Historia

Dzieciak

reddevil 2 7 lat temu 637 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Codziennie jeżdżę rano na uczelnię. Mieszkam w sporym mieście, więc jest to jedyny sposób, żeby się do niej dostać. Podróż nigdy nie jest dłuższa niż 20-30 minut, więc zazwyczaj jadę po prostu, wpatrzony w jeden punkt jak zombie i słucham muzyki płynącej z moich słuchawek. Całą moja uwagę wtedy skupiało przerzucanie kolejnych piosenek. Niestety, pewnego dnia moje słuchawki zepsuły się i byłem zmuszony podróżować w ciszy. Ja wiem, że dla was to może nie być katastrofa, ale dla mnie to problem jechać w całkowitej ciszy. Nikt z moich znajomych nie jeździ tym autobusem, więc nie mam z kim rozmawiać. Z powodu braku jakiegokolwiek zajęcia, zacząłem rozglądać się po autobusie. Przyglądałem się podróżującym razem ze mną. Autobus jak zwykle był dość zatłoczony. Nie było żadnego wolnego miejsca siedzącego, ale nie było zbytniego ścisku. Większość ludzi znałem z widzenia. Wysoki, elegancko ubrany mężczyzna w garniturze jest prawnikiem w największej kancelarii w mieście. Ubrana w czerwony płaszcz piękna kobieta jest dziennikarką lokalnego radia. Lokalny Cygan, jak zwykle ubrany w brudne, obszczane ubrania jechał żebrać w centrum miasta. Uwagę przyciągnął pewien specyficzny chłopiec. Chłopiec, który siedział całkowicie sam a obok niego nikt nie stał. Chłopiec wyglądał na pięć może sześć lat. Ciężko mi było uwierzyć, że ktokolwiek mógłby wypuścić tak małe dziecko same. Nie wiedzieć czemu, dzieciak zaprzątał mi myśli przez cały dzień. Byłem zdekoncentrowany przez tak błahą rzeczą jak jakieś dziecko w autobusie. Wracając znów wsiadłem do autobusu tej samej linii. Co mnie zaciekawiło, działo się coś, co zdarzało się bardzo rzadko. Wracali ze mną ci sami ludzie. Wszyscy, łącznie z dziwnym dzieckiem. Postanowiłem mu się przyjrzeć. Jego usta poruszały się, musiał więc coś mówić. Stałem jednak zbyt daleko, żeby usłyszeć co takiego powtarza malec. Do mojej głowy dotarła wtedy zupełnie niezrozumiała myśl. Uznałem, że jeżeli jutro znów zobaczę go w autobusie, postaram się stanąć bliżej. Na następny dzień znowu jechałem tym samym autobusem, wiem o tym, że był to ten sam, ponieważ popołudniu widziałem jak Cygan oddał mocz na środku pojazdu, zostawiając pokaźną plamę na środku pojazdu. Ciecz nieco się rozlała już po pojeździe, przez zakręty. Obrzydziło mnie to, ale mimo wszystko postanowiłem zrealizować swój plan. Nie stanąłem bezpośrednio przy dziecku, ale znajdowałem się około metr od niego. To głupie, ale modliłem się o to,żeby śpiewał jakieś dziecinne piosenki. To co usłyszałem było naprawdę dziwne. Dziecko powtarzało w kółko „197, 197, 197…” To numer linii mojego autobusu. Uznałem więc, że chłopiec po prostu powtarza linię, którą jedzie, żeby pamiętać, którym autobusem jedzie. Nie było to ligiczne, nie przeczę, ale wszyscy wiemy jakie są dzieci,zwłaszcza małe. W pewnym momencie autobus gwałtownie zahamował, a później wszyscy odczuli mocny wstrząs, wskazujący na to, że pojazd w coś uderzył. Nie wiedziałem co się stało. kierowca otworzył drzwi i kazał nam wysiadać, jednocześnie prosząc, o zadzwonienie na karetkę, sam zaś wezwał policję. Miałem złe przeczucia co do tego co się mogło stać. To co zobaczyłem ,przeszło jednak moje najśmielsze oczekiwania. przed autobusem leżała zakrwawiona ludzka postać. Nie wykazywała żadnych oznak życia, a kałuża posoki, powiększała się z każdą sekundą. Lewa ręka, jak i noga były wykrzywione pod nienaturalnym kontem, wyglądały, jakby miały wypaść z zawiasów. Policja zjawiła się stosunkowo szybko, a przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon. Zadano mi kilka pytań na temat tego, czy na pewno czegoś nie widziałem, nie wiem coś się stało. Szczerze odpowiedziałem, ze nie widziałem całego zajścia. O dziwo uwierzyli mi i puścili dalej. Byłem sporo spóźniony i wiedziałem, ze na pewno nie zdążę na wykład, co było nawet dobre, gdyż wiedziałem, ze muszę jakoś się uspokoić. Uznałem więc, że wrócę do domu, lecz coś mnie podkusiło, zeby obejrzeć się za siebie. Zobaczyłem wygięty uszkodzony rower szosowy, na którym jechał biedak, którego potrącił autobus. Na rowerze widniał napis AUTHOR oraz prawdopodobnie napisane ręcznie, jakimś lakierem numer ” 197″. Przypomniałem sobie wtedy, co mówił ten dzieciak. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć, ze coś takiego mogłoby mieć miejsce i pomyślałem, ze to tylko zbieg okoliczności. Następnego dnia znów jechałem autobusem, tym razem dzieciak nic nie powtarzał, a tylko się uśmiechał. Ten uśmiech… Był demoniczny. Ja wiem, że nie istnieje coś takiego jak demoniczny uśmiech u czterolatka, ale nie potrafię inaczej opisać tego wyrazu twarzy. Wracając autobusem znów zobaczyłem dzieciaka. Tym razem to on wsiadł na przystanku późniejszym niż ja. Uśmiechnął się i zaczął powtarzać „144, 144, 144″. Przerażony zacząłem patrzeć przez okno, czy nie zbliża się nikt lub nic mające taki numer. Na szczęście nic takiego nie zobaczyłem. Wróciłem do domu i zacząłem oglądać telewizję. zobaczyłem. Wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, Krzysiu. Krzysiu był świetnym sportowcem i zawsze marzył o wystartowaniu w maratonie. Od kilku lat biegał codziennie od kilku do kilkunastu kilometrów, a żeby przygotować się do niego jak najlepiej.

_Hej stary nie uwierzysz! – zaczął rozentuzjazmowanym głosem przyjaciel

-No nie uwierzę, opowiadaj – odparłem

-Zgadnij kto pobiegnie w Maratonie Warszawskim?

– Podejrzewam, że ty – stwierdziłem po fantastycznej barwie jego głosu

-Tak! – krzyknął – Jutro możesz oglądać mnie w telewizji. Zgadnij jaki mam numer startowy?

Zamarłem. Przed oczami stanął mi znów ten nieszczęsny rowerzysta z numerem 197, tym samym który powtarzał ten dziwny dzieciak. Musiałem jednak zaryzykować, bałem się tego, co odpowie.

-No jaki? – spytałem starając się zachować pozory spokoju

-144! Gościu, moje dwie szczęśliwe liczby złożone w jedną.

Zatkało mnie. Wewnętrznie czułem, ze zaraz stanie się coś złego. Nie chciałem jednak dać tego po sobie poznać. Wydukałem tylko „Świetnie, trzymam kciuki”. Następnego dnia była sobota. O dwunastej zaczynał się maraton. Nie oglądam zazwyczaj tych długich biegów, lecz z uwagi na to, ze startował w nim mój przyjaciel zdecydowałem się włączyć telewizję i obejrzeć bieg. Krzysiu biegł jak natchniony, biegł najlepiej z wszystkich białych. Był bardzo blisko nagrody dla najlepszego Polaka, biegł bowiem po zwycięstwo w tej kategorii. To był szok! Debiutant miał wygrać! Na sto metrów przed metą nagle zwolnił złapał się za serce i upadł. Przeraziłem się. Łzy w sekundę wstąpiły mi w oczy. Tego dnia nie mogłem spać. Wszędzie widziałem tego dzieciaka z autobusu. Wszędzie widziałem ten mały uśmiechnięty pysk powtarzający liczbę „144”. Uznałem, ze najlepszym rozwiązaniem będzie się schlać. Otworzyłem barek i wyciągnąłem butelkę whisky. Wyciągnąłem szklankę, spojrzałem jeszcze raz na wyłączony teraz telewizor i stojącą obok niego butelkę. Odstawiłem szklankę do szafki i zacząłem pić prosto z butelki. Słowiańska głowa dała o sobie znać, kiedy po opróżnieniu połowy naczynia nadal trzymałem się na nogach i wszystko pamiętałem. Uznałem, że dopiję do dna, być może znajdą mnie nieprzytomnego jutro i wszystko co się działo w ostatnich dniach będę sobie tłumaczył halucynacjami. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Niestety, jedyne co spotkało mnie następnego dnia to potworny kac. Była niedziela, a ja nie zamierzałem nigdzie wychodzić. Czując się jak kupa gówna podszedłem do lodówki, wyjąłem kefir i zacząłem terapię. Zjadłem jeden kefir, drugi. Położyłem się. Wszystko sprawiało mi ból, a mimo to udało mi się zasnąć. Obudziłem się w środku nocy czując ogromne pragnienie. Przypadkiem usłyszałem czyjeś kroki w przedpokoju. Przestraszyło mnie to, gdyż mieszkam sam. Rozejrzałem się dookoła, lecz nie znalazłem nic, co nadawałoby się do ewentualnej obrony. Zachowałem się jednak jak kompletny tchórz i udałem, ze śpię dalej. Wtedy kroki na moment ustały. Coś co mnie przyprawiło niemal o zawał serca był to chłopiec z autobusu stojący tuż nade mną i pokazujący cyfrę siedem. Mrugnąłem, aby przekonać się,czy naprawdę tu stoi. Wszystko zniknęło. Zniknął chłopiec, pokój, łóżko. Wydawało mi się, że wokół mnie jest tylko ciemność. Zamrugałem raz jeszcze i wszystko wróciło do normy. Prawie wszystko. Był poranek. To niemożliwe, żeby noc upłynęła tak szybko. Otworzyłem okno, żeby wywietrzyć pokój i zaczerpnąć świeżego powietrza. Chciałem się uspokoić. uznałem, że mam jakieś zaburzenia psychiczne i najlepiej będzie, jeżeli pójdę do lekarza. Nie zdążyłem nawet dobrze zaczerpnąć powietrza gdy w twarz uderzyła mnie czarna rozpędzona masa, która okazała się być krukiem. Lekko oszołomiony niespodziewanym ciosem zrobiłem dwa kroki w tył, wpadając na szafę. Z szafy wypadło kilka starych segregatorów, które przygwoździły mnie do ziemi. Zobaczyłem jednak coś niepokojącego. mebel zaczynał przechylać się w moją stronę. Nim solidna dębowa ścianka szafy przewaliła się na mnie rzuciłem wzrokiem na siebie. „No tak, to ma sens”. Na koszulce w której spałem widniała liczba „siedem”. Była to jedna z piżam nawiązujących do Mistrzostw Świata a ja kupiłem ją w Portugalii, widniał więc na niej numer najlepszego ich zawodnika. Chwilę później ciężki mebel z łoskotem opadł na miejsce przeznaczenia.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Twoje opowiadanie jest przewidywalne, niezbyt straszne, jest w nim multum błędów ortograficznych. Używasz strasznie oklepanych motywów i popadasz w liczne słowotoki. Do tego przepraszam, ale w ogóle nie czuję realizmu tej opowieści. Jeśli mamy w niej cygana sikającego na środek autobusu to dlaczego nie ma tam być demonicznego dziecka? W świecie, który opisujesz nie znajduje poczucia normalności. Pomimo tego widzę tu potencjał, ale musisz dużo ćwiczyć.
Odpowiedz
Jest w tym potencjał - jakby trochę rozwinąć, poprawić błędy ortograficzne i logiczne oraz zapis byłaby główna. Polecamy poradnik dla autorów: http://straszne-historie.pl/d/poradnik
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje