Mgła

Dodane przez: kesaile, 5.04.2015, 21:30
Reklama:

Jeśli to czytasz, to jestem już martwy, a ty stoisz na pokładzie opuszczonego statku patrolowego klasy Cyclone, USS Mistral, z padniętymi mechanizmami i nie funkcjonującą siecią elektryczną. Jestem – byłem – oficerem wykonawczym tego statku, komandorem porucznikiem Ryanem Simmonsem.

Proszę, przeczytaj to uważnie. Jeżeli jesteś oficerem lub szeregowym Navy, to jest rozkaz:

Opuść ten okręt, natychmiastowo. Nie kończ tego listu. Wydostań się z Mistrali i poślij ją na dno. Rozważ to jako scenariusz kwarantanny, wszyscy są tak jakby martwi. Niech Opatrzność Boża czuwa nad tobą, jeśli jednak żyją.

Jesteśmy osiem dni po wypłynięciu z Kirkwall, śledząc zaszyfrowane, niewyraźne SOS os statku, który wydawał się być islandzkim kutrem rybackim, Magnusdottir, daleko wgłąb strefy objętej zakazem łowienia na Morzu Północnym. Odnaleźliśmy statek, a raczej rozciągniętą na szerokość mili smugę oleju i resztek okrętu, którego największe fragmenty nadal płonęły. Wcześniejszej nocy członek załogi trzymający wachtę zareportował widoczność błysku światła na horyzoncie.

Nigdzie nie mogliśmy znaleźć załogi Magnusdottira, pomijając jednego osamotnionego rybaka, nie usmażonego, znalezionego na samym krańcu smugi perzyny okrętu. Dostał kulkę w czoło małym kalibrem rewolweru. Gdy wyłowiliśmy jego bladoniebieskie szczątki z lodowatej wody, nadal ściskał w dłoni nóż rybacki. To, co mogliśmy wywnioskować z poszatkowanego i dezorientującego dowodu, to to że z nieznanych przyczyn załoga była ze sobą skłócona, a rezulatatem tej kłótni był przynajmniej jeden trup oraz opcjonalnie sabotaż i destrukcja kutra.

Widoczność wynosiła jedynie kilkaset stóp, następnego dnia pływaliśmy wśród zgliszczy z nadzieją na znalezienie jakiejś żywej duszy. Załoga była już w tym momencie wstrząśnięta odkryciem; złowieszcza aura mgły i samotnie pływające, kopcące się szczątki Magnusdottira, które zderzyły się z naszym kadłubem, zdestabilizowały nawet największych wyjadaczy. Oczekiwaliśmy spokojnego rejsu i szybkiego odnalezienia kilkunastu wdzięczynych islandzkich rybaków. W zamian dostaliśmy spokojne morze w kolorze oleju, jedną sztukę zwłok i więcej niż parę dokuczliwych pytań.

Mistrala po przedłużonym rejsie w Atlantyckiej Flocie w Bahrajnie, zaraz przed przeniesieniem jej na Morze Północne, była serwisowana. Była w dobrym stanie, więc mogę przyjąć to, że pierwsza awaria mechaniczna była aktem sabotażu lub robotą jakiejś siły z zewnątrz. Stało się to pierwszej nocy, kiedy omietliśmy ostatni raz wzrokiem to pobojowisko i wróciliśmy do analizowania sygnału SOS Magnusdottira.

Miejsce nie było jakieś specjalne, zimny i samotny zestaw współrzędnych, nic ponadto. Byłem w mojej kabinie, właśnie się rozgościłem, kiedy rozległ się dźwięk telefonu od Kapitana, który zwięźle wydał rozkaz pojawienia się na rufie.

Ubierając się naprędce, wyśliznąłem się z kajuty w chmurę wyczuwalnego niepokoju i strachu. Szeregowi i młodsi oficerowie przemieszczali się w kierunku pokładu niczym spanikowane szczury. Nikt nie utrzymywał kontaktu wzrokowego ani nic nie mówił. Nie rozbrzmiewał typowy dla załogi wisielczy humor, ani nie było czuć atmosfery koleżeństwa wyczuwalnej zazwyczaj podczas wykonywania nie do końca konkretnych rozkazów. Była tylko ponura inercja, która wyrwała nas w środek tej arktycznej nocy.

Na pokładzie noc była nienaturalnie klarowna i zimna, a światło gwiazd zapadało się w lodowatym powietrzu. Mgła i chmury okalały cały statek w odległości kilkuset jardów, jakby utrzymywały dystans podczas naszej obecności na zewnątrz. Kapitan wychylał się za burtę razem z ludźmi trzymającymi wachtę. Podchodziłem do niego panikując, chcąc desperacko dowiedzieć się co się dzieje, kiedy to zobaczyłem – światło wylewające się spod naszych stóp.

Tafla morza była niewzburzona, niczym powierzchnia lustra. Woda była koloru atramentu, odznaczały się na niej jedynie blade odbicia gwiazd, ale pod taflą coś błysnęło chłodnym światłem. Pulsujące kształty fioletu, zieleni i głębokiego kobaltu zabłyszczały spod wody. Cicho sunęły, łączyły się i drgały, głęboko pod szklistą powierzchnią akwenu.

Gapiliśmy się, dwa tuziny kobiet i mężczyzn, oniemieli i przerażeni tym widokiem. Z płynnych ruchów wyłaniało się poczucie ogromu. Wydawały się one wyłaniać z wielu sążni pod nami, co uczyniłoby je niewiarygodnie wielkimi i niemożliwie szybkimi. Nie miały określonego kształtu, a woda pozostała nienaruszona, to było tylko głęboko ukryte pole płynnego światła.

Patrzyliśmy na to tak długo, że wydawało się, jakoby były to godziny, zahipnotyzowani zachwycającym baletem chłodnego blasku, lustrzanym odbiciem północnych świateł. Kiedy nagle spektakl się zakończył, niemal jednocześnie wydarzyły się trzy rzeczy. Po pierwsze, wydawało się jakby światła zawarły ze sobą umowę, każdy pyłek zastygał w bezruchu i kurczył się niczym źrenica oka w jasnym świetle. Po drugie, w powietrzu wyczuwalne były drgania, które sprawiły, że włosy na karku stanęły mi dęba. Kiedy upiorne światła wygasły, drgania przybierały na intensywności do momentu, w którym myślałem, że oczy wyciekną mi z oczodołów. Poprzez mgłę nagłego bólu, usłyszałem hałas unoszący się w arktyczny wiatr, nucąca wibracja z Mistrali, która złączyła się z elektrycznymi drganiami w mojej czaszce.

W jednym momencie każda żarówka na Mistrali została przepełniona energią, buchały światłem i brzęczały głośno w swoich powłokach, a kiedy wycie sięgnęło zenitu, zaczęły pękać i roztrzaskiwać się wśród pękających iskier. Trwało to mniej niż dwie sekundy i pozostaliśmy dryfujący w ciszy po ciemnych wodach, pod gwieździstym niebiem, na martwej i sparaliżowanej łodzi.

Uszkodzenie było niewidoczne, nie było dla niego żadnego racjonalnego uzasadnienia. Nic na Mistrali nie działało, każdy doskonale zaprojektowany mechanizm padł. Każda lampka była w kawałkach, dotyczyło to nawet zapasowych żarówek, a malutkie latarki, który każdy nosił z sobą były teraz bezużytecznymi zabawkami. Telefony satelitarne, krótkofalówki, wszystkie urządzenia służące do komunikacji stały się bezwartościowymi blokami plastiku i kabli. Żadna bateria nie nadawała się do użytku, każda wieża stereo milczała. Dryfowaliśmy, bez żagli czy silnika, odizolowani od świata setkami mil czerni i bezgłośnego morza.

Załoga pierwszej nocy poruszała się po statku niczym krety, niezdarnie przeciskając się przez ciemne korytarze z kilkoma bladozielonymi chemicznymi światełkami, by sprawdzić każdy system. Każda przygnębiająca wiadomość rozprzestrzeniała się jak ogień w lesie, a ja z kapitanem staliśmy na pokładzie, próbując nadać sens bezsensownemu. Na końcu, kiedy już nic nie mogliśmy zrobić, wróciłem do kabiny i próbowałem zasnąć, lecz uciążliwa ciemność wyciągała po mnie dłoń, powoli naciskając na moją pierś.

Następnego ranka ponownie próbowałem przeanalizować sytuację w nadziei, że poprzedniej nocy coś przeoczyliśmy. Zniszczenia były porażające. Chcieliśmy znaleźć jakiś sposób, by wysłać sygnał SOS i mieć nadzieję, że nie podryfowaliśmy zbyt daleko od miejsca naszych ostatnich znanych współrzędnych. Ludzie nie mieli pełnego obrazu sytuacji, ale z ich nawiedzonych oblicz wywnioskowaliśmy, że wiedzieli jak ciężka jest sytuacja.

Pierwsza śmierć nastąpiła tego popołudnia. Krzyk zaprowadził mnie na górny pokład, w ciężką, gęstą mgłę. Daleko w mroku mogłem ujezeć zanikające powoli jasne plamki światła. Żołądek mi się skręcił, to były dwie flary sygnalizacyjne dryfujące bez celu we mgle. Jakiś skończony idiota odpalił flary sygnalizacyjne. Zapłonąłem obcą dla mnie furią i rzuciłem się przez mleczną mgłę ku dziobowi z nienawiścią we krwi i mocno zaciśniętymi pięśćmi.

Scena, która wyłoniła się z mgły wybiła mnie z otępienia. Marynarz z pistoletem sygnałowym wciąż tkwiącym w jego dłoni, leżał połamany w kałuży krwi. Kapitan stał nad nim trzymając się poręczy i wielokrotnie wbijał obcas buta w bajzel, który jeszcze niedawno był czaszką tego mężczyzny. Zorientowałem się, że krzyk, który usłyszałem, to wysokie zawodzenie, pochodziło z krtani Kapitana, jego twarz była wykrzywiona w grymasie zwierzęcej furii. Otaczał ich mały tłum, stojący bez ruchu i w kompletnej ciszy, obserwujący niczym wartownicy.

Kapitan odwrócił się w moją stronę, przykucnął i podniósł pistolet sygnałowy na wysokość moich oczu.

Wpatrywaliśmy się w siebie długi moment, nasze oczy nawet nie drgnęły, a on sapał ciężko z twarzą lekko zabrudzoną krwią. Jedynym słyszalnym dźwiękiem było mokre bulgotanie w krtani umarlaka, na jego zmasakrowanej twarzy tworzył się bąbelek krwi.

Służyłem z tym mężczyzną blisko dekadę. To nie był Kapitan, którego znałem. To była wydrążona podobizna wypełniona przemocą i terrorem. Chwilę później spokojnym głosem poprosiłem go o podanie mi pistoletu. Na początku się nie odzywał, lecz potem lekko drżącym głosem, który został pochłonięty przez gęsty mrok wokół nas, powiedział:

„Zamordował nas, Ryan. Mgła... Flary nigdy...”

Potrząsnął głową i mocno zacisnął powieki, jakby próbował wybudzić się ze złego snu. Potem cały gwałtownie zadrżał, wyginając się w tył niczym epileptyk.

„Ten mały skurwiel nas zajebał” wykrztusił. Pistolet zachwiał się w powietrzu i przybliżyłem się o krok, próbując go zabrać. Otworzył oczy i znów zastygłem, wbijając wzrok w jego źrenice.

„Umrzesz tutaj.” Cicho zachichotał. „Od zawsze chciałem zobaczyć jak zdychasz, pierdolony tchórzu.”

Odchylił swoją głowę do tyłu i zaśmiał się śmiechem przypominającym wycie hieny do szarego nieboskłonu, a potem włożył pistolet w swoje usta i pociągnął za spust, ostatnia raca skąpała go w aureoli pomarańczowego magnezu i dymu. Wypadł przez burtę. Jeśli rozległ się jakikolwiek dźwięk, gdy uderzył w wodę – mgła go pochłonęła.

Stałem tam chwilę, która okazała się być całkiem długa. Powoli docierało do mnie, że stoję sam, cicha widownia rozproszyła się do swoich kabin, a razem z nimi z pewnością rozproszyła się po załodze ta ponura opowieść. Bałem się o morale, absurdalne zmartwienie, teraz to rozumiem, ale nie mogłem ruszyć się z miejsca, jakby sama siła woli miała spowodować, że morze zwróci tego człowieka, mojego przyjaciela.

Pierwszy wystrzał broni wybudził mnie z zadumy.

W schowkach awaryjnych znalazłem garstkę pistoletów sygnalizacyjnych i powciskalem po jednym do każdej kieszeni, wkraczając w ciemny pasaż prowadzący na dolny pokład. Ponad pustymi dźwiękami wystrzałów, inne przytłumione dźwięki zaczęły się wytrącać, dławiące szlochy, wrzaski bólu i gniewu, wszystko potęgujące mdlącą impresję miedzianego zapachu krwi.

Ciemność była uciążliwa i krzaczasta, niczym róża wzrosła w moim sercu. Wygasające blade światło z chemicznych glowsticków, które migotały w równych interwałach czasu oświetlało pusty korytarz, ruszyłem w kierunku mojej kajuty.

Była obrabowana, brakowało mojej służbowej broni. W następnych dwóch kabinach byli martwi młodsi oficerowie, ich połamane ciała tkwiące wciąż w pryczach, czaszki otwarte jak kwitnące kwiaty w ich point-blank.

Odczułem wyraźną i irracjonalną chęć wybiegnięcia na górny pokład i wyskoczenia za burtę, tylko po to by odpłynąć od statku w nieznane wody. Uchwyciłem pistolet sygnalizacyjny i wyciągnąłem go przed siebie, bardziej w roli talizmanu niż faktycznej broni, i powoli podążyłem wzdłuż korytarza, kierując się w kierunku koi marynarzy.

Drzwi były szeroko otwarte, a smród krwi i gówna był mdlący. Gdy moje oczy dostosowały się do półmroku, zauważyłem pole ciał, rozdartych, rozdrobnionych i rozwalonych nabojami i prowizorycznymi kijami. Paru ludzi wciąż się ruszało, drgając lekko. Otumaniony patrzyłem, póki jeden mężczyzna o twarzy pokrytej krwią i furią, nie odwrócił się do mnie i nie zaczął z cichym kwileniem złości odpychać się rękoma w moim kierunku, wlokąc za sobą złamaną i rozgniecioną nogę.

Wyłaniając się z cienia, inna forma rzuciła się na niego, but wgniótł się w plecy poturbowanego człowieka z wilgotnym dźwiękiem pękania. Rozpoznałem twarz napastnika w chemicznym, zielonkawym półmroku, to był młody, cichy mól książkowy. Jak w przypadku Kapitana, to nie była osoba, którą wcześniej znałem, to była bestia odziana w jego skórę.

Pochylił się i chwycił szczękę nieszczęśnika, włożył kciuk w jego usta. Poszkalowany ryknął - był to dziki bezmyślny dźwięk - i próbował ugryźć, ale napastnik chwycił go mocno i pociągnął.

Szczęka odłupała się przy akompaniamencie rozrywanych ścięgien i przerywanego wrzasku, który zanikł w powietrzu.

Już nie oddychałem, trzymając się w milczeniu przy wejściu, ale agresor podniósł głowę by mnie ujrzeć, jego nozdrza rozchyliły się. Szczęka uderzyła o podłogę z mokrym, mięsnym dźwiękiem, a on rzucił się na mnie z cichą zwierzęcą gracją.

Odpaliłem racę, ugodziła go prosto w klatkę piersiową. Jego koszulka zapłonęła, a z płuc uciekło całe powietrze przy nagłym, energicznym wydechu, ale – niemożliwie - kontynuował nacieranie na mnie. W momencie w którym przeszedłem przez próg i zatrzasnąłem drzwi, ogień wspiął się na jego włosy, a mężczyzna zaczął piszczeć z zakrzywionymi palcami wciąż wyciągniętymi ku mnie.

Czułem jego napieranie na drzwi i ujrzałem to koszmarne oblicze okalone ogniem poprzez niewielki iluminator, jego usta już spłonęły ukazując dwa rzędy perfekcyjnych zębów. Zawodził i począł walić swoim płonącym ciałem o drzwi. Jeden, dwa, trzy razy, a potem cisza. Podniosłem wzrok na bulaj i zobaczyłem jedynie niewyraźny obraz płonącego kształtu, który zapadł się w mroku.Wszystkie racjonalne myśli wyparowały i uciekły z tego karneru.

Zabarykadowałem wszystkie wejścia na dolny pokład i skazałem się na powolną śmierć z rąk osaczającego chłodu. Nadal słyszę żywych, krzyczących i walących w drzwi. To nie są ludzie, których znałem. Trzymam się tej myśli, zostawiając ich w ciemnościach, by się zagłodzili lub powyżynali.

Jeżeli dotarłeś do tego momentu listu i nie opuściłeś tych wód, lub (Boże, nie pozwól na to) jesteś nadal na pokładzie Mistrali, ponownie cię błagam: Wynoś się teraz, póki możesz. Nie patrz pod pokład, nie ma tam już nikogo, kogo można uratować i nikogo, kto na ratunek zasługuje.

Jest teraz zimno, a blednący dzień zmienia szarość w czerń. Tej nocy nie ma gwiazd, niczego poza grubym kocem zmierzchu. Jeżeli mógłbym zejść pod pokład, znalazłbym jakiś sposób na zniszczenie Mistrali, jak ci odważni ludzie z Magnusdottira, ale teraz jest już za późno. Jedyne co mogę uczynić w ostatnich momentach mojego żywota – już ucieka czucie z wszystkich moich kończyn – to ostrzeżenie.

Proszę, poślijcie nas na dno, nikomu nie mówcie, że nas odnaleźliście i nigdy nie wracajcie. Są rzeczy i pierwotne pragnienia starsze od ludzkości i siły wymykające się naszym maluczkim umysłom; i mieszkają one tutaj, pod zamarzniętym morzem.

Źródło: https://justpaste.it/kcq3
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!