Przejazd

Dodane przez: marcinov123, 22.03.2015, 14:48
Panopticum
Reklama:
- Jezu, jaki ziąb - mruknąłem, włażąc do samochodu od strony pasażera.
Beton siedział w środku, słuchając jakiegoś umca-umca.
W samochodzie był straszny syf - na dywanikach walały się bilety parkingowe, reklamówki, ulotki i kilka toreb po żarciu z Maca. Mój przyjaciel nie miał w zwyczaju sprzątania samochodu - po prostu od czasu do czasu wykopywał śmieci na zewnątrz.
Podaliśmy sobie ręce. Beton był wyraźnie wczorajszy. Miał wory pod przekrwionymi oczami i kilkudniową szczecinę na twarzy.

Z jego ponad stu dwudziestoma kilo wyglądało to dość odstraszająco.

- Masz? - spytałem.
Kiwnął głową. Podał mi małą, owiniętą sreberkiem kulkę, którą szybko schowałem do kieszeni.
Dałem mu odliczoną wcześniej kwotę.
- Co to w ogóle za miejscówka? Horrorów za dużo?
- Bezpieczna - mruknął pod nosem.
Faktycznie, mało kto chciałby tutaj przychodzić w środku nocy.
Umówiliśmy się przy ‘dzikim’ przejeździe kolejowym - niecałe półtora kilometra od ‘prawdziwych’ rogatek.

Znajdowało się na tyle blisko sklepu i okolicznych domów, że było regularnie używane przez chcących sobie skrócić drogę autochtonów. Dodatkowo sama droga przebiegała przez niewielki młodnik, skutkiem czego samochody tam wjeżdżające były praktycznie niewidoczne z zewnątrz.
Potwierdzały to walające się przy dróżce puszki i opakowania po prezerwatywach.

Młody lasek był ciemny i gęsty, nie ukrywam, że idąc tu pieszo, czułem lekki niepokój.
- Taki film widziałem, podobnie było - zarechotał Beton – gość w masce plastikowej chodził i szlachtował ludzi maczetą. Jak kibic Cracovii czy jak... Taką wielką. W sumie też wyglądał jakby na sterolach jechał, bo szafa stary... szafa – rozłożył szeroko łapy.
- Oglądałem – odwinąłem pakuneczek, wąchając zielsko. Towar pierwsza klasa. Jak zawsze.

Beton był może dresiarzem, którzy rzucił szkołę w wieku piętnastu lat, ale temat miał zawsze pierwsza klasa. Poznał chyba kogoś w pierdlu, kto miał opcję na zielone prosto z Holandii. Bez żadnych syfów, domestosów i innego gówna.
- Co jest? Zły bukiet? - zaniepokoił się
- Idealnie, jak zawsze.
- No przeca... stałemu klientowi, nie będę chrzcił.
Przez chwilę milczeliśmy, słuchając umca umca. Beton nie przyswajał innej muzyki.
- Przyjaramy?
- Przyjaramy – sięgnął do schowka po fifkę.
Mój kolega nie uznawał jointów ani jakiegokolwiek rozrabiania zielonego. Palił czyste. Zawsze. Papierosy brał bez filtra, a wódkę ładował bez przepojki. Mówił kiedyś coś o swoim autorskim dawkowaniu sterydów, ale byłem nie w temacie.
Nabiliśmy, zapaliliśmy.
Chmura była tak solidna, że w samochodzie momentalnie zrobiło się siwo.
- O… kurwa… - zakrztusił się Beton. - Zara będzie chiński zwiad.
- Ta… - powoli zaczynało kręcić mi się w głowie.
Beton przez chwile wpatrywał się w coś za oknem.

Wytężyłem wzrok - spomiędzy drzew, gdzieniegdzie widać było światła miasteczka. Blask zegarów w samochodzie był za słaby, żeby cokolwiek oświetlić.
- Co jest? – spytałem, mając lekkie problemy z prawidłowym wypowiadaniem słów.
Wchodziło.
Zielony pociąg do Jamajki wjeżdżał na peron.
- Wieniec - wskazał na coś przed samochodem. Niemalże przy samych torach.
Faktycznie. Na drzewie wisiał wieniec kwiatów. Pewnie plastikowy. Przy tym świetle w pierwszej chwili wziąłem go za kolorową torbę na zakupy.
Beton na chwilę włączył światła w beemce.
Wieniec. Bez dwóch zdań. Przekrzywiony, z lekko przyblakłymi kolorami - charakterystycznymi dla tych cmentarnych, plastikowych kwiatków.
- Zgaś, razi.

Beton z powrotem wyłączył światła.
Siedzieliśmy w ciszy, czując coraz bardziej błogie rozleniwienie.
Nawet umca umca z wielkich głośników z tyłu zdawało się brzmieć całkiem ciekawie.

- Ktoś pewnie powiesił po tym wypadku. Ale to i tak przejezdne wszystko było, to dlatego świeżych nie ma.
Popatrzyłem na Betona, nic nie rozumiejąc.
- Aaaa, bo ty wtedy na innym osiedlu. Tutaj wypadek był - wskazał ręką na przejazd. Dlatego ten wieniec - beknął głośno - zjadłbym coś.
- Jaki wypadek?
Popatrzył na mnie, jakby nic nie rozumiejąc. Potem dopiero wrócił mu wątek.
- Aaa... No jechała rodzinka polonezem, w latach dziewięćdziesiątych jeszcze. Z czwórką dzieciaków z tyłu. Drogę sobie chcieli skrócić, bo tam przy przejeździe akurat stary Matyja zachlał i chciał ruchem kierować. A psiarnia zanim dojechała, to wiesz. No i nakręcili, przyjechali tutaj i im samochód zdechł na przejeździe. Wiesz, jak na filmach - zarechotał.
- Czwórką? – słowa Betona dochodziły do mnie z lekkim opóźnieniem.
- No mówię, że z czwórką, takie bhp polskie - upakowali dzieciarnie z tyłu, przypięli pasami i heja na weekend za miasto. Tylko im ten polonez tu zdechł.
- To mówiłeś. I co?
- I akurat pociąg jechał, spanikować musieli albo chcieli te dzieciaki wyjąć. Finał taki, że jak jebło, to sześć trupów. I maszynista potem podobno się powiesił dwa dni później. Wiesz... ta no... trauma.

Nie słyszałem tej historii. Mówiło się o tym, że ktoś zginął na przejeździe, aczkolwiek zawsze myślałem, że chodzi o ten właściwy.
Poza tym, de facto, o ‘dzikim’ dowiedziałem się od Betona parę dni temu.
Wyobraziłem sobie pociąg uderzający w samochód. Krzyki, dźwięk gniecionego metalu.

Byłem na dodatek dość mocno upalony, dlatego cała wizja stała się wyjątkowo realna.

Aż dostałem gęsiej skórki - popatrzyłem na swoje przedramiona.
- No i wiesz, sześcioro sztywnych na miejscu, matka mi mówiła, że nie szło dojść, kto jest kto – tak ich wszystkich... jak w blenderze. Spakowali razem, pochowali w jednej mogile. Niech im ziemia lekką... - Beton szybko się przeżegnał.
Siedzieliśmy w milczeniu.

Rozmowa się nie kleiła. Umca umca dalej płynęło z głośników. Nie wiem, czy minęło pięć minut, czy pół godziny - czas zdawał się rozciągać jak guma do żucia.
- Podrzucisz mnie na Piaski?
Skinął głową i odpalił silnik. Betona siekło jeszcze bardziej. Miał oczy jak chiński zwiadowca i sprawiał wrażenie średnio przytomnego. Na całe szczęście mieszkał trzy kilometry dalej.
Samochód ruszył zrywem przed siebie i zgasł.

Beton zmełł pod nosem przekleństwo i jeszcze raz odpalił silnik.
- Noga mi się omsknęła za sprzęgła - wytłumaczył.
- Tylko nie przejeździe nie stań - zażartowałem, kiedy znowu ruszyliśmy.
To samo, samochód wtoczył się na tory, szarpnął gwałtownie i zgasł.
- Kurwa! - łupnął pięścią w kierownice, niechcący trafiając w klakson.
- Zmieniamy się? - spytałem. Chyba jednak Beton miał jeszcze grubiej niż ja.
- Nie, nie, spoko, nóg nie czuję, latają mi z tego sprzęgła. Śliskie podeszwy chyba - zaśmiał się.
- Przesiadaj się stary - klepnąłem go w ramię, widząc, jak próbuje złapać kluczyki trzydzieści centymetrów od stacyjki.
- Ano dobra - mruknął i wyszedł z samochodu.
Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, kiedy wysiadłem i okrążyłem samochód. Beton potknął się dwa razy i prawie wyłożył na torach.
Tak, zdecydowanie nie powinien prowadzić. Odwiozę go do domu i wrócę z buta. Przeżyje.

Zamieniliśmy się miejscami. W radiu poza umca umca coś zaczęło dzwonić.
- Beton, żyjesz? - spytałem, patrząc jak rozkłada fotel i zakłada kaptur na głowę.
- Tak, tak, tak, tak - mruknął pod nosem, już zasypiając – odwieziesz, Jacuś, do domku?
Kiwnąłem głową.
- Tylko kluczyki daj.
Zaczął z zamkniętymi oczami grzebać po kieszeniach.
- Cholera - mruknął, otwierając oczy.- Musiałem…
Otworzył szeroko oczy, patrząc na mnie.
- Pociąg.
- Co? – spytałem, nie do końca rozumiejąc.
- POCIĄG, KURWA!

Momentalnie otrzeźwiałem.

Torami jechał pociąg. Ostrzegawczo gwiżdżąc. Jakieś sto metrów. Reflektor na przedzie oślepiał, ale nie było wątpliwości.
Pociąg. I był tylko jeden tor.

Ten, na którym stał nasz samochód.

- Beton, kurwa, chodu!- wydarłem się, próbując odpiąć pasy
Beton rzucił się do przodu, próbując włożyć kluczyki do stacyjki. Nie trafił.
Szarpałem się z pasami. Ręce miałem jak dwa klocki drewna.
- Kurwa, odpalaj! - darł się Beton, dźgając kluczykiem okolice stacyjki.
Światło było oślepiające.

Wiedziony głupim nawykiem wcisnąłem pedał gazu do samej podłogi.

Nic.

Zamek pasa bezpieczeństwa chyba się zaciął.
Beton tłukł kluczykiem jak oszalały.
Dwadzieścia metrów.
Pisk hamującego pociągu był tak głośny, że czułem go w środku głowy.
Nie zdąży.
Beton szarpnął za klamkę, ale minutę wcześniej zamknął centralny zamek.
Kopałem pedał gazu jak oszalały.

„Sześć trupów. Policja nie wiedziała, kto jest kto, zebrali ich wszystkich na kupę”.

Beemka wyskoczyła do przodu.

Potwornie głośny pisk hamulców pociągu przetoczył się za nami, reflektor przestał mnie oślepiać.

Przed oczami miałem niebiesko-zielone plamy. Pociąg z hukiem przejeżdżał dwa metry za nami, cały czas piszcząc i próbując wyhamować. Zajmie mu to jeszcze z pół kilometra.

Beemka powoli staczała się z drugiej strony dzikiego przejazdu, chrzęszcząc po żwirowym zjeździe.

Mieliśmy przed sobą dwieście metrów polnej dróżki i wyjazd na ulicę.
Samochód zjechał z lekko pochyłego nasypu i powoli zatrzymał się.
Beton zwymiotował sobie na kolana cały czas, mimowolnie szarpiąc klamkę.
- O kurwa, kurwa, kurwa... - mamrotał.

Trzymałem kierownice. Trzymałem kierownicę tak mocno, że zaraz mogły mi popękać palce.
Radio zgasło. Gdzieś kilometr dalej pociąg przestał hamować.
Wziąłem głęboki wdech. Potem jeszcze jeden i jeszcze.
Beton zwymiotował jeszcze raz.
Odruchowo opuściłem szybę, wpuszczając do środka trochę nocnego powietrza.
Normalny odruch jakby przywrócił mi pełną świadomość.
- Beton, spierdalamy - powiedziałem, patrząc na niego. – Masz zielsko w samochodzie?
Kiwnął głową.
Maszynista mógł zadzwonić na policję.
Podniosłem kluczyki z chodniczka i uruchomiłem silnik.


Wyszedłem od Betona godzinę później.
Facet trząsł się jak osika i nie był w stanie rozmawiać. Na całe szczęście jego matka miała nocną zmianę, a ojciec od pół roku pracował w Belgii.
Beemka nie była nawet zadraśnięta - zaparkowałem na podjeździe i dokładnie obejrzałem ją w świetle ulicznej latarni.

Od tamtej pory byłem na dzikim przyjeździe tylko raz.
Wolę normalnie stać razem z innymi samochodami przed rogatką i czekać aż ta się podniesie.
Słucham wtedy radia, palę papierosa.
Myślę o różnych rzeczach.

Tydzień po incydencie na przejeździe pojechaliśmy tam drugi raz z Betonem.
Kupiliśmy wieniec w cmentarnej kwiaciarni na obrzeżu miasteczka i powiesiliśmy go na drzewie, na miejsce tego starego.
Żaden z nas nic nie mówił.
Beton przyznał mi się jakiś rok później, że do tej pory ma paniczny lęk przed pociągami.

Mnie na całe szczęście to ominęło.

Nie mówiłem mu o tym, że kiedy obejrzałem jego samochód tamtej nocy, na podjeździe wytarłem rękawem bluzy klapę bagażnika i zderzak.
Są czasem takie chwile, że brakuje niewiele, a zaczniesz krzyczeć.
Na klapie bagażnika były stare ślady moich rąk, kiedy kilka dni temu braliśmy beemkę na popych.

A pod nimi kilka nowych, świeżych.
Małe, odbite w kurzu i pyle ślady dziecięcych rączek… Panopticum
Źródło: własne, inspirowane creepypastą
Oceń:
12
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!