Historia

Pantofelek

mr_d 4 4 lata temu 5 241 odsłon Czas czytania: ~8 minut

Nika miała mieszane uczucia w stosunku do parków. Nawet za dnia.

Z jednej strony było tu zielono, w miarę cicho i nietłoczno. Nadal nie przyzwyczaiła się do miejskiego zgiełku, czuła się więc tutaj niemal na miejscu.

Niemal, bo odczuwała także wysiłek włożony w tę naturę. Trawa jest tu zawsze skoszona, liście zgrabione, chwasty wyplenione. Natura dla mieszczuchów. Przyjdź, popatrz jak stara się twój urząd miasta, i wracaj do swojego betonowego królestwa. Nie zajmie ci to więcej niż godzinę.

Jednak park sam w sobie nie był w tej chwili aż takim problemem. Za to ciemna noc i kawał drogi do akademika już tak. Nie wezwała taksówki – miała ochotę jeszcze coś zjeść w tym miesiącu – tym bardziej, że wystarczy, by doszła do głównej alei, latarnie oświetlają ją na całej długości, prawie jak w dzień, stamtąd jeszcze kwadrans i będzie grzać się pod ciepłą kołdrą.

Zresztą, nawet gdyby ktoś ją zgwałcił i zabił, to przynajmniej wszyscy się dowiedzą, jakim chamem jest Adam, że przychodzi z dziewczyną na imprezę, a ona musi do domu po nocy wracać sama.

Myślał, że powinna stać i czekać, aż wreszcie stoczy się pod stół ze swoimi głupkowatymi koleżkami? Albo, że usiądzie mu na kolana i zacznie się z nim lizać, nie zważając na alkoholowy chuch i ludzi wokół? Jak na przykład to urocze dziewczę w prześwitującej bluzce? Żeby chociaż miała czym się chwalić... Ale przynajmniej nadrabiała zapałem, mało brakowało, a jej wybranek spadłby z krzesła.

Nika myślała w pierwszej chwili, że może jest po prostu nowa w towarzystwie i nie czuje klimatu. Spróbowała się rozluźnić, wypiła trochę wina, ale żarty nadal były wymuszone jak życzenia na dzień nauczyciela, więc w końcu dała za wygraną i powiedziała Adamowi, że chce wracać.

– To idź – rzucił.

Co za bydlę!

A potrafił być taki uroczy... Przypomniała sobie jak siedzieli na schodach w akademiku – jak wiele par, ponieważ w Muchomorku nie było pokojów mieszanych, więc jeśli współlokatorzy akurat nie wyjechali, zawsze można było pójść całować się na schody. Potrafili siedzieć tam godzinami, a Adam gładził jej dłoń, jakby to był najpiękniejszy skarb, jaki kiedykolwiek widział.

Nika nie była dzieckiem, nie czekała na księcia z bajki. Gdy byli z Adamem sami, nie potrzebowała nikogo innego. Jednak najwidoczniej kiedy chłopcy są razem i mają butelkę wódki, automatycznie wyrównują poziom do najmniej inteligentnego członka grupy. Prawdopodobnie do butelki, choć nie była do końca pewna.

Wyszła z mieszkania kolegi Adama, nie pożegnawszy się z nikim, metrem dojechała do stacji Pole Mokotowskie, zostało tylko przejść przez park, a po drugiej stronie czekał już na nią akademik, kapcie, piżama w sowy i ciepłe łóżko. Otuliła się szczelniej kurtką i weszła na asfaltową ścieżkę między drzewami.

I klony, i rosnące dalej lipy zgubiły już liście, straszyły więc tylko swoimi posępnymi kształtami, a przynajmniej dopóki oświetlały je latarnie z ulicy. Im dalej szła, tym cichszy stawał się szum samochodów. Listopadowa noc okazała się orzeźwiająca. Rześkie powietrze ocuciło ją, prawie cały alkohol zdążył z niej ujść po paru chwilach.

Wówczas dotarło do niej, że dojście do głównej alei może nie być takie łatwe. Dotarła co prawda do skrzyżowania z lepiej oświetloną ścieżką, ale nadal miała dość mgliste pojęcie, w którą stronę powinna iść. Mieszkała w Warszawie niecałe dwa miesiące, a tę trasę pokonała zaledwie raz, jak spóźniła się na autobus. Tylko wtedy szła w drugą stronę – i było jasno.

Usłyszała krzyki pijanych ludzi gdzieś na prawo. Skręciła w lewo. Wiedziała, że w butach na wysokim obcasie, z dość krótką sukienką i ładnymi nogami, może być celem czyjegoś nachalnego podrywu, a potrzebowała tego teraz jak dodatkowej warstwy tłuszczu w okolicach talii.

Ku swojemu zdziwieniu, ujrzała w oddali między drzewami po prawej powierzchnię stawu, odbijającą światło latarni. Wydawało jej się, że powinna je mieć po lewej. Na szczęście niedaleko przed sobą zobaczyła grupę rozbawionych ludzi siedzących na ławeczce. Postanowiła zapytać ich o drogę, jak tylko podejdzie bliżej.

Ale im bliżej podchodziła, tym bardziej ich śmiech zaczynał brzmieć jak rechot. Uznała, że zapyta kogo innego. Jednak kiedy przechodziła obok, krótko obcięty chłopak o napuchniętych oczach rzucił w jej stronę przepitym głosem:

– Księżniczko, masz ochotę się zabawić?

Uśmiechnęła się wymuszenie, pokręciła głową i poszła dalej. Z tyłu doleciało do jej uszu jeszcze:

– Siwy, co byś jej robił?

Rechot. Siwy odpowiedział. Znowu rechot. Przyspieszyła kroku.

Już wydawało jej się, że wie gdzie jest. Minęła bar. W środku było sporo ludzi, część stała na zewnątrz, głównie paląc papierosy, poza dwoma facetami, którzy szeptali coś między sobą. Stanęła na moment, zastanawiając się, czy nadrobić drogi i dojść do oświetlonej alejki, czy iść dalej prosto. Wybrała druga opcję. Chciała dojść jak najszybciej do domu, tym bardziej, że zobaczyła idącego w tamtą stronę mężczyznę w czarnym płaszczu, kapeluszu, z drewnianą laską w ręku, który wyglądał na trzeźwego i nienachalnego. Uznała, że pójdzie za nim.

Latarnie się skończyły, za to księżyc świecił dość jasno. Widziała mężczyznę w kapeluszu dość wyraźnie. Był bardzo wysoki, postawny, i szedł dostojnym krokiem. Zastanawiała się, co taka osobliwa postać robi o tej porze na Polach Mokotowskich.

Zaabsorbowana nim dopiero po jakimś czasie spostrzegła, że dwóch szepczących gości spod baru szło za nimi. Poczuła się niepewnie, szczególnie że szli dosyć szybko, zupełnie jakby chcieli ją dogonić. Przyspieszyła kroku. Oni również.

Spanikowana, krzyknęła do osobliwej postaci w płaszczu:

– Przepraszam pana...

– Tak, panienko? - nieznajomy przystanął i obrócił się.

Nika spojrzała za siebie. Dwaj panowie zawrócili i tak szybko maszerowali z powrotem, że byli już tylko dwoma plamkami w ciemności.

Podeszła bliżej do swojego nieświadomego wybawiciela. Dopiero teraz zobaczyła jego twarz.

Nie była w stanie odgadnąć ile ma lat. Nawet nie próbowała. Gładka twarz bez zarostu powinna wydawać się przystojna, nawet mimo ciut za szerokiej linii ust i lekko wyłupiastych oczu. Nie wydawała się, ponieważ była niepokojąco, chorobliwie wręcz blada. Jak ściana.

– Przepraszam, nie ma pan może zegarka? – poczuła się głupio, że nie wpadła na nic lepszego.

– Ależ proszę uprzejmie – Nieznajomy miał dziwny, metaliczny głos. Wyciągnął staromodny zegarek z dewizką. – Druga, minut czterdzieści i siedem.

– Dziękuję...

Zanim wymyśliła, co dalej powinna zrobić, Nieznajomy dodał:

– Nie chciałbym się narzucać, ale raczej nie jest to najbezpieczniejsza okolica, więc jeśli panienka ma ochotę na towarzystwo, to służę – skłonił się z gracją.

Nika miała mieszane uczucia, z jednej strony iść z nieznajomym mężczyzną przez park nocą to wręcz kuszenie losu. Z drugiej jednak... Czy facet z taką klasą może zrobić coś złego kobiecie? Pozory mogą jednak mylić... Chociaż w tym przypadku... Ale co niby miałoby się stać? Czy on wygląda na jakiegoś psychola? No cóż... Może trochę... Ale nawet jeśli, to stanowczo lepiej mieć do czynienia z wariatem z takimi manierami, niż z pijanymi „normalnymi”.

Oczywiście wszystko to przyszło jej do głowy, gdy już się zgodziła, teraz tylko chciała się sama przekonać, że jej decyzja była słuszna. Przez jakiś czas szli w milczeniu, które przerwał Nieznajomy.

– Chciałbym panience zadać jedno pytanie, o ile oczywiście mogę.

– Ależ proszę.

– Jaki panienka ma numer buta?

– Słucham? – Nika aż przystanęła, ogłupiała. – Numer buta?

– Tak właśnie. Wydaje mi się, że panienka ma numer 37, może 38, ale nie mam pewności.

– 37, zgadza się. Ale...

– To wspaniale! W takim razie, czy panienka zechciałaby przymierzyć...

Nieznajomy pogrzebał chwilę w kieszeniach płaszcza, by po chwili wyciągnąć rękę ze damskim pantofelkiem.

– Ale...

– Czy panienka zechciałaby przymierzyć?

Nika poczuła się nieswojo.

– To raczej nie mój rozmiar.

– Jednak nalegam, tak dla zupełniej pewności.

Przyjrzała się bliżej pantofelkowi. Srebrzysty materiał, skrzący się w świetle księżyca, żadnych pasków czy klamerek, delikatny, niezbyt wysoki obcas. Zaczęła się zastanawiać, czy w winie, które wypiła, nie było jakichś innych substancji.

W jednej chwili jednak zapomniała o winie. Spojrzała na to, co Nieznajomy trzymał w drugiej ręce, a co do tej pory brała za krótką laskę. „O Boże,” pomyślała. „W co ja się wpakowałam”.

Nieznajomy trzymał w ręku siekierę.

Dokładnie rzecz biorąc, był to czekan, ale Nika nie znała się na broni drzewcowej na tyle dobrze, by to wiedzieć. Nieznajomy trzymał go za metalową część, tak, że była ukryta w jego dłoni, ale z bliska wyraźnie widziała wąskie ostrze wystające spomiędzy palców.

Nadal czekał na jej odpowiedź, ale Nika miała zbyt ściśnięte gardło, żeby mówić. Schyliła się, i zaczęła zdejmować swój but. Miała czas rozejrzeć się, ale wokół nie było nikogo.

Nieznajomy podał jej but, uśmiechając się szeroko. Nika bardzo nie chciała patrzeć na jego uśmiech, więc skupiła się na zakładaniu pantofelka. Gdy zachwiała się na jednej nodze, Nieznajomy stanął blisko niej, żeby miała podparcie, w razie gdyby chciała się przytrzymać. Nie chciała.

Gdy tylko stanęła stabilnie dwoma nogami na ziemi, mężczyzna schylił się, całą uwagę skupiając na jej stopie.

– Chyba nie... Pół numeru... Może i ćwierć, ale i tak...

Wyprostował się, zawiedziony.

– Cóż, niestety, ale nie pasuje. Tak czy inaczej, ślicznie dziękuję. Pomóc panience? – Nika już zdejmowała pantofelek.

– Nie... trzeba – wykrztusiła. Drżącymi rękoma obuła się, stanęła prosto, nie wiedząc, co dalej.

– Panienka gotowa? Naprzód zatem! – Nieznajomy ruszył, Nika bezwolnie poszła za nim.

Dopiero gdy zobaczyła w oddali latarnie na Żwirki i Wigury, ściśnięty żołądek rozluźnił się i zaczęła normalnie oddychać. Doszli do ulicy, którą jeździły, nieliczne o tej porze, samochody.

– Mniemam, iż panienka sobie już poradzi? Okazuje się, że muszę jeszcze pospacerować, ale jeśli trzeba, mogę odprowadzić...

– Nie! – prawie krzyknęła. – Nie trzeba, ja już sama... – wydukała przepraszająco.

– W takim razie dziękuję za miłe towarzystwo, kłaniam się. – Nieznajomy faktycznie się skłonił, prawie zamiatając kapeluszem chodnik, po czym obrócił się i pomaszerował z powrotem tą samą ścieżką.

Nika ruszyła chodnikiem. Miała pustkę w głowie. Doszła do przejścia. Poczekała, aż przejedzie samochód. Doszła do akademika, otworzyła drzwi kartą magnetyczną. Powiedziała „dobry wieczór” pani na recepcji. Weszła na schody. Zdawała sobie sprawę gdzie się znajduje i dokąd zmierza, ale nie czuła w związku z tym żadnych emocji. Pustka.

Otworzyła kluczem drzwi do pokoju. Weszła do środka, zapaliła światło, zamknęła drzwi. Jej współlokatorki nie było. „To dobrze”, pomyślała, siadając na łóżku. „To dobrze, że jej nie ma, bo...”

Nika skuliła się na łóżku i zaczęła płakać.

Długo dochodziła do siebie. Dopiero kiedy, nie mając już więcej łez, zaczęła oddychać coraz regularniej, była w stanie zadać sobie w myślach pytanie. Pytanie, które do tej pory desperacko tłumiła.

Co by się stało, gdyby pantofelek pasował?

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Nigdy więcej nie przejdę juz wieczorem przez Pola Mokotowskie...
Odpowiedz
W zasadzie to w tym opowiadaniu nie ma prawie żadnej akcji, są tylko opisy. To wcale nie jest złe, ale wiem, że wielu uważa inaczej. Chciałbym żeby więcej osób krótkie formy postrzegało jako zwykłe historyjki, nie pełne akcji i ukrytych przesłań epickie teksty. Powiedzmy, że tekst jest w porządku (nie wiem czy mogę tak mówić, sam jestem amatorem [prawie wszyscy są tu amatorami]), a porównanie, na które narzekała poprzedniczka jest w nim jednym z najmocniejszych punktów. Wystarczy poczytać profesjonalistów, by przekonać się, że takie zabiegi są bardzo cenione. Może można wyszukać coś lepszego niż tłuszcz wokół talii, ale zamysł jest bardzo ok.
Odpowiedz
Moja opinia nie jest jedyną słuszną i zdaję sobie z tego sprawę, każdy oczekuje od tekstu czego innego.
Odpowiedz
Naprawdę fajny pomysł, ale mam zastrzeżenia co do wykonania. O wiele lepiej by się czytało, gdyby opisy nie były tak rozwlekłe, a akcja bardziej wartka, ten wstęp o tym całym Adamie i ich związku był niepotrzebny, bo nie odegrał on tutaj jakiejś bardzo znaczącej roli. A poza tym, co to za określenie " a potrzebowała tego teraz jak dodatkowej warstwy tłuszczu w okolicach talii."? Zabrzmiało jak z jakiejś pustej książeczki dla bab, bez urazy. Mam mieszane uczucia co do tej pasty.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje