Historia

Boży kaprys

gaary 18 4 lata temu 6 707 odsłon Czas czytania: ~29 minut

Niech nikt nie myśli, że to długie opowiadanie. Zapraszam do czytania.

---

Od kilku tygodni Bill Victy nie spał dobrze. Dręczyły go straszne sny. Spotykał się w nich z jakimś mężczyzną. Mężczyzną, który podświadomie wzbudzał w nim przerażenie. Słuchał jego okropnych słów, a później oglądał jeszcze gorsze wizje. Przypominały one apokalipsę, ale taką spersonalizowaną, przeznaczoną tylko dla niego. Bill był nazywany graczem, a cały wielki świat miał przypominać plac zabaw. Działo się to noc po nocy, za każdym razem, układało się jak serialowe odcinki, wszystkie w jedną całość. Trzy dni temu mężczyzna się z nim pożegnał, powiedział, że to koniec, że resztę odnajdzie już tylko na jawie. Od tego czasu nie spotkał go ani razu. Myśl o przeniesieniu tego wszystkiego do prawdziwego życia była jeszcze gorsza od samych snów, ale chłopak spoglądał na to wszystko z przymrużeniem oka.

Tamtego dnia miało się wszystko zacząć. W godzinach okołopołudniowych, gdy wraz z matką – Emmą - jak co dzień wspólnie usiedli do obiadu.

Victy pochylił się nad talerzem i zobaczył coś, co nazwałbym przerażającym, ale wówczas pomyślicie, że to było przerażające, a było dużo gorsze.

Zamiast ziemniaków i ryby, na talerzu zobaczył odciętą głowę własnej matki, z wyprutymi flakami na wysokości szyi, skąpaną we krwi i z okropnym wyrazem twarzy. Malował się na niej grymas bólu. W połowie przymknięte powieki, szeroko otwarte usta (jakby trwały w niemym krzyku) i oczy wpatrzone w Billa pustką mogły mówić tylko o cierpieniu jakie towarzyszy chwili, w której jesteśmy świadomi, że ktoś pozbawia nas życia poprzez pozbawienie nas głowy.

Bill krzyknął przerażony i odskoczył wraz z krzesłem od stołu. Spojrzał na matkę, która siedziała po drugiej stronie, jej głowa była na miejscu, a ona sama nie zauważyła niczego niepokojącego.

- Co się stało? - zapytała zdziwiona.

Znów spojrzał na talerz. Głowa wciąż na nim leżała, a pojedyncze krople krwi zaczęły powoli ściekać na koronkowy obrus. Zauważył, że Emma patrzy w to samo miejsce, ale najwyraźniej widzi coś innego, bo nie zachowuje się nienormalnie. Naiwnie przetarł oczy - nic się nie zmieniło.

- Bill? - Odłożyła sztućce.

Chłopak nie mógł dłużej na to patrzeć, wybiegł do łazienki z myślą o tym by puścić pawia i dopiero gdy tam dotarł zdał sobie sprawę, że nie zdoła tego zrobić. Spojrzał w swoje odbicie w lustrze i zaczął płakać. Przemył twarz zimną wodą i postanowił wrócić do stołu, mocno wierząc w to, że to co zobaczył już nie wróci i było zaledwie niewinną reakcją umysłu na trudne chwile, z którymi musiał się uporać ostatnimi dniami.

Gdy wszedł do salonu, Emmy nie było przy stole, ale to nie było pierwszym na co zwrócił uwagę. Najpierw powędrował wzrokiem na swój talerz i z ulgą stwierdził, że nie ma na nim nic poza górą ziemniaków, wielkim kawałem ryby i kilkoma liśćmi sałaty - to tylko przywidzenia - pomyślał i odetchnął z ulgą - takie rzeczy są normalne...

- Przepraszam mamo. Wróćmy do stołu i zjedzmy razem, proszę - zaproponował przymilnie.

W odpowiedzi otrzymał ciszę.

- Mamo? - Zrobił dwa kroki w jej kierunku.

Kobieta zakryła usta dłonią. Stała przy oknie i wpatrywała się w to, co dzieje się na ulicy, nie mówiąc ani słowa.

Podszedł do niej zaciekawiony, co widzi. Stanął tuż obok i wyjrzał przez okno. Na ulicy leżało kilkanaście ciał, każde z odciętą głową. Mimowolnie zareagował tak jak matka (zakrył usta dłonią) i po chwili ją objął.

- Usłyszałam krzyk, chciałam sprawdzić co się stało... i spójrz tylko - mówiła drżącym głosem.

Na zewnątrz nie było nikogo żywego. Wszyscy zdawali się zginąć w ten sam, okropny sposób, w jednej chwili. Dorośli, dzieci, kobiety czy mężczyźni. Bez znaczenia czy tu mieszkali czy pracowali czy tylko przechodzili, bez znaczenia kim byli i co ma do powiedzenia ich przeszłość. Teraz leżeli w ciszy na ulicy, nie tylko bez ruchu, ale również bez głowy i nie było nikogo kto mógłby im pomóc.

Bill przyglądał się temu zastanawiając się co to może oznaczać i jaki ma związek z jego snami (był pewien, że jakiś ma). W oczach każdego z nich dostrzegł tę samą pustkę, którą widział już wcześniej - "na swoim talerzu". Zrozumiał, że ani teraz ani wcześniej nie było mowy o żadnym przywidzeniu i poczuł, że coś zagraża również jego matce. Odwrócił się od okna i zdał sobie sprawę, że nie ma jej przy nim. Siedziała przy stole ze schowaną w dłoniach twarzą. Bill podszedł do niej, chciał przytulić i spróbować pocieszyć. Nim to zrobił ona odezwała się pierwsza.

- Boję się! Czuję coś. Tak jakby to samo miało stać się ze mną. - rozpłakała się. - Nie wiem dlaczego Bill… Nie wiem co się dzieje, ale coś właśnie mi to powiedziało. - Spojrzała synowi w oczy.

Bill domyślał się, że dzieje się to, czego najbardziej się obawiał.

- Opowiedz wszystko dokładnie. Spokojnie, jestem przy tobie.

Wiedział, że to nic nie zmienia, wiedział też, że nie można być spokojnym w podobnej sytuacji, ale mimo to, z jakiegoś typowo ludzkiego powodu to powiedział.

- To ma się wydarzyć przez ciebie! Właśnie mi to powiedział. Wszystko dzieje się przez ciebie! Cała krzywda, ci ludzie za oknem, moje problemy… To podobno z twojej winy.

Wyglądała jakby ją coś opętało, mówiła szybko i głośno, tak jakby nagle dowiedziała się czegoś co przez całe życie było tajemnicą, którą starała się rozwiązać.

- Spokojnie, uspokój się. - Jedyne co był w stanie w tym momencie powiedzieć.

- Nie! Nie! Nie mogę! – krzyczała, dziwnie podskakując na fotelu.

Coś ją napadło nie na żarty.

- To ty! Twoja wina. On mi to powiedział, mówi to cały czas. Bill, on cię zniszczy! Strasznie! Strasznie! ...Zniszczy! Wcześniej załatwi mnie, tak jak tamtych, bo my wszyscy jesteśmy tylko dla ciebie. Dla ciebie! - krzyczała - Ale teraz ciebie już nie będzie, a nam zostało ostatnie zadanie - zginąć na twoich oczach, pogrzebać się wraz ze światem żywcem, byś mógł to obejrzeć. Rozumiesz? Ty do tego doprowadziłeś, ty zabiłeś wszystkich i wszystko... - Opadła na chwilę w fotelu i ucichła. Chwilę później zaszlochała głośno. - Miałeś się mną zaopiekować... Jak mógłbyś dotrzymać słowa? - powiedziała dużo spokojniej.

Domyślił się, że spełnia się wola starca ze snów. Chociaż strasznie kochał swoją matkę, wiedział, że nic nie może zmienić - ta wiedza była najgorsza.

Spojrzał za okno. Był to piękny dzień. Słońce świeciło jasno, a ptaki wciąż śpiewały w swoim języku, nie było słychać nic poza ich czystymi głosami. Bill przypomniał sobie chwilę, w której się obudził, gdy to wszystko dodawało sił, był pełen werwy, myślał, że sny szczęśliwie minęły, wiele rzeczy chciał zmienić, a ze zmian się cieszyć. Tymczasem... widział ciała, martwe ciała z poodcinanymi głowami - symbol czegoś odwrotnego, do tego o czym marzył, nie mówiąc już o potworności samej w sobie.

Zacisnął mocno pięści, a z jego oczu popłynęły pojedyncze łzy ...chociaż wcale ich nie chciał.

- Bill... - krzyknęła Emma. - Bill!

Zwrócił na nią wzrok.

- Bill! Bill! - Nie przestawała krzyczeć.

- Co się dzieje? - odpowiedział ocierając łzy.

- Czuję to...! To już teraz! To koniec! Spójrz! Musisz spojrzeć! Musisz...!

...Wcale tego nie chciał.

- On przyszedł po mnie, jest tutaj, spójrz!

Odwrócił wzrok. Nie miał zamiaru tego oglądać. Po chwili zaczął słyszeć krzyki i choć próbował, nie wytrzymał, musiał spojrzeć. Emma skończyła inaczej niż pozostali, z nią działo się coś dużo dziwniejszego - zaczynała się powoli rozmywać, tak jakby jej postać traciła ostrość. Siedziała bez ruchu, ale wrzeszczała wniebogłosy i ...znikała. Tak zwyczajnie, krok po kroku zacierało się wszystko. Jeśli kiedykolwiek używałeś gumki do mazania by pozbyć się jakiegoś niepożądanego rysunku, to zdołasz sobie wyobrazić jak to wyglądało. Najpierw zacierały się oczy, nos, usta, później cała twarz, aż w końcu została tylko kształtem z jakimiś cieniami w miejscach, gdzie kiedyś było coś więcej. Całe ciało zaczęło robić się coraz jaśniejsze, a po chwili nabrało przezroczystości. Centymetr za centymetrem znikała, w sposób całkowicie abstrakcyjny. Bill patrzył na to pełen smutku zmieszanego z gniewem. Trwało to jakiś czas, być może kilka minut, być może kwadrans. Kobieta okropnie krzyczała, a chłopak nie mógł nic zrobić. W pewnym momencie został po niej tylko kontur, tak jakby te najgrubsze linie nie udało się do końca wymazać, dopiero wtedy ucichła. Mrużąc oczy i wytężając wzrok wciąż można było ją zobaczyć, ale nie dało się jej dotknąć. Miała już na zawsze pozostać na tym fotelu, niby cień, mara, słaby kontur akcentujący swoją obecność swoją nieobecnością.

Bill spojrzał na stół, niezmiennie stały na nim dwa talerze, z ledwie zaczętym obiadem na jednym i zupełnie nietkniętym na drugim. Podszedł do nich zdenerwowany i szybkim ruchem ręki strącił oba na ziemię. Zrobił to tak mocno, że jeden rozbił się na ścianie, drugi rozbił się zderzając z pierwszym. Przypominał sobie sny, był pewien, że nikt w nich nie kłamał. Wiedział, że to koniec, ale nie mógł tej wiedzy wykorzystać. Mógł tylko czekać, a mężczyzna ze snów nie kazał mu robić tego długo.

Rozległ się okropny huk, podobny do wystrzału armaty, na której właśnie drzemiesz. Victy automatycznie podskoczył i przyłożył ręce do uszu. Po chwili znów to samo, ten sam huk, tylko jakby dobiegający z innego miejsca. Przerażony podbiegł do okna, by zobaczyć co się dzieje. Po dwóch budynkach, jeden naprzeciwko, drugi cztery domy na lewo, został tylko gruz. Nie było śladu ognia, dymu, nawet pyłu. Tylko gruz, jakby ktoś dokonał kontrolowanej eksplozji miesiąc wcześniej, lecz do teraz po sobie nie posprzątał.

BOOM. - Kolejny wybuch.

- Cholera - krzyknął i skulił się pod parapetem.

Tym razem wybuchła kwiaciarnia na rogu ulicy i stało się to na jego oczach.

BOOM! - Znów.

BOOM! - Po sekundzie.

BOOM! - Po dwóch.

Hałas był nie do zniesienia, jednak Victy pomyślał, że musi to widzieć. Podniósł się i oparł ręce o ramę okna. Nie było już domu jego dobrego znajomego - Matta Collen'a. Przez krótką chwilę błysnęło w jego pamięci wspomnienie, gdy mając łącznie może ze szesnaście lat grywali w baseball i z zapałem rozprawiali o tym jak będą wyglądały ich kariery, gdy już dorosną ...gdy zdołają utrzymać seniorski kij.

BOOM! - Wysoki budynek, w którym mieściło się kilka biur i parę małych warsztatów usługowych (zegarmistrz, szewc...).

BOOM! BOOM! BOOM! BOOM! BOOM! - Nastąpiła prawdziwa kumulacja. Budynki rozsypywały się jeden za drugim, niby za sprawą niewidzialnych bomb posiadających funkcję zasysania ognia, dymu i pyłu, zrzucanych przez niewidzialne samoloty.

Okolica pustoszała zupełnie. Chwilę później kumulacja się powtórzyła, a zaraz po niej, budynki zaczęły się rozpadać losowo, bez sygnału, w liczbie mnogiej. Trwało to kilka minut, następnie z wolna zaczęło cichnąć, aż w końcu przestało, a może tylko oddaliło się na tyle by pozwolić Billowi się pomylić, mówiąc, że przestało.

Chłopak stał przy oknie, w zasięgu jego wzroku nie było żadnego budynku, wszystkie zamieniły się w sterty gruzu. Tylko jego stał nienaruszony...

BOOM! - Jeszcze głośniej niż zwykle.

Wybuchł ostatni budynek - dom Billa. Chłopakowi nic się nie stało i nie wie jak to możliwe. Pamiętał tylko okropny hałas i to, że po chwili stał na świeżym powietrzu, a pod stopami miał cegły. Być może był w szoku, a być może to działo się zbyt szybko - można pomyśleć - lecz każdy wie, o co tak naprawdę chodziło.

Rozejrzał się wokół siebie. Okolica, w której mieszkał wyglądała gorzej niż po bombardowaniu, gorzej niż po wojnie, może tylko lepiej niż po wybuchu bomby atomowej, chociaż obecność tak wielu ciał z poodcinanymi głowami nie pozostawała daleko w tyle za atomówką.

- DOŚĆ - krzyknął najgłośniej jak tylko umiał.

Chciał żeby to wszystko się już skończyło. Chciał się z nim spotkać, z tym ze snów, usłyszeć co ma mu do powiedzenia i samemu powiedzieć kilka słów, nawet jeśli miałyby oznaczać Bóg wie jaką karę ("Bóg wie jaką" ...rozumiesz?).

…Musiał jeszcze trochę wytrzymać. Ktoś miał w planie jeszcze kilka sztuczek za nim będzie mogło dojść do spotkania.

Kolejny hałas. Teraz nieco inny. Gruz zaczął znikać, wsiąkał i przepadał wewnątrz rozstępującej się z wielkim hukiem ziemi. Miejsce po miejscu, ziemia się rozchodziła, zabierała co uważała za stosowne i znów zasklepiała, nie pozostawiając śladu ani po cegłach ani po swej świeżej ranie. Po krótkiej chwili Bill stał na wielkiej polanie, zupełnie nie przypominającej miejsca sprzed kwadransa. Nie było budynków, ani śladów ich przeszłej obecności. Idealnie zagojone rany nie sugerowały niczego podobnego do tego co się tam wydarzyło. Okolica, w której się urodził, wychował i dorastał przepadła bezpowrotnie w sposób całkowicie nadnaturalny - taki o jakim nie mógłby nigdy wcześniej pomyśleć. Przez stosunkowo długi czas nic więcej się nie działo, tak jakby celowo dano chłopakowi czas na to, by mógł to przeżyć i dokładnie zrozumieć, jak bardzo przerażające rzeczy się dzieją. Bill to wiedział, ale decydowały o tym uczucia i ich konsekwencje, nie rozsądek, kolejność zdarzeń czy wynik porządku. Emocje, które w nim wzbierały nie potrzebowały jego ingerencji aby zaistnieć oraz nie reagowały na nią, gdy ta starała się je stłumić. Były więc niezależne. Bill o nich nie decydował, one o nim owszem. Sprawiły mu sporo problemu - wymuszonego i wpisanego w ludzką specyfikę. O to chodziło postaci ze snów. Chciał żeby wszystko podziałało tak jak podziałało, aby gracza skruszyć, zniszczyć, sponiewierać i obłaskawić cierpieniem, jeszcze zanim dane mu będzie poznać jego prawdziwy smak. A tego smaku nigdy wcześniej w ustach nie miał. Chociaż mogło mu się wydawać, że skosztował już wszystkiego, (szczególnie ostatnimi tygodniami) to w rzeczywistości, nawet w wyobraźni nie pozwoliłby sobie na tak wyszukane dania…

Świat trwający w swojej pierwotnej formie, wyzbyty ludzkiego przybytku i bogaty zaledwie albo i aż w swoje naturalne wdzięki był jedyną rzeczą, którą jaźń „gracza” była w stanie jeszcze kreować. Drzewa, długa trawa, kamienie, gdzieniegdzie ziemia i piach, to wszystko co pozostało w okolicy chłopaka. Wszystko co pozostało po świecie.

Jasnobłękitne niebo, wolne od chmur wisiało nad nim spokojnie, bez śladu gniewu. Spojrzał na nie bezradnie wyobrażając sobie, że to wszystko gdzieś tam się rozgrywa. Wtedy go zobaczył. Tego samego i w ten sam sposób, jak już wcześniej, śniąc. Dziwna i trudna do opisania postać wędrowała powoli po tafli sklepienia. Robiła ogromne wrażenie, chociaż właściwie nie dało się powiedzieć czemu.

Imponowała.

Twarz była pierwszym co rzuciło się w oczy Billowi. We śnie nie potrafił sobie jej przypomnieć. Wyglądał bardzo charakterystycznie, chłopak był pewien, że to Bóg.

Staruszek na niebie spojrzał w dół, w stronę Billa. Sięgnął ręką do swej długiej brody i posuwistym ruchem wygładził jej twarde końcówki do szpica, następnie uśmiechnął się... zrobił to w sposób neutralny, nie można było w tym uśmiechu wyczytać ani ciepła, ani serdeczności, ani łobuzerstwa, ani arogancji. Ot tak, uśmiechnął się po prostu. Victy nie przestawał go obserwować. Czekał tylko aż do niego zejdzie, tak jak było to we śnie. Czekał aż staną twarzą w twarz i zaczną rozmawiać. Gdyby nie był zwykłym „graczem”, być może wiedziałby więcej albo same doświadczenia pozwoliłyby mu zrozumieć. Ale nie... Był ograniczony pychą, gniewem i niewiedzą - przede wszystkim niewiedzą. Bo o Bogu nie wiedział nic, a na spotkanie z nim wrogo nastawionym oczekiwał najbardziej. Może i w obliczu etosu rycerskiego to honorowe zachowanie, jednak w obliczu szeroko rozumianej egzystencji to jej samobójstwo. Obie strony dzieliła bowiem przepaść i to tak wielka, że Bill musiałby używać lornetki (której nie miał) by w ogóle zobaczyć Boga stojącego wysoko ponad nim - nad krawędzią urwiska. Chłopak nie zdawał sobie sprawy z żadnej z tych rzeczy, ani że potrzebuje lornetki, ani że rycerskie zasady być może i miały sens, ale nie w walce z tym, który pozwolił ci je wymyślić, ani że dwa przeciwne końce przepaści są jedyną rzeczą, która łączy go z Bogiem. Stał z uniesionym czołem i wypiętą piersią, tak jakby myślał, że ból i gniew jest przyzwoleniem na walkę z Najwyższym jak równy z równym. Chociaż wiele razy wcześniej się mylił, to nigdy tak bardzo.

Stwórca spacerował po nieboskłonie raz po raz rzucając spojrzenie w kierunku chłopaka, ale nie schodził na dół, pozostawał na odległość, nie czyniąc nic, poza przyzwoleniem by go oglądać. Bill wyraźnie się niecierpliwił… Ten u góry chyba właśnie tego oczekiwał.

- Zejdź tutaj! Czekam na ciebie! - z zadziorem wykrzykiwał.

Nic się nie zmieniało.

- Zakończmy to teraz! Chodź tutaj! - Ile tchu w płucach.

Nie zwrócił na siebie uwagi.

- Co chcesz jeszcze zrobić!? Zrobiłeś już wszystko! Złaź!

Bill upadł na ziemię i zniechęcony zaczął rwać trawę.

Wówczas coś się stało. Stwórca spojrzał na niego i przywołał po imieniu:

- Bill!

Spojrzał w górę, zobaczył Boga pochylonego nad nim i przykładającego palec wskazujący do ust - dokładnie tak jak wtedy, gdy chcemy dać komuś sygnał by był cicho.

- Zrobiłem już wszystko? Tak powiedziałeś - że zrobiłem już wszystko… Nie Bill, to nie wszystko, to dopiero początek wszystkiego. Zbyt wiele rzeczy jeszcze istnieje byś mógł powiedzieć, że zrobiłem wszystko, a ty zbyt dobrze się czujesz by nazwać to cierpieniem. Teraz jest zaledwie garść, później będzie wszystko, następnie więcej niż wszystko, a na samym końcu, wszystko w niczym! - Zaśmiał się bardzo głośno, w gardłowy sposób przypominający śmiech szaleńca i zaczął się kurczyć, aż zniknął całkowicie na swym błękitnym tle.

Victy znów pozostał sam, w otoczeniu ciszy i niepokojącego spokoju. Przeczuwał, że coś się za moment wydarzy, był tego pewien i wcale się nie pomylił.

Ziemia zaczęła delikatnie drżeć, ledwie wyczuwalnie, jednocześnie zaczęły w niej powstawać maleńkie szczeliny, które powolutku rozprzestrzeniały się w nieregularnych kierunkach tworząc coś na kształt pajęczyny. Chłopak siedział na ziemi znieruchomiały, nie zamierzał się nad niczym zastanawiać, ani z niczym walczyć. Wiedział, że po prostu musi to przeżyć, czy chce, czy nie, czy się boi, czy zachowuje odwagę. Był gotów na cokolwiek, spośród tego wszystkiego co mogło się wydarzyć… A przynajmniej tak mu się wydawało.

Pajęczyna wąskich szczelin objęła obszar całej okolicy. Ziemia na moment się zatrzymała, przestała drżeć, a ze szczelin zaczęła wypływać krew - gęsta, niemal brunatna. Zabrudziła trawę i drobne rośliny i nie przestawała płynąć. Po chwili zakryła je całkowicie, a Bill choć obiecał sobie nie robić już nic więcej, musiał wstać, bo krew i jego by przykryła. Była gęsta, maziowata i okropnie śmierdziała, czymś na kształt padliny, zmieszanej z charakterystycznym zapachem staroci. Victy stał w niej do pasa, a w oddali nie był w stanie dostrzec jej końca. W końcu krew zaczęła dziwnie bulgotać. Zauważył to i poczuł, że robi się z każdą chwilą cieplejsza, później gorąca, a na koniec wrząca. Chłopak czuł jak spala się w niej żywcem. Krzyczał z bólu, podskakiwał i szukał ratunku. Nie mógł jednak go znaleźć. Cała ziemia stała się zaledwie naczyniem na krew, a on w tym naczyniu zatonął, bez szans na wydostanie się. Ból był okropny, ale nie niósł za sobą żadnych fizycznych następstw. Nie pojawiały się rany, Bill nie ginął, ani nawet nie mdlał. Zaledwie czuł, choć w tym przypadku, zaledwie było czymś co w każdym innym byłoby AŻ - i to dużymi literami.

To co przeżył i poczuł jest całkowicie niepojęte i pozostaje wyłącznie kwestią doświadczenia, bo żaden opis nie może nawet próbować tutaj swoich sił. Kąpiel trwała jakąś godzinę, później znów coś zaczęło się dziać i zmieniać. Krew zaczęła bardzo szybko parować spowijając powietrze purpurową mgłą śmierdzących i nieznośnie gorących oparów. To spowodowało osuszenie ziemi i wyswobodzenie Billa z wrzącego potrzasku. Usiadł obejmując rękami piszczele podkulonych nóg. Wił się z bólu, krzyczał i płakał, ale to nie wszczepiło w niego ani krzty pokory, wręcz przeciwnie - jeszcze śmielej przeklinał Stwórcę.

Nim doszedł do siebie, Bóg wymierzył następny cios. Krew zebrała się na przeciwnym biegunie - niebie - i była gotowa by z powrotem się skroplić. Chmury przybrały bordową barwę, a w wyższych ich partiach Bill mógł dostrzec jasne rozbłyski. Kwestią czasu było nim lunie - nie do końca jasne co, ale lunie...!

Tak się stało. Z nieba zaczęły najpierw wolno i pojedynczo spadać języki ognia - żywe płomienie - a po chwili, w niezliczonej ilości, tworząc ścianę ognia pędzącą w stronę ziemi tylko po to by ją strawić, zamienić w popiół, a później pogrzebać lub rozwiać. Victy nie zdążył jeszcze otrząsnąć się po tym, gdy zagotował się żywcem, a już czekało na niego kolejne wyzwanie, bardzo podobne - mogłoby się wydawać - w rzeczywistości dużo gorsze.

Deszcz kul ognia nie ustępował przez blisko dobę, więc trwał dwudziesto cztero krotnie dłużej od kąpieli. Przez cały ten czas Bill spalał się na jawie. Towarzyszył temu wszelki naturalny ból, całe cierpienie, nienaturalnym pozostawała tylko jego nieśmiertelność. ...Gdybyście mogli usłyszeć jego wrzask, podejrzewam, że już nigdy nie udało by wam się spokojnie zasnąć. Widok miotającego się, potwornie wrzeszczącego człowieka, skazanego na cierpienie niemożliwe do wyobrażenia przez kogokolwiek, potrafi na zawsze zmienić życie każdej osoby. Pełna doba czegoś co dla nas (daj Bóg) na wieki pozostanie abstrakcją minęła, tak jakby trwała wieczność i była jak dotychczas najgorszym sposobem interpretacji piekła.

Ogień przestał padać, chmury się rozwiały, niebo znów było błękitne, tylko ziemia nie potrafiła o niczym zapomnieć - płonęła żywym ogniem od stóp do głów, stając się marsem z perspektywy kosmicznej. Zabrzmi to trywialnie, ale po prostu tak było - Bill dogasał miotając się po tych fragmentach ziemi, które zdążyły zamienić się w popiół. Gdy wyswobodził się całkowicie od płomieni, wycieńczony zatrzymał się w swojej zwyczajowej pozycji - pozycji embrionalnej. Nigdy nie sądził, że gniew Boga może być czymś tak okrutnym, ale nie zmieniał decyzji co do swoich wcześniejszych postanowień. Wciąż go nienawidził i nie zamierzał się poddawać.

Myśli pędziły tam i z powrotem bawiąc się w berka w głowie chłopaka. Były chaotyczne, niespójne i mało która coś znaczyła. Jak drobniutkie skrawki gazety rozrzucone na wiatr - wszystkie razem przekazywały mnóstwo informacji, rozdzielone, często stawały się tylko bełkotem. Ból był tak ogromny, że nie pozwolił by było inaczej. Obezwładnił Billa i skupił na sobie całą jego uwagę. Głęboko w podświadomości przebijało się tylko jedno malutkie ziarno - ziarno uporu. Negatywny stosunek do Boga był ostatnią rzeczą, którą uznawał za ważną i w obliczu tego wszystkiego co się działo oraz poczucia buntu i godności, rozkwitał jeszcze mocniej. Co dla wielu z was teraz może wydać się zrozumiałe, lecz dla każdego z was, który hipotetycznie przeszedł to co nasz bohater, stałoby się czynem co najmniej heroicznym i wcale nie oczywistym. To ogrom cierpienia zmieniał nastawienie oraz różnica jaką od lat człowiek dostrzegał pomiędzy wyobrażeniem a doświadczeniem. Wyobrażenie jest ważne, ale stale kojarzy się z wolnomyślicielami i poukładanymi w swym dzikim obrazie świata artystami. Doświadczenie to coś zgoła innego. Coś co nie zwraca uwagi na twą subtelność i wrażliwość, ani nie ma w zamiarze czynić z niczego pomników. To brutalna ingerencja w to czym zajmują się zmysły, trwała i bezimienna, drążąca swoim sposobem, bez zwracania uwagi na to co chciałbyś zachować sterylnym. Rozumiesz? Myśl, fantazja jest tylko duchem, który może cię co najwyżej nastraszyć, bo go zobaczysz. Doświadczenie to bezlitosny barbarzyńca z maczugą w swej ogromnej owłosionej ręce, który oczywiście również cię nastraszy, ale zaraz po tym zatłucze swym narzędziem na śmierć. Na tym polega różnica, którą nie każdy od razu dostrzega i stąd powstają harde osądy ludzi, którzy bazują na oczekiwaniach... Nie daj się zwieźć! Bill okazał się więcej niż dzielny pozostając wrogiem Stwórcy.

Gdy doszedł nieco do siebie znów zaczął go przeklinać, najpierw w myślach, a później słowami - głośniej i głośniej, krzyczał wysyłając obelgi w kierunku niezmierzonej pustki. Chociaż gniewu było w nim więcej niż czegokolwiek innego, to najbardziej pragnął, by to się już zakończyło. Czuł, że nie zniesie dłużej żadnego z podobnych cierpień i nie wiedział jak to się ma do rzeczywistości, bo z drugiej strony nie mógł go nie znieść.

Świat wciąż płonął. Tylko nieliczne połacie ziemi pozostawały wolne od ognia. Cała planeta skwierczała, a gęsty dym okrył ją niby ciepły, zimowy płaszcz zmarzlucha. Zapanowała noc, choć trwał dzień. Bill Victy niezmiennie leżał na ziemi, bezradnie czekając na to co będzie dalej. Ziemia dopalała się na jego oczach i w jego towarzystwie, tak jak chciał tego Najwyższy. Lecz Bóg nie zdecydował by to miał być koniec, zamierzał ciągnąć zabawę... Z nieba znów coś zaczęło spadać. Tym razem żywioł przeciwny – woda - deszcz. Jak zwykle, najpierw z wolna, a z czasem coraz intensywniej. Chłopak poczuł ulgę, gdy chłodna woda zaczęła obmywać jego spieczone ciało, ale była to ulga porównywalna do tej, która spotyka zmęczonego człowieka marzącego o tym by usiąść i odpocząć, a gdy w końcu mu się to udaje, orientuje się, ze siedzi na krześle elektrycznym, a kilku dziwnie ubranych mężczyzn zaczyna go do niego przywiązywać. Ulga być może naturalna, ale i pochopna.

Deszcz długo nie przestawał padać, w końcu ugasił pożar i w okolicy pozostały tylko zgliszcza. Victy nie miał pojęcia co go teraz czeka, liczył na to, że to już koniec, ale się mylił... Z oddali zaczął słyszeć szum, który z czasem zamienił się w łoskot. Olbrzymia fala pędziła w jego kierunku, sięgała wyżej niż chłopak sięgał wzrokiem i z całą pewnością zbliżała się szybciej niż potrafił biegać. Kilka sekund i przykryła Billa, uderzając z ogromną siłą. Ten nim to się stało nieumyślnie albo naiwnie wziął głęboki wdech. Fala powędrowała dalej, Billa pozostawiając za sobą, na dnie niezmierzonego zbiornika. Próbował się z niego wydostać. Płynął najszybciej jak tylko umiał, w górę - stronę, która wydawała mu się być najwłaściwszą. W rzeczywistości nie istniała strona najwłaściwsza. Powietrza w płucach wystarczyło mu na około dwie minuty, a sytuacja wokół niego wcale się nie zmieniła, stale jedyną perspektywą była woda. Victy mógłby zwyczajnie zatonąć …i to również byłoby okropne, ale nie w tym miejscu, ani w tych okolicznościach. Bóg chciał od niego więcej... Nie pozwolił mu utonąć, ale pozwolił przeżywać uczucie towarzyszące topielcom, na kilka sekund przed wydarzeniem czyniącym ich topielcami. Tak więc przez kolejną dobę, nasz bohater topił się nieustannie, ani razu nie doprowadzając tego do końca.

I znów z pozoru nietrudno sobie wyobrazić taką sytuację, a ów wyobrażenie skwitować średnio wymownym "straszne". Tak naprawdę podobne wyobrażenie nie istnieje. Ból chłopaka po raz kolejny okazuje się czymś tak abstrakcyjnym, że pozostaje poza naszym zasięgiem i to z przyczyn naturalnych, ograniczeń boskich, czy tam którejkolwiek z innych materii, mających swój udział we wpędzeniu koła w ruch.

Victy wiedział, że ból będzie trwał tak długo, jak Stwórca będzie tego chciał, ale nie potrafił go znosić bezczynnie i mimo tego nieustannie się szamotał i próbował płynąć szukając brzegu lub tafli wody. Choć zdawał sobie sprawę z beznadziejności tych prób, to ból był tak potężny, że nic z tej wiedzy sobie nie robił i walczył jak dziecko o własne, niezagrożone życie.

Doba minęła. Poziom wody zaczął się obniżać, ale wraz z nim pozycja Billa. Tak długo aż znalazł się na samym dnie, a woda zaczęła chlupać pod jego podeszwami. Wziął wówczas głęboki oddech - pierwszy od dwudziestu czterech godzin i przewrócił się wycieńczony na wznak. Po tym przestał myśleć o czymkolwiek, po prostu leżał i tylko szalejąca klatka piersiowa i łomot serca wskazywał na to, że w pamięci miał najgorsze pięćdziesiąt godzin we wszechhistorii wszechświata.

Niebo znów się rozpogodziło i zza chmur wyjrzało słońce, ale chyba tylko po to by Bill mógł na nie spojrzeć i zobaczyć jak ulega zniszczeniu. Bóg doprowadzał właśnie świat do końca, w tamtej chwili w przeciągu kilkunastu najbliższych minut. Najpierw słońce eksplodowało i rozbryznęło się na wiele maleńkich kawałków, pozostających na niebie niczym gwiazdy, lecz świecące dużo jaśniej. Później planeta matka, ta która była jego żywicielem, domem, ...punktem zaczepienia. Ziemia wybuchła od środka, po krańce, w sposób równomierny, podobnie jak jej najbliższa gwiazda, dzieląc się na mnóstwo w skali kosmicznej mikroskopijnych fragmentów, z czasem i one przepadły w przestrzeni. Ale nie ma się co nad tym rozwodzić, bo i nasz bohater tego nie robił, możliwe, że tylko dlatego, że nie był w stanie... Bill nie przeżył wybuchu. Bóg w końcu pozwolił mu na śmierć, ale stało się to dopiero wtedy gdy nie pozostało już nic więcej. Chłopak wraz z jedynym znanym mu światem odszedł na drugą stronę i zakończył na zawsze rozdział ziemski. Rozpoczął zaś rozdział wieczności, pozostający w stosunku do ziemskiego jak piętnastotomowa powieść do poprzedzającej ją notki odautorskiej.

Victy słyszał dziwny i trudny do zidentyfikowania pisk. Stale, z tym samym natężeniem, jakby nie dobiegał z żadnego miejsca, a pochodził z jego wnętrza. Pisk powoli stawał się nie do zniesienia - przypominał to co zdarza nam się usłyszeć na rockowych koncertach, gdy wokalista zrobi to coś ze swoim mikrofonem czego my wcale nie rozumiemy, ale nie chcemy się z tym kumplować.

Widział ciemność, chociaż czuł, że jego oczy są otwarte, to nie wpadało do nich żadne światło.

- Halo! - krzyknął trochę po to by przekonać się czy usłyszy sam siebie, a trochę po to by przekonać się czy ktoś odpowie.

To pierwsze się sprawdziło, drugie nie, a przynajmniej nie od razu.

- Halo... - Głos niósł za sobą głuche echo.

Nikt nie odpowiadał.

Starał się coś wymacać, ale nie potrafił na nic trafić, w końcu przykucnął by zbadać fakturę podłogi (wcale nie wiem dlaczego). Była zimna i chropowata, a miejscami gładka. Pomyślał, że to jakiś kamień albo posadzka i ruszył przed siebie, powoli i uważnie. Zamknął oczy, tak by mózg nie skupiał się na bezużytecznym urządzeniu i w pełni skoncentrował na pozostałych. Przeszedł kilka, może kilkanaście metrów, gdy wewnętrzna część powiek zaczęła stawać się pomarańczowa. Otworzył oczy. Znajdował się w wąskim korytarzu, wyłożonym kamieniem, a po obu jego stronach, jasno rozbłyskały pochodnie oświetlające drogę.

Na końcu ścieżki dostrzegł jakąś postać - był pewien, że to on... Pobiegł co sił w kierunku mężczyzny, który z każdym krokiem stawał się coraz większy. Rozpoznał w nim staruszka wędrującego po niebie. Stał wyprostowany, z brodą sięgającą pasa, starą zniszczoną twarzą i oczami pełnymi wigoru - niepasującymi do reszty.

Bill czuł złość, wiedział, że za chwilę będzie mógł ją wyładować, chciał to zrobić, nie myśląc, że się przecenia.

Dobiegł do Stwórcy, zatrzymał się zaledwie metr przed nim. Zachował w sobie mnóstwo buty, chciał nawet splunąć w jego twarz, co może wydawać się niepojęte, zważając na to co przeszedł. Jednak od dawna powtarzam, że to szczególny przypadek „gracza”, z ambicjami dorównującymi Prometeuszowi.

Ale nie splunął. Powstrzymał się.

- Nie jesteś Bogiem, chyba sam w to nie wierzysz. Jesteś potworem, rogatym, ogoniastym. Określenie diabeł, nie zdoła wygrzebać nawet brudu spod twoich paznokci u stóp. Jesteś czymś znacznie gorszym. - Zatrzymał się na chwilę. - Czymś przed czym nigdy się nie ukorzę, czymś co jest tak okrutne, że strach przed tym byłby najgorszą z możliwych hańb. Nie boję się ciebie. Zrobiłeś już tyle rzeczy, a ja wciąż tu stoję i coraz mocniej cię nienawidzę. Spoglądam ci w oczy i przeklinam. Śmiało, stojąc szeroko na nogach. Wiesz co? Czuję się lepszy - lepszy od ciebie. To trudne zestawienie do porównania, bo jeśli tematem byłaby ostrość, to jeden z nas byłby nożem a drugi aksamitną pościelą… I wiesz co? Teraz dopiero cię zaskoczę... bo to ty jesteś pościelą, a ja nożem. Ty jesteś niczym, a ja zwycięzcą pozostawiającym cię daleko w tyle. Czyny, których się dopuściłeś, pomimo twych możliwości i twej mocy, nigdy nie pozwolą ci być uznanym za lepszego ode mnie. Sprawiedliwość i miłość ma znaczenie i trudno mi uwierzyć, że to ktoś taki jak ty dawno temu kazał mi to zrozumieć. - Zakończył wściekle …i teraz nie miał już oporów - splunął mu w twarz.

Ślina zawróciła w połowie drogi, w sposób nadzwyczajny i zatrzymała się na twarzy Billa.

Rozległ się okropny śmiech, rechoczący, donośny, ciężki, pełen pychy. Staruszek wyglądał tak jakby nie mógł go powstrzymać. Gdy w końcu sam minął, Bóg nagle spoważniał.

- Co ty wiesz? Co ty wiesz? - zapytał retorycznie. - Wciąż mnie nie znasz. Nigdy mnie nie poznasz.

- Znam cię! Doskonale!

- Zamilcz! - przerwał chłopakowi. - Zamilcz, bo lepiej przysłużysz się nam milczeniem, jeśli nie potrafisz powiedzieć niczego co mnie zainteresuje. Myśl sobie co chcesz, ale nic nie mów. Myśl sobie, że jestem szaleńcem, potworem, diabłem, czy co tam jeszcze. Rób to śmiało. Ja pomyślę o tobie, że jesteś człowiekiem, a później przypomnę sobie - ach tak, jestem Bogiem - i to wystarczy. Nie mam zamiaru dłużej z tobą rozmawiać o czymkolwiek i nie interesuje mnie jakie są twoje zamiary. Chcę ci jeszcze tylko jedną rzecz pokazać, a później otworzę bramę... Bramę wieczności i twego końca w nieskończoności. Wszystko się rozmaże, pozostanie tylko jaźń, bez skorupy, naga i odkryta. Będziesz jej centrum, wreszcie ją poczujesz i zrozumiesz co to cierpienie. Pamiętasz co mówiłem? Poodcinane głowy, eksplozje budynków, koniec ludzkiej cywilizacji - to była garść wszystkiego. Następnie: deszcz ognia, wrząca krew i powódź - to było wszystko. Moment, w którym jesteśmy teraz, to więcej niż wszystko. Dopiero później spotkasz najtrudniejszy etap - wszystko w niczym.

Spójrz na mnie Bill i niczego nie przegap, bo to co się teraz wydarzy będzie ważne. - Bóg pochylił się nad chłopakiem i wyciągnął do przodu ręce, tak by dłonie były na widoku. - Nie będę wykonywał żadnych ruchów, nie będę nic mówił, nawet odwrócę wzrok… Ale ty zaraz poczujesz… i zrozumiesz czym jest więcej niż wszystko.

Bill uklęknął.

- Widzisz? To się stało. Rozumiesz kim jestem i jak wiele mogę. Obyło się bez pstryknięcia, bez mrugnięcia, bez słów, bez wzroku, bez myśli. - Zaczął się śmiać i uniósł ręce w geście tryumfu.

- Panie, wybacz mi proszę. Nie wiem jak mogę cię przepraszać. Wybacz. - Bill płakał, a drżącymi ustami całował boże stopy.

Wyglądał jak wygłodniały pies, którego właściciel całe życie bije.

Stwórca po raz ostatni z niego zakpił. Wiedział, że chłopak wcale się go nie boi, nie boi się również piekła i cierpienia. Zamienił więc go w osobę możliwie najbardziej bojącą się tych rzeczy (i uważaj, bo najpewniej tak samo zrobi z tobą, jeśli jesteś cwaniakiem).

- Nie karz mnie Boże. Błagam o litość. Nie zniosę tego bólu. Obiecuję wszystko, czego sobie zażyczysz, tylko nie twój gniew, nie cierpienie. Błagam... - krzyczał rozpaczliwie.

Najprawdopodobniej był to najsmutniejszy widok jaki mogę sobie wyobrazić. Bill Victy z bagażem swojego krótkiego, lecz intensywnego życia, ze wszystkimi swoimi przeżyciami, wspomnieniami, trwał na kolanach chyląc czoło przed Bogiem.

Cierpienie, którego doświadczył, zawsze pozostawało w jakiejś opozycji z jego uporem, z jego poczuciem wyższości i świadomością tego czym jest człowiek, czym Stwórca i kto popełnił więcej błędów. Teraz opozycja przepadła, sucha nitka w przemoczonym płaszczu zatonęła. I to w jak obrzydliwy sposób, przez nie liczącego się z niczym starca.

- Niestety, przebaczenie jest niemożliwe. A teraz chodź ze mną.

Chłopak czuł niepojęty strach przed tym co go czeka. Wzbraniał się, nie chciał iść, lecz Bóg zaciągnął go siłą.

Stanęli w bramie, na końcu długiego korytarza. Drzwi uchyliły się same, a Bill siłą został za nie wypchnięty.

- Żegnaj! - krzyknął za nim Stwórca, chwilę spoglądał, a następnie zatrzasnął bramę i z radością ruszył planować nową zabawę.

Teraz miało się zacząć to, co Bóg określał mianem wszystkiego w niczym.

W momencie przejścia drzwi, Victy poczuł straszny ból, jakby jego własne ciało zasysało go do środka. Trwało to bardzo krótko, ale zaraz po tym całe otoczenie, cała rzeczywistość się zmieniła. Chłopak stanął w próżni. Czymś co naprawdę było niczym, poza zlepkiem kilku myśli i zupełnie nowego wymiaru strachu oraz cierpienia. To ten moment, którego nie chcę długo opisywać, bo w miarę gdy intensywniej bym to robił, mogłoby się okazać, że coraz bardziej rozbiegam się z prawdą. Powiem tylko, że dzieli to pewne cechy z uczuciem stałego wpatrywania się w słońce …tyle że słońce musiałoby być stukrotnie jaśniejsze, a twym okiem musiałaby być dusza. Jest też trochę tak jakbyś zamknął oczy i nie zobaczył wówczas czarnego koloru, ani żadnego innego, tylko zmaterializowane „nic”, a ktoś zleciłby ci zadanie odpowiedzenia na pytanie, czym jest to nic i jaki kolor widzisz, gdy nie widzisz żadnego spośród tych, które znasz.

Poruszcie swoją wyobraźnię, obłaskawcie ją dystansem i zmrużcie oko, gdy okaże się uwłaczająco słaba. Mniej więcej tak wyglądała wieczność Billa, a najszczerszym dowodem jej okropieństwa jest zapewnienie, że była dużo gorsza od tego co działo się na ziemi.

*********

Jeśli tylko zrozumiesz, że Bóg nie jest sędziwym starcem, z pomarszczonym czołem i długą siwą brodą, siedzącym na swoim wyimaginowanym tronie, pośród chmur, po którym z gracją spływają fałdy jego niebieskiej szaty, zrozumiesz również, że wszystko można zanegować… prócz niego.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

W tym tekście jest ukryty napis zabije was!!! Jak jest się na telefonie i się szybko przewija to go widać!!! Omg
Odpowiedz
Kolejny zagorzały chrześcijanin próbujący wszystkich nawrócić.
Odpowiedz
Gratuluję pojęcia o chrześcijaństwie, Bogu... o czymkolwiek.
Odpowiedz
Zgadzam się.
Odpowiedz
Victy? Czy Bill?
Odpowiedz
Bill Victy.
Odpowiedz
Bartłomiej Waligóra ja też bym chciała opowiadania. Ale nie na maila. Może w wiadomości na Facebooku albo gg?
Odpowiedz
niestety nie mogę wysłać wiadomości przez fb. nie wiem na pewno bo nie znam się na tym najlepiej, ale najprawdopodobniej ta opcja jest zablokowana w twoim profilu.
Odpowiedz
Ehh, no ok. Postaram się to naprawić.
Odpowiedz
Pod względem słownictwa i ogólnej estetyki tekstu - śliczne, śliczne, śliczne, śliczne! Piękna zabawa słowem, bogaty ich zasób, mogłabym czytać nawet o rozmnażaniu się paprotek takim językiem. Dopatrzyłam się paru drobnych błędów, ale nie zakłócały one odbioru. Co do treści. Fabuła jak dla mnie ciekawa, chociaż niezbyt rozbudowana, miałam też wrażenie, że wszystko dsieje się zbyt szybko, chociaż nie wiem czy to nie zabieg celowy, hm. Aaanyway, leci lajk i mam nadzieję, że napiszesz coś równie ładnego w przyszłości ~
Odpowiedz
To skrócona wersja, specjalnie na potrzeby tego portalu. Oryginał jest dużo bardziej rozbudowany, ma 55 stron A4. Dzięki za miły komentarz. Piszę cały czas, ale większość nie wpisuje się w tematyczne ramy "strasznych historii"
Odpowiedz
Bartłomiej Waligóra A masz może jakiegoś bloga z tymi opowiadaniami? ;; Bo chętnie bym poczytała.
Odpowiedz
Nie prowadzę bloga, ale wystarczy mail i sprawa będzie załatwiona.
Odpowiedz
Super napisane . GRATULACJĘ DLA AUTORA .
Odpowiedz
Pięknie napisane, bardzo poprawnie i to by było na tyle. treść wg mnie była po prostu słaba. Cały czas czekałem, aż wreszcie się skończy. Jak dla mnie było to zwyczajnie nudne. Przeczytałem do końca, licząc na zwrot akcji, coś ciekawego, niestety się zawiodłem.
Odpowiedz
Krytykować kogoś jest najłatwiej. Spróbuj sam coś napisać i tu wstawić...
Odpowiedz
Gratuluję ;) Świetne opowiadanie, naprawdę warto przeczytać! :)
Odpowiedz
No no no, widać, że autor bardzo się postarał. Gratuluję. Świetne opowiadanie i takie inne, nietypowe. Jeszcze raz gratuluję i pisz więcej :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Czas czytania: ~17 minut Wyświetlenia: 7 724

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje