Historia

Początek Końca

gabriel grula 9 5 lat temu 9 360 odsłon Czas czytania: ~18 minut

POCZĄTEK KOŃCA

Iwona od tygodnia czuła się bardzo źle. Zaciśnięty żołądek całkowicie niwelował uczucie łaknienia. Na samą więc myśl o jedzeniu robiło jej się niedobrze. Zauważyła także problemy z pamięcią, o koncentracji nie wspominając. Drażniło ją wszelkie towarzystwo, w tym obecność jej chłopaka Marcina. Od ich ostatniego spotkania sześć dni temu, ograniczyła wspólne relacje do rozmów telefonicznych.

Marcin zachowanie swojej dziewczyny tłumaczył „trudnymi dniami”, a chwilowy brak jej towarzystwa rekompensował sobie w miejscowym pubie pełnym kolegów, dalszych znajomych i piwa.

Wiedziała, że coś jest nie tak. Trzykrotnie zrobiła sobie test ciążowy, lecz ten za każdym razem był negatywny.

– Może po prostu trzeba jeszcze poczekać – tak myślała wczoraj. Dziś natomiast zaczął się jej okres, wyjaśniając tym samym kwestię ewentualnej ciąży.

Tymczasem mdłości i ogólne rozdrażnienie zaczęły się nasilać. Wtedy właśnie dziewczyna zauważyła pewną prawidłowość: ku jej zdumieniu wszelkie dręczące ją objawy nasilały się w chwilach, gdy przebywała w pobliżu kościoła i obojętnie jakiego obiektu kultu religijnego. Pozdejmowała wszelkie zdobiące ściany w domu obrazy świętych i wiszący nad drzwiami wejściowymi krzyż. Objawy niedyspozycji nieco ustąpiły.

Tego dnia, a był to piątek, położyła się spać tuż przed dwudziestą trzecią. Wcześniej telefonicznie spławiła Marlenę i Edytę proponujące jej wypad do jednej z dyskotek. Taki sam los spotkał Marcina. Tym razem ich rozmowa skończyła się po upływie półtorej minuty. Mając dosyć wszelkich rozmów, wyłączyła telefon i komputer. Sen nadszedł niemal natychmiast.

***

Stała na środku podwórka przed swym rodzinnym domem. Królujące na bezchmurnym niebie Słońce delikatnie pieściło jej twarz. Słysząc śpiew ptaków, uśmiechnęła się. Zawsze wpływał on na nią w sposób kojący oraz neutralizujący napięte do granic możliwości nerwy. W ogrodzie znajdującym się na tyłach budynku siedziała cała jej rodzina. Nie widziała ich, lecz dokładnie słyszała głosy należące do najbliższych jej osób. Szutrową drogą, biegnącą zaraz przy bramie wejściowej, przechodził sąsiad. Mężczyzna spojrzał w jej stronę. Krzyknęła do niego: „Dzień dobry!”, lecz ten w żaden sposób nie zareagował. Mało tego, ta sama sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy w przypadku dwojga innych sąsiadów. Iwona zorientowała się, że ludzie jej nie widzą. Wbiegła do domu, wszystko w nim było poustawiane tak jak to pamiętała będąc dwunastoletnią dziewczynką. Wyjrzała przez okno z drugiej strony budynku. Rozciągał się z niego widok na ogród.

Na huśtawce bujał się jej młodszy brat, przy stole siedzieli rodzice, dziadkowie, dwie ciocie i trzech wujków. Gdy wydawało się, że ktoś patrzy w jej stronę, z całych sił machała w jego stronę obiema rękami. Niestety, nikt z jej najbliższych nie reagował. Wtedy zaczynała krzyczeć, także bez jakiegokolwiek efektu. Chciała wyskoczyć z okna, by jak najszybciej do nich podbiec i wyjaśnić kwestię lekceważenia jej, w ostatniej chwili zreflektowała jednak, że skacząc z wysokości prawie dwóch metrów, może coś sobie zrobić. Pobiegła więc do drzwi wyjściowych, w przypływie złości kopiąc w nie z całej siły. Ku jej ogromnemu zdziwieniu noga zapadła się w nie aż po kolano. Cofnęła ją. Odeszła kilka kroków wstecz, po czym zaczęła biec najszybciej, jak tylko mogła. Przebiegła przez drzwi, jakby ich w ogóle nie było. Będąc na zewnątrz, zauważyła diametralną zmianę.

Słońce zastąpił księżyc, niebieskie niebo zalało się krwistą czerwienią. Pierwsze odczucie przeraziło ją. Zapragnęła jak najszybciej dołączyć do rodziny. Czym prędzej pobiegła do ogrodu. Jej najbliżsi cały czas tam byli, zachowując się tak samo jak wtedy, gdy obserwowała ich przez okno. Zmiana pory dnia, nie zrobiła na nich najwyraźniej żadnego wrażenia. Próbowała do nich podbiec, niestety cały czas stała w miejscu. W końcu zmęczona zaniechała biegu. Próbując unormować oddech, uświadomiła sobie, że nie jest w stanie zbliżyć się do nich. Jedyne, co mogła, to patrzeć, nie ingerując w żaden sposób w ich poczynania.

W pewnej chwili poczuła obok siebie czyjąś obecność. Szybko odwróciła się w swą prawą stronę. Obok niej stała szczupłej budowy ciała postać, wyższa od niej o piętnaście centymetrów, ubrana na czarno, z niemożliwymi do rozpoznania rysami twarzy. Iwona starała się uważnie jej przyjrzeć, niestety bez pożądanego efektu. Ta twarz po prostu rozmazywała się jej przed oczyma.

Odwróciła głowę w drugą stronę. I tu też stała ubrana na czarno postać, będąca jakby lustrzanym odbiciem tej poprzedniej. Również nie sposób było dostrzec jej twarzy. Dziewczyna poczuła się dziwnie speszona w tym towarzystwie.

Tymczasem pierwsza z postaci położyła jej dłoń na barku. Przeszył ją ciepły dreszcz. Mimo iż był to tylko bark, poczuła się tak, jakby została dotknięta w najintymniejsze miejsce swego ciała. W gruncie rzeczy, mimo iż było to bardzo miłe uczucie, odskoczyła do tyłu, głośno krzycząc: „Nie dotykaj mnie!”.

Obie postacie zaczęły się śmiać. Był to dziwny rodzaj śmiechu, z rodzaju tych, które przerażają. Dziwne osoby ruszyły w stronę siedzącej w ogrodzie rodziny. Im sztuka zbliżenia się do nich udała się bez problemu. Ogarnęło ją uczucie lęku i strachu o najbliższych. Zaczęła więc biec w ich stronę, niestety z takim samym efektem jak poprzednio.

Postacie, które jeszcze przed chwilą stały obok niej, teraz zajęły miejsca w przeciwległych końcach ogrodu. U jednej z nich pojawił się w ręku jakiś okrągły, biały przedmiot. Osobnik rzucił go w stronę towarzysza stojącego z drugiej strony ogrodu. Ten złapał przedmiot, a kilka sekund później jeden z wujków zaczął płonąć żywcem. Cała rodzina wpadła w panikę. Mama i ciocie zaczęły płakać, a jej młodszy brat zeskoczył z huśtawki, podbiegł do taty i w panice przytulił się do niego.

Nastąpił kolejny rzut okrągłym przedmiotem. Tym razem płonąć zaczęła jedna z cioć. Kolejna seria rzutów spowodowała samozapalenie pozostałych członków jej rodziny.

Oczy Iwony samoczynnie wypełniły się łzami, które zaczęły spływać po jej policzkach. Widok był makabryczny. Zwęglone zwłoki wujka leżały na środku ogrodu, jedna z cioć, targana agonalnymi wstrząsami, umierała pod stołem. Pozostałe dwie turlały się po ziemi z nadzieją ugaszenia trawiących je płomieni. Dziadkowie, klęcząc na kolanach, głośno się modlili. Rodzice zaś, przytulając jej brata, pełen przerażenia wzrok utkwili w niebie. Młodszy braciszek spojrzał nagle w jej stronę i z zatroskaną miną wyszeptał, na tyle jednak głośno, że usłyszała: „Pomóż nam, proszę, pomóż nam”.

Iwona krzyknęła: „Przestańcie!” i ta z postaci, która akurat trzymała w ręku ów biały przedmiot, skierowała głowę w jej stronę. Następnie rzuciła go do niej. Gdy krążek upadł jej pod nogi, z przerażeniem stwierdziła, że jest to głowa jej chłopaka Marcina. Ten, patrząc na nią umęczonym wzrokiem, mówił: „Dlaczego mi to robisz? Dlaczego?”. Przerażona i zdziwiona zapytała: „Ale co? Nie rozumiem?”. Wtedy z oczu, uszu i ust Marcina popłynęła bardzo ciemna, gęsta krew, zaczął się dławić i krztusić, nie mogąc złapać tchu.

Przestraszona zrobiła dwa kroki w tył. Spojrzawszy w stronę swej rodziny, zauważyła, że wszyscy jej pozostali przy życiu członkowie stoją obok siebie, patrzą w jej stronę i mówią: „Pomóż nam, prosimy”. Tymczasem znów rozległ się mrożący krew w żyłach śmiech. Skierowała wzrok w stronę jego źródła.

Postać w czerni stanęła naprzeciw niej, uniosła do góry prawą dłoń, po czym pstryknęła palcami. Nagle jej twarz stała się rozpoznawalna. Dziewczyna stanęła jak wryta, paraliż ogarnął całe jej ciało, serce biło jak oszalałe, natomiast oddech nie dawał się w żaden sposób unormować. To, co zobaczyła, przeraziło ją. Twarz demona pozbawiona jakiegokolwiek owłosienia, pokryta była bliznami po cięciach białej broni i poparzeniach. Z oczu demona biła czerń, dawniej odzwierciedlająca to, co było jego duszą. Teraz królowało tam zło – w najbardziej brutalnej, bezwzględnej, nieokiełznanej i perfidnej postaci.

Przerażona krzyknęła z całych sił. Krzyk był na tyle mocny, że wyrwał ją z tego koszmaru. Spocona usiadła na brzegu łózka, powoli normując oddech. Spojrzała na zegarek: wskazywał godzinę trzecią dziesięć. Była tak rozbudzona, że sen przynajmniej na razie nie wchodził w rachubę. Poza tym obawiała się zasnąć, bo koszmar mógłby powrócić, a drugi raz może nie być tak łatwo się z niego wyrwać.

– Co się dzieje? Co się do diabła dzieje? – pytała samą siebie. Nie znalazła jednak żadnej odpowiedzi.

***

Kolejną noc także mogła zaliczyć do nieprzespanych. Przecież tak się nie da funkcjonować! Do pracy się nie nadaje, o nauce też może zapomnieć. Całe szczęście, że dziś jest sobota i nie musi w ogóle ruszać się z domu. Leżąc w łóżku, próbowała zebrać myśli, nie było to jednak łatwe. Bezowocne rozmyślania trwały kilkadziesiąt minut. W pewnej chwili pojawiła się pewna myśl.

– Zaraz, zaraz… – przypomniała sobie o seansie spirytystycznym. Dokładnie następnego dnia zaczęły się jej kłopoty. Później nasilały się z dnia na dzień, aż do dziś. Od początku była temu przeciwna, ale Agnieszka, Monika, Marcin i Daniel uparli się i ostatecznie postawili na swoim. Cholera wie, skąd przytaszczyli tę przeklętą tablicę z paskudnymi twarzami jakichś stworów, widniejącymi w każdym z jej rogów. Niby nic się nie wydarzyło, tylko w pewnym momencie wszyscy poczuli, tak jakby powiew zimnego powietrza, a potem czyjąś obecność. Zbagatelizowali to, ale tak naprawdę każde z nich nieźle się przestraszyło.

Wstała z łóżka i skierowała swe kroki do łazienki, gdzie wzięła prysznic. Gdy wyszła, usłyszała walenie w drzwi.

– Co za wariat – powiedziała na głos sama do siebie. Wściekła podeszła do drzwi i otworzyła je, gotowa obrzucić niezapowiedzianego gościa najwymyślniejszą kompozycją bluzg i obelg. Lecz zamiast tego stanęła niczym słup soli. W drzwiach stał Marcin, a jego mina nie wróżyła niczego dobrego.

– Agnieszka, Monika i Daniel… nie żyją – wyszeptał.

– Że co? Co ty mówisz?

– Mieli wypadek, winda się zerwała. Nie wiadomo, co było tego przyczyną. Wszyscy nie żyją.

Wpuściła chłopaka do domu. Usiedli przy stole w kuchni, przez dobre dwie minuty milczeli.

– Ale… ale jak to możliwe? – ponownie zapytała.

– Nic nie wiadomo, kompletnie nic. A właściwie to co się z tobą dzieje? Dzwoniłem do ciebie wczoraj chyba z dziesięć razy, tutaj przychodzę chyba już z piąty raz.

– Nic się nie dzieje. Źle się czuje, to wszystko.

– I to jest przyczyna twojego zachowania?

– Posłuchaj, przychodzisz do mnie o… – spojrzała na zegarek – piątej rano, mówisz, że trójka naszych przyjaciół nie żyje, po czym chcesz dyskutować o moim zachowaniu? Mam ochotę pobyć sama i nic ci do tego, zresztą daj mi spokój! – wykrzyczała.

Marcin patrzył na nią z niedowierzaniem. Odkąd ją znał, czyli od siedmiu lat, nigdy nie zachowywała się w ten sposób. Nie miał siły na kłótnię, nie teraz. Musi iść się upić, a sprawę z Iwoną wyjaśni jutro.

– Wiesz co? Na razie, pogadamy innym razem – po tych słowach wstał i wyszedł.

Iwonie było to jak najbardziej na rękę. Cieszyła się, że idzie. Szczerze powiedziawszy, zaczynał coraz bardziej działać jej na nerwy. Śmierć przyjaciół jakoś dziwnie nie zrobiła na niej wrażenia. Być może jeszcze to do niej nie dotarło, w każdym razie potrzebowała być teraz sama. Zaczynała zdawać sobie sprawę, iż wszystko to, co się teraz dzieje, jest w jakiś dziwny i niewytłumaczalny sposób powiązane z tym paskudnym spirytystycznym wieczorem sprzed kilku dni.

Położyła się na łóżku, tępo wpatrując się w sufit. Sen niespodziewanie nadszedł tuż po godzinie siódmej. Całe szczęście, że dziś była sobota, w przeciwnym razie o tej godzinie musiałaby wychodzić do pracy. Tym razem nic jej się nie śniło, a gdy dwie godziny później wstała, pierwsze swe kroki skierowała do kuchni, gdzie napiła się soku pomarańczowego.

Wróciwszy do pokoju, usiadła w fotelu i włączyła telewizor. Pilotem uruchomiła jeden z czterech programów muzycznych. Jakoś nie miała ochoty na żaden film, a tym bardziej na słuchanie wiadomości. Nawet nie zauważyła, kiedy powieki same jej się zamknęły, a pilot wypadł jej z rąk i uderzył o podłogę.

***

Tym razem stała na środku wyludnionego miasta, słyszała hulający nad głową wiatr. Samochody, autobusy i ciężarówki stały nieruchomo. Prowadzący pojazdy jakby nagle wyparowali. Czuła się bardzo mała wśród otaczających ją kilkudziesięciopiętrowych wieżowców. Nieśmiało zrobiła kilka kroków, zatrzymała się dopiero w chwili, gdy zauważyła oddaloną od niej o kilkanaście metrów, odwróconą tyłem, ubraną na czarno postać. Sylwetka do złudzenia przypominała tę z jej ostatniego koszmaru. Opanował ją strach.

Mimo że jakąś cząstka jej świadomości zdawała sobie sprawę, że śni, strach narastał z minuty na minutę. Wcześniej Iwona o tym nie wiedziała, a teraz gdzieś w zakamarkach jej umysłu, mimo snu zaczęło rodzić się przeczucie, że wbrew pozorom sen potrafi być bardziej niebezpieczny od jawy. Jeżeli ktoś go kontroluje, to może za jego pośrednictwem przeniknąć do duszy i ciała śniącego. Mając wgląd w najbardziej skrywane tajemnice, sekrety, ale też słabości. Taka kontrola bezpośrednio rzutuje na życie i funkcjonowanie na płaszczyźnie fizycznej. Śmierć wydaje się wybawieniem w porównaniu z oddaniem kontroli nad swym życiem. Bo wtedy ludzka egzystencja staje się koszmarem.

Postać odwróciła się do niej przodem, tym razem jej twarz spowijał mrok. Nagle usłyszała trzepot skrzydeł. Podniosła głowę i ujrzała całe mnóstwo czarnych ptaków, dużo większych od tych, jakie widywała do tej pory. Te nad jej głową nie przypominały żadnego znanego gatunku. Krążyły w powietrzu. Ptaki przeszywały ją tylko swymi czarnymi jak węgle ślepiami, które emanowały chęcią rozerwania swej ofiary na strzępy. W pewnej chwili zaczęły wydawać przeraźliwy skrzek. Był to dźwięk tak przenikliwy, że aż sprawiający ból. Spojrzała w stronę stojącej w oddali postaci. Ta zrobiła dwa kroki do przodu, klasnęła w dłonie, wypowiadając coś w zupełnie niezrozumiałym języku. Ptactwo natychmiast zamilkło. Czarna postać wymówiła kolejne dwa słowa, a ptactwo rozpierzchło się w cztery strony świata. Iwona poczuła ulgę, te latające paskudztwa na pewno lada moment rzuciłyby się na nią. Postać odwróciła się do niej plecami, po czym zaczęła iść przed siebie. Iwona postanowiła ją dogonić. Odchodzący jednak w jakiś dziwny sposób cały czas utrzymywał dzielącą ich odległość.

Biegła przez trzy skrzyżowania, ale jedynym efektem tej gonitwy było coraz większe zmęczenie. Zatrzymała się na chwilę, delikatnie unosząc głowę do góry. W oknie wieżowca wznoszącego się po lewej stronie, na drugim piętrze, dostrzegła machających do niej rodziców i brata. Też im pomachała, a potem czym prędzej podążyła w stronę wejścia do budynku. Wbiegła na klatkę schodową i zaczęła pokonywać stopnie oddzielające poszczególne poziomy. Nie mogła jednak znaleźć drzwi prowadzących z klatki schodowej na drugie piętro. Miotała się zdezorientowana w tę i z powrotem, bezpowrotnie tracąc siły. W końcu klatka schodowa wydała się jej labiryntem bez wyjścia.

Sen zaczął ją okropnie męczyć, czuła się bezradna, bezsilna, a do tego wyczerpana. Pragnęła, by to się skończyło, z bezsilności zaczęła płakać oraz krzyczeć z całych sił. Wydawało jej się, że trwa to wieki, w końcu jednak obudziła się.

Fizycznie i psychicznie czuła się beznadziejnie. Mimo iż była godzina dziewiąta czterdzieści, nie chciało się jej ruszyć nawet na krok z fotela. Siedziała, wsłuchując się w muzykę wydobywającą się z głośników telewizora. Ale muzyka brzmiała coraz dziwniej. Dźwięki uległy deformacji, słowa śpiewane były od tyłu, a wszystko to razem sprawiało wrażenie halucynacji wywołanej skrajnym przemęczeniem. Dlatego właśnie spróbowała zebrać siły i bardziej się skoncentrować. Tony i słowa nie zabrzmiały jednak normalnie, umysł Iwony zaczął się im stopniowo podporządkowywać. Stan, w którym znajdowała się teraz, nie był ani jawą, ani snem, lecz swego rodzaju letargiem, dziwnym rodzajem hipnozy. Cały czas znajdowała się w swoim pokoju. Zdawało jej się, że usłyszała jakiś ruch w kuchni. Wstała więc z fotela, szybkim krokiem weszła do przedpokoju i od razu spróbowała zapalić w nim światło. Bezskutecznie, zamiast tego poczuła za plecami czyjąś obecność. Natychmiast odwróciła się, nikogo jednak nie dostrzegła. Zauważyła natomiast ogromny blask bijący z pokoju, z którego przed chwilą wyszła. Pobiegła w tę stronę. Przekroczywszy próg pokoju, nie poznała go. Ściany były oślepiająco białe, ozdobione erotycznymi obrazami, ale najciekawsze, że obrazy te poruszały się, co sprawiało niesamowite wrażenie. W miejscu sufitu pojawiło się rozgwieżdżone niebo, po którego prawej stronie widniał ogromny księżyc. Duże, stojące w narożnikach pokoju rzeźby, podobnie jak obrazy żyły i poruszały się, odgrywając pełne namiętności sceny miłosnych uniesień. Ogromne, stojące pośrodku łoże wabiło ją wiśniową barwą jedwabnej pościeli.

Sceneria olśniła ją na tyle, że jedyne, czego teraz pragnęła, to jak najszybciej ułożyć się w jedwabiu, co uczyniła. A wtedy zorientowała się, że jest naga.

Ale w żaden sposób jej to nie zawstydziło, a wręcz przeciwnie, podnieciło. Zamknęła oczy, delikatnie pieszcząc prawą dłonią okolicę łona. Poczuła czyjś oddech, na wewnętrznej stronie swoich ud. Nie otwierała oczu, zupełnie też nie interesowało ją, kto jej towarzyszył. Poczuła pocałunki na brzuchu, następnie na piersiach, szyi i ustach. Ten ostatni był tak namiętny, iż poczuła ogarniający ją orgazm. Jej ciało zaczęło się miotać w konwulsjach uniesienia. Uczucie rozkoszy przepływało przez nią falami. Poczynając od stóp, a kończąc na czubku głowy. Chciała, by to trwało w nieskończoność. Nie wiedziała, kim jest tajemniczy kochanek, ale w tej chwili nie miało to absolutnie żadnego znaczenia.

Delikatny, cudowny pocałunek ustał, a Iwona usłyszała dobiegający ją z każdej strony śmiech. Błyskawicznie otworzyła oczy. Fantastyczny wystrój pokoju zniknął. Leżała teraz naga na obskurnej, drewnianej ławce, stojącej na środku skrzyżowania w centrum miasta. Dookoła stał tłum ludzi, wytykając ją palcami, drwił z niej. Niektórzy wręcz zataczali się ze śmiechu, inni pluli w jej stronę, obrzucając ją przy tym wyzwiskami. Poczuła wstyd, tak ogromny, jakiego w życiu jeszcze nie doznała. Chciała zniknąć, zapaść się pod ziemię, umrzeć, wszystko jedno, byleby to się skończyło. Naga wstała z ławki.

Tymczasem jeden z mężczyzn stojących w pierwszym rzędzie rzucił w jej stronę kamieniem. Dostała w głowę. Krew z rany zalała jej twarz, zakręciło jej się przy tym w głowie. Przewróciła się, a wtedy w jej stronę poleciały kolejne kamienie, raniąc ją i powodując przenikający całe jej ciało ból. Świat wirował. Pewna starsza kobieta z miną wyrażającą odrazę podeszła do niej i splunęła jej w twarz. To było coś okropnego, tak bardzo pragnęła, by się skończyło. Nie miała jednak siły ani krzyczeć, ani wydać z siebie jakiegokolwiek głosu, nawet jęku.

W końcu jednak nastała ciemność.

***

Kiedy się ocknęła, poczuła przeszywający jej głowę ból. Miał on swoje źródło dokładnie w tym samym miejscu, w które otrzymała pierwsze uderzenie kamieniem. Palcami swej lewej dłoni, próbowała rozmasować bolący punkt. Ku swemu przerażeniu zorientowała się, że dotyka świeżej rany, broczącej jeszcze krwią. Zerwała się na równe nogi. Pobiegła do lustra i to, co w nim ujrzała, przeraziło ją. Cała jej twarz była poobijana. Nie wiedziała, co zrobić. Próbowała włączyć telefon komórkowy, lecz najwyraźniej rozładowała się w nim bateria. Komputer także odmówił posłuszeństwa. Pobiegła do drzwi wyjściowych, chwyciła za klamkę, ta jednak była tak gorąca, że od niej odskoczyła. Kolejnym jej celem stało się okno. W pierwszym odruchu chciała przez nie wyskoczyć, po chwili namysłu przestraszyła się jednak tego kroku. W akcie ostatecznej desperacji uklękła na środku pokoju. Dalszy bieg wydarzeń był jej kompletnie obojętny.

***

Obudziła się po raz drugi. Serce biło jej jak oszalałe. W pierwszym odruchu spojrzała na zegarek, była dwunasta dziesięć. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.

– Dzięki Bogu, to był tylko koszmar – pomyślała w chwili, gdy drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem, a jej oczom ukazała się mama.

– Kochanie, już wstałaś!?

Iwona zbystrzała, a po chwili zaskoczona zapytała:

– Mamo, kiedy przyjechałaś?

– Dwie godziny temu, spałaś tak słodko, że cię nie budziłam. Nie odzywasz się od paru dni. Kochanie, co się z tobą dzieje?

– Nic, po prostu musiałam się wyciszyć. Na długo przyjechaliście?

– Na dwa dni. Tata musi załatwić jakieś formalności związane z firmą. Ale nie martw się, zatrzymaliśmy się w hotelu.

– No wiesz? Po co? Przecież bez problemu bym was przenocowała – powiedziała bardziej z grzeczności niż z przekonania.

– Wiem, wiem. Chodź, zrobiłam ci śniadanie.

– Dziękuję, już idę.

Obecnie Iwona czuła się nieco lepiej, była wyspana, a nudności minęły. Tymczasem mama wniosła tacę z talerzem przykrytym specjalną, mającą utrzymać ciepło potrawy, pokrywką oraz z dwiema leżącymi obok kajzerkami.

– Czego się napijesz? Herbaty czy soku?

– Soku, jest w lodówce, druga półka od dołu. Mamo, nie trzeba było.

– Wiem, już go znalazłam.

„Fajna pokrywka, ale nie przypominam sobie, abym taką miała” – pomyślała, zanim uniosła ją do góry. Gdy to uczyniła, ujrzała dwie odcięte szczurze głowy z trzycentymetrowymi, wystającymi im z pysków, a ruszającymi się jeszcze językami. Krzyknęła przerażona, rzucając jednocześnie tacą o ścianę. Niemal natychmiast przybiegła mama. Ujrzawszy tacę ze śniadaniem na podłodze, z przerażeniem patrzyła raz na nią, raz na swą latorośl.

– Co się z tobą dzieje, córciu?

– Co ty mi dałaś na śniadanie!?

– Jajecznicę! Jejku, dziecko, co ci jest?

Iwona spojrzała na podłogę. Leżały tam dwie odcięte szczurze głowy.

– Spójrz! Spójrz tylko, co to jest! – wskazała na szczurze łby.

– Och, kochanie – powiedziała z troską w głosie mama, następnie podeszła do jednej z odciętych głów, podniosła ją i, ku ogromnemu przerażeniu córki, zjadła.

– Nie przesadzaj, może za mało doprawione, ale to nie moja wina, że nie mogłam znaleźć żadnych przypraw.

Iwona zaczęła się cofać w stronę okna, jej wytrzeszczone oczy nadawały twarzy nienaturalny wygląd. Mama w tym czasie coraz głośniej się śmiała. W kilka chwil śmiech wypełnił całe pomieszczenie. Twarz kobiety stawała się coraz bardziej sina. W końcu zaczęła wykonywać jakiś dziwny rodzaj tańca, zjadła w międzyczasie drugą szczurzą głowę, a na koniec, rozpędziwszy się, wyskoczyła przez okno.

Iwona natychmiast tam podbiegła. Nie mogła powstrzymać się, by przez nie nie wyjrzeć. Mimo iż mieszkała na piątym piętrze, zobaczyła, że niemal pod samo okno jej mieszkania podchodziła woda. Uniosła nieco wzrok. Jak okiem sięgnąć, z okna rozciągał się widok na bezkresny ocean. „Co się dzieje?” – myślała intensywnie.

Znów zaczęła krzyczeć z całych sił. Nawet nie zauważyła, kiedy, zapadła ciemność.

***

Kolejny raz obudziła się w swym ciemnym, pustym pokoju. Tym razem jednak bała się otworzyć oczy. „Proszę, dość, mam dość” – powtarzała w myślach, najintensywniej i najszybciej, jak tylko potrafiła.

– Nie ty decydujesz, kiedy będzie dość!!! – usłyszała głośną odpowiedź na swą prośbę.

Otwarcie oczu nic nie dało. Nie sposób było kogokolwiek zauważyć. Słyszała krople deszczu intensywnie uderzające o parapet. W kilkusekundowych odstępach dało się też słyszeć uderzenia wyładowań atmosferycznych, a pomieszczenie rozświetlał towarzyszący każdemu z nich niesamowity błysk. Za każdym razem był on jednak zbyt krótki, by pomóc w zlokalizowaniu źródła tajemniczego głosu.

– Czego chcesz?! Czego ode mnie chcesz?! Przecież nic ci nie zrobiłam! – wykrzyczała, zerwawszy się na równe nogi.

– Nic? Przywołaliście nas, zadawaliście pytania, na które dostaliście odpowiedzi. Teraz czas na zapłatę.

Faktycznie, tego feralnego wieczora Monika, Agnieszka, Daniel i Grzesiek zadawali jakieś głupie pytania o rzeczy zupełnie nieistotne, na przykład: „Jak nazywają się moi rodzice?”, „Czy wygram w lotka?”, „Jak umrę?”. Trafna odpowiedź, szczególnie na pierwsze pytanie, wprawiła ich w niemałe zdumienie. Lecz ostatecznie i tak wyrzucili przecież całą tą tablicę.

– Za wszystko trzeba zapłacić, za wszystko! – tajemniczy głos stawał się coraz głośniejszy i coraz straszniejszy.

– Ale… ale przecież… ja o nic nie pytałam – głos dziewczyny drżał.

-Byłaś tam, uczestniczyłaś w rytuale. Był to twój jak najbardziej świadomy wybór. Za późno na łzy, teraz należysz do nas. Możesz walczyć dopóki starczy ci sił oraz wytrwałości, ale wiedz, że my nie odpuścimy. Powoli cząstka po cząstce będziemy cię pochłaniać. W świecie fizycznym staniesz się najpierw cieniem samej siebie, następnie zjawą, której tylko będzie się zdawało, że żyje. Koszmary przenikną twoje życie, zlewając się z nim w jedno. Ale walcz, to jest twój wybór.

Głos ucichł, natomiast pomieszczenie zostało w całości wypełnione odgłosami szalejącej za oknem burzy.

Po policzkach zaczęły jej spływać łzy. Były one wywołane uczuciami bezradności, zagubienia, niemocy.

Choć wiedziała co ją czeka, niebyła sobie w stanie wyobrazić przez co przyjdzie jej przejść, by w końcu zaznać wiecznego odpoczynku.

Koniec.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Za długie i nieciekawe, połowę historii przeleciałam tylko wzrokiem. Motyw oklepany, a zakończenie beznadziejne
Odpowiedz
mi sie nie chce czytać
Odpowiedz
Czekam na ciąg dalszy tej historii. Jest niesamowita tak samo jak reszta opowieści :)
Odpowiedz
Zapraszam wszystkich do polubienia Fanpejdża Czas Z http://on.fb.me/1b3zWgx
Odpowiedz
Bardzo fajne :))
Odpowiedz
Martyna Madoń masz wielką racje! długie i do niczego! Napisz cos krótszego i ciekawszego!
Odpowiedz
Meggga ;3
Odpowiedz
Zaciekawiło mnie. Bardzo dobrze napisane, widać tu dopracowane szczegóły, ale końcówka jest strasznie rozczarowywująca. Mogłaś się trochę bardziej nad nią zastanowić. Pomysł jest bardzo dobry, ale (przynajmniej według mnie) każda creepypasta potrzebuje dobrej puenty, bo inaczej nie jest straszna. Zachęcam Cię do dalszego pisania, może kiedyś uda ci się wymyślić coś dużo lepszego :)
Odpowiedz
Długie i do bani się czyta nic ciekawego.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje