Historia

Szalony Richie

gaary 6 6 lat temu 6 459 odsłon Czas czytania: ~25 minut

Prawdziwie straszne historie dzieją się obok ciebie; za oknem, u sąsiada z góry, ulicę obok, w twoim mieście. Z pozoru wydają się odległe, na tyle, że wydaje ci się, że nie musisz o nich myśleć. Zaczynasz rozumieć dopiero wtedy, gdy się zastanowisz co to wszystko oznacza, o czym mówią co poranek w wiadomościach. Gdy zrozumiesz, że mąż, który zabił swoją żonę dla pieniędzy z ubezpieczenia, do tej pory żył tak jak ty, a ojciec, który co wieczór gwałci swoją córkę, rano też rusza do pracy. To dzieje się cały czas, tuż obok ciebie. Nie musisz szukać demonów w wyobraźni, wystarczy, że spojrzysz w ludzkie oczy.

Historia, którą Wam przedstawię nie wydarzyła się naprawdę, ale jest w niej więcej prawdy niż w większości tych, o których prawdzie autorzy zapewniają (jeśli nadążasz).

Do sedna...

"To czas by powiedzieć do widzenia" - Krzywy i wyraźnie pisany w pośpiechu napis widniał na białych drzwiach garażu Grega Mosby'ego. Była godzina piętnasta, a on wracał właśnie z pracy swym wysłużonym fordem. Wysoki żywopłot pani Morris - miłośniczki kotów i kociego żarcia, która była sąsiadką Grega sprawił, że ten dostrzegł napis dopiero w momencie gdy podjechał na podjazd.

Zatrzymał się naciskając hamulec ciężką stopą, chyba najmocniej jak umiał. Czarne, szpetne litery namalowane sprayem w miejscu, w którym się ich nie spodziewał najpierw wprawiły go w osłupienie, a po chwili w złość. Farba jeszcze spływała po gładkiej fakturze metalowych drzwi tworząc zacieki. Greg nie zauważył tego od razu, zdał sobie z tego sprawę później. Wysiadł z auta z jeszcze większą trudnością niż przychodzi mu to zawsze. Gniew i próba zrobienia tego jak najszybciej przyniosły odwrotne skutki. Okazało się, że trwało to dłużej i było jeszcze bardziej skomplikowane. Podstawą zawsze jest oddalenie fotela od kierownicy, odchylenie jego oparcia, później maksymalne podniesienie kierownicy i najszersze z możliwych otwarcie drzwi. Dopiero po wykonaniu tych czynności Greg i składające się na niego 220 kilogramów mogą jako tako swobodnie opuścić pojazd, stający się wówczas lżejszy mniej więcej o 25% poprzedniej wartości. Tego popołudnia to co mężczyzna zobaczył wzburzyło go na tyle by zapomnieć o wszystkich tych wymagających cierpliwości i spokoju zajęciach. Postanowił wyjść z samochodu nie tracąc czasu na regulację fotela i kierownicy. Trochę się przeliczył, a pani Morris może żałować, że nie podlewała akurat jednego ze swoich dziwnych kwiatów hodowanych na balkonie, bo widok Grega walczącego ze starym fordem o wolność był co najmniej komiczny. Gdy udało mu się wreszcie wygramolić, a może lepiej będzie powiedzieć wylać… był jeszcze bardziej zdenerwowany… i Bogu dzięki, że udało mu się uniknąć upadku, który wisiał na włosku zaraz po tym, gdy uwolnił jedną nogę, a o wolność drugiej wciąż walczył. Gdyby wtedy upadł i co gorsza, musiał później wstać, pewnie spotkalibyśmy się z apogeum wściekłości. A przekraczający wszelkie normy grubas, w dodatku głodny po pracy i rozwścieczony aktem wandalizmu na jego własnym podwórku, nie byłby niczym dobrym, ani dla ludzi ani dla świata ani nawet dla samego siebie. Na szczęście nie musimy o tym myśleć, bo Greg nie upadł, utrzymał się na swoich galaretowatych nogach i choć był zmęczony, a na jego czole już zaczął

skraplać się pot, to nie musieliśmy się martwić, że zamieni się w trochę uboższego Hulka. Był wściekły, ale w granicach przystępności, zostawiając margines odstępu od furii.

Poprawił zmięte ubranie i ruszył stawiając króciutkie kroczki, w stronę garażu. Ciuchy kupował na specjalne zamówienie i teraz najlepiej było to widać. Garnitur, który miał na sobie przypominał worek, skrojony w niektórych miejscach tak by mógł udawać marynarkę, spodnie były po prostu dwiema połączonymi ze sobą nogawkami. Nikt nie zadbał, by je zwęzić u dołu - jeśli w pasie były bardzo szerokie, to na wysokości kostek również.

(Praca wymagała od Grega garnituru, więc go nosił.)

Przyczłapał chodem podobnym do chodu kaczki i zatrzymał się tuż przed drzwiami zaciskając pięści wielkości połówek arbuza.

"To czas by powiedzieć do widzenia" - przeczytał wściekle, półszeptem i zaczął się zastanawiać, kto mógł zrobić mu podobny kawał. Każda litera miała około pięćdziesięciu centymetrów wysokości.

Pięćdziesiąt centymetrów głębokiej czerni, układającej się w apostrofę skierowaną w kierunku właściciela płótna, na którym została wymalowana.

Napis jak mało co wcześniej zdołał wpłynąć na emocje Mosby’ego, ale to nie przez treść. Mężczyzna nie przejmował się nią na tyle, co autor "dowcipu", wystarczyła sama obecność czarnej farby, w miejscu gdzie nie ma ona prawa występować. To miało dla grubasa największe znaczenie.

Poprawił okulary na nosie, zrobił dziwną minę - tę samą, którą robił zawsze wtedy, gdy się skupiał na czymś, co wpędzało go w zakłopotanie. Rozchylił lekko usta, zmrużył oczy, uniósł kącik górnej wargi, a językiem dotknął dolnej... i przyglądał się napisowi. Był jeszcze świeży. Przejechał po nim palcem wskazującym, grubości mojego palucha. Poczuł lepkość, spojrzał na opuszek, jeszcze bardziej mrużąc oczy - był brudny, nie czarny, ale brudny. Chociaż nie miał pojęcia jak długo może schnąć podobna farba, pomyślał, że napis jest bardzo świeży, a sprawca może jeszcze być gdzieś w pobliżu.

Rozejrzał się dokoła, niby wnikliwie, (na to wskazywał jego wyraz twarzy) ale pobieżnie, nic nie zobaczył, poza dwoma kotami przy żywopłocie dzielącym go od sąsiadki. Wpatrywały się w niego tak jakby coś wiedziały, ale nie miały zamiaru nic mówić, obdarowując jego tłusty zad pogardą. Nie wiem czy on sam odniósł to samo wrażenie, w każdym razie wziął mały kamyk żwirowy, których w okolicy leżało

całkiem sporo i cisnął nim w kierunku Bogu ducha winnych kotów, rzucając jednocześnie przekleństwo. I najwyraźniej musiało mu na tym bardzo zależeć, jeśli był gotów poświęcić tak wiele energii i trudu by sięgnąć po kamyk znajdujący się bliżej ziemi niż rzepy w jego butach. Ciężko później dyszał, pewnie trochę ze złości, a trochę ze zmęczenia.

Szczęśliwie, że całego incydentu nie widziała pani Morris, która kochała te koty bardziej od swojego zmarłego męża, nawet gdy jeszcze żył. Była drobną i starą kobietą, ale gdy tylko chciała, potrafiła pluć strasznym jadem i zażarcie walczyć o to by jej racja stała się ogólną racją. Mosby już wiele razy się z nią konfrontował, chociaż wolał unikać walki, to czasami była ona nieunikniona. Przez chwilę pomyślał nawet, że być może to staruszka, która dożywotnio chowa urazę, postanowiła zemścić się na nim. Znalazła kilku gości w fullcapach, szerokich spodniach i z deskorolką przy nodze, którzy bardzo chętnie sprzedali jej kilka puszek sprayu, dodatkowo podbijając cenę, wiedząc że pani Morris nie wie nic o tym rynku. Następnie staruszka podszyta przeklętością, przybrała ten swój uśmiech, obnażający nienaturalnie nienaganną sztuczną szczękę i zdewastowała drzwi garażowe tajemniczą "groźbą?". Gdyby sobie to wyobrazić, to mogło to wyglądać naprawdę zabawnie, i chyba Greg właśnie to zrobił, bo natychmiast przestał podejrzewać niedołężną sąsiadkę.

Znów spojrzał na drzwi i na napis. Przysunął swą twarz bardzo blisko, jakby chciał powąchać czy to na pewno zapach farby. Jeden z trzech jego podbródków - ten najbardziej wysunięty - dotknął zimnych, metalowych drzwi, dokładnie w miejscu litery „D”, w słowie „DO WIDZENIA”. Greg poczuł tę samą lepkość na brodzie albo szyi (trudno było to u niego odróżnić) co wcześniej na palcu wskazującym i natychmiast odsunął głowę od drzwi. Przetarł dłonią brodę/szyję. Na palcach został czarny ślad. – Kurwa – powiedział nie na tyle głośno by mógł go ktokolwiek usłyszeć i ruszył swoim kaczkowatym krokiem w stronę drzwi wejściowych do domu. Zatrzymał się przed nimi zdenerwowany i zmęczony zdając sobie sprawę, że nie ma klucza i będzie musiał po niego wrócić do starego forda. Rzucił jakieś średnio dosadne przekleństwo pod nosem, obrócił się robiąc kilka malutkich kroczków w miejscu i znów w swoim stylu udał się do samochodu. Klucz do drzwi leżał na fotelu pasażera, razem ze wszystkimi dokumentami i gazetą, którą zabrał do domu tylko dlatego, że w pracy nie zdążył doczytać przejmującego artykułu o losach lokalnej drużyny baseballowej, w której grywał mając 20 lat i 100kg mniej. – Już wtedy był do

tego za gruby, ale przecież w każdej szanującej się drużynie było jedno wolne miejsce dla ofermy.

Wciśnięcie połowy ciała do samochodu na szczęście okazało się dużo łatwiejsze niż przypadek, gdy wymagane byłoby posadzenie go w środku całego. Można więc powiedzieć, że Gregowi względnie szybko udało się zabrać klucz i telefon leżący obok. Gazety nie obłaskawił nawet drobnym spojrzeniem. Wziął co było mu potrzebne, nie zamykał samochodu i udał się do domu, gdzie w pierwszej kolejności miał w zamiarze przemyć brudną brodę/szyję, a następnie bezzwłocznie poinformować o całym wydarzeniu odpowiednie służby.

Ani jednego ani drugiego nie udało mu się zrobić.

Gdy włożył klucz do drzwi i spróbował go przekręcić okazało się, że drzwi były otwarte. Najpierw, chociaż na bardzo krótko, pomyślał, że nie potrzebnie wracał do samochodu skoro mógł wejść do domu bez klucza – myśl typowa dla jego lenistwa i fizycznych ograniczeń. Dopiero po chwili zrozumiał, że coś jest nie tak, bo mieszkał sam i mógł przysiąc powołując się na nazwy wszystkich słodyczy, które znał, że rano, przed wyjściem do pracy własnoręcznie zamykał dom. Zdziwiony, a w związku z tym co zobaczył na drzwiach garażu również trochę przestraszony, że być może kogoś w domu spotka, wszedł do środka starając się zachować czujność. Przecenianie się to chyba jego ulubiona cecha, bo i tym razem wspominanej czujności wystarczyło mu na postawienie zaledwie dwóch kroków w wiatrołapie, po czym ktoś zza pleców zdzielił go w głowę nie wiadomo czym. Światło przed oczami Grega najpierw rozbłysło, a za chwilę zgasło. Mogłoby się wydawać, że taki kolos jak on ciężko upadnie, tymczasem przypominało to bardziej spotkanie ziemi z galaretką, niż ziemi z kowadłem.

Richie był pedantem… a przynajmniej w odniesieniu do tych rzeczy zachowywał się pedantycznie. Po prostu musiał mieć porządek, wszystko powinno być na swoim miejscu, dokładnie tam gdzie tego chciał. Sprawiało mu to przyjemność. Wpędzało go w dziwne poczucie działania według planu, który dzięki temu był dobry.

Kończył właśnie czyścić nożyce. Odłożył wilgotną szmatkę, intensywnie pachnącą jakimś aromatyzowanym specyfikiem do mycia takich rzeczy. Z zadowoleniem rozciął nożyczkami powietrze, tak że można było usłyszeć charakterystyczne „ciach ciach”… i uśmiechnął się do nich, dostrzegając zdeformowane odbicie swojej twarzy na jednym z ostrzy.

Nożyczki powędrowały na sam środek stołu nakrytego ciemnozielonym obrusem. Oprócz nich znajdowało się tam jeszcze wiele innych narzędzi, każde starannie wyczyszczone, z reguły w kolorze srebra. Zestawione razem wyglądały jak niezbędnik chirurga. Mnóstwo najróżniejszych ostrzy, szpikulców, pilników, igieł, skalpelów oraz nieco bardziej skomplikowane narzędzia, chyba bardziej specjalistyczne, bo jako laik, nie tylko nie jestem w stanie ich nazwać, ale również powiedzieć do czego służą. Niektóre z nich przypominały młotki, ale z dziwnymi zakończeniami, nie wyglądającymi jak obuch, inne kleszcze, tylko jakby bardziej skomplikowane. Było też kilka urządzeń z wtyczkami, jednak prezentujących się na tyle dziwnie, że nic więcej nie potrafię o nich powiedzieć.

Richie stał nad stołem i przyglądał się temu arsenałowi z wyraźną radością. Nie wiadomo czy to dlatego, że go po prostu posiadał czy dlatego, że tak pięknie wyczyścił i ułożył… chociaż podejrzewam, że z obu tych powodów po trochę.

…Był wesoły i to od razu rzucało się w oczy.

Przy stole stało wiadro - mniej więcej piętnasto litrowe - pełne wody. Chwycił je w lewą, chudą i żylastą rękę, uniósł i ruszył przechylając ciało w prawą stronę, aby przenieść środek ciężkości. Zatrzymał się dopiero na drugim końcu pomieszczenia, które przypominało stary garaż, od dawna nie pełniący swojej pierwotnej funkcji. Gołym okiem dało się ocenić, że gdyby go oczyścić i powynosić wszystkie rzeczy, to z łatwością zmieściłyby się w nim cztery samochody pokroju forda tłustego Grega. Ale było to bez znaczenia. Nikt nie zamierzał wprowadzać tam żadnego samochodu, a już na pewno nie auta Mosby'ego.

Richie położył wiadro na ziemi, po to by chwilę odpocząć. Greg siedział przed nim, całkowicie nagi, przywiązany do krzesła, które Richie skradł chyba jeszcze przed wojną z jakiegoś gabinetu dentystycznego. Teraz już się takich nie robiło - ćwierć tony żelastwa, z podnośnikami wypełnionymi kilkunastoma litrami oleju. Ciężko byłoby to ruszyć, nawet takiemu goliatowi choroby cywilizacyjnej jakim bez wątpienia był Mosby, a krzesło było na dodatek przykręcone do ziemi czterema wielkimi śrubami, na oko dwudziestkami czwórkami, po jednej na każdym krańcu przekątnej kwadratu. Grubas był więc bez szans.

Na wpół siedział, na wpół leżał, nieprzytomny, ze zwieszoną głową nakrytą czarnym workiem, lekko związanym na wysokości szyi.

Richie uniósł wiadro z wodą, prawą ręką chwytając za dno od spodu, lewą trzymając za krawędź u góry, zamachnął się i wylał całą zawartość na schowaną w

worku twarz Grega. Woda pociekła po całym torsie, w kierunku brzucha i ud, nie docierając jedynie do stóp olbrzyma. Niespodziewana lodowata kąpiel natychmiast przywróciła mu świadomość. Na początku był zdezorientowany, ale gdy zdał sobie sprawę, że jest przywiązany i ma zakrytą głowę, a w mózgu pojawiły się wspomnienia tego co stało się z jego drzwiami garażowymi, a później w domu, z nim - przestraszył się.

Wydał z siebie jakiś dziwny stłumiony dźwięk, a Richie się zaśmiał.

- Witaj Obeliksie! Witaj! – powiedział radosnym głosem.

- Kto tu jest? Czego chcesz? – zapytał nerwowo Greg.

- To tylko ja: Richie… i chcę ciebie. – Spojrzał na stół, na którym rozłożył swoje narzędzia i ruszył w jego kierunku.

Mosby wiedział co się dzieje. Był obleśnym grubasem, ale nigdy się tym szczególnie nie przejmował, nie miał problemów z kompleksami, a nawet przesadnie obnosił się ze swoją pewnością siebie, tak jakby czuł się lepszy. W tym momencie również o niej nie zapomniał.

- Nie dostaniesz mnie. Nie wiem kim jesteś, ale zadarłeś nie z tą osobą co trzeba.

- Wooow, woooah… Spokojnie kolego. Nie rób mi krzywdy – zaśmiał się Richie – Kiedyś były komiksy… chyba jako pierwsze. Pamiętasz? Jako dzieciak lubiłem je czytać, ale do czasu. Gdy powstał film, wolałem film. Gerard Depardieu był świetny. To dobry aktor… Ale wiesz co? – Znów wybuchł salwą śmiechu. – Ty byłbyś lepszy, nie musiałbyś wcale grać. Wystarczyłoby tylko to co masz wokół kręgosłupa. Nie musiałbyś nawet przyjeżdżać na casting, samo zdjęcie by ich zadowoliło. – Richie nie mógł przestać się śmiać, od zawsze najbardziej śmieszyły go jego własne dowcipy.

Greg nie widział nawet jego twarzy i chociaż próbował się wyrywać to mocne więzy i jeszcze mocniejszy fotel pozostawały niewzruszone.

Tymczasem jego oprawca przechadzał się po garażu dokładnie przyglądając się swojej ofierze. Wyglądało to tak jakby widok nagiego grubasa, z którym może zrobić co zechce go podniecał. Wysoki i bardzo chudy mężczyzna był jego przeciwieństwem i gdybyś mógł zobaczyć jak wyglądali obok siebie, pierwsze o czym byś pomyślał, to: „w jaki sposób Richiemu udało się obezwładnić, a później przenieść takiego kolosa jak Greg?” Trudno było przypuszczać by robił to własnoręcznie, ale zważając na jego zamiary, równie trudno przypuścić, że poprosił

kogoś o pomoc. Końcem końców, Greg znalazł się tam gdzie się znalazł, a jego sytuacja nie wyglądała najlepiej.

- Nie wierć się teraz. Zdejmę worek z twojej głowy, tak byś mógł widzieć co się dzieje.

Rozplątał nieszczególnie skomplikowany węzeł, a następnie zdjął worek w sposób charakterystyczny dla iluzjonistów – jednym, szybkim ruchem ręki.

- Tadaam - powiedział kłaniając się.

Humor mu dopisywał.

Światło oślepiło Mosby'ego. Dwie lampy były skierowane wprost na jego twarz. Dopiero po chwili wzrok się przyzwyczaił i zdołał dostrzec Richiego, a zaraz po tym całą resztę: cztery ściany garażu i wszystkie znajdujące się w nim graty, włącznie z fotelem, na którym siedział.

Richie odwrócił się do niego plecami i ruszył w kierunku stołu nakrytego zielonym obrusem, po drodze splunął przynajmniej dwa razy i zaczął nucić melodię, której tytuł Greg miał gdzieś na końcu języka.

- Tata ratatata ra ra raaa… - Brzmiało to mniej więcej tak i przypominało wesołą historię.

Greg podążył za nim wzrokiem i siłą rzeczy musiał dostrzec stół oraz to co na nim. To był ten moment, w którym po raz pierwszy się przestraszył.

- Co robisz? Co chcesz zrobić? - krzyczał w kierunku Richiego.

Mężczyzna chwytał i unosił na wysokość oczu po kolei coraz to ciekawsze zabawki.

- Nożyce byłyby dobre, ale możemy do nich wrócić później. Tasak, uuuu… - Uśmiechnął się w okropny sposób. - Ten skończyłby z tobą zbyt szybko. Może obcęgi? Co myślisz Obeliksie? Miażdżenie palców? Wyrywanie zębów? Reflektujesz? - Spojrzał na Mosby'ego, w jednej dłoni trzymając jasno połyskujące obcęgi, drugą opierając na leżącym na stole młotku. Uśmiechnął się szeroko.

- Ocipiałeś pojebańcu! Wypuść mnie! - krzyczał Greg.

Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się Richiemu. Przesadnie chudy mężczyzna paradował wokół niego bez koszulki, odkrywając złożoną chyba wyłącznie z żeber i cienkiej skóry klatkę piersiową. Proste, przetłuszczone i cieniutkie włosy sięgały barków, a ich siwy odcień wskazywał na to, że mężczyźnie już chyba bliżej końca niż początku. Co innego mówiły jego jasnoniebieskie oczy, odbijające refleksem żółte światło lamp. W połączeniu z szerokim, diabolicznym uśmiechem

odejmowały mu lat i sprawiały wrażenie jakby był dużo młodszy niż jedyny syn jego matki. Ale Mosby'ego chyba coś innego ciekawiło dużo bardziej niż jego wygląd - to co trzymał w dłoni i to co rozstawił przed sobą na stole.

- Co chcesz z tym zrobić?! Nawet nie próbuj z tym do mnie podchodzić. - Próbował się wyrwać, ale więzy trzymały zbyt mocno.

- Nie bój się. To nie będzie bolało - zaśmiał się Richie. - Nie będzie ani trochę... a przynajmniej mnie. - Żart na tyle go rozbawił by zgiąć się w pół i chwycić za brzuch.

(Richie chyba był szaleńcem.)

- Czego chcesz? Powiedz co mam zrobić? Nie znam cię, ty mnie też. O co ci chodzi do chuja? - Był przerażony, wiedział, że gość jest nieobliczalny.

Richie wziął igłę wielkości ołówka i podszedł do Grega.

- Nie znasz mnie? Naprawdę, nie znasz? …Ty wstrętny grubasie. - Zamachnął się markując uderzenie, do którego jednak nie doszło.

Mosby krzyknął i na moment zamknął oczy.

- Aaaaa! - Znów zaczął się rzucać. Znów bezskutecznie. - Aaaaaa! - wrzeszczał.

- Ciii... Ty oblechu, nie znasz mnie? Przecież taki jak ty żyje tylko dla kablówki, a kablówka żyje tylko dzięki takim jak ja. Szukają pożywki, sensacji, a seryjny morderca jest kwintesencją ich zainteresowania. Wiesz co łączę? Łączę wszystko to co ludzie najbardziej cenią, chociaż się do tego nie przyznają. Dlatego z takim zaciekawieniem śledzą wszystkie informacje o mnie. Jestem pierwiastkiem tajemniczości, niezależności, przebiegłości, strachu i czymś czego nie można ominąć nie pochylając nad tym głowy. Czymś co intryguje. I to jest powód, dla którego nastoletnia córka siedząca przed telewizorem przywoła do siebie matkę, ojca i dwóch braci - Ja jestem tym powodem i informacje o mnie... Szalony Richie, szalony Richie, szalony Richie - mówił coraz wyższym głosem.

Greg Mosby nigdy wcześniej o nim nie słyszał. Nie oglądał telewizji, nie przesiadywał w internecie. Każdą wolną chwilę spędzał, albo jedząc albo czytając albo robiąc obie te rzeczy jednocześnie. Ale to że o nim nie słyszał, nie przeszkadzało by mu wierzył. Wiedział, że jeśli ktoś taki jak szalony Richie mówi że jest seryjnym mordercą, to rzeczywiście nim jest.

- Dogadajmy się jakoś. Mogę dużo zrobić, mogę ci dużo dać. Co ty na to?

- Świetny pomysł. Mam propozycję: podciągnij się ze dwa razy na drążku i będziesz wolny.

- Dobrze, spróbujmy. Zrobię to - Greg wyczuł nadzieję, wiedział, że nie jest w stanie tego zrobić, ale pomyślał, że to szansa na uwolnienie rąk.

- Ty skurwiały Obeliksie - krzyknął Richie i wbił igłę długości ołówka w spoczywającą na oparciu fotela dłoń Grega.

- Aaaaaaauuu. - Grubas zaczął krzyczeć z bólu, jego oczy pokryły się łzami.

- Przecież nie mam tu drążka. - Zaczął się śmiać, a po chwili nagle poważniejąc wbił drugą taką samą igłę w drugą dłoń swej ofiary.

- Aaaauu! Przestań!

- Ok, ok, już przestaję. - Richie odwrócił się plecami do Mosby'ego i nucąc tę samą melodię co poprzednio udał się w kierunku stołu z narzędziami. Po drodze zatańczył jeszcze jakąś krótką choreografię.

- Jesteś popierdolony... Pomocy, pomocy, halo, słyszy mnie ktoś? Pomocy! Jestem tutaj! Pomocy! - Zaczął wrzeszczeć z nadzieją, że ktoś go usłyszy. Gdyby wiedział gdzie jest, wiedziałby również, że to niemożliwe.

- Stul pysk, Obeliksie!

Wziął do ręki dwie kolejne igły, tej samej długości co te tkwiące w dłoniach Grega. Podszedł do niego ze spokojem i wbił jedną, a później drugą igłę, w jedną, a później drugą stopę grubasa, mocując go do fotela już nie tylko wiązaniami.

Greg wydarł się wniebogłosy. Ból był nie do pojęcia. Z ran pociekła krew.

- Przestań! - krzyczał przez łzy.

Richie zatrzymał się na wprost niego i przez chwilę przyglądał jak krew spływa po jego tłustych dłoniach i palcach, uśmiechnął się, a później oblizał usta. Ruszył dalej, swoim tanecznym krokiem, do stołu, po to by zmienić ekwipunek.

- Wiesz dlaczego to robię Gregory?

Greg milczał.

- Pytałem kurwa czy wiesz dlaczego to robię. - Spojrzał na grubasa zdenerwowany, ten zauważył, że lepiej będzie jeśli odpowie cokolwiek.

- Nie wiem - powiedział wyczerpany płaczem, krzykiem i bólem.

Richie uśmiechnął się i spojrzał na niego pogodnym wzrokiem.

- Ja też nie wiem... - Zaśmiał się. - Ale to, że ważysz 220kg, a twój ryj bardziej przypomina świński niż ludzki chyba ma znaczenie.

Wziął malutką igłę, nie wiele większą od tych, którymi ceruje się skarpety i podszedł do Grega. Pochylił się nad jego twarzą i przyłożył igłę do oka, mniej więcej pięć centymetrów od niego.

Mosby znów zaczął wrzeszczeć, jednak tym razem wstrzymał się z szamotaniem, w obawie przed tym by się na nic nie nadziać.

- Lubisz swoje oczy? Chcesz je zachować?

- Bardzo lubię, chcę - powiedział przez łzy.

- Powtarzaj teraz za mną, to zastanowię się czy je oszczędzić. Jasne?

- Jas-s-ne. – Zadrżał mu głos.

- Ja Gregory Mosby, tłuścioch ponad wszelką miarę...

- Ja Gregory Mosby, tłuścioch ponad wszelką miarę...

- Przepraszam ciebie Richie, mego ojca, moją matkę i jedynego Boga...

- Przepraszam ciebie Richie, mego ojca, moją matkę i jedynego Boga...

- Za to, że splugawiłem świętość ich istnienia swoim tłustym dupskiem i ryjem przypominającym gwałcone prosię.

- Za to, że splugawiłem świętość ich istnienia swoim tłustym dupskiem i ryjem przypominającym gwałcone prosię.

- Wspaniale! - Richie odłożył igłę na bok i zaklaskał w dłonie, zaraz po tym znów po nią sięgnął i niespodziewanie wbił w oko Mosby'ego.

Richie zaczął się śmiać, a Greg wydzierać… jego oko się wylało, a jego oprawca ruszył po kolejną igłę by drugie oko nie musiało czuć się samotne.

- Tata ratatata ra ra raaa - Znów zanucił tę samą melodię, w momencie gdy kończył się refren, wbił drugą igłę w drugie oko Obeliksa. Tym razem musiał się przebić również przez zamkniętą powiekę, ale nie sprawiło mu to wielkiego problemu.

Mosby stracił oba oka. Stracił też siłę by wrzeszczeć.

Chudy, żylasty mężczyzna stanął nad nim wyprostowany i splunął na jego tłusty brzuch, rozkoszował się widokiem swej ofiary, podniecała go jej bezbronność...

Wielkie ciało Grega Mosby'ego zaczęło delikatnie drgać, nie wiem czy to w wyniku odniesionych ran, bólu czy strachu. Wiem na pewno, że spodobało się to Richiemu, który podszedł do niego i zaczął udawać, że Obelix jest telefonem.

- Ohoo...! Zdaje się, że ktoś dzwoni. Widzę wibracje. - Podszedł do Grega i zaczął rozglądać się za klawiszem przyjmującym połączenie. - No i gdzież on może być? No gdzie Obelixie? Pomóż proszę.

Mosby nic nie odpowiedział, wydał tylko jakiś dziwny dźwięk, ale jeśli to nie była mowa orków, to nawet w uniwersum Tolkiena nie istnieje istota, która mogłaby go zrozumieć. Gość był o krok od stracenia przytomności, a zważając na to co przeszedł i tak się pod tym względem dobrze trzymał.

Tymczasem Richie bawił się świetnie, wciąż udając, że tłuścioch jest wibrującym telefonem. Próbował odebrać połączenie tak długo aż go to znudziło. Wtedy wziął oparty o ścianę kij baseballowy i uderzył nim najmocniej jak tylko umiał w gruby brzuch grubasa. Tamten zawył z bólu, a gdyby tylko mógł to pewnie zgiąłby się również wpół - przeszkadzały mu więzy i wielkie gwoździe, którymi został przybity do fotela. Nie miały one jednak wpływu na wymioty… Nic nie stało na przeszkodzie by te przemierzyły spory odcinek układu pokarmowego i u wylotu ust znów spotkały się ze świeżym powietrzem. Tak też się stało. Piekielnie mocne uderzenie w brzuch natychmiast spowodowało zwrot pokarmu. Greg został pozbawiony najpewniej całej wczorajszej kolacji, dzisiejszego śniadania i wszystkich przeplatających oba posiłki przekąsek… a zaraz po tym został pozbawiony również przytomności, co chyba nie było takim najgorszym rozwiązaniem, choć jednego z obecnej tam dwójki wyraźnie zasmuciło.

- No co ty? Zasypiasz? Przegapisz najlepsze. Ale dobra… To twój wybór. - Richie ruszył tanecznym krokiem do słynnego stołu nakrytego zielonym obrusem.

Tym razem nie przeglądał i nie wybierał, wziął od razu to co chciał - największy spośród kilku obecnych tasaków. Wyglądał tak jakby służył do odcinania krowich głów jednym, nawet nieszczególnie mocnym uderzeniem.

- Jeszcze tylko stópki, dłonie, gardło, sygnaturka… i będziesz wolny, drogi Obeliksie. Nie martw się, nie zajmie mi to długo - powiedział sam do siebie przerzucając tasak z lewej do prawej ręki. - Nie możesz skończyć w tym miejscu, zrozum więc, że muszę cię pozbawić i stóp i dłoni. Jakiś idiota wbił ci w nie cztery wielkie gwoździe i zrobił to tak mocno, że teraz trudno będzie mi je wyjąć. - Przybrał zasmuconą twarz, a po chwili zmasakrował jej wiarygodność głośnym śmiechem wariata. - Tatuś musi cię jeszcze przenieść.

Richie uniósł tasak nad siebie - był tak ciężki, że musiał trzymać go w dwóch rękach - a następnie, szybkim ruchem odciął lewą dłoń Grega. Krew trysnęła, ozdabiając okolicę, jak i samego Richiego. On jednak nic sobie z tego nie robił. Zamachnął się kolejny raz, obierając za cel ostatnią z dwóch dłoni swej ofiary. Powietrze świsnęło - tasak rozdarł je na pół… tak samo jak dłoń. Kolejna fala krwi

rozbiła się o chudą twarz mężczyzny, w wystarczająco dosadny sposób naznaczając go zbrodnią. Ale Richie się nie zatrzymywał, już robił kolejny zamach, którego efektem miało być pozbawienie swej ofiary stopy. Zrobił to, szybko, bez namysłu. Uniósł tasak po raz ostatni. Zatrzymał przez chwilę nad głową. Przyjrzał się najprawdopodobniej już martwemu Gregowi i uśmiechnął, a potem z krzykiem odciął drugą stopę, odrzucił tasak na bok i na moment się zatrzymał. Na jego plecach zaczęły pojawiać się kropelki potu, trudno sądzić, że to przez te kilka ciosów zadanych bądź co bądź ciężkim narzędziem. To najpewniej z podniecenia, bo jeśli wciąż tego nie zauważyłeś to Richie był jednym z tych skurwysynów, na których nie wystarczy określenie „skurwysyn”. Był psychopatą ...i to nie byle jakim - był skurwysyńskim psychopatą.

Wziął ze stołu nóż. Szybkim krokiem, nie tracąc już czasu na tańce podszedł do głowy Obeliksa. Wbił ostrze w szyję, obkręcił i przeciągnął w kierunku lewego ucha. Był poważny, nie chichrał się, nawet nie uśmiechał. W ciągu kilku godzin spędzonych nad swoją ofiarą nastrój Richiego zmieniał się bardzo często i bardzo nagle. Teraz zdawał się być zimnokrwisty i wyrafinowany. Pozostał taki już do końca... przynajmniej do momentu bliższego poznania się z kolejnym tłuściochem.

Wziął skalpel i usiadł okrakiem na ciele olbrzyma, tak że przed sobą miał jego wielki brzuch i obwisłą klatkę piersiową, pod sobą zaś niewielkich rozmiarów, szczelnie zakamuflowaną tłuszczem kuśkę. Chwycił skalpel prawą dłonią, jak długopis i zaczął wycinać kolejne płaty skóry z torsu Obelixa, tak długo aż powstałe rany ułożyły się w podpis: "Szalony Richie". Po tym zszedł z ciała Mosby'ego, dokładnie przyjrzał się swojemu dziełu w całej okazałości i choć zachował powagę, jestem pewien, że wewnątrz śmiał się tym swoim śmiechem szaleńca.

- - KOLEJNA OFIARA "SZALONEGO RICHIEGO" - -

Właśnie tak brzmiał nagłówek specjalnego wydania informacji na kanale drugim.

Lisa siedziała przed telewizorem i w sposób charakterystyczny dla niej i dla jej leniwych wakacyjnych poranków, bezmyślnie przerzucała kanały. Nagłówek przykuł jej uwagę. O Richiem słyszała już mnóstwo rzeczy, ale najważniejsze i jednocześnie najgorsze było to, że wciąż go nie schwytano.

- Mamo, tato, Jimmy, Ryan, chodźcie tutaj szybko! - krzyknęła przywołując do siebie całą rodzinę.

Matka przyszła jako pierwsza. Najwyraźniej informacja o Richiem również ją bardzo zaciekawiła, bo bez słowa zajęła miejsce na kanapie, obok córki, a wzroku nie spuszczała z ekranu telewizora.

- Dylan, chodź tutaj szybko - krzyknęła na męża, a ten zjawił się po chwili.

Dwójka braci wychyliła tylko głowy z pokoju obok by sprawdzić co się dzieje. Zobaczyli rodziców i siostrę przed telewizorem i choć nie widzieli co jest w nim nadawane, to pomyśleli, że musi to być coś wartego uwagi i pospiesznie dołączyli do reszty.

- Co się dzieje, co oglądacie? - zapytał starszy, Jimmy.

- Richie znów kogoś dorwał - odpowiedziała Lisa.

Bracia usiedli na ziemi, tuż obok kanapy, na której zabrakło już dla nich miejsca. Cała piątka wlepiała ślepia w telewizor chcąc się jak najwięcej i jak najszybciej dowiedzieć o wszystkich szczegółach zbrodni.

W rogu ekranu przewijało się kilka zdjęć, większość z nich była jednak zakodowana, najpewniej z uwagi na drastyczność, pozostałe nie przedstawiały niczego wartego uwagi. W związku z tym, jedynym źródłem informacji okazały się być słowa speakerki. Murzynka w dopasowanym damskim fraku z przejęciem opowiadała o wszystkim co wiedziała i wszystkim co mogła powiedzieć:

Policji wciąż nie udało się schwytać seryjnego mordercy, który po miesięcznej przerwie, wczoraj znów dokonał zbrodni. To jego szóste morderstwo. Napastnik szczególnie upodobał sobie otyłych mężczyzn. Do tej pory, waga tylko jednej z jego ofiar nie przekraczała 200kg – mężczyzna ważył niewiele mniej, bo 193kg. Na tę chwilę niedużo możemy powiedzieć, policja szczelnie ogrodziła okolice miejsca, gdzie znaleziono denata i nie dopuszcza nikogo na odległość mniejszą niż kilkadziesiąt metrów. Parę zdjęć, zrobionych przez gapiów o wystarczająco mocnych nerwach przeciekło jednak do internetu. Przedstawiamy je w rogu ekranu, ale większość z nich jest na tyle drastyczna, że o tej godzinie muszą być kodowane. Morderca w typowy dla siebie sposób zmasakrował ciało ofiary i nie polecamy oglądania odkodowanych zdjęć nikomu kto uważa się za wrażliwego. To co wiemy na pewno, to że denata znaleziono w pobliżu fontanny w Parku im. Winstona, około godziny 23.30. Miał poderżnięte gardło, wydłubane oczy oraz odcięte stopy i dłonie, a na jego klatce

piersiowej widniał wyryty w skórze nożem charakterystyczny napis: "Szalony Richie", będący znakiem rozpoznawczym mordercy. Nieszczęśnikiem był Gregory Mosby, trzydziestodziewięcioletni pracownik biurowy, mieszkający na przedmieściu. Co ciekawe niedługo po całym incydencie, policja znalazła na drzwiach garażowych jego domu wymalowany czarnym sprayem dziwny napis - miał on głosić: "To czas by powiedzieć do widzenia". Bardzo możliwe, że obie sprawy są ze sobą powiązane, chociaż policja wciąż bada szczegóły.

To wszystko co wiemy na ten moment. W celu uzyskania większej ilości bardziej szczegółowych informacji, zapraszamy na popołudniowe wydanie wiadomości. W nich między innymi wywiady z przedstawicielami policji, a także sąsiadką ofiary - panią Tildą Morris oraz sporządzony przez ekspertów portret psychologiczny mordercy. Na tę chwilę to wszystko, dziękuję za uwagę i zapraszam do śledzenia sytuacji razem z nami.

Kobieta zachowując stosowną powagę skinęła głową… i po chwili ustąpiła miejsca na ekranie reklamie jogurtu brzoskwiniowego. Wtedy Lisa wyłączyła telewizor.

- Park Winstona... Przecież to zaraz obok centrum - powiedział Ryan.

- Tak, zaraz obok centrum i niespełna dziesięć kilometrów od nas - uzupełnił ojciec. - Straszne rzeczy dzieją się w tym mieście.

- Nic nie możemy na to poradzić - powiedziała mama. - Chodźcie do stołu, śniadanie jest już właściwie podane.

Wszyscy posłusznie ruszyli.

- A może to wuj Richard, co myślisz tato? - zagadnął Jimmy

- Co wuj Richard? - zapytał zdziwiony Dylan.

- No wiesz... Może to on jest szalonym Richiem - trochę nieśmiało wytłumaczył Jimmy.

- Wujek Richard...?! O tak, z całą pewnością… Właśnie sobie wyobraziłem, jak przetrzymuje tego olbrzyma w tym swoim zagraconym garażu na wsi i poddaje najróżniejszym torturom. Nie, to raczej niemożliwe. Wujek jest najchudszą osobą jaką znam. W jaki sposób miałoby mu się udać obezwładnić, a później przenieść takiego kolosa jak ten gość? Te jego żyły na rękach musiałyby mu chyba eksplodować. - ojciec uśmiechnął się lekko.

I cała piątka wyobrażając sobie to, zaczęła się śmiać, zapominając o tym, co wczoraj spotkało Grega Mosby'ego - trzydziestodziewięcioletniego pracownika biurowego.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

W połowie zmęczyło mnie czytanie, więc odpuściłam. PS. Jaki kolor ma srebro?
Odpowiedz
Mam postać imieniem Richard, który jest bratem George'a - panowie się nie znoszą. Nawiasem mówiąc, z Ricky'ego też niezły świr. Autorze, łączmy się!
Odpowiedz
Świetny styl pisania, zaskakujące zakończenie - czego chcieć więcej?! Brawo ;)
Odpowiedz
Historia absolutnie genialna, dawno nie czytałem tu czegoś tak dobrego. Opisy dotyczące np. wychodzenia Grega z samochodu są znakomite, bo to właśnie one budują nastrój i sprawiają, że czytelnik zagłębia się w świat opowiadania. Te dopiski w nawiasach między wierszami są niezbyt potrzebne, ale całość jest niesamowita. Pisz dalej ;)
Odpowiedz
Fajne i śmieszne, na swój sposób, ale jednak :)
Odpowiedz
Nie przepadam za długimi historiami, ale ta wyjątkowo mi się spodobała i muszę przyznać, że nie mogłam oderwać się od czytania. Jestem pod wrażeniem, długo nie czytałam czegoś tak dobrego. Pisz dalej. ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje