Historia

Czas Z, część 6

gabriel grula 42 6 lat temu 18 641 odsłon Czas czytania: ~29 minut

Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/10204-Czas-Z

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/10232-Czas-Z-Odslona-2

Część trzecia: http://straszne-historie.pl/story/10290-Czas-Z-Czesc-3

Część czwarta http://straszne-historie.pl/story/10344-Czas-Z-Czesc-4

Część piąta: http://straszne-historie.pl/story/10391-Czas-Z-Czesc-5

Godzinę później, z zasnutego chmurami nieba zaczynają spadać pierwsze krople deszczu.

Nie mija dłużej niż dziesięć minut i ulewa rozkręca się na dobre.

Intensywność opadu jest tak duża, że przemoknięcie do suchej nitki, staje się kwestią najwyżej dziesięciu minut.

Na szczęście mam nieprzemakalne buty. Co, jak co, ale stopy mam zabezpieczone.

Gorzej z górą. A już najgorzej z głową.

Nie daje mi spokoju fakt zabicia człowieka.

Nic nie pomagają tłumaczenia – „Tylko się broniłem”, „Nie chciałem tego”, „ Nie miałem wyjścia”.

Mam okropne wyrzuty sumienia. To przecież był człowiek. Zdesperowany, zmuszony do ostateczności, ale człowiek.

Nie mogę także zrozumieć motywu ani pobudek, popychających Grzegorza do takiego właśnie zachowania, a w następstwie działania.

Być może najzwyczajniej w świecie zwariował i załączyła mu się druga osobowość.

Niewykluczone też, że po wczorajszym wypadzie na miasto uświadomił sobie, iż nijak sam sobie nie poradzi.

Wypchany jedzeniem plecak stał się więc nie lada pokusą.

Teraz dopiero w stu procentach sprawdza się stara łacińska maksyma „Homo Homini Lupus”.

Człowiek człowiekowi, naprawdę jest wilkiem.

Przez myśl przebiega mi jeszcze inne, równie łacińskie sformułowanie brzmiące „Vide Cul Fide”.

Święte słowa. Koniecznym jest patrzeć, komu się ufa.

Rozmyślam także o wrogu numer jeden, czyli zmartwychwstałych.

Dość szybko zmienili swoją naturę, stając się w ostatecznym rozrachunku groźniejszymi.

Nie potrafią biegać, ale szybki krok w sytuacjach gdzie kwestia życia i śmierci zależy od setnych sekund, jest dużo za szybki.

Wcześniej tylko noc była zabójcza. Dzień natomiast pozwalał na wiele.

Teraz zarówno dzień jak i noc, są równie niebezpieczne.

Mijam posterunek policji.

Drzwi wejściowe otwierają się, to znów zamykają, w pełni współpracując z podmuchami wiatru.

Przy każdym ruchu wydają jednostajne, przeciągłe, skrzypienie.

Na parkingu nie ma ani jednego radiowozu. Podczas „Godziny Z” wszystkie zapewne wyjechały w teren.

„Godzina Z”. Takim właśnie określeniem posługiwali się korespondenci poszczególnych stacji telewizyjnych, nadający relację na żywo z większości newralgicznych punktów różnych miast, zanim oczywiście każdy z nich stracił życie, ludzkie życie.

Skoro wtedy była „Godzina Z”, to jak nazwać, to, co teraz się dzieję?

Może…Czas „Z”.

Tylko, co tak właściwie oznaczać ma to „Z”.

Zgon? Zgubę? Zagładę?

Chyba wszystko naraz.

Tymczasem zauważam, że odkąd zaczęła się ulewa, ulice całkowicie opustoszały.

Wszystkie truposze pochowały się gdziekolwiek, byle tylko schronić się przed zmoknięciem. Z jakiegoś powodu muszą nie lubić deszczu.

Widziałem jak godzinę temu, kilku z nich wpatrywało się w niebo.

Kręcąc głowami i mlaskając, nie mogli nadziwić się spadającym z nieba kroplom.

Chwilę później, podziw zmienił się w straszną niechęć, okazywaną charczeniem i porykiwaniem oraz szybkimi, usilnymi próbami znalezienia miejsca chroniącego przed niesprzyjającą aurą.

Dwa skrzyżowania dalej, na całej długości jednej z szerszych, czteropasmowych, ulic w naszym mieście, stało ich dwustu a może i więcej. Wszyscy jednak zaczęli szybko iść w stronę jednego z kilkupiętrowych budynków, znikając ostatecznie w jego wnętrzu.

Bieżący obrót spraw jest mi bardzo na rękę. Mogę nieco przyśpieszyć.

Wcześniej musiałem uważnie stawiać każdy krok.

Najlepiej jak szedłem trawnikiem, wtedy mogłem przemykać obok nich zupełnie niedostrzeżony.

Wojskowe buty są jak najbardziej w porządku. Ale podeszwa przy zetknięciu z chodnikiem lub asfaltem ulic, wydaje bardzo cichy, niemniej jednak słyszalny przez zainfekowanych odgłos.

Nie było więc wyjścia jak iść naprawdę powoli. Czasami, aby pokonać w szybszym czasie określony odcinek, należało nadłożyć nieco drogi.

Dziś jednak matka natura stanęła po mojej stronie.

Wyczuwam w powietrzu charakterystyczny fetor nieumarłych. Nie ma w tym jednak nic dziwnego. Wszystkie budynki zapchane są nimi do granic możliwości.

Mijając wspomniany przed chwilą komisariat, przemknęła mi myśl, czy aby tam nie wstąpić.

Może udałoby mi się znaleźć jakąś broń?

Nigdy nie użyłbym jej względem zainfekowanego chyba, że w ostateczności. Ale dobrze byłoby mieć pistolet. Chociażby na ewentualną okoliczność spotkania jakiegoś dzikiego, głodnego zwierzaka lub drugiego Grzegorza.

Gdyby to ode mnie zależało, wolałbym nie spotykać nikogo, niż znów natknąć się na jakiegoś typa chcącego mnie zabić. Tak jakby rasa ludzka miała mało problemów z otaczającym światem.

Dochodzę jednak do wniosku, że komisariat okupowany jest pewnie przez chroniące się przed deszczem bestie.

Miasto powoli zaczyna być miejscem coraz bardziej przenikanym oraz nawiedzanym przez duchy przeszłości.

Czasami zdaje mi się słyszeć, projektowany rzecz jasna przez mój mózg, śmiech dzieci, czy chociażby dochodzące zewsząd rozmowy ludzi, którzy jeszcze miesiąc temu stanowili normalnie funkcjonujące społeczeństwo. A może te wszystkie dźwięki wcale nie są wytworem mojego umysłu?

Najbardziej nie lubię przechodzić obok przedszkoli, szkół, żłobków, placów zabaw. W bezpośrednim sąsiedztwie takich miejsc potrafi leżeć, porozrzucanych na ziemi mnóstwo zabawek. Szczególne nieprzyjemne wrażenie robią pluszowe misie, zajączki, pieski, żabki, kotki.

Czuję się jak zjawa, krążąca w jakimś zmyślnie wybudowanym labiryncie krętych uliczek, pustych domów i czających się w każdym zakamarku, śmiertelnych zagrożeń, z których każde gotowe jest wysłać mnie na samo dno piekielnej czeluści.

Około czterdziestu metrów przede mną, dostrzegam kilka poustawianych w poprzek ulicy aut tworzących barykadę.

Zarówno nad barykadą jak i najbliższą jej częścią ulicy, rozwieszona jest duża, przeciekająca w kilku miejscach plandeka przytwierdzona do dwóch latarni wszerz ulicy i dwóch wzdłuż.

Mimo, iż trasa przejazdu interesujących mnie pojazdów skręca w prawo, postanawiam baczniej przyjrzeć się temu miejscu.

Faktycznie, te kilkanaście samochodów tworzyło w pośpiechu organizowaną linię obrony przed nieumarłymi.

Mógł to być także, jeden z prowizoryczny punktów medycznych.

Tuż obok, stoją bowiem cztery częściowo rozbite karetki. Całe ich wyposażenie wala się w promieniu kilkunastu metrów od furgonetek.

Wokół leży mnóstwo łusek. Musiało się tu rozpętać niezłe piekło.

As coś wyczuwa. Biegnie wzdłuż ulicy, znikając ostatecznie z pola widzenia.

Nie martwię się o niego. To mądre psisko, poradzi sobie.

Cały czas padający, przeciekający przez dziury w płachcie deszcz, miesza się z zaschnięta krwią, tworząc spływające do studzienek kanalizacyjnych krwawe mini potoki.

Właśnie kanalizacje! Że też wcześniej o nich nie pomyślałem. Można by nimi przejść znaczną część drogi.

Prawda jest jednak taka, że nie znam dokładniej trasy przejazdu konwoju.

Do tego dochodzi kwestia dostania się pod ziemię, a także zabezpieczenia wejścia, aby żadne tałałajstwo się tam nie dostało.

A jeżeli skurwiele już tam są?

Nie, lepiej zostanę na powierzchni.

Jestem całym tym światem oraz sytuacją tak przestraszony i zestresowany, że przemyka mi przez głowę myśl przypadkowego natknięcia się w tym podziemnym labiryncie na kajmana, anakondę, lub jakieś inne cholerstwo z naszego pobliskiego ZOO.

Może trochę przesadzam, lecz teraz, gdy już o tym raz pomyślałem na pewno tam nie wejdę.

Jak na złość, dwa miesiące temu właściciele ogrodu zoologicznego wypożyczyli na kilka miesięcy tygrysa, aligatora i jakieś afrykańskie, podobno bardzo jadowite pajęczaki.

Chuj wie, co się z tym teraz dzieje.

Najprawdopodobniej, tak jak w przypadku lwów, całe towarzystwo rozłazi, rozpełza się, rozbiega i diabli wiedzą, co tam jeszcze, po całym mieście, szukając jak najbardziej odpowiedniego dla siebie środowiska.

Pora roku też im sprzyja, niedługo wiosna, potem lato…boję się o tym myśleć.

W środku jednego ze stojących przy barykadzie aut, dostrzegam siedzącą za kierownicą sylwetkę.

Nie łudzę się, co do stanu w jakim kierowca się znajduje.

Ostrożnie podchodzę. Prawą dłoń zaciskam na rękojeści, zabranej z domu Grześka, maczety.

Siedzący za kierownicą niegdyś był policjantem. Mundur aż nadto rzuca się w oczy.

Jest on jednak w znacznej części zakrwawiony.

Umarlak sapie, warczy, cały czas jednak nie czuje, ani nie słyszy mnie.

Stoję dwa metry od niego, kiedy jego nozdrza zaczynają rozszerzać się.

Chyba zorientował się, że się zbliżam. Zamiera w bezruchu.

Podchodzę jeszcze dwa kroki. Nic się nie dzieje.

Dopiero teraz dostrzegam, że z klatki piersiowej siedzącego wystaje kilkudziesięciocentymetrowa, gruba rura, przytwierdzająca go do siedzenia.

W przedniej, popękanej szybie auta, znajduje się otwór idealnie odpowiadający jej średnicy.

Trudno powiedzieć w jakich okolicznościach wpadła do wnętrza samochodu. Niemniej jednak przygwoździwszy do siedzenia kierowcę, wyszła z drugiej strony fotela, przebijając go na wylot i zatrzymując się dopiero w miejscu trzymania nóg przez siedzącego w normalnych okolicznościach, na tylnej kanapie, pasażera.

Podchodzę jeszcze bliżej. Odmieniec cały czas wykonuje wdechy bacznie nasłuchując.

Jest paskudny, odrażający. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś był to człowiek.

Dla odmiany ten ma jednak oczy. W zasadzie to same białka.

Przez chwilę zastanawiam się czy nie skrócić jego męczarni.

Dam sobie jednak z tym spokój.

Zamierzam się odwrócić, gdy kątem oka dostrzegam kaburę z wystającą rękojeścią pistoletu. Broń znajduję się z prawej strony spodni kierowcy.

Postanawiam załatwić umarlaka, a następnie zabrać interesujący mnie przedmiot. Lepsza okazja może się nie nadarzyć.

Szkoda, że nie mam bagnetu idealnie przydałby mi się teraz.

Przez miejsce, w którym jeszcze jakiś czas temu znajdowała się boczna szyba drzwi, powoli wsuwam maczetę.

Mam bardzo ograniczone pole manewru. Najlepiej byłoby otworzyć drzwi. W ogóle najlepiej toby było gdyby on już nie żył.

Tak jednak nie jest.

Zainfekowany ożywia się. Mimo iż ostrze jest czyste, pewnie wyczuwa jakiś zapach.

Zaczyna charczeć, usilnie próbując przy tym ruszyć się z miejsca. W tym czasie, na miarę możliwości, z całej siły uderzam ostrzem w szyję, usiłując odciąć mu głowę.

Jego ciało jest miękkie, ostrze radzi sobie z nim doskonale.

Głowa odpada, turlając się na tylną kanapę.

Wzdycham z ulga. Teraz wystarczy tylko…nagle słyszę dochodzący zza pleców jęk.

Szybko odwracam się.

Czterech odmieńców stoi, z wyciągniętymi przed siebie rękoma nie dalej niż trzy metry ode mnie.

Wpadam w panikę. Nie mam jak uciec.

Zaczynam bez opamiętania machać trzymana maczetą.

Jednemu z nich odcinam rękę, drugiemu połowę głowy. Na ziemię leje się czarna przypominająca konsystencją smołę maź.

Obcinam kolejną dłoń. Wszystko znów dzieje się tak jakby w zwolnionym tempie.

Odskakuję w prawo. Mam przed sobą kolejnego z nich. Kurwa wpadłem w zasadzkę!

Udaje mi się jednak skrócić go o głowę.

Następny łapie mnie za plecak.

Obracam się, cały czas chaotycznie, na oślep machając długim ostrzem, zadaję mu cięcie na wysokości dolnej szczęki.

Odpada mu trzy czwarte głowy, a mimo to uścisk nie słabnie. Dostrzegam jednak pulsującą, paskudną szyszkę. Celuję prosto w nią. Znów bryzga ciemna substancja, zmieszana z jakimś żółtym śluzem.

Ciało odmieńca natychmiast przewraca się na ziemię. Następny chwyta mnie za kamizelkę. Zataczam się do tyłu.

Bez zastanowienia wbijam ostrze broni w jego szyję.

Uścisk słabnie na tyle, bym mógł się z niego wyrwać i zrobić dwa kroki do tyłu.

Zainfekowany stoi w bezruchu, z miejsca, w które przed chwilą wbiłem maczetę, sączy się to smoliste szambo.

Nie robi to na nim żadnego wrażenia.

Otwiera dawne usta, nieco wysuwając do przodu broczącą żółtym płynem szyszkę.

Jeszcze dwukrotnie macham, zupełnie na ślepo, ściskaną bronią. Nie mam siły, całe ciało pogrążyło się w ogólnym odrętwieniu.

Mimo to, odcinam następnemu z nich wyciągniętą w moją stronę dłoń.

Kątem oka dostrzegam nadbiegającego, szczekającego Asa. Staje miedzy mną a następnym z umarlaków.

Te trzy sekundy chwilowego zdezorientowania śmierdzieli, pozwalają mi zebrać resztki sił i przebiec między nimi.

Biegnę nie zważając na nic. Nawet nie odwracam się za siebie. Spostrzegam tylko stojących pod dachami, bądź wyglądających z okien domów, wpatrzonych we mnie truposzy. Dźwięk kroków zwraca na mnie ich uwagę.

Sapią, warczą, najchętniej wszyscy ruszyliby w moją stronę. Nie pozwala im tylko na to padający dużymi kroplami deszcz.

Udało się, cudem, ale udało się. Zatrzymuję się dwie ulice dalej. Nikt mnie nie ściga.

Słyszę stłumiony szczek Asa. Miesza się on z odgłosem uderzających o asfalt kropli deszczu.

Koniecznym jest chwilę odpocząć.

Adrenalina opada. Zostając zastąpioną uczuciem przenikliwego zimna oraz drżenia rąk.

Poprzez wykonywanie głębokich wdechów i wydechów, próbuję unormować oddech oraz uspokoić bijące serce.

Naprawdę mało brakowało. Znów pojawia się uczucie odrętwienia kończyn.

Za chwilę przybiega mój czworonóg. Po raz kolejny w ciągu dwunastu godzin uratował mi życie.

Instynktownie rozglądam się po okolicy. Nie chciałbym stać się teraz celem niczyjego ataku.

Nie miałbym sił na jakąkolwiek formę obrony.

Po mojej lewej stronie znajduje się niewielki skwerek. Powstał sześć lata temu, będąc chlubą ówczesnego prezydenta miasta. Niegdyś w pogodne dni, niezależnie od pory roku przesiadywało tu sporo ludzi.

Część z nich, zaliczająca się do tych aktywniejszych, ćwiczyła nawet na siłowni.

Tymczasem dzisiaj, deszcz zmywa z pustych ławek resztki zaschniętej krwi.

Po prawej stronie, ogrodzenie z pomalowanej na biały kolor siatki, oddziela ulicę od autoryzowanego punktu sprzedaży Opla i Volkswagena.

Cały plac zapełniony jest nowymi, gotowymi do użytku autami.

Niektóre z nich mają przyklejone do przednich szyb ceny. Niestety, te modele nigdy nie znajdą nabywców.

Wykonuję któryś z kolei głęboki wdech.

W głowie świta mi myśl by wrócić po pistolet. Może się on okazać przydatny.

Chwilę się waham, ostatecznie wracając.

Tym razem nie dam się jednak zaskoczyć.

Idąc wzdłuż ulicy, rozcinam plandekę na całej jej długości, dzięki czemu przestaje chronić przed deszczem interesujące mnie miejsce.

Dwa unicestwione kilka minut temu ciała zainfekowanych, leżą w nienaturalnie wykrzywionych pozach.

Po ich dwóch kompanach, nie ma natomiast śladu.

Nikogo w pobliżu nie dostrzegam, ale poprzednim razem także nikogo nie zauważyłem, po czym nagle kilku zainfekowanych stało tuż za mną. Teraz jednak dookoła barykady biega As. Jak tylko coś wyczuje, na pewno da mi znać.

Z obrzydzeniem nachylam się nad zwłokami. Szybkim ruchem odpinam zabezpieczenie, wyjmując broń.

Zawartość magazynka sprawdzę później. Nerwowo rozglądając się na boki, czym prędzej odchodzę stąd.

Dzisiejszego dnia udaje mi się przejść naprawdę ładny kawałek drogi.

W magazynku zdobycznej broni, znajduje się siedem naboi.

Powoli, muszę zacząć rozglądać się za jakimś miejscem noclegowym.

Idealnym wydaje się być właśnie mijany, niewielki kościół.

Obchodzę budynek dwukrotnie. Podchodząc na koniec do dwuskrzydłowych, masywnych drzwi, zamkniętych oczywiście na cztery spusty.

To dobrze, znakiem tego, że na osiemdziesiąt procent wnętrze jest bezpieczne.

Pozostałe dwadzieścia procent, to opcja rozprzestrzenienia się zarazy wśród zamkniętych w środku.

Spokojnie mógłbym jeszcze kilkadziesiąt minut poświęcić na marsz, ale nie dosyć, że czuje zmęczenie nie tylko nóg, bo i całego ciała. To jeszcze powoli przestaje padać.

Nie małym problemem będzie dostanie się do środka świątyni.

W mniej optymistycznym scenariuszu, biorę pod uwagę spędzenie nocy na jej znajdującym się cztery metry nad ziemią, zwieńczonym dwiema strzelistymi wieżyczkami, dachu.

Zamierzam dostać się tam po ustawionym z północnej strony budynku rusztowaniu.

- „Co za anioł rozstawił je tutaj” – myślę.

Chwilę później, z czworonogiem pod pachą wchodzę na górę.

Z dachu do wnętrza budynku, można zajrzeć przez jedno z sześciu niewielkich, zakratowanych, ale uchylonych okienek.

Idąc po śliskim, nieco spadzistym dachu, niechcący zaczepiam nogą o niewidoczną cieniutką żyłkę, o mało się nie przewracając.

Co za wariat wpadł na tak genialny pomysł zainstalowania tutaj pułapki?

Docieram do okienka.

Niestety, niewiele przez nie widać.

Wnętrze budynku na pewno jednak jest bezpieczne. Gwarantuje mi to niezawodny zmysł węchu.

Rozglądam się po okolicy, zastanawiając się jednocześnie, w jaki sposób można by się dostać do wnętrza.

Nie świta mi jednak w głowie żaden pomysł. Mam folię termiczną, więc jakoś dam radę.

W pewnej chwili, okienko otwiera się nieco szerzej.

Staje w nim zakapturzona postać w kremowym habicie, trzymająca skierowaną wprost między moje oczy jednolufową, pamiętającą chyba jeszcze czasy dzikiego zachodu, strzelbę.

Jedno jest pewne, wątpię by ten eksponat był skuteczną bronią.

Na pewno jednak może pełnić rolę straszaka.

- Kim jesteś? – pyta zakapturzony mnich.

- Jednym ze zdrowych ocalałych. Przeszedłem dzisiaj szmat drogi. Zamierzam dotrzeć do miejsca, z którego wyjeżdża konwój.

- Jaki konwój?

- Ocalałych. To konwój ocalałych. Co jakiś czas wyjeżdżają na miasto po zaopatrzenie. Raz udało mi się nawiązać z nimi kontakt, ale mnie nie zabrali.

- Masz na ciele jakieś rany?

- Nie, zdołałem jak do tej pory uniknąć pogryzienia.

- A pies? – mówiąc to mnich kiwa trzymaną strzelbą w stronę mojego oddanego towarzysza.

- Jest cały, zdrowy i niezastąpiony.

- Zdejmij plecak, kamizelkę i bluzę, tak abym mógł zobaczyć twoje ciało.

Posłusznie wykonuję polecenie.

- W porządku. Jak masz na imię?

- Feliks – odpowiadam.

- Dobra Feliks. Zejdź na dół i podejdź do wejścia. To te masywne drzwi z drugiej strony budynku. Tylko nie zwróć na siebie uwagi diabelskich pomiotów. W przeciwnym razie nie otworzymy ci.

Kiwam głową w geście zrozumienia, a następnie przystępuję do wcale niełatwego procesu schodzenia na ziemię.

Kilka minut później stoję przy wrotach gotyckiej kaplicy.

Zamki wydają z siebie chrobot, charakterystyczny dla przekręcanego w nich klucza. Potem jeszcze słyszę odgłos przypominający usuwanie wzmacniającego drzwi skobla.

Jedno z masywnych skrzydeł wrót nieznacznie uchyla się, umożliwiając mi wejście do środka.

Czuję charakterystyczny dla tego typu miejsc zapach.

Małe okienka nie zapewniają dobrej cyrkulacji powietrza, dlatego jest tu po prostu duszno.

Zabarykadowane wrota, świadczą o nie korzystaniu z nich przy ewentualnych wyjściach na zewnątrz.

Może mnisi wychodzą przez jedno z okienek i po rusztowaniu schodzą na dół?

Rozumiem, że mają zapewne niezłe zapasy żywności, ale wszystko przecież kończy się.

Wewnątrz wita mnie czterech duchownych.

Wszyscy są szczupli. Sprawiają jednak wrażenie dużo lepiej odżywionych niż Grzegorz.

Podajemy sobie dłonie, a następnie zaproszony zostaję na posiłek.

Składa się na niego naprawdę tłusta zupa. Pływają w niej, jak mi się wydaje, jakieś warzywa i całkiem spore kawałki mięsa.

Najadam się do syta. Dawno nie miałem przyjemności zjeść tak dobrego, pożywnego posiłku.

Ostatnimi czasy, nie chciało mi się w domu uruchamiać turystycznej maszynki, ograniczałem się więc w głównej mierze do kanapek.

As dostaje miskę wypełnioną równie tłustą zupą.

Nie jest jednak głodny. Obwąchuje jedzenie zostawiając je nietkniętym.

Następne trzy godziny spędzamy na rozmowie.

Gospodarze należą do powstałego nieco ponad sto lat temu bractwa „Głosu”.

Twierdzą, iż nie wywodzą się z żadnej z dotychczasowych religii. Co roku, podobno, przybywa im kilkuset członków. Zajmują, zazwyczaj odkupując i gruntownie remontując, małe klasztory jak i wszystkie budynki sakralne.

Żyją skromnie, utrzymując się ze stałych składek członków.

„Sądny Dzień”, jak najbardziej nie był dla nich zaskoczeniem. Idealnie wpisywał się w ich „Pismo Głosu”, sporządzone przez pewnego natchnionego człowieka w pierwszym miesiącu założenia bractwa.

Wedle tego, co zdołałem zrozumieć, owy „Głos”, jest wszystkim i niczym, bytem i niebytem. Krótko mówiąc wszystkim tym co, są w stanie pojąć nasze zmysły, jak i wszystkim tym, czego nie są w stanie pojąć.

Oczywiście nie powstrzymałem się przed zadanie pytania: - Gdzie jest teraz Bóg?

- My nie używamy słowa Bóg. My próbujemy obcować z Głosem – padła odpowiedź.

- No dobrze. To gdzie jest teraz wasz Głos?

- To nie jest tak synu, że jak jest dostatek, dobrobyt i luksus, to wszystko co niematerialne i nie fizyczne mamy w głębokim poważaniu. Natomiast jak dzieje się coś tragicznego, to zadajemy pytania, dlaczego? Gdzie jesteś? Dlaczego na to pozwoliłeś?

- Tak już musi być – wtrąca się drugi z mnichów – człowiek musi się otrząsnąć. Degradacja wszelkich wartości, kult pieniądza i bogactwa. To musiało się kiedyś skończyć.

- Ja byłem, co prawda wychowany w rodzinie katolickiej – zabieram głos - ale jestem zdania, że w chwili, gdy Bóg zobaczył rozciągniętego na krzyżu swojego syna. Machnął na to wszystko ręką, mówiąc „A róbcie, co chcecie. Pomyliłem się, jesteście niewypałem”. I mamy to, co mamy.

- Nie! Nie! Być może twój Bóg faktycznie mógł cię opuścić. Na pewno jednak „Głos” w żadnym razie nie zostawił swoich dzieci samych sobie.

Dalsza dyskusja miała uświadomić mi nieprzypadkowość takiego a nie innego obrotu spraw.

Człowiek był sam sobie winien. Pędząc w swoim mniemaniu ku sukcesowi, otworzył w końcu puszkę Pandory.

Ale to nie powód by wątpić w istnienie Wszechobecnego Głosu.

To tylko znak do opamiętania się.

Oczywiście, tylko on może natchnąć łaską, siłą oraz wytrwałością, niezbędnymi do przeciwstawienia się wszelkim przeciwnościom losu, świata i tak dalej i tak dalej.

Jak najbardziej można to tak wytłumaczyć. Wszystko można pod tak skonstruowaną teorię podciągnąć.

Ja jednak w dalszym ciągu jestem zdania, że przeżyją tylko najszybciej przysposabiający się do życia w tej nowo powstałej dżungli. Jeżeli komuś wiara jest w stanie pomóc, to nic mi do tego.

O sytuacji z Grzegorzem nawet nie wspominałem, bo i po co?

Był to jednak dowód na to, że moje życie jest tylko i wyłącznie w moich rękach.

Mimo rozmowy oraz przytaczania dużej ilości argumentów, żadna ze stron niebyła w stanie przekonać drugiej, co do swej racji.

Bez dwóch zdań człowiek sam przyczynił się do upadku cywilizacji, tak samo jak bez dwóch zdań w pewnym momencie zaczął zatracać wszelkie normy i wartości, ale z całą głównie duchowo-filozoficzną resztą, nie zgodzę się.

Każdy jednak jakoś tam sobie na swój sposób wszystko w głowie układa i jeżeli jest mu z tym dobrze, to jego sprawa.

Ciekawy byłem także, co się stało z resztą mnichów.

Kościół nie należał do dużych, niemniej jednak czteroosobowa obsada wydawał się być zbyt mała by móc sprostać wszystkim zadaniom.

Nieco światła próbuje rzucić mi na tą sprawę ojciec Robert:

-Wszystkich było nas piętnastu. Z tym, że pięciu, było pielgrzymami. U nas jest taka tradycja, że cały czas pięciu duchownych wędruje po poszczególnych naszych świątyniach mieszczących się na terenie całej Europy, a od dziesięciu lat także Świata. Akurat tamtego sądnego dnia, pielgrzymi przebywali u nas. Otoczyliśmy ich opieką. Tak jak za każdym razem, kiedy wstępowali w nasze skromne progi. Po sądnym dniu, nastał jednak czas wykazania się siłą swego powołania.

Nie satysfakcjonuje mnie taka odpowiedź. Dlatego usiłuję dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Niestety jednak, na czym miał polegać „sprawdzian siły powołania po sądnym dniu”, nie sposób było się dowiedzieć.

Plany, co do przyszłej egzystencji też mają raczej mgliste.

- Zostaliśmy wyznaczeni do pełnienia posługi w tym nowym świecie. Nie możemy narażać się. „Głos”, wyposażył nas we wszelkie narzędzia umożliwiające skromne, ascetyczne życie. Mamy także wystarczające zasoby cierpliwości, czyli najważniejszej z cnót – słyszę od brata Roberta.

Jasne, może to nie moja sprawa, ale jak tak dalej pójdzie to za parę tygodni po rasie ludzkiej nie zostanie nawet ślad.

Ciężko więc będzie być duszpasterzem, bez ani jednej duszy.

Próbuję też, dowiedzieć się czegokolwiek na temat ewentualnego życie po śmierci.

- Fizyczność jest nieistotna. Prawdziwe życie, to w pełni duchowe, niemożliwe jest do opisania słowami – słyszę.

- „No tak” – myślę – „nie do opisania słowami”. Nic prostszego, że też sam na to nie wpadłem.

Wieczorem, ojciec Wojciech prowadzi mnie do skromnego pomieszczenia, w którym mam spędzić noc.

Moja usytuowana w podziemiach sypialnia jest jednym z kilku znajdujących się w tym miejscu pomieszczeń.

Na wyposażenie składa się malutki stolik, łóżko i mała półeczka, na której stoi do połowy wypalona świeca.

W oczy wpada mi jeden szczegół. Mianowicie pomieszczenie zamykane jest tylko z zewnątrz.

Nie podoba mi się to. Nauczony przygodą z Grzegorzem, zwracam teraz uwagę na każdą niepasującą mi rzecz.

Po chwili, dołącza do nas ojciec Marcin. Kapłan przynosi pościel i poduszkę, które natychmiast kładzie na grubym materacu łóżka.

Nie mając lepszego pomysłu na wybrniecie z noclegu w tym przypominającym więzienną celę miejscu, uciekam się do rzekomej klaustrofobii.

- Przepraszam, naprawdę przepraszam, ale nie mogę tutaj spać. Nie zmrużyłbym oka. Mam bardzo silną klaustrofobię, źle się czuję w tak ciasnych pomieszczeniach, o zaśnięciu nie wspominając. Wolę spać gdziekolwiek indziej, nawet na górze.

Obydwaj bracia spojrzeli na siebie. Odnoszę wrażenie, że nie spodobała im się moja postawa.

Przez chwilę tak jakby nad czymś się zastanawiają.

Jako pierwszy odzywa się duchowny Marcin.

- Zastanów się jeszcze nad tym. To naprawdę dobre miejsce.

- Nie mogę tu zostać. Już czuję mdłości – mówiąc to, przechodzę między nimi, ostatecznie wychodząc na korytarz. Cały czas wykonuję głębokie wdechy i wydechy powietrza – Teraz od razu lepiej – dodaję, stojąc w bezpieczniejszym miejscu.

Nie wiem, na ile było ono faktycznie bezpieczniejsze, na pewno jednak czuję się w tu lepiej niż w tej klitce.

- Jak chcesz – zabiera głos brat Marcin – w takim razie noc możesz spędzić albo w jadalni, albo w którejś z naw na górze. Nie będzie to jednak nic miłego.

- Nie szkodzi dam radę, byle tylko mieć czym oddychać – odparłem.

Ostatecznie przchodzi mi spędzić noc w jednej z naw bocznych.

Ewidentnie tam na dole „coś” mi nie pasowało.

Układam się wygodnie w jednej z szerokich i długich na przeszło dwa metry ław.

Zdejmuję przemoczone ubranie, rozkładając poszczególne części garderoby na kilku stojących nieopodal krzesłach.

Od razu przebieram się w dżinsowe spodnie, ulubioną koszulkę Lacoste z krótkim rękawem, na nią zaś zakładam ciepły golf.

Koszulka przypomniała mi o Natalii. Dostałem ją od niej w prezencie na trzydzieste urodziny. Nagle straszny żal zaczyna coraz bardziej ściskać mi serce.

Natychmiast staram się więc myśleć o czymś innym.

Z wielkim trudem, udaje mi się skierować całą świadomą uwagę, na propozycję dziwnego miejsca noclegowego.

Rzeczy w jakie się przebrałem, stanowią jedyny zapasowy komplet odzieży jaki zabrałem. Cała resztę plecaka wypełniają mi głównie konserwy, suszona wędlina i chleb tostowy.

Kładąc się spać, na wszelki wypadek kładę broń w zasięgu prawej ręki. Miecz samurajski wsuwam natomiast pod ławkę.

Jutro skoro świt, od razu ruszam w dalszą podróż.

Parę minut przed wschodem słońca budzi mnie As.

Nie spałem dobrze. Cały czas byłem tak jakby w trybie czuwania.

Każdy najmniejszy szmer, od razu powodował otwarcie oczu.

Gdzieś tutaj, muszą mieć swoje siedlisko myszy. Jestem pewny, że kilka razy słyszałem w nocy ich pisk.

Psisko zaczyna lizać mnie po uchu, wpychając do niego swój szorstki język.

- Daj spokój – szepczę nie otwierając nawet oczu, przy okazji próbując odsunąć ręką pysk.

Zwierzak jednak nie ustępuje.

W końcu otwieram oczy.

Słyszę dochodzące z zewnątrz wzajemne nawoływanie się ptaków.

Na kilku pobliskich drzewach oraz dachach, musi siedzieć ich naprawdę mnóstwo.

Siadam na ławce rozglądając się po wnętrzu świątyni. W zasadzie to nie tyle rozglądam się, co próbuje rozruszać zesztywniały kark.

Siłą rzeczy, widzę zdobiące poszczególne ściany, obrazy. Przedstawione na nich postacie świętych, są mi zupełnie nieznane.

Dostrzegam także, stojące na podwyższeniach nieduże rzeźby.

Spoglądam w stronę skromnego ołtarza.

Jest jeszcze ciemno, więc z mroku wyłaniają się zaledwie kontury, poszczególnie znajdujących się tam rzeczy.

Całe wnętrze świątyni „Głosu”, urządzone jest w sposób bardzo podobny do tego znanego mi z Kościoła katolickiego.

As tymczasem biegnie w stronę wejścia do podziemi.

Przez zaciśnięte zęby wołam go.

- As, choć tu! Gdzie tam leziesz?

Kompletnie nie zwraca na mnie uwagi. Ma swoje zagrywki i nawyki. Nie powiem żeby mnie to nie wkurzało.

Najważniejsze jednak, że jest posłuszny i oddany wtedy, kiedy trzeba.

Zabieram z krzeseł suche rzeczy, wrzucając je do plecaka. Wsuwam broń za pasek spodni, następnie szybkim krokiem ruszam w ślad za czworonogiem.

Jakby nigdy nic, stoi na ostatnim stopniu kamiennych schodków, patrząc się tym swoim mądrym wzrokiem.

Kiedy tylko widzi, że schodzę, biegnie dalej.

Kręcąc głową, wzdychając, nie mając jednak wyjścia idę za nim. Poprawiam spodnie uważając na broń.

Po sytuacji z pierwszym napotkanym ocalałym, postanawiam stosować zasadę ograniczonego zaufania, a tym samym dmuchać na zimne.

Korytarz jest ciemny, wilgotny i długi. Z malutkiego, przymocowanego do jednej ze ścian świecznika, wystaje kilka centymetrów dopalającej się świecy.

Czuję przyjemne ciepło. Panuje tu dużo wyższa temperatura niż na górze. Z nieotynkowanych ścian w nieregularnych kilkumilimetrowych odstępach, wystają szare cegły.

W powietrzu unoszą się drobinki kurzu. W niewielką szparę między cegłami, wbiega niewielki pająk.

Mijam drzwi swojego niedoszłego pokoiku, jak i kilku następnych.

As zatrzymuje się tylko po to, by upewnić się, że idę za nim.

W końcu dobiega do końca korytarza, skręcając w lewo.

Podziemia jak na taki niewielki kościółek są całkiem okazałe.

Chwilę później, w ślad za czworonogiem znikam za nagłym skrętem w lewo.

W odległości dwóch metrów ode mnie, znajdują się masywne, okute metalowymi elementami nieco uchylone drzwi.

Nieśmiało wciskam się w niewielka szparę, przekraczając ich próg.

Na środku pomieszczenia, o wymiarach nieprzekraczających sześć na osiem metrów, znajduje się duży, podgrzewany od dołu kocioł. Po bokach, stoi natomiast mnóstwo wypełnionych słoikami skrzynek.

Podchodzę do kotła. Zapach z niego się wydobywający jest mdły. Zaglądam do środka.

Równo z pierwszym uderzeniem pary, czuję odruch wymiotny.

- Kurwa, co oni tam pichcą? Śmierdzi jak diabli.

Jeszcze raz zaglądam do kotła.

- O Boże! Nie wierze własnym oczom! W zupie pływają ludzkie kończyny.

Nagle przypomina mi się zjedzona wczoraj zupa z dużymi, znajdującymi się w niej, kawałkami mięsa.

Nie daję rady powstrzymać nagłego skurczu żołądka.

Nie mam jednak za bardzo, czym wymiotować. Mimo wszystko uczucie kilkukrotnych skurczów żołądka, nie należy do przyjemnych.

Odsuwam się kilka kroków do tyłu, niechcący uderzając w ustawione skrzynki.

W przeciągu kilku sekund obydwie skronie zaczyna przeszywać ogromny ból.

Spieprzam stąd! I to jak najszybciej, jak najdalej.

Cholerni kanibale. To pewnie była wspomniana ofiara czy tam posługa, której musieli się poddać ich towarzysze.

Wychodzę z pomieszczenia niemalże wpadając na braci Wojciecha i Roberta.

Stoimy naprzeciw siebie bacznie mierząc się wzrokiem.

Sprawa się rypła. Znam sekret zaspakajania przez nich głodu.

Gospodarze też doskonale zdają sobie z tego sprawę.

As stoi obok mnie szczerząc kły.

Ręka brata Roberta, znika pod szarą połą letniej kurtki. Jego towarzysz cały czas bacznie mi się przygląda, próbując się uśmiechać.

Postanawiam działać.

Szybkim ruchem wyjmuję pistolet, kierując lufę w ich stronę.

- Ani drgnijcie, bo was rozwalę. Przysięgam rozwalę was.

- Synu nie jesteśmy twoimi wrogami. To nie jest tak jak ci się wydaje…- nie zamierzam tego słuchać, dlatego przerywam mówiącemu Wojciechowi w pół zdania.

- Gówno interesują mnie wasze pobudki i instynkty każące wam zabijać i żreć innych. Ja chce tylko stąd wyjść. Rozumiemy się?!

- Ależ oczywiście. Nikt przecież nie zamierza cię tu więzić – brat Robert rozkłada dłonie uśmiechając się przy tym.

- Starczy mi waszej pseudo dobroci. Spokojnie cofajcie się w stronę wyjścia.

Po chwili wszyscy wolnym krokiem zmierzamy w stronę kamiennych schodów.

Raz jeden, to znów drugi duchowny, próbują na siłę nawiązać ze mną jakiś dialog.

Nie chce mi się słuchać ich czczej gadaniny. Przemilczam więc każde z ich słów.

Cały czas utrzymując bezpieczną odległość, trzymając cele na muszce, wychodzę z podziemi.

As rusza w stronę grzebiącego w moich rzeczach ojca Michała. Ten natomiast, szybkim ruchem łapie za strzelbę, kierując ją w stronę mojego przyjaciela.

- Ani się waż! – krzyczę – bo powystrzelam was jak kaczki. A w pierwszej kolejności zacznę od tych dwóch kanibali – mówiąc to wskazuje idących przede mną mężczyzn.

Duchownym wyrazie nie podoba się to określenie.

Nie wiem i nawet nie interesuje mnie jaką ideologię, na pewno jedną, jedyną, w pełni słuszną w ich mniemaniu, dorobili sobie na wytłumaczenie ludożerstwa. Jeżeli jednak, którykolwiek z nich choć rani Asa, załatwię ich.

Michał opuszcza broń.

- Teraz spokojnie odłóż ją na ziemię – cedzę przez zaciśnięte zęby.

Braciszek wykonuje polecenie.

Brakuje mi jeszcze jednego z ojczulków. Na pewno gdzieś tu czającego się i wyczekującego chwili mojej nieuwagi.

Psiak podnosi łeb, głośno przy tym szczekając. Wyraźnie wpatruje się w kogoś stojącego gdzieś ponad moją głową.

Szybko robię kilka kroków zmieniając położenie.

Teraz dopiero zauważam, że stałem dokładnie w miejscu, nad którym mieści się chór.

- Dobra! Powiedzcie mu żeby złaził – mówię tonem nieznoszącym sprzeciwu – nie zamierzam się z wami ceregielić- dodając po chwili

Dwóm trzymanym na muszce ojczulkom, każę stanąć przy ławie służącej mi kilkadziesiąt minut temu za twarde łóżko.

Michałowi też nakazuję dołączyć do nich. Teraz mam ich wszystkich trzech stojących blisko siebie.

- Zawołajcie jeszcze tego z chóru – mówię tonem rozkazującym – Szybciej, niech ruszy tu swą dupę!

Cała trójka duchownych ma wymalowane na twarzach zniesmaczenie. Nie odzywają się, milcząc spoglądają niepewnie jeden na drugiego.

As bacznie się im przygląda, niezmiennie szczerząc kły.

Widząc beznadziejność swego położenia, kilka sekund później, dołącza do nas ostatni z braci.

Każę Robertowi umieścić wszystkie wyjęte z plecaka puszki z powrotem w jego wnętrzu, po czym zarzucam go sobie na plecy. Zabieram także leżący pod ławką miecz samurajski.

Biorę jednego z duchownych jako zakładnika, następnie wycofując się z nim w stronę wrót wyjściowych.

Gdy jesteśmy na miejscu każę mu je otworzyć.

Powoli wychodzę na zewnątrz. W ślad za mną podąża mój bulterier.

To co przed chwilą widziałem, wymykało się jakimkolwiek klasyfikacjom.

Przedwczoraj zabiłem człowieka, wczoraj z kolei najprawdopodobniej jadłem…nie, nie, starczy tego. Nie chcę o tym myśleć.

Powoli zaczyna świtać. Pierwsze promienie porannego słońca przebijają się przez linię horyzontu, znamionując początek pogodnego dnia. Powietrze wydaje się być czyste, na pewno jednak jest rześkie.

Oddycham naprawdę głęboko. Na szczęście udało mi się wyjść stamtąd w jednym kawałku.

Od razu mój wzrok przykuwa dach pobliskiej kamienicy. Jest on okupowany przez niezliczoną rzeszę skrzeczącego ptactwa.

Jest tak głośno, że ledwo słyszę własne myśli.

Mijając ptaki, spoglądam w ich kierunku.

Gapią się na mnie swymi czarnymi ślepiami.

Ogarnia mnie dziwne uczucie niepokoju. Czuję się tak jakby za chwilę wszystkie miały rzucić się w moją stronę.

Nieco przyspieszam kroku, chcąc minąć je jak najszybciej.

Pierwszych truposzy dostrzegam dopiero dwie ulice dalej. Stoją zajmując całą szerokość ulicy.

Nie mam więc wyjścia. Muszę przejść kilkoma bocznymi ulicami.

Odmieńcy są i tutaj. Z tym, że jest ich znacznie mniej.

Wraz z moim towarzyszem działamy według standardowego schematu. On biegnie przeciwległą stroną ulicy skupiając na sobie uwagę. Ja zaś powolutku przechodzę drugą stroną.

Trupy po przejściu dwudziestu, trzydziestu metrów zatrzymują się, stając w miejscu.

Ich instynkt podpowiada im chyba, że nie są w stanie dopaść szybkiego czworonoga.

As jest niesamowicie zwrotny. Kilka razy, na centymetry, mija czających się za narożnikiem, któregoś z bloków, zainfekowanych.

Przechodzę obok jednej z trzech znajdujących się w naszym mieście galerii handlowych.

Z sentymentem spoglądam na duże, coraz bardziej zabrudzone, wiszące przed wejściem banery reklamowe tak znanych marek jak Boss, Armani, Joop, D&G. Po drugiej stronie wejścia dostrzegam rozbity, w połowie zwisający neon H&M. Tuż obok Reserved, Cropp, Adidas, Nike.

Wczorajsza ulewa, przyczyniła się do powstania na nich licznych zacieków.

Wszystkie te nazwy są melodią przeszłości. Symbolem tego, co już nie powróci.

Oczyma wyobraźni widzę wypełnione ubraniami, butami i wszystkim tym, co tak niedawno wydawało się niezbędne do życia, wnętrza poszczególnych sklepów.

Tylko, że miejsce klientów oraz obsługujących, zajęli poszczególni członkowie niosącej śmierć i zniszczenie armii zza światów.

Przechadzają się pewnie między poszczególnymi rzędami wystawionej na sprzedaż odzieży charcząc, wyjąc, nasłuchując i usilnie próbując wywąchać potencjalną żywą ofiarę.

Kolejne dwa dni mijają mi na powolnej wędrówce. Z każdym przebytym metrem przybliżam się do celu podróży.

Jedną noc spędziłem w wolno stojącym warzywniaku.

Budka jest zabezpieczona przed włamaniem solidnymi kratami w każdym z okien. Drzwi natomiast były zamknięte, a klucz do nich leżał kilka metrów dalej na chodniku.

Zamelinowałem się więc w środku, w spokoju czekając na najbliższy wschód Słońca.

As noc spędził na zewnątrz.

Coś wywąchał i pomknął kierowany zmysłem powonienia, zjawiając się dopiero ranem.

Musiał stoczyć jakąś walkę. Miał kilka skaleczeń w okolicach karku i szyi. Nie były to jednak poważne rany.

Drugą noc spedzam na pierwszym piętrze, trzy piętrowej kamienicy.

Wszystkie drzwi i okna znajdujące się na parterze, zabite są deskami. Tak samo zresztą jak i te znajdujące się na trzecim piętrze. Identyczne zabezpieczenia znajdują się także z drugiej strony budynku.

Jedynie przy pomocy leżącej kilka metrów dalej drabiny, można się dostać na nieduży daszek, znajdujący się nad drzwiami wejściowymi do budynku.

Stamtąd natomiast, za pomocą sznura z ułatwiającymi wspinanie się po nim supłami, należy pokonać dwumetrową wysokość oddzielającą od okna pierwszego z domostw.

Dostanie się do mieszkania nie jest więc ani proste, ani łatwe.

Dzięki temu zyskuję pewności, że do środka nie dostał się żaden zainfekowany.

Pomimo, iż do zachodu słońca pozostały jeszcze ponad dwie godziny, postanowiłem zaniechać dalszej wędrówki.

Lepszego miejsca noclegowego raczej bym nie znalazł.

Wciągam drabinę na daszek, umieszczając ją w przeciwległy rogu.

Po wdrapaniu się do środka mieszkania, zwijam linę kładąc ją przy grzejniku.

A propos, to do niego właśnie jest przywiązana.

W mieszkaniu panuje porządek. Nie zauważam ani charakterystycznego dla szybkiej ucieczki bałaganu, ani chociażby jakichkolwiek pozostawionych resztek jedzenia.

Przystępuję więc do sprawdzania pozostałych pomieszczeń.

Zaciskam palce na rękojeści białej broni, ruszając przed siebie.

Za paskiem spodni mam gotową do użycia w razie ostateczności póki co, zabezpieczoną broń.

Lokal okazuje się być pusty.

Być może domownik, bądź domownicy, wybrali się na wyprawę w poszukiwaniu jedzenia nieszczęśliwie już z niej nigdy nie wracając.

Przed zaśnięciem postanawiam przejrzeć zabraną kilka dni temu z kiosku gazetę.

Zaczynam od dokończenia artykułu dotyczącego dwóch największych koncernów branży chemicznej.

Według (na tamten czas), najświeższych doniesień koncern „Mirwex” wygrał dwa miesiące temu przetarg na bardzo lukratywny kontrakt, którego zleceniodawcą było wojsko.

Wspomniany kontrakt miał opiewać na niebagatelną sumę prawie siedmiu miliardów euro.

Natomiast drugi z koncernów o nazwie „Cobad”. Uzyskał wyłączne prawa do produkcji dwóch niezbędnych półproduktów służących do wytwarzania wszelkiego rodzaju leków używanych głównie przy leczeniu schorzeń typu neurologicznego.

Prognozowane zyski miały iść w miliardy.

Dla obecnych jak i przyszłych akcjonariuszy obu koncernów, były to niesamowicie ważne informacje.

Każda z nich wieściła znaczny wzrost wartości akcji.

Powoli łączę poszczególne fakty.

Branża chemiczna, kontrakty wojskowe i farmaceutyczne. „Mirwex” i „Cobad”.

Akurat kilka dni przed rozpętaniem tego piekła, w pobliżu cmentarza miał miejsce wypadek z udziałem firmowych ciężarówek obu koncernów.

Jestem daleki od snucia teorii spiskowych. Ale jak wytłumaczyć najpierw postradanie zmysłów przez pana Witolda, potem nagłe znikniecie i pojawienie się tego co niegdyś było Wojtkiem, a na koniec początek końca ery człowieka?

Czytam kolejny z artykułów.

Indyjski koncern do tej pory produkujący auta niespełniające jakichkolwiek norm emisji spalin i bezpieczeństwa, kupił dwie najbardziej znane na świecie amerykańskie firmy motoryzacyjne.

No jasne, po co zawracać sobie głowę żmudnymi pracami nad czymkolwiek, skoro można to kupić i oszczędzić sobie tym samym kilkudziesięciu lat badań oraz doświadczeń. Skrócony czas, ma być tylko proporcjonalny do ilości zer, występujących na czeku tuż po cyferce jeden.

Dwie strony dalej dowiaduję się, że za milion dolarów bez problemu można było zafundować sobie wycieczkę na księżyc.

W rogu dostrzegam reklamę auta, które już nie tylko samo parkuje, ale i potrafi samo dojechać do celu.

Po przeczytaniu nagłówka:

„Kampania Wyborcza Wchodzi w Decydującą Fazę”

„Skok gospodarczy w każdej z branż, to tylko kwestia dwunastu miesięcy.

Zwycięska partia, będzie więc mogła przypisać sobie wszystko to, co do tej pory nie udało się żadnej z rządzących krajem ekip”

Zmęczony odkładam gazetę.

- „Tak, bez wątpienia skok został wykonany, tylko, że w przepaść” – kwituję artykuł.

Wiem, to smutne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe.

Przed zaśnięciem jeszcze raz wyglądam za okno.

As znowu gdzieś przepadł. Ma swoje, sobie tylko znane drogi.

Dostrzegam kilku szybkim krokiem przechodzących środkiem ulicy umarlaków. Coś musieli wywąchać, ponieważ kilka sekund później w ślad za nimi podąża jeszcze, co najmniej setka bestii.

Niestety, nic więcej nie udaje mi się dostrzec.

Chyba wiem, z której części miasta przyjeżdża konwój.

Jestem prawie pewien, że jest nią bogata dzielnica domków jednorodzinnych.

Znajduje się ona, dwa kilometry od miasta w leśnym zaciszu.

Ceny wystawionych swego czasu na sprzedaż raczej pałacyków niż domów, osiągały astronomiczne sumy.

Okolica, przynajmniej wtedy była fajna.

Cisza, spokój, z dala od miejskiego zgiełku.

Jeżeli nie będę musiał zbytnio nadkładać drogi, powinienem tam dojść jutro, najdalej pojutrze.

Póki jednak co, kładę się spać.

Chcesz być na bieżąco z Czasem Z? Polub fanpage:

http://on.fb.me/1b3zWgx

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/10497-Czas-Z-czesc-7

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Ok
Odpowiedz
na tym przysłowiu łacińskim przeczytałem homunculus XD ale historia zarombista
Odpowiedz
Drogi Gabrielu Grula. Jestes niesamowity, masz talent i to wielki tylko pozazdroscic. Dobrze ze to rozwijasz a wyobraznie masz wielka a najwazniejsze ze pisanie sprawia ci przyjemnosc. Twoje opowiadanie mocno mnie wciagnelo, mam nadzieje i trzymam kciuki abys znalazl dobrego wydawce. ;)
Odpowiedz
Fragment z mnichami był przewidywalny od momentu tłustej zupy. Feliks najpierw na cmentarzu spotkał Zombie-Marka ,a nie Zombie-Wojtka. Ale opowiadanie świetne
Odpowiedz
Świetne, po prostu świetne.
Odpowiedz
Panie autorze... Twoje opowiadania są według mnie bardzo ciekawe, interesujące i do tego lubię czytać takie opowiadania. Wczoraj przeczytałem pięć części. Dzisiaj zaś dopiero przeczytałem część szóstą twojego opowiadania. Więc czekam na kolejną część. Pozdrwiam.
Odpowiedz
Kolejna świetna część :) Mam nadzieję że autor nadal utrzyma poziom opowiadania ;)
Odpowiedz
Boże uwielbiam te serie! niech ta seria trwa jak najdłużej <3 uwielbiam to czytać gdzie kolwiek jesteś,masz wielki talent do pisania opowieści,gdy kiedyś (niestety) ta seria się skończy,zrób podobną <3 uwielbiam takie serie,a ty piszesz je najlepiej <3 Pozdrawiam i Gratuluję tak wielkiego talentu! :D Nie mogę się doczekać następnej części :D
Odpowiedz
Gdy Czas "Z" dobiegnie końca. Zaproponuję kolejną historię. Mam już ją nawet napisaną. Pozostaje tylko przepisanie i ogólne poprawki. No i najważniejsza kwestia. Czy się spodoba? Dzięki za komentarz. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Gabriel Grula Nie mogę doczekać się już następnej części czasu Z :D
Odpowiedz
Autorze! Przecinki przed "a", prosimy! Pamiętaj o nich! :( - http://www.prosteprzecinki.pl/przecinek-przed-a
Odpowiedz
Dziękuję za podpowiedź.
Odpowiedz
Myślę, iż rysunek jest bardzo na miejscu, może nie do części, ale ogólnie do opowiadania ;) besty.pl/3608720
Odpowiedz
Też czytam z zainteresowaniem to opowiadanie, chociaż ta cześć mnie zawiodła - może miałam wczoraj gorszy dzień ;) Właściwie to na początku nie było nic nowego, a cała akcja z Mnichami, odkąd przeczytałam o tłustej zupie z mięsem była bardzo przewidywalna. Końcówka uratowała całość :) Dobrze, że nie skończyło się w momencie ucieczki z tego Kościoła.
Odpowiedz
Pisz dalej błaaaaaaaaaaaaaaaaaaagam.
Odpowiedz
Kocham pisać, dlatego kolejne części będą powstawały. Istnieje tylko możliwość, że trzeba będzie trochę na nie poczekać. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Boże mam jakieś przeczucie że z Asem coś się stanie, został trocję ranny no i znowu znilmął i te umarlaki które musiały coś wyczuć, liczę żeby nic mu nie było ale mam jakieś dziwne uczucie że coś się z nim stanie
Odpowiedz
Sorry za błędy ale piszę z tel a tak mi trochę trudno, jeszcze myślę że może As zamieni sie w psa zombie i to główny bohater będzie go musiał zabić. Trochę zdołowany pewnie będę bo uwielbiam Asa no ale trudno ,na pewno będzie zajebiście jak zawsze.
Odpowiedz
Kamil Wikiera Nie chcę zdradzać treści kolejnego odcinka. Na pewno jednak będzie ciekawie. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Nie rozczarowales moich oczekiwań. Piszesz naprawdę świetnie. Komentujący mają rację: pisz książki. Opublikuj "Czas Z". Można by Cię śmiało porównać do młodego S. Kinga :) Pozdrawiam
Odpowiedz
Dziękuję za komentarz. Porównanie do Mistrza Grozy, bardzo, bardzo miłe. Chciałbym mieć możliwość pisania książek, wydawania ich, no i utrzymania się z tego. Rzeczywistość niestety jest brutalna. Ale może kiedyś się uda. Mam już nawet zmaterializowanych kilka dobrych pomysłów. Dziękuję. Pozdrawiam.
Odpowiedz
ups ... czyżby as był zainfekowany ...
Odpowiedz
Wiem, ale nie powiem (ha, ha).
Odpowiedz
Gabriel Grula myślę że jest , rany na jego ciele o tym świadczą
Odpowiedz
Bogusław Harapin Mógł przecież walczyć z innym psem, lub zwierzęciem.
Odpowiedz
w sumie nie zaskoczyło mnie to ludożerstwo , domyśliłem się go , as nie tknął jedzenia , świeże mięsko na początku myślałem że należy do szczurów lub myszy ale sytułacja z pokojem zamykanym tylko od zewnątrz rozwiała wątpliwości , mimo to opowieść genialna i czekam na ciąg dalszy
Odpowiedz
Ogólnie fabuła przypomina " Jestem legendą", ale są dodatkowe wątki. .. powiem Ci tak, jak napisal juz kolega- pisz książkę, bo na tej stronie rozgrzewka, ale ja kupię każdą książkę, którą napiszesz... Tym bardziej, ze za cholerę nie moge wymyślić jak to się może zakończyć. .. najlepiej jakby w ogóle się nie kończyło, bo nie lubię kończyć czytać rzeczy, które az tak wciągają. .. Proszę Cię tylko o jedno PISZ DALEJ
Odpowiedz
Dzięki za komentarz. Książkę (debiutancką) niedawno wydałem. Tytuł "Szmaciane Lalki" Jest to zbiór dziesięciu opowiadań. Wszystko jest kwestią gustu, nie inaczej jest w przypadku "Szmacianych Lalek". Moim jednak zdaniem opowiadania są dobre. Nie ma tam dużo krwi, ale jest za to kilka fajnych motywów. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Nie musisz się śpieszyć pośpiech to wróg pisarzy pisz spokojnie żeby opowiadania były jeszcze lepsze mimo że już są znakomite z niecierpliwością czekam na następną część :)
Odpowiedz
Jak zwykle, świetne opowiadanie. Co więcej, z każdą częścią robią się coraz dłuższe. Tak trzymaj!
Odpowiedz
Powiem tak: koniecznie napisz książkę bo masz wielki talent! Opowiadanie świetne, zdecydowanie najlepsza seria na tej stronie. Gratuluję talentu :)
Odpowiedz
Dzięki za słowa uznania. Książkę już jedną napisałem, jej wątek pojawi się w Czasie "Z". Sam Czas "Z", jak dobiegnie końca, też może zostanie wysłany jako propozycja wydawnicza. Na razie jednak koncentruję się na następnej części. Dzięki. Pozdrawiam.
Odpowiedz
A można spytać jak brzmi tytuł tej książki ? z chęcią kupie (:
Odpowiedz
Gabriel Grula Tytuł to "Szmaciane Lalki". Książka zawiera dziesięć opowiadań. Może niekrwawych, ale moim zdaniem naprawdę dobrych. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Miszczu, szybciej to twórz, bo się doczekać nie można ;D
Odpowiedz
Zajebiste ! Kiedy next ? U proszę nie ściągaj z walking dead tych domków !!!!
Odpowiedz
Następna część, zapewne w przyszłym tygodniu. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Naprawde dobre :D to z As'em ciekawe i te rany na karku cos czuje ze będzie się działo ;) powinieneś polatać po jakiś wydawnictwach i napisać książkę . Juz nie mogę sie doczekać następnej części :)
Odpowiedz
Dzięki za komentarz. Dziać to się będzie i to sporo. Z wydawnictwami nie jest tak łatwo. Ale kto wie? Kolejna część będzie gotowa w przyszłym tygodniu. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Super oby tak dalej gratuluję talentu
Odpowiedz
Zajebiste. Coś mi od początku z tymi Mnichami nie pasowało było ich kilka nastu a może nawet kilka dziesięciu i nagle było 4. Bez wychodzenia na dwór nie mieli szans przeżyć. Ciekawi mnie jedno czy ta 4 utworzyła jakiś sojusz?? Bo raczej nie zabili by wszystkich mnichów od razu bo ciała by pogniły.
Odpowiedz
Po pierwsze, nie wiadomo czy mnisi w ogóle mówią prawdę. Po drugie, niewykluczone, że kilku z nich wyszło na zewnątrz (podczas pierwszych dni apokalipsy), nigdy już nie wracając. A więc przy życiu pozostało ich nie kilkunastu, a kilku. Potem zaś, skrzętnie wykańczali po kolei najsłabszych. No i nie wiemy, czy przypadkiem nie odegrała tu roli kwestia hierarchii ich stowarzyszenia. Najniżej się w niej znajdujący, być może musieli zapewnić jak najdłuższy żywot swych "mistrzów". W takich okolicznościach, nieszczęśnicy mogli się tylko oddać w ofierze. Jest też oczywiście możliwa opcja sojuszu. Lecz na dłuższą metę mogłaby ona doprowadzić do ogólnej paranoi, (to, że dzisiaj ktoś się dogaduje ze mną, nie oznacza, że jutro dogada się z kimś innym). Przynajmniej ja tak to widzę. Oczywiście w skrócie rzecz ujmując. Dzięki za komentarz. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje