Historia

Pierwszy pilot H. Stevens

marcinov123 3 4 lata temu 3 340 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Spadaliśmy. Średnio przypominało to lądowanie awaryjne. Po prostu spadaliśmy. Płonęły dwa silniki, śmigło trzeciego kręciło się niemrawo dławiąc się dymem. Na szkoleniu sierżant śmiał się, że Liberatora da się zestrzelić w momencie wpakowania w niego ilości ołowiu przekraczającego jego udźwig. W słuchawkach wyły wszystkie diabły. Aparatura zagłuszająca szkopów szpikowała każde pasmo upiornym wyciem utrudniającym komunikacje. Podkręcaliśmy głośność do oporu, próbując przekrzyczeć jazgot. Często bezskutecznie. Po godzinie zdawało się, że twoja głowa niedługo eksploduje. Samolotem rzucało tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. Cały kadłub był podziurawiony jak sito, z tyłu było pełno dymu. Nikt nie odpowiadał.

Trzy tysiące metrów. Wskazówka wysokościomierza kręciła się szybko. Za szybko. Lecieliśmy w dół jak kamień. Z przodu, na stanowisku strzelca dziobowego Whiteman wył tak głośno, słyszeliśmy go mimo ryku silników. Kiedy trafiły nas pierwsze mesy przyjęliśmy dużo ołowiu na przód. Wtedy Whiteman umilkł i zaczął strzelać. Wypruł z karabinu całą serię do przodu. Bez celowania. Trzymał spust tak długo aż opróżnił podajnik amunicji. Potem umilkł. Jeszcze później zaczął wyć. Nie chciałem nawet myśleć co musiały zrobić mu pociski razem z odłamkami przestrzelonego kadłuba. Whiteman wył, samolot spadał, silniki płonęły. Reszta załogi prawdopodobnie nie żyła. Byliśmy już dwa kilometry nad ziemią.

Stevens był spokojny. Potwornie spokojny. Zaciskał ręce na sterach z taką siłą, że zbielały mu palce. Przygryzł wargę i kropla krwi spłynęła mu na brodę. Przez potrzaskaną owiewkę wpadało do środka lodowate powietrze. Zdawał sobie nic z tego nie robić. Kiedy zapalił się drugi silnik zrzucił słuchawki i czapkę. Mijały nas mesy. Gdzieś w dole widziałem las i polany, zasypane śniegiem.

- Panowie! Panowie proszę o uwagę- powiedziałem dwa dni wcześniej, kiedy siedzieliśmy w hangarze na pustych skrzyniach po amunicji pijąc wódkę. Tak przynajmniej nazywaliśmy to, co nauczyli nas pędzić polscy piloci z trzysta-trójki. Whiteman podniósł wzrok znad kart, w które rżnął z Kowalskim każdego dnia, na zmianę przegrywając i wygrywając paczki fajek. Stevens pociągnął ostatni łyk i zakręcił butelkę. Byłem już lekko wcięty, w kieszeni na piersi miałem list, złożony w trójkąt, zapisany drobnym, lekko pochylonym pismem Marry.

- Panowie - wstałem ze skrzyni i stanąłem na baczność szeroko się uśmiechając- Niniejszym oznajmiam wam, że wasz najlepszy i niepowtarzalny drugi pilot - zawiesiłem na chwilę głos- Został ojcem! - uniosłem butelkę.

Zaczęli klaskać jak na komendę. Kowalski przezornie od razu wstał i poszedł po następną butelkę. Stevens klepnął mnie mocno w plecy i zgniótł rękę w uścisku. Marry była jego młodszą siostrą. Trzymaliśmy się razem od czasów szkoły. Poprosiłem ja o rękę kilka miesięcy przed tym, jak wybuchła wojna. Ich rodzice zmarli w wypadku samochodowym kiedy obydwoje byli dziećmi. Mieli tylko siebie. Stevens dbał o nią, powiedział mi kiedyś, ze jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzę po prostu mnie zabije. Oczywiście nawet bez tej groźby traktowałem Marry jak księżniczkę. A jej brat był moim najlepszym przyjacielem - a potem również i szwagrem. Jednak kiedy powiedziałem że zostałem ojcem coś zmieniło się w Stevensie. W jego oczach. Widziałem jak klaska razem z innymi, ale jakby poszarzał i zmienił się. Spytałem go o to kiedy wracaliśmy zdrowo pijani do naszych baraków, ale machnął tylko ręką. Kiedy Kowalski wrócił z kolejną flaszką dołączyli do nas mechanicy - jeden z nich wyczekiwał również narodzin. Koło dwudziestej drugiej przyszedł dowódca, wypił z nami solidarnie kielicha po czym kazał się odmeldować i iść do baraków. Wracając śpiewaliśmy piosenki, paliliśmy papierosy, opowiadaliśmy żarty o Niemcach i chwaliliśmy się zestrzeleniami. Ale tak naprawdę każdy z nas nosił w sobie niepokój. Każdy z nas chciał wrócić do domu. Wtedy zrozumiałem o co chodziło Stevensowi. On się bał. Bał się, z jego jedyna siostra zostanie wdową a siostrzeniec będzie wychowywał się bez ojca. „Obyś miał zawsze tyle lądowań co startów!” życzył mi tydzień wcześniej, na wigilii. O tak. To też było marzenie każdego z nas. I każdy marzył o tym, żeby wojna się skończyła.

A teraz spadaliśmy Liberatorem z płonącymi trzema silnikami. Ściskałem w ręku różaniec czując nawet przez rękawice jego koraliki. Zagrzmiały MG-17 i dostaliśmy kolejny raz. Znowu w kadłub. I w prawe skrzydło. Widziałem rozbłyski i elementy poszycia, które rozprysnęły się zostawiając po sobie ziejące dziury. Jazgot silników przelatujących mesów zlał się w jedno z pociskami szarpiącymi nasz samolot. Skuliłem się w fotelu starając trzymać głowę jak najniżej. Moje przyrządy sterownicze i tak były uszkodzone- pilotować mógł tylko Stevens. Jeden z myśliwców nadleciał z boku robiąc sito z części kadłuba i pakując kilka pocisków prostu w moja stronę kokpitu. Gdybym w tym momencie trzymał stery prawdopodobnie straciłbym ręce.

Whiteman nadal wył. Liberatorem rzucało tak, jakby miał rozlecieć się w powietrzu. Pilot nie zwracał na to uwagi. Trzymał stery pewnie, jego twarz była nieruchoma jak kamienna maska. Każdy z nas dostał kilkoma mniejszymi bądź większymi odłamkami. Z prawej strony głowy Stevens miał szramę, z które spływała krew. Jeden pocisk rozpruł nawet fotel kilka centymetrów nad jego prawym ramieniem. Chyba dostał też przy pierwszej serii- widziałem ślady krwi na jego kombinezonie, gdzieś pod prawym ramieniem. Nic sobie z tego nie robił. Pochylił się do przodu i zwiększył ciąg w trzecim, jedynym ocalałym silniku. Samolot zawył jakby w proteście. Dziób uniósł się kilka stopni w górę. Widziałem las pod nami. Coraz bliżej. Za blisko. Różaniec który trzymałem w ręce pękł i koraliki rozsypały się na podłodze. Stevens odwrócił się w moją stronę. W kabinie wył wiatr, ryk silników był nie do zniesienia, co jakiś czas uszkodzona elektryka zasypywała kokpit iskrami. Był spokojny. Spojrzał na mnie.

- Dbaj o nią - powiedział. Chociaż nie słyszałem słów odczytałem je z ruchu warg. Potem odwrócił się i zawył. Zawył jak zwierzę, tak głośno ze słyszałem go mimo ryku silnika.

Ciągnął stery do siebie z niemalże nadludzka siłą. Dziób samolotu uniósł się odrobinę. Widziałem, że skrzydła niedługo zaczną muskać czubki drzew. Stevens przesunął dźwignie i wyłączył pompy paliwowe. Silnik zadławił się i zgasł. Pozostałe już nie pracowały. Skuliłem się w fotelu obejmując rękami głowę. Usłyszałem, jak łamiemy czubki drzew. Chwilę potem uderzyliśmy w ziemię.

***

Stoję na środku polany wspierając się na lasce. Od kilku lat mam sztuczne biodro, ale drugie też już nie domaga. Lekarz mówi, ze przy moim sercu taka operacja byłaby za dużym obciążeniem. Cóż, w uprzejmy sposób chyba zakomunikował mi, ze jestem już za stary na jakiekolwiek zabiegi. Lekko kuleje- może trochę bardziej w deszczowe dni. Siadam wtedy na fotelu w swoim domu, mój pies, Buddy od razu przybiega i kładzie się koło moich nóg. Też jest staruszkiem - jak ja.

Marry odeszła trzy lata temu. Pije herbatę z wielkiego kubka, który dostałem od wnucząt. „Super dziadek!” głosi napis pisany dziecięcą rączką. Pod spodem narysowany jest samolot. Moje wnuki uwielbiają opowieści lotnicze- na urodziny dałem najstarszemu moją starą czapkę pilota. Razem ze swoim najlepszym kolegą Henrym Whitemanem twierdzą, ze zostaną pilotami myśliwców. Póki co kleją modele i całkiem nieźle im to wychodzi. Czasami siedzą pół dnia w pracowni na poddaszu. Bo wiem że ciężko Wam będzie w to uwierzyć- Whiteman przeżył. Przeżył awaryjne lądowanie na schowanym podwoziu- na pozycji strzelca dziobowego. Przeżył kiedy samolot ściął czubki drzew i siadł brzuchem na niewielkiej leśnej polanie. Stevens musiał jakimś cudem wypatrzyć ją jeszcze z góry - szanse na lądowanie właśnie tam były praktycznie zerowe… ale udało mu się. Z siedmioosobowej załogi przeżyliśmy tylko my. Whiteman stracił nogę i do końca życia niedomagał. Niemniej spędziliśmy jeszcze wiele wspólnych wieczorów paląc cygara i pijąc whisky. Dochował się dwójki dzieci i pięciorga wnucząt. W zeszłym roku zabrała go śmierć i zostałem teraz ostatnim z załogi naszego Liberatora. Z Whitemanem co kilka lat jeździliśmy do Niemiec- udawaliśmy się na wycieczkę do lasu żeby położyć kwiaty na pewnej zarośniętej już polanie. Teraz niedaleko przebiega autostrada, wiec całkiem łatwo można tam dojechać.

Kładę kwiaty na środku polany. Przez kilkadziesiąt lat stała się zupełnie innym miejscem niż to, które zapamiętałem. Ale ciągle tu jest - zagubiona w lesie. Kładę kwiaty i myślę o Stevensie. Myślę o tym, co powiedział mi lekarz kiedy w końcu nas znaleźli. Dwa pociski w serce, zgon w ciągu sekundy.

Nie wiem, czy wierzę w Boga, w raj i piekło. Jestem w tym wieku, że niedługo sam się przekonam. Może to prawda- i każdy z nas po śmierci idzie tunelem w stronę światła. Jeśli tak jest, to Stevens w spadającym, płonącym samolocie wrócił z tego tunelu na kilka chwil. I nas uratował.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Moje ulubione, pięknie napisane ?
Odpowiedz
Po prostu jak to czytałem aż mnie dreszcze przechodziły. BRAWO!
Odpowiedz
To dużo lepsze opowiadanie od wielu na stronie głównej, ale nie straszne, a o to tutaj chyba chodzi. Podoba mi się to jak piszesz, śmierdzi to już profesjonalizmem, ale wciąż zapominasz o polskich znakach (to pierdoła, którą bardzo łatwo naprawić). Trzymaj się!
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje