Imaginacja

Dodane przez: banan07002, 28.02.2015, 14:22
Reklama:

Firanka łopotała targana silnym wiatrem. Okno w sypialni było otwarte na oścież. Słaby blask księżyca padał wprost na twarz śpiącego mężczyzny, powoli rozbudzając go. Otworzył oczy, mrużąc je oślepiony widmową poświatą. Spostrzegł otwarte okno i zerwał się z łóżka. Zakręciło mu się w głowie i przysiadł na skraju łóżka czekając, aż błyski pod powiekami ustąpią. Gdy jego oczy dostosowały się do światła, rozejrzał się po pokoju. Dziwnie się czuł. Przecież okno w jego sypialni otwiera się od wewnątrz, a sam nie otwierał go od lat. Spojrzał na łóżko, gdzie przykryta z głową leżała jego żona. Potrząsnął nią, chcąc się zapytać, czy to ona otworzyła okno, ale Marge miała twardy sen, ani drgnęła. No właśnie: ani drgnęła. Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że prześcieradło nie podnosi się w równych odstępach. Poczuł, że ciało napina mu się, a włosy stają dęba. Fala gorąca rozlewała się w jego organiźmie, wykrzykując wściekle: ,,Uciekaj!".

Brian czując, że robi źle, jednym szybkim ruchem zdarł kołdrę z ciała żony. Krzyknął i odskoczył do tyłu. Chciał rzucić się do ucieczki, jednak postać spod kołdry była szybsza. Powaliła go na ziemię i pochyliła się nad nim. Brian nie potrafił dostrzec żadnych szczegółów potwora: była to bezkształtna, złowroga masa bez konturów, jakby składała się wyłącznie z cienia.

- Witaj, Brian - przemówiła bezkształtna masa - mam nadzieję, że niedługo lepiej się poznamy.

Obudził się z krzykiem, budząc żonę. Rozejrzał się po sypialni: okno było zamknięte. Promienie porannego słońca przedzierały się przez zasunięte firanki, malując cały pokój na jasny pomarańcz. Brian wypuścił powietrze z płuc czując, jak jego serce powoli się uspokaja.

- Skarbie, co się stało? - Marge przecierając oczy położyła mu dłoń na ramieniu. Wpatrywała się z niepokojem na swojego męża; nigdy dotąd nie dręczyły go koszmary.

- Nic, kochanie, ja... ja po prostu miałem sen. Ot, głupi koszmar, nie ma o czym mówić - wzruszył ramionami starając się ukryć wrażenie, jaki na nim wywarł sen. Spojrzał na zegar ścienny i westchnął: 6:23, cóż, dzisiaj już sobie nie pośpi...

- Nic się nie stało, i tak trzeba wstawać do pracy - przeciągnął się słysząc, jak jego kręgosłup trzeszczy niemiłosiernie. Starzejesz się, Brianie - pomyślał i wstał z łóżka. Jeszcze raz omiótł wzrokiem całą sypialnię, szukając jakichś pozostałości po bezkształtnym monstrum, ale nic nie zauważył. Wyraźnie uspokojony opuścił pokój. Nie dostrzegł śladów rąk na swojej piżamie. Szkoda. Może mógłby zakończyć to, zanim się rozpoczęło...

***

Gage miał osiem lat. Był drobnym, chudym chłopcem w okularach. Jego twarz zawsze była blada, ale od pewnego czasu cienie pod oczami dziecka zwiększyły się. Gdy we wtorkowy ranek zszedł po schodach do jadalni, Brian uświadomił sobie, jak źle sypia jego syn.

- Co tam, młody? Wyspałeś się? - Zapytał zdawkowo, starając się nadać głosowi przyjemne brzmienie. Czuł się fatalnie: koszmar poprzedniej nocy wrył mu się w pamięć, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

- Nie bardzo - powiedział Gage siadając do stołu i niechętnie zabierając się do swojej owsianki - miałem koszmary.

- To przez tą pełnię - rzekła Marge nie odrywając głowy od stosu naczyń czekając na mycie. Powinniśmy kupić zmywarkę, pomyślał niezbyt przytomnie Brian.

- Nie martw się synku, ja też kiepsko spałem - pocieszył go Brian, mając przed oczami bezkształtną masę - powiedz, co ci się śniło i ci przejdzie.

- Sniło mi się, że wymknąłem się ze swojego pokoju i wyskoczyłem przez okno.

- E tam - machnął ręką Brian - to nic strasznego. Po prostu śniło ci się, że spadasz. To bardzo częste, nie ma się czym przejmować.

- Ale ja nie spadłem, tato - Gage przełknął ślinę - okrążyłem dom i...i... - wziął głębszy oddech - ...i włamałem się do waszej sypialni.

Brian poczuł, kolejny raz już dzisiaj, że fala gorąca rozlewa się w jego ciele.

- Nie bój się, skarbie, to nic takiego - pocieszyła syna Marge - sen jest tylko snem. We śnie nikomu nic złego nie może się stać. Przecież naprawdę nigdy nie zaatakowałbyś tatusia, prawda?

Nie wiedziała, jak bardzo się myliła...

***

Zmrok zapadł tego dnia wyjątkowo szybko. W sumie nic dziwnego, gdy z pracy wraca się po 21, bo szef kazał ci odrobić pieprzone nadgodziny. Brian był wykończony. Nie rozbierając się padł na łóżko obok żony. Marge spała, trzymając pilot w ręce. Telewizor cicho szumiał, nadając audycję o lasach tropikalnych. Brian najchętniej zasnąłby tak jak stał, w garniturze i butach, ale myśl o konsekwencjach ze strony żony skutecznie wypędziła go do łazienki. Szybko wziął prysznic, wytarł się i ubrał w piżamę. Wyszedł z łazienki i wtedy usłyszał cichy jęk z ich małżeńskiej sypialni. Ruszył biegiem, obraz zaczął wirować wokół. Wpadł do sypialni i poczuł, że jego mięśnie rozluźniają się z ulgą. Marge spała, rzucając się niespokojnie na łóżku. Kołdra była skołtuniona jak po ich nocy poślubnej. Koszmar. Jego żona miała zwykły koszmar. To dobrze, już się bał, że bezkształtna bestia wyskoczy spod prześcieradła i przygwoździ go do ziemi.

Postanowił sprawdzić, czy jego syn też nie może spać. Ruszył na palcach do jego pokoju i cichutko uchylił drzwi. Gage spał zwinięty w kłębek, oddychając spokojnie. Brian odetchnął z ulgą. Może wreszcie się wyśpi, te cienie pod oczami są takie paskudne...

Oczy Briana o mało nie wyskoczyły z orbit. Serce zaczęło walić jak oszalałe, jakby przed śmiercią chcąc zrobić jak najwięcej uderzeń.

Bezkształtna masa bez konturów stała tuż nad głową chłopca, wtapiając się w ogólną czerń pokoju. Była wyraźniejsza, dało się rozpoznać zarysy rąk i nóg zakończonych szponami. I znów Brian rzucił się do ucieczki. I znów bestia powaliła go na podłogę. Chciał krzyknąć, ale rozmyta łapa zatkała mu usta.

- Ciii, nie budź go. Jeszcze nie chcę wracać.

Tym razem z krzykiem zerwała się zarówno Marge jak i Brian. Oboje czuli jeszcze na sobie dotyk bezkształtnych łap. Tak minęła druga noc.

***

Następnego dnia oboje wzięli wolne. Gage czuł się fatalnie, więc jemu również pozwolili nie iść do szkoły. Marge,Brian i Gage siedzieli w salonie, śledząc nieprzytomnym wzrokiem telewizor. Brian oberwował syna: jego głowa kiwała się, oczy lepiły. Czuł, że nie powinien dopuścić syna do snu, jednak co miał zrobić? Zabronić mu snu? Potrząsać za ramiona, spędzając mu sen z powiek? Sytuacja była beznadziejna.

Łyknął kawy. Dzień był wyjątkowo ponury, ciężkie chmury zasłaniały słońce. Nic tylko uciąć sobie drzemkę. Jednak ani Marge, ani Brian nie mieli na to odwagi. Do tej pory nic nie powiedzieli synowi o swoich nocnych koszmarach. Nawet między sobą mało rozmawiali o przeżyciach poprzednich nocy, jakby to, co zaszło, nie dawało się racjonalnie wytłumaczyć.

Zaklął. Przed oczami stanął mu Freddy z ,,Koszmaru z Ulicy Wiązów" uzbrojony w te absurdalne rękawice nabijane nożami. Czy w obawie przed podobnym monstrum on też ma nie spać? Ile tak wytrzyma? Dzień? Dwa? Ile czasu zajmie mu pogrążenie się w katatonii i w konsekwencji omdleniu? Nie, to zły pomysł. Teraz wiedział, jak czuli się bohaterowie swojego ulubionego horroru. Oni jednak wiedzieli, z czym walczą. Natomiast bezkształtna masa była niczym mgła, z której powoli wyłaniało się coś o wiele bardziej przerażającego niż poparzona twarz Kruegera.

Brian usłyszał ciche chrapanie. Zerknął w lewo i zadrżał. Gage zasnął. Spojrzał na żonę, ale i ona poddała się fali senności. Czas zatrzymał się dla niego, nie słyszał tykania zegara w salonie ani audycji w telewizorze. Z napiętymi do granic możliwości mięśniami zaczął wpatrywać się w swoją rodzinę, czekając na jakiś znak. Nie musiał długo czekać. Marge zaczęła drżeć i rzucać się po wytartej kanapie, jej oddech rwał się. Jednak nie to go przeraziło. Najgorszy był wyraz twarzy Gage'a: chłopiec uśmiechał się przez sen, jego palce wykrzywiły się niczym szpony drapieżnego ptaka, gotowego na pochwycenie zdobyczy. Gałki oczne poruszały się w zawrotnym tempie pod zamkniętymi powiekami, jakby chciał ogarnąć wzrokiem cały salon. Nagle drobne palce zacisnęły się. Było to tak niespodziewane, że Brian aż podskoczył. Paznokcie wbiły się w wewnętrzną część dłoni chłopca, ale ten ani nie drgnął. W tej samej chwili Marge zaczęła dusić się i kaszleć. Z jej twarzy znikł kolor.

,,Dusi ją" - pomyślał przerażony Brian - ,,O kurwa, mój syn dusi własną matkę"

Bez namysłu uderzył syna w twarz. Trzasnęło. Uśmiech momentalnie spełzł z twarzy chłopca, palce rozluźniły się, pozostawiając po sobie krwawe ślady. Marge obudziła się, masując sobie szyję i krztusząc się. Gage również otworzył oczy. Spojrzał ze zdziwieniem na ojca, rozcierając policzek.

- Tato, co się stało? - zapytał zbyt zdziwiony, żeby się rozpłakać.

- Brian, to coś chciało mnie udusić! - krzyknęła Marge zanosząc się szlochem - ten potwór, on jest wyraźniejszy! Przygniótł mnie do podłogi i powiedział, że... że... - zakrztusiła się, przełknęła ślinę - że już za późno. Do cholery, co to ma znaczyć!?

- Nic, skarbie. Dzisiaj to ja będę spał. A ty pójdziesz czuwać do sypialni małego.

Był zaskoczony zdawkowością swojej wypowiedzi. Słowa wypłynęły z niego znienacka, jak gdyby wypowiedział je ktoś inny jego ustami. Jednak po chwili doszedł do wniosku, że to najlepsze wyjście. I zarazem ostateczność. Zupełnie jak próba nastolatków dręczonych przez Kruegera na zabicie go w realnym świecie. Finał tego koszmaru rozegra się dzisiaj.

Poczuł się pewniej mając jasny plan działania. Spojrzał za okno; jeszcze nigdy tak się nie bał nocy.

***

Marge poprawiła sobie poduszkę pod plecami. Siedziała zwinięta w kłębek w sypialni Gage'a, opatulona w koc. Filiżanka z kawą stała tuż obok jako pierwsza linia obrony przed sennością. Gage leżał na łóżku pod ścianą. Nie spał, choć niewiele go już od tego dzieliło. Patrzył się w sufit nieobecnym wzrokiem. Jego twarz wyrażała dziwne oczekiwanie.

Brian położył się. Czuł brak Marge po drugiej stronie ich małżeńskiego łóżka. Zamknął oczy modląc się w duchu. Przez chwilę bał się, że strach nie pozwoli mu zasnąć, ale mylił się: koszmar pochłonął go kilka minut później.

Otworzył oczy. Pokój był pusty, nigdzie nie zauważył przerażającej bezkształtnej zmory. Wstał powoli, gotowy w każdej chwili na walkę. Wyjął spod poduszki nóż kuchenny schowany tam wcześniej i przejechał palcem po klindze; stal była zimna i ostra. To dobrze, bardzo dobrze. Bez zdziwienia rzucił okiem na zegar ścienny zatrzymany na godzinie, o której kładł się spać. To nie zegara należy się bać. Ruszył na palcach w kierunku drzwi, czując pod stopami zimną podłogę. Nie był pewien, czy to sen czy rzeczywistość, ale nie interesowało go to. Cokolwiek czaiło się gdzieś tam, w mroku, było prawdziwe. Otworzył powoli drzwi i wyszedł do salonu. Rozejrzał się, ale ciemność skutecznie ograniczała widoczność. Skierował się ku schodom, chcąc sprawdzić, co u Marge i Gage'a, gdy wtem usłyszał cichy syk gdzieś za plecami. Odwrócił się błyskawicznie, tnąc nożem na oślep. Coś zaśmiało się z innego miejsca.

- Walczysz, Brianie? Bardzo dobrze, zaczynałeś mnie nudzić.

Brian skoczył do ściany i wcisnął włącznik światła. Pożałował tego niemal natychmiast. Ujrzał monstrum ze swoich koszmarów, z koszmarów Marge. Stało pod przeciwległą ścianą, uśmiechając się lekko. Nie było już bezkształtną masą, teraz mógł dostrzec każdy szczegół jego ciała. Nóż wypadł mu z ręki, odbijając się od podłogi z metalicznym brzdękiem.

- Aż tak ułatwiasz mi sprawę, Brian? - zapytało monstrum z politowaniem - a liczyłem na wyrównaną walkę...

***

Marge obudziła się. Spojrzała na zegar: był środek nocy. Wskazówki tykały monotonnie, kawa dawno wystygła. Przysnęło jej się. Tak, zasnęła, a mimo to nie miała żadnego koszmaru! Brian pozbył się tej bezkształtnej postaci! Zerwała się na równe nogi i w tym samym momencie drzwi z hukiem otworzyły się, o mało nie wypadając z zawiasów. Krzyknęła. Monstrum wkroczyło powoli do pokoju. Uśmiechało się. W dłoni trzymało za włosy głowę jej męża.

- On się nie bronił, a ty, Marge? Dostarczysz mi więcej rozrywki?

Marge krzyknęła. Potwór był bardziej wyrazisty niż we wszystkich poprzednich wizjach. A może po prostu dopiero teraz zdała sobie sprawę, czym tak na prawdę jest? Że wiedziała od początku o jego zachowaniach, o wymykaniu się nocą z pokoju, o straszeniu ich. Nigdy jednak nie chciała zaakceptować faktu, że jest potworem. W jej myślach był bezkształtnym monstrum, czymś nienazwanym. Czymś, czego nigdy nie chciała nazwać. Teraz, gdy naprawdę ujrzała go takim, jakim był naprawdę, poczuła zawód. Tyle razy miała możliwość go pokonać, a nigdy nic nie zrobiła! Jak mogła zlecić Brianowi pozbycie się tego monstrum? Trzeba było zrobić to samemu, jeszcze zanim się urodził...

- Pozdrów Briana. MAMO.

Jeśli spodobało ci się i chcesz to w jakiś sposób okazać, wejdź na https://www.facebook.com/banan07002 i zostaw lajka! To nic nie kosztuje a daje napęd do tworzenia kolejnych historii!

Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!