Historia

Czas Z, część 2

gabriel grula 15 4 lata temu 19 683 odsłon Czas czytania: ~12 minut

Część pierwsza - http://straszne-historie.pl/story/10204-Czas-Z

W końcu zebrałem się sam w sobie i przekraczam próg mieszkania. Niemniej zestresowana Natalia, ze łzami w oczach zamyka za mną drzwi dwukrotnie przekręcając zamek. Po chwili słyszę odsłanianą zaślepkę wizjera.

Stoję na klatce schodowej, a całą moją uwagę przykuwa dźwięk kapiącej z sufitu wody. Odgłos rytmicznego konsekwentnego – kap, kap, kap – niesie się po całym piętrze. Na posadzce zdołała już się utworzyć kałuża z sekundy na sekundę zwiększająca swą objętość. Podobna awaria miała już miejsce kilka lat temu. Zalane wtedy zostało niemalże całe piętro. Usunięcie feralnej rury zajęło kilka godzin, teraz jednak… a zresztą czy to ważne?

Mój misterny plan zakłada przeszukanie w pierwszej kolejności mieszkań najbliższych sąsiadów.

Jedni z nich popełnili samobójstwo wyskakując z okna. Wiem to, ponieważ ich szczątki leżą jeszcze na chodniku przed blokiem.

Zginęli na miejscu. Zaraz w stronę zwłok rzuciło się kilkudziesięciu zmartwychwstałych. To nie do wiary, ale te bestie zaczęły żreć to, co ich zwyrodniałe zmysły uznały za nadające się jeszcze do spożycia.

Sąsiedzi mieli szczęście, nie zmartwychwstali zostali najzwyczajniej w świecie rozszarpani na kawałki. Takie szczęście w nieszczęściu.

Najpierw jednak idę w kierunku mieszkania Wiesława i Beaty Milców.

Robię czwarty z kolei krok, gdy dobiega moich uszu odgłos upadającego na którymś z niższych pięter przedmiotu. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia czy aby na pewno jest to dźwięk upadającego przedmiotu czy nie chociażby trzasku drzwi. Do tego dochodzi odgłos tej cholernej, uderzającej o lustro kałuży, wody.

Wyostrzone do granic możliwości zmysły, przyczyniają się do buzowania w organizmie niesamowitego stężenia adrenaliny.

Jestem tak zdenerwowany, że ledwo co wykonuję następnych kilka kroków dochodząc w końcu do drzwi najbliższego z mieszkań.

Tak jak mogłem się spodziewać są zamknięte.

Kątem oka dostrzegam ruch. Błyskawicznie odwracam się zaciskając dłonie na kiju bejsbolowym stanowiącym moją jedyną broń.

Ja pierdole – cedzę przez zaciśnięte zęby sam do siebie. Zdawało mi się, nikogo tam nie ma. Ten cholerny odgłos kapiącej wody doprowadza do wariacji nie tylko zmysł słuchu, ale i wzroku.

Zawracam, kierując się w stronę mieszkania samobójców. Najprawdopodobniej też jest zamknięte.

Muszę jednak to sprawdzić. Tym razem słyszę wyraźne uderzenie jakiegoś przedmiotu o posadzkę klatki schodowej.

O ile tamten odgłos dochodził z któregoś z niższych pięter, tak ten słyszę z kondygnacji znajdującej się bezpośrednio poniżej.

W pierwszej kolejności zamieram w bezruchu. Przez głowę przelatują mi setki myśli dotyczących możliwego źródła hałasu.

Może ktoś się barykaduje? Ale przecież musiałbym słyszeć jakieś rozmowy. Choć niewykluczone, że barykadę ustawia jedna osoba. A może ktoś tam walczy o życie? Też pudło.

Ostatecznie wygrywa najbardziej prawdopodobny scenariusz mówiący o zmartwychwstałym grasującym w poszukiwaniu pożywienia. Być może też, jest ich kilku.

Postanawiam przynajmniej wyjrzeć przez niewielki prześwit pomiędzy dwoma biegami schodowymi.

- Kurwa – przeklinam po chwili – kompletnie nic nie widać.

Schodzę parę schodów. Wtem słyszę ruch na moim piętrze. Znów staję nieruchomo. Po kilku sekundach uświadamiam sobie, że trwanie w bezruchu nic mi nie da.

Czuję za to coraz bardziej nasilający się zapach zgnilizny.

Z powrotem wchodzę na piętro. Powoli zmierzając w stronę przeciwległej ściany. Idąc wzdłuż niej, dochodzę do ostrego skrętu w lewo. Znajdują się tutaj wejścia do czterech narożnych mieszkań.

Jedna para drzwi umieszczona jest po jednej, druga para po drugiej stronie niezbyt długiego korytarza. Na jego końcu widzę kiwającą się, mruczącą sylwetkę.

Wyraźnie dostrzegam, iż jest to jeden z zainfekowanych.

W trakcie jak mu się przyglądam odwraca się, powoli ruszając w moją stronę. Jakby tego było mało, rozpoznaję w tym stworze jednego z sąsiadów mieszkającego w bloku obok.

Pierwszy odruch podpowiada mi by czym prędzej uciekać do domu. Ale wydaje się, że cały czas pozostaje niezauważony, a zmartwychwstały po prostu kierowany jakimś instynktem tylko idzie w moją stronę.

Gdyby wyczuł świeże mięso w mojej osobie byłby żwawszy.

Słowo idzie jest tu użyte nieco na wyrost. On porusza się powłócząc za sobą nogami.

Nie tracąc czasu, postanawiam jednak wrócić do domu.

Z Natalią mamy umówiony sygnał. Mam stanąć przed wizjerem i pokazać jej dwa uniesione kciuki, po czym mam je opuścić.

Otwiera wpuszczając mnie do środka.

Moja wyprawa jest bezowocna. Chociaż, nie do końca. Wiem, że drzwi wejściowe do obydwóch znajdujących się z boku mieszkań są zamknięte.

O ile mieszkający pod dwieście osiemdziesiąt Marcin z Alą w przypływie paniki i strachu wyskoczyli przez okno. Tak co do mieszkających z drugiej strony państwa Milców, nie mam żadnych informacji.

Słyszałem jak rozmawiali ze sobą stojąc na balkonie tego feralnego, apokaliptycznego dnia, ale co się z nimi stało później? Nie wiem.

Będąc już w domu zacząłem obserwować przez wizjer klatkę schodową. Ciekaw byłam zachowania dawnego sąsiada.

Ten minął jakby nigdy nic nasze mieszkanie, kierując się następnie w stronę schodów. Choć jestem naprawdę zdesperowany kończącym się jedzeniem, to jednak nie mam jeszcze noża na gardle.

Nie uśmiecha mi się otwarta walka wręcz, z którymkolwiek z nich.

Dlatego wpadam na genialny pomysł by przejść do mieszkania samobójców po balkonie. Nie będzie to proste, ale póki co wydaje mi się bezpieczniejsze od chodzenia po poszczególnych piętrach i sprawdzania, które z mieszkań jest otwarte. A nawet jeżeli będzie otwarte to wysoce prawdopodobnym będzie obecność w nim któregoś z tych zwyrodnialców.

W tej chwili jeszcze mam nadzieje, że niedługo nadejdzie jakakolwiek forma pomocy.

Co tu pieprzyć liczę, że kwestią godzin jest pojawienie się wojska robiącego porządek z tymi truposzami.

Ostatecznie nie bez problemów, dostaję się na sąsiedni balkon.

Dziwnie czuję się wiedząc, że za chwilę będę przeszukiwał mieszkanie nieżyjących sąsiadów. Jeszcze kilka dni temu mówiłem „Dzień dobry”, mijając ich na podwórku a teraz…oni leżą na dole, a ja stoję na ich balkonie.

Drzwi balkonowe są otwarte, do środka dostaję się więc bez kłopotów.

Powoli przechodzę z jednego pomieszczenia do drugiego. Cały czas obawiam się czy zza rogu nie wyskoczy jakiś zwyrodnialec.

Wiem, wiem, to wbrew logice, przecież drzwi wejściowe są zamknięte. Ale co jeżeli przed samobójczą śmiercią wpuścili jakiegoś zarażonego?

Na szczęście mieszkanie jest puste.

W lodówce znajduję parę najbardziej potrzebnych konserw. Resztę jej zawartości stanowi jedzenie, które trzeba będzie zjeść w przeciągu kilku najbliższych godzin. Z zamrażalnika biorę też na wpół rozmrożone mięso.

Najpierw przerzucam na swój balkon plecak z jedzeniem. Dopiero później gramolę się sam. Stojący, lub ospale przemieszczający się po podwórku zmartwychwstali, zupełnie nie zwracają na mnie uwagi.

Natalia od razu, na małej turystycznej kuchence smaży mięso.

Ma dziewczyna przynajmniej zajęcie. Wydarzenia ostatnich dni dały się jej solidnie we znaki. Dosłownie nie wiem, co mam jej mówić. Nie jestem dobrym psychologiem, do tego, co tu dużo gadać sam ledwo się trzymam.

Najgorsze są wieczory. Umarli wtedy ożywiają się. Są jacyś szybsi, bystrzejsi.

Dwie godziny temu widziałem jak rozprawili się z kilkuosobową grupą ludzi.

Zdążyłem naliczyć ośmiu chłopaków i dwie dziewczyny. Wszyscy oni pod osłoną nocy starali się przejść przez podwórko. Najprawdopodobniej ich celem był pobliski hipermarket.

Mijali właśnie drugą z huśtawek, gdy otoczeni zostali przez kilkudziesięcioosobową grupę bestii.

Na początku radzili sobie dobrze. Ich kije, zarówno bejsbolowe jak i do golfa rozbijały kolejno głowę za głową zmartwychwstałych.

Przez chwilę w przypływie uniesienia rozważałem nawet pomoc im.

Najpierw jednak chciałem by mnie zauważyli i wiedzieli, że mogą znaleźć u mnie w domu schronienie. Zawsze ewentualna droga do przebycia mogłaby zostać podzielona na etapy.

Można by organizować przeżuty żywności najpierw do mnie do domu, a stąd dopiero do ich miejscówki. O ile była oczywiście bezpieczna. Mogliby też po wcześniejszym sprawdzeniu mieszkań znajdujących się obok mojego, zaadoptować kilka z nich. Nie było by to niczym trudnym. Tutaj w bloku, na piętrze jesteśmy bezpieczni.

Dyskretnie, skryty za firanką nadawałem im komunikat „SOS” alfabetem morsa. W końcu do czegoś przydała się moja harcerska przeszłość.

Zauważyli mnie, nawet zaczęli przedzierać się w stronę klatki schodowej.

W większości trafieni przez nich nie byli zabijani. Przewracali się, ale zanim wstali można było oddalić się na kilkumetrową odległość. Jeżeli jednak, któryś z ludzi dobrze przycelował, truposz nie podnosił się.

Jestem przekonany, że dotarliby do naszego bloku, a następnie mieszkania, gdyby nie głupi pomysł jednego z mężczyzn. Gościu widząc, iż trzech idących z tyłu jego kompanów nie radzi sobie, wyjął pistolet oddając pięć strzałów.

Głowy jego celów rozprysnęły się, ale za to w oka mgnieniu zjawiły się wszystkie potępione dusze z okolicy. Przybiegli naprawdę szybko.

Dziesiątka ludzi musiałaby być uzbrojona chyba w bazooki, karabiny maszynowe, sprzęt ciężki i diabli wiedzą co jeszcze, by chociażby spróbować poradzić sobie z nimi wszystkimi.

Dwie minuty później, każdy z ocalałych na moich oczach stracił życie.

O ile w pierwszej chwili pocieszeniem było, że przeżył ktoś jeszcze, tak po kilku sekundach dotarło do mnie, iż nawet ci wydawałoby się lepiej przygotowani do życia w tym zwyrodniałym świecie i tak giną.

Najgorsze jest to, że takich ekip w ciągu ostatniej doby zginęło pewnie kilkadziesiąt, jak nie kilkaset.

Im bardziej przepełniała nas radość na myśl spotkania z normalnymi ludźmi, tak to czego byliśmy naocznymi świadkami było ciężkie do przetrawienia.

Widziałem jak Natalia zaczęła płakać. Nie dziwię się jej, sam najchętniej rozpłakałbym się.

Do samego świtu słychać jęki i zawodzenia truposzy. Nie mam pojęcia czy oni w ten sposób nawołują się czy porozumiewają? Ale mimo zamkniętych okien zasnąłem dopiero koło czwartej rano.

Późnym popołudniem dnia następnego, zwiedzam drugie z mieszkań. Jestem pełen obaw czy właściciele przypadkiem nieulegli metamorfozie. Okazuje się, że państwo Milcowie ewakuowali się i to w niesamowitym pośpiechu.

Po podłodze walają się części garderoby, które najprawdopodobniej nie zmieściły się do walizek, do tego w lodówce nie ma nic.

To oczywiste, wyjeżdżając zabrali także jedzenie.

Następnego dnia zmuszony niesprzyjającymi okolicznościami, uzbrojony w kij bejsbolowy ponownie wychodzę na klatkę schodową. Siedem konserw to trochę mało by siedzieć na tyłku i liczyć na cud.

Powoli zaczynam oswajać się z myślą „Cudu nie będzie!”. Większość ludzkości pochłonięta została przez czarną, zmartwychwstałą zarazę. Natomiast ci nieliczni, którzy przeżyli, mają większe zmartwienia niż organizowanie ekspedycji ratunkowych.

Ponieważ dzień należy raczej do pochmurnych, całe otoczenie spowija mrok.

Poruszam się z zachowaniem największych środków ostrożności. Pocieszeniem jest brak uporczywie kapiącej wody.

Czuję unoszący się w powietrzu fetor, nie jest on jednak szczególnie uciążliwy.

Przechodzę całe piętro nikogo nie spotykając. Po sprawdzeniu drzwi wszystkich mieszkań z ulgą stwierdzam, że są pozamykane, a co za tym idzie bezpieczne.

Cały czas jednak dochodzą moich uszu dźwięki z niższych kondygnacji. Niosące je echo nadaje każdemu z nich zwielokrotnione nasilenie.

Stojąc na półpiętrze, orientuję się w panującym na siódmym piętrze ruchu. Nasila się także smród.

W progu najbliżej znajdującego się mieszkania, stoi odwrócona plecami postać. Kilka metrów obok niej, ze wzrokiem skierowanym akurat w moją stronę, stoi kolejny z odmieńców.

Zobaczywszy mnie wyraźnie się ożywia, wydając jednocześnie z siebie dziwny rodzaj charczenia.

Pierwszy z zauważonych intruzów odwraca się, niemrawo ruszając w moją stronę.

Zanim z mieszkania wychodzi jeszcze kilka bestii. Nie wiem dokładnie ile, ponieważ sam widok zmierzających w moją stronę zmartwychwstałych powoduje jednoczesne drżenie rąk połączone z uczuciem waty w nogach.

Drugie z odczuć doprowadza niemalże do uklęknięcia. Zdążam jednak chwycić się i przytrzymać poręczy schodów.

Najszybciej jak to jest możliwe, robię kilka kroków wstecz.

Jestem od nich wyraźnie szybszy, przynajmniej w ciągu dnia. Parę sekund później stoję na swoim piętrze.

W moją stronę stopień po stopniu ciągnie się kilka wygłodniałych, paskudnie cuchnących, a zarazem wyglądających sylwetek.

Biorę największy z możliwych zamachów zadając cios prosto w czubek głowy pierwszego z nadchodzących.

Adrenalina, którą przepełniony jest mój krwiobieg, pozwala włożyć w uderzenie nadludzką siłę.

Bryzga ciemna substancja zmieszana z resztami mózgu. Właściciel głowy legł na schodach niczym ścięte drzewo.

Póki starcza mi sił, zadaję cios za ciosem.

Pozbywam się dzięki temu jeszcze trzech zwyrodnialców.

Na koniec dla pewności, kilkukrotnie wbijam każdemu z nich w głowę końcówkę trzymanego kija.

Muszę wyglądać w tej chwili nie lepiej niż oni. Jedno spojrzenie na koszulkę wystarcza do stwierdzenia, że uczestniczyłem w masakrze. Krew z zawartością czaszek ścieka po stopniach schodów. Ostatecznie kropla za kroplą, spadając w dół.

Patrząc na pobojowisko czuję intensywny, słony smak w ustach. Trzy sekundy później nie dając rady powstrzymać skurczu żołądka wymiotuję.

Zaczyna mi się kręcić w głowie.

Na chwiejnych nogach wracam pod drzwi mieszkania. Nie pamiętam o umówionym znaku, nie pamiętam dosłownie nic. Chyba kompletnie odcięło moją świadomość. Jak przez mgłę widzę otwierane przez moją dziewczynę drzwi.

Ocknąłem się dopiero stojąc w przedpokoju z trudem łapiąc oddech. Natalia zaś z przerażenia zasłania usta.

Cały jestem utytłany we krwi. Kilka minut później wszystkie ciuchy jakie mam na sobie zdejmuję i zawijam w foliowy worek. Sam zaś biorę prysznic. O dziwo z wszystkich wygód poprzedniego świata została tylko woda.

Przez resztę wieczoru tłumaczę swojej dziewczynie sytuację bezpośrednio zmuszającą mnie do takiego zachowania.

- Pewnie, że mogłem uciec do domu! Ale te skurwiele wiedziałyby gdzie się ukrywamy! Nie dałyby nam żyć.

- Po co ich zabijałeś? Może da się ich wyleczyć!? Nie możesz tego wiedzieć!

- Dziewczyno! Czyś ty oszalała? Po tym, co widziałaś jeszcze chcesz dawać im szanse przeżycia?

- Nie wierze? Co ty wygadujesz? Słyszysz w ogóle siebie!? – zadaje jedno bezsensowne pytanie za drugim.

- A co proponujesz!?

- Czekać na pomoc! Przecież nie ma takiej opcji by ta zaraza zalała cały świat! – krzyczy.

Uświadamiam sobie, że ona nie rozumie, albo nie chce zrozumieć naszego położenia.

Do Natalii najzwyczajniej w świecie nie dociera fakt nadejścia apokalipsy. Przecież zarówno w radiu jak i w telewizji, dopóki jeszcze nadawała, jasno mówili o ogniskach zapalnych roznoszących się na cały kraj. Jestem pewny, że inne kraje na pewno nie uchroniły się przed tym ot tak.

Na sto procent badali ukąszonych chcąc im pomóc, a przy okazji dowiedzieć się z czym mają do czynienia.

To okrutne i smutne, ale człowiek sam przyczynił się do rozprzestrzenienia zarazy.

Problemem jednak było to, iż moja dziewczyna zupełnie tego nie akceptuje.

Sam nie jestem lepszy. Wszystko to o czym teraz mówię, uświadomiłem sobie zaledwie kilka godzin temu. Choć nadzieja umiera ostatnia nie ma wyjścia, trzeba w końcu przejrzeć na oczy.

Nie chcąc się z nią kłócić, a zarazem wpędzać w jeszcze większe problemy psychiczne, ostatecznie jej przytaknąłem.

Rano następnego dnia dochodzę do wniosku, że nie ma innego wyjścia jak spacyfikowanie całej klatki schodowej oraz zabezpieczenie wejścia do niej. Niezbędnym jest także dostać się do każdego z mieszkań.

Dopóki będziemy mieli jedzenie, spokojnie możemy tu siedzieć. Jednakże w końcu i ono się skończy a wtedy…trzeba będzie opuścić blok zapuszczając się w dalsze rejony.

Po południu uświadamiam sobie, że jest to zadanie ponad moje siły. Co zrobię jak zaatakuje mnie dziesięciu, albo piętnastu tych zdziczałych skurwieli. Przecież nie wiadomo ilu może się ich czaić na każdym z pięter.

Do tego ból głowy wywołany kolejną nieprzespaną nocą z godziny na godzinę nasila się.

Nie mam sił na jakąkolwiek formę działania. Kompletnie nie chce mi się nawet jeść.

Na wspomnienie ostatniej konfrontacji robi mi się niedobrze. A przecież to dopiero początek.

Przez cały dzień nigdzie się nie ruszam. Z Natalią nie zamieniam nawet słowa. Nie chce mi się. Poza tym, dlaczego to zawsze ja mam wymyślać jakiś temat do gadki?

Mam chyba prawo po tym wszystkim czuć się źle.

Cały czas jednak intensywnie myślę. O czym? Powiem może kiedy indziej, jak będę miał lepsze samopoczucie.

Tuż przed pierwszą w nocy dociera do mnie, że przecież nie możemy się poddać. Jako jedni z nielicznych przeżyliśmy. Jesteśmy co prawda skazani na samotną walkę z tymi bestiami…ale cóż.

Pocieszam się, że w dzień jestem w stanie poradzić sobie z nimi. Natomiast po zapadnięciu zmierzchu, nie zamierzam nawet wychylać nosa poza drzwi domu.

Wycieńczony organizm domaga się snu. Nawet nie wiem kiedy tracę świadomość…zasypiam.

Chcesz być na bieżąco z Czasem Z? Polub fanpage:

http://on.fb.me/1b3zWgx

Część trzecia: http://straszne-historie.pl/story/10290-Czas-Z-Czesc-3

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

10/10
Odpowiedz
Czekam na 3 część c:
Odpowiedz
Świetne , czekam na następną część.
Odpowiedz
Masz talent ;) i nie chodzi mi o pomysł tylko o wykonani. Sam chciałem zacząć pisać historię w tym klimacie jako że mam sporą wyobraźnię. Ale nadal czytam takie historie jak twoja i mam nadzieję że i ja kiedyś napiszę jakieś ciekawe dzieło. Pozdrawiam i tak dalej ^^
Odpowiedz
Zajebista kocham temat zombie i postapo dzieki ci za to i czekam z niecierpliwością na 3 czesc pozdrawiam autora :)
Odpowiedz
Konkretne
Odpowiedz
Super! Rob 3. :3
Odpowiedz
Przypomina mi Dying light (piekna gra(tak jak te opowiadanie)) :) Ale jedyny minus to to ze trzeba czekac na kolejna czesc opowiadania. Ale juz nie podobaja mi sie te opowiadania z zombie poniewaz epidemia zombie trwala by 3/4 dni bo ciala by zgnily od wysokiej temperatury i jeszcze robaki by ich powoli zjadaly :)
Odpowiedz
to zależy, wg. książki Max'a Brooks'a pt. "The Zombie Survival Guide" zombie nie rozkładają się jak normalne ciała ponieważ większość mikrobów odpowiedzialnych za to nie rozkłada zarażonego mięsa. Tak samo robaki i owady (jak i inne zwierzęta) unikają zarażonych. "The Zombie Survival Guide" świetna książka, polecam ;D
Odpowiedz
Marcin Zawiślak Chyba sobie przeczytam :)
Odpowiedz
Wreszcie się doczekałam! :) Książkę napisz! Świetny klimat i super się czyta 'łatwo szybko zgrabnie napisane' :D!
Odpowiedz
Czy tylko mi kojarzy się to z Dying Light?
Odpowiedz
Sebastian Sroczyński Również zwracam honor, jednak muszę CI uświadomić, że twój styl pisania jest zły. Może jestem tylko jednostką, której wydaje się on słaby. Masz za dużo powtórzeń i do tego określenia, których używasz nie są adekwatne do sytuacji. Według mnie opowiadanie jest zbyt ciężkie. Nie chodzi o atmosferę zaszczucia i wojny, ale twój bohater ma jakieś głębokie refleksje. Człowiek walczący o przetrwanie mało myśli o czymś innym niż o jedzeniu i śnie. Twój bohater właściwie nie zmienia się w trakcie przygody (czytałem tylko dwie części). Wprost przeciwnie. Pozostaje taki sam. Ale jest jeden plus! Nie zerżnąłeś z Dying Light, a to już coś! :)
Odpowiedz
Fantastyczne!
Odpowiedz
Wow szacun :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje