się tak prędko. Poza tym, obaj dobrze wiecie, że byli najemnikami. Nie wykonali zadania, nie mają po co tu wracać.

-Pewnie masz rację – rzekł stróż – ale ta sama sytuacja miała już kiedyś miejsce. Czyż nie pamiętasz Singkepe Nyunfa?

-Nie wracam do tego! – obruszył się zapytany – To mroczna część przeszłości, do której nie wracam.

-Domyślacie się prawda? – anioł zwrócił się w stronę Amerykanów – Być może kiedyś poznacie całą jego historię. No ale dość marnowania czasu. Musimy wyruszać! Czy macie jakieś jedno, podkreślam jedno pytanie?

-Tak – rozpoczął Smith – Jakim cudem wychodząc ze szkoły widziałem Frednicka, a walczyłem z Nabaddianem.?

-Tak. – zasępił się Peos. Widac było, że wie oczymś, o czym nie wiedza pozostali. Przez chwilę zamyślił się – Imienni o nas wiedzą… – syknął- Angelo! Augustin! Zabierzcie dzieciaki! Nie ma czasu do stracenia. Może uda wam się uniknąć walki.

-Jakiej walki? – spytał przerażony Adam, lecz niedane było mu poznać odpowiedź. W tym samym momencie anioł chwycił go pod pachę i począł unosić się w górę. Jakże inaczej teraz wyglądał! Szaty były nieskazitelnie białe, w jednej ręce trzymał Adama, zaś w drugiej włócznię. Adam pierwszy raz zobaczył jak wygląda anioł z rozwiniętymi skrzydłami. Był nieporównywalnie najpiękniejszą, najdumniejszą i najbardziej wyniosłą istotą, jaką dane mu było zobaczyć. Unieśli się na wysokość około ośmiu, może dziesięciu metrów i zamarli w miejscu. Anioły wskazały palcem, aby nikt nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Wszyscy obserwowali to co dzieje się na ziemi. To co tam zobaczyli było równie niebywałą rzeczą. Peos również się zmienił. Nie był już wysokim brunetem w zielonym ubraniu. Stał się czymś na wzór cienia z zielonymi ślepiami, owinięty ciemnozieloną płachtą. W prawej ręce trzymał długie na 26 cali ostrze, emanujące nieznaną energią a bijący z niego blask mógł być porównany tylko do światła towarzyszącemu wybuchowi atomowemu. W lewej dłoni dzierżył olbrzymią drewnianą tarczę z wyrytymi inskrypcjami w nieznanym języku. Niezwykłość tej chwili przerwał zbliżający się niczym lawina chłód i mrok. Postacie, tak podobne do Peosa pędziły ku niemu z nadzwyczajną prędkością. Kilka metrów przed Athanasiadisem pojawił ogromny wilk wyłaniający się z ciemności. Miał on przynajmniej metr wysokości, a długi był na trzy. Wtem, z prawej i z lewej nadleciały jeszcze dwa takie same cienie, przeistaczające się w wilki. Peos nie zląkł się. Obrócił się w miejscu i wykonał szybkie cięcie w kierunku najbliżej stojącego. Odskoczył unikając zębów tego, który przybył jako pierwszy. Szybki rzut oka. To środkowy wilk skacze na niego wyciągając pazury. Peos zdążył zasłonić się tarczą, lecz bestia jest silna. Nacisk robił się coraz silniejszy i silniejszy. Czuł już wstrętny zgniły oddech potwora. Wywinął się szybkim ruchem i ranił stojącego najbliżej wilka. Ten zaskomlał i odskoczył na kilkanaście centymetrów. To dało cieniowi szansę na fortel. Ranił raz jeszcze to samo zwierzę, a że za jego plecami znajduje się będący w locie wilk wykonał półobrót, ryjąc w tym czasie mieczem w ziemi. I nagle blask. Wojownik znika. Wszyscy widzą ten moment, obserwując go w milczeniu. Wilki szybko, nerwowo ruszają łbami. Ciszę trwającą kilka sekund przerywa głośny gwizd dobywający się z drzewa. Stwory spoglądają na nie wściekłe i zaczynają warczeć i toczyć pianę z pyska. Chwilę później promień zielonego światła powala z nóg pierwszego wilka. Leży na ziemi niespokojny, szamocze się , zszokowany i oszołomiony. Cień w prędkością błyskawicy spada na zwierzę przebijając je ostrzem. Koszmarny ryk stwora zabija pozorny spokój okolicy. Jęk tak okropny, że nie mogła go wydać żadna istota z tego świata. Lecz kim jest ów cień? W ręce mordercy wilka pojawia się drewniana okrągła tarcza. Umierający wilk spogląda w twarz cieniowi. Bijąca niezwykła moc z zielonych oczu uświadamia mu, jak wielki błąd popełnił. Dwa pozostałe wilki stoją oszołomione. Nie wiedzą, czy atakować, czy uciekać. Postać odcina skomlącemu zwierzowi łeb i obraca wzrok ku towarzyszom potwora. Lekki powiew wiatru zdradza, że pod kapturem cienia znajdują się włosy. Długie białe włosy. „I wii ni nun naa rakam.” Mówi pogromca pewnym niskim tonem. Tonem, przy którym góry niszczeją. Agresorzy dobrze wiedzą, że walka jest przegrana. Zwierzęta uciekają, coraz szybciej i szybciej. Znikają w gęstym lesie, a chwilę później dwie posępne czarne kreatury lecą w nieznanym kierunku. Peos przybiera swoją ludzką formę. Trzyma w ręku odcięty łeb. Chwilę później rzuca go na ziemię i już jako cień, tak znajomy, a tak różny wzlatuje do aniołów.

-Keas Yuvadheav. Nie był on nigdy wielce walecznym przeciwnikiem. A więc to on mnie śledził – Peos zamyślił się – stanie się coś większego. To już się dzieje.

-Rozumiem – zaczął Frank – że już nas nie będzie ścigał? Zabiłeś go?

-Część jego. – odparł Peos – Widzisz to był Imienny. Bardzo potężne stworzenia jak już mówiłem. Często silniejsze ode mnie. Ten jednak nie był. Już drugi raz wyrządzam mu taką krzywdę. Jeszcze trochę i zostanie zdegradowany.

-Peos – zaczął Adam – Dlaczego te stwory były cieniami? Dlaczego były tak cholernie do ciebie podobne? I gdzie do cholery lecimy?

-Odpowiem ci na to w ten sposób – zaczął tonem starego mędrca – To nie były stwory, a stwór. To wszystko były części mocy Keasa Yuvadheava. Imiennego. Ciężko mi wyjaśnić, kim on jest dokładnie. Jest potworem, bestią nawet, to nie ulega wątpliwości. Nie znosi jednak walki w otwartym polu z równym sobie. Kiedy zrozumiał, ze nie walczy z jednym z niższych braci zląkł się. Poznał mnie, jestem tego pewien. Wyczuł energię nie tylko moją, ale też aniołów. Myślał, że walczy ze strażnikiem. Lecz tylko Balogun potrafią wytworzyć tak silnych strażników. Był więc pewny, że jeden z nich jest w okolicy. Teraz postaram się odpowiedzieć na kolejne pytania. Gdzie lecimy? Do Polski. Doznajecie łaski nauki języków. Jesteście wybrańcami. Tak wiem, wyprzedziłem inne pytanie. Dlaczego te stwory były cieniami i ja też? Hmm… Imienni mogą poruszać się z niebywałą prędkością jako cienie. Mogą się teleportować, są zmiennokształtni.

-Zupełnie jak… – zaczął przerażony Adam

-Zupełnie jak ja. Byłem Imiennym. Przez 700 lat. Teraz wykorzystuję ich nauki w walce z nimi. Nie obawiaj się. Przysiągłem Niebu całemu, że służę na Ziemi w ich sprawie. Powiem ci coś, co może cię nieco zaskoczyć i ucieszyć jednocześnie – tu stwór uśmiechnął się – pomogłeś mi w walce z jednym z nich. I tu odpowiadam na wcześniejsze pytanie dotyczące Frednicka i Nabddiana. Oni i ich rodziny to tylko część mocy Keasa. Część, której go absolutnie nie pozbawiłeś, ale którą naruszyłeś. Rozgniewałeś Imiennego i gdyby nie nasza ochrona, byłbyś w olbrzymim niebezpieczeństwie. Jednak teraz jest speszony, tak szybko nie wróci. Został ośmieszony, zbiera utraconą moc.

-Mam dziękować, czy raczej wypominać wam, że gdybyś mi nie podpowiadał, do niczego by nie doszło.

-A ty zostałbyś brutalnie pobity. – odpowiedział Peos – Nie dziękuj. Uwolniłem z ciebie cały gniew, jaki w tobie drzemał.

Adam długo myślał. Wiedział dobrze, ze to jest wszystko nieprawdopodobne, a dzieje się naprawdę. Leciał teraz, trzymany przez własnego anioła stróża, wraz ze swoim nierozgarniętym przyjacielem i w towarzystwie jakiegoś dziwnego stwora – wojownika z innego wymiaru, nad oceanem do kraju, którego nie zna. Wtem, jakaś niezwykła moc , poczucie ogromnego przypływu wiedzy pojawiło się w głowie Adama. Czuł, że wiedzy jest zbyt dużo. Walczył jak mógł z uczuciem, że zaraz zemdleje. Oczy wykręcały się to w prawo to w lewo. Wtedy niespodziewanie zasnął. Widział ogromną biała planszę i szybko przelatujące niezrozumiałe szeleszczenie i daty: „966, 1025, 1410, 1569, 1683, 1771, 1773, 1791, 1795, 1846, 1907, 1911, 1918, 1920, 1939, 1945, 1989, 2012”. Tysiące twarzy. Krwawe trupy, zwłoki w składzie rozkładu, ludzi trzymających karabin, mających na plecach skrzydlate pióropusze, setki tysięcy szczęśliwych osób trzymających flagę dumnie w prawej ręce. aż wreszcie pojawił się on – ogromny biały orzeł w koronie. A tło przedzieliło się w połowie. Jego dolna część zmieniła się w czerwień, zaś góra pozostała biała. „Witaj” wyszeptane początkowo cicho, jak najsłodsze słowa kochanki, wkrótce zaczęło przybierać na sile. „Witaj, witaj” krzyczane coraz głośniej. Adam był pewien, że za moment ogłuchnie, lecz głos mówiący do niego na początku odezwał się znowu, tym razem mówiąc „W domu”. Otworzył oczy. Spojrzał w dół. Wysoka wieża katedry, stare uliczki i puste torowiska. Na lewo huta, na prawo fabryka, a na wprost zamknięta kopalnia. Centralnie zaś pod nim miasto tętniące życiem, mające w sobie tyle barw i tyle piękna. Piękny stadion, ludzi biegnących z sercem z papieru wyciętym na plecach. To właśnie miał być jego dom. Gliwice. Miasto, bez którego mogło nie być II wojny światowej. Miasto przepięknej radiostacji i ratusza. Miasto pięknego rynku, zabytków i placów. Miasto Podolskiego, miasto Regulskiego, a przez lata miasto Bieńka, Buzka, Caro, Goldsteina i Hegensteidta, Różewicza, Pszoniaka, Sojki, czy Ziętka. Dumne miasto. Przekonane o swojej niezwykłości, a borykające się z licznymi kłopotami. Miasto w którym władze niepodzielnie i przez długie lata sprawował jeden i ten sam człowiek. Zygmunt Frankowski. Przez 20 lat, niczym dyktator siedział na urzędzie i nikt nie mógł go zdetronizować. Mieszkańcy bogatych dzielnic śmiejący się z mieszkańców biednych dzielnic. Miasto kontrastów. Czy znalazłoby się lepsze miasto dla Amerykanów? Przecież poza prezydentem miasta, wszystko brzmi jak opis ich kraju. A dla ludzi tak ważna jest duma, patriotyzm, sport i wszechobecny orzeł. Czyż nie mogli się czuciu jak w domu? Nie był to wybór przypadkowy. Ogromną rolę miała odegrać jedna z tutejszych szkół. Lecz nagle ten sielankowy obraz miasta marzeń zaczął się zmieniać .Coraz więcej nacjonalistycznych napisów na murach, kikolskich graffiti i prawdziwych dzieł sztuki na murach. Ludzi posępnych i patrzących z ukosa. Biednych starych domów, kamienic przypominających niemieckie pałacyki SS czy Gestapo, gdyż faktycznie nimi były. To Łabędy. Chyba najbardziej znienawidzona dzielnica tego miasta. Anioły zaczęły lądować, Peos opadł na ziemie w ułamek sekundy. Zarówno Adam, jak i Frank byli zszokowani. Przed momentem widzieli piękne, tętniące życiem miasto, teraz? Widzieli dzielnicę, tak bardzo przypominająca ich rodzinne miasto. Tak samo wyglądający i ubrani ludzie. W oddali dymił delikatny dym huty. Niczego nie rozumieli.

-Tak więc – przemówił Peos – Tutaj was zostawiam. Będziecie mieszkać póki co w hotelu. Nie martwcie się o pieniądze, ja płacę. Angelo i Augustin przystosują was do życia tutaj. Dzięki łasce miejmy nadzieję, że jakieś trzy miesiące wystarczą do zrozumienia do perfekcji języka i zwyczajów. – spojrzał na aniołów, a ci skinęli głowami uśmiechając się – Musicie wiedzieć, ze w tym kraju nie przepada się za mniejszościami, zwłaszcza tu – powiedział wskazując na ogromny biało-czerwony mural z napisem „Patrioci”. Zapomnijcie o przedstawianiu się jako Adam Smith i Frank Oier. Od dziś nazywać się będziecie Adrian Skalmierski i Franciszek Orkowicz. 1 września pójdziecie do szkoły jako zwykli uczniowie. Wówczas przestaniecie mieszkać z nami w budynku hotelu. Rozdzielimy się. Ty Adamie zamieszkasz w jednym z opuszczonych mieszkań. Kilka ich tutaj jest, wybrałem ci najlepsze. Zaś Frank zamieszka w centrum.

-Dlaczego – zaczął nie kryjąc oburzenia Adam – on będzie mieszkał w centrum, a ja w tym chlewie?

-Ponieważ – brunet przejął głos – Wasze zadanie jest zupełnie inne. To ja was muszę wyszkolić, lecz ni mogę tego robić grupowo, żeby nie przyciągać uwagi, ani nie narażać was. Tak jest lepiej. Po za tym, te dzielnice mają wam pokazać kulturę tego kraju z dwóch różnych stron. Tobie Adamie, lepiej będzie przystosowywać się w „Gliwickim piekle”, jemu zaś w centrum, gdzie codziennie mijać go będzie tysiące ludzi. Nie będzie wiedział, czy któryś nie będzie go chciał zabić. Nic nie jest przypadkowe. Lecz wybaczcie, że zostawię was teraz, ale zanim zobaczymy się po raz kolejny, upłynie nieco czasu. Muszę załatwić swoje sprawy w tym regionie.

To mówiąc wzbił się powietrze i rozpłynął się w nim jako czarno-zielona mgła. Wszyscy stali w osłupieniu. Liście zaszeleściły jeszcze kilka razy na wietrze, a nastoletni Amerykanie w zupełnie obcym kraju zrozumieli, ze niczego więcej się nie dowiedzą. Adam spojrzał na Angelo. Stróż nie czekał zbyt długo i rozpoczął.

-Naszym zadaniem jest, jak już słyszeliście nauczyć was do porządku języka, którym będziecie się posługiwać. Bóg was kocha, więc nauczycie się go szybko. Bądźcie tego pewni. Możemy was nauczyć kilku ciosów i sztuczek, przydatnych w walce ze złem. Obawiam się, że mogą być mało przydatne w walce z nieznanym wam wrogiem, o którym i my wiemy niewiele.

-Zaraz! – Przerwał Frank – Mówicie jak żołnierze! Czy to oznacza, że zbliża się wojna?

-Miejmy nadzieję – zaczął Augustin – że nie zostaniecie w nią wplątani. Wy ludzie zbyt dużo przeszliście, ta ziemia zbyt dużo przeszła. To byłoby straszne. Ale jeżeli musicie wiedzieć, a i owszem jest wojna. Wojna krwawa i nierówna. Teraz jak się dowiadujemy, także obcy się w nią włączają. Nieznane istoty, potwory. Zawsze tu byli, lecz teraz jest ich rekordowo dużo.

-Nadchodzi dzień sądu. Lecz, miejmy nadzieję, ze jeszcze nie za waszego życia on nadejdzie.

Wtem, znów cała czwórka poczuła dziwny chłód. Chłód tak przerażający i przeszywający, że nie da się go z niczym porównać. Chmury zakryły się chmurami. Ptaki ucichły, a drzewa przestały się ruszać. Gigantyczna czarna kłębiasta chmura runęła ku ziemi z gigantyczną prędkością. Długa czarna szata ciągnąca się jeszcze kilka metrów po ziemi i unosi jakby niesiona wiatrem, choć milczał on w tym momencie. Czarny kaptur mocno naciągnięty na posępną twarz i ledwo widoczne mroczne, gęste skrzydła zdradzały, że to może być tylko jedna postać.

-Czy to… – spytał przerażony Frank

-Tak Franku – odparł Augustin – To Samael we własnej osobie. Po tych słowach postać odsłoniła olbrzymią, potężnie zaostrzoną kosę.

-Witajcie! Skoro wiecie kim jestem, pozwolicie, że i ja zdradzę kim jestem. Doskonale wiecie, że zabiliście nieznane istoty, lecz zabiliście również ich ludzkie powłoki. Wyręczyliście mnie. Musiałem się więc wam ukazać. Takie mam zadanie, pokazać się wszystkim mordercom, którzy nie czują skruchy. Wiecie, że i na was kiedyś przyjdzie czas, prawda?

-Tak! – odpowiedział Adam – Wiemy aż nazbyt dobrze! Jeżeli nie zabiją nas stwory z nie wiadomo skąd, to zrobią to Rosjanie, Ukraińcy albo Polacy! Jeżeli przyszedłeś się pochwalić tym jak wyglądasz i poasić kosą, to możesz już odejść. Doskonale wiemy o tym, że pokażesz nam się tak, jak się tego boimy

-Bezczelny! – zaczął anioł śmierci – Adam Zlatko Smith! A od dzisiaj Adrian Tadeusz Skalmierski. – pozwolisz, że przyjrzę ci się z bliska – to mówiąc śmierć podeszła do Adama. – Tak! Dumna amerykańska postura i dziki słowiański wzrok. – demon zaśmiał się – Wybraniec! Ludzka duma i pewność siebie! Ty i ten kraj jesteście siebie warci! Uwierz mi wybrańcu, spotkamy się prędzej, niż się spodziewasz. Nie będziesz dobrze wspominał tego dnia.

-Nie boję się śmierci. – odparł beznamiętnie Smith – Tak, jak nie boję się gróźb pod moim adresem.

-Wariat z ciebie! – Samael uśmiechnął się do siebie – Cóż ci odpowiem? Do zobaczenia. Prędko się to stanie. Wzbudziłeś moje zainteresowanie. Zastanowię się dwa razy, zanim cię skoszę. Bywajcie.

-Co… Co to było? – Wyjąkał Oier

-Zwiastun tego, że wdepnęliśmy w niezłe gówno – odpowiedział Adam

-Poniekąd – westchnął Angelo – Nie mogę się nie zgodzić. Coś w tym jest. Lecz nie tylko wy. Z wami setki milionów.

-Co to znaczy? – zapytał Oier

-Nie wiesz? A zatem ci wyjaśnię. Będziemy mieli mnóstwo czasu – powiedział Augustin, kładąc rękę na ramieniu swojego podopiecznego.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje