Historia

Dom z naprzeciwka, cz. I

Użytkownik usunięty 3 8 lat temu 8 485 odsłon Czas czytania: ~10 minut

Muzyka płynąca z radia śmiało przekraczała próg bezpiecznej dla bębenków usznych głośności, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia. Brian Adams pędził swoim wściekle czerwonym fordem po autostradzie prowadzącej na obrzeża miasta Lexington, gdzie po przeprowadzce osiedlili się jego rodzice. Prawdę mówiąc kompletnie nie rozumiał ich wyboru; stare mieszkanie w bloku może było małe, ale za to położone w centrum wielkiego Louisville, skąd wystarczyło zrobić dwa kroki by znaleźć się w markecie czy sklepie odzieżowym. Teraz muszą odpalać silnik wielopokoleniowego gruchota pamiętającego czasy wojny secesyjnej by kupić w sklepie drożdże do ciasta.

Skręcił ostro w lewo piszcząc przy tym oponami po rozgrzanym od południowego słońca asfalcie. W nowym domu rodziców spędzić miał zaledwie dwa miesiące wakacji, potem znowu wracał do barwnego, rozimprezowanego życia studenta wydziału resocjalizacji i socjoterapii.

- Forget the hearse 'cause I never die

I got nine lives

Cat's eyes

Abusin' every one of them and running wild - Brian podkręcił głośność o kolejne 5 stopni i śpiewając słowa piosenki, przy okazji okropnie fałszując, wdusił pedał gazu przeczesując palcami gęstą, kruczoczarną czuprynę. Miał nadzieję dotrzeć do domu rodziców przed zachodem słońca; nigdy nie wiadomo kto może przechodzić pozornie bezludnymi ulicami po zmroku. W myślach widział siebie jak ulega pokusie podwiezienia pięknej nieznajomej, która w następnej chwili zamienia się w mackostwora pożerającego ludzkie serca.

"Mniej horrorów, zdecydowanie mniej horrorów, Brian".

Mężczyzna westchnąwszy ciężko skupił się na drodze, opuszczając na nos przeciwsłoneczne okulary.

***

Bóg nie zdążył jeszcze zgasić słońca, ale blada poświata księżyca odcinała się już na tle miarowo ciemniejącego nieba, gdy Brian wtoczył się z cichym warkotem silnika na podjazd domu rodziny Adamsów. Miał szczęście w nieszczęściu - poziom benzyny przedstawiał alarmująco niski stan. Brunet wysiadł z auta i taszcząc za sobą walizkę na kółkach ruszył przez podwórze w stronę domu. Brian zmarszczył brwi ogarniając wzrokiem ogromny budynek. Nazwałby to raczej na wpół przeżartą przez korniki ruderą z powybijanymi oknami, zasłonami w strzępach i spróchniałymi deskami, z których schodziła płatami brudna, żółta farba, aniżeli domem, jednak nie bąknął na ten temat ani słowa przy rodzicach. Nie chciał robić im przykrości; wiedział jak wielkie nadzieje i plany wiązali z remontem posiadłości. Liczył jedynie na to, że dom w środku będzie wyglądał lepiej niż z zewnątrz.

Pomyłka kosztowała go rozczarowanie i parę ciężkich westchnień.

- Synku! - Suzanne, dotychczas zajęta smażeniem naleśników na pokrytej plamkami rdzy kuchence gazowej, teraz podbiegła do Briana i uściskała go tak mocno, iż czuł, jak jego wątroba i żołądek zamieniają się miejscami. Matka była o głowę niższa, lecz zawsze miała siłę w rękach, chociaż jej drobna postura na to nie wskazywała. Założyła pasmo jasnych włosów za ucho i wpatrywała się uparcie w twarz syna, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się dosłownie wszystkiego. - Jak minęła ci podróż? Dobrze się jechało? W wiadomościach podawali, że ponoć w nocy będzie mróz, więc dobrze, że zdążyłeś przed zmrokiem. A kupiłeś zegar ścienny, o który cię prosiłam? Stary całkiem się zepsuł - wydęła wargi z niezadowoloną miną, przechodząc z powrotem do niewielkiej kuchni. Brian uśmiechnął się promiennie. Brakowało mu zarówno paplaniny Suzanne jak i jej słynnych placków.

***

- Ojciec wyjechał przedwczoraj z ważnym ładunkiem, jutro po południu powinien już być. - Talerz z parującym naleśnikiem wylądował przed wygłodniałym Brianem, który zastanawiał się co takiego ważnego mógł przewozić Mick, że zajęło mu to prawie cztery dni.

Po zjedzeniu kolacji Suzanne oprowadziła syna po domu, który nie wywarł na nim dobrego wrażenia. Nie chodziło już o samą estetykę wnętrz, lecz o zwykłe bezpieczeństwo. Wchodząc po schodach słyszał jak deski przeraźliwie skrzypią pod ciężarem jego ciała. Wspomniał o tym matce, lecz ona jedynie machnęła lekceważąco ręką, uparcie twierdząc że lada chwila zaczną remont. Zaprowadziła syna do jego pokoju, po czym wyszła, zamykając za sobą drzwi. Brian po powierzchownym rozpakowaniu walizki i zdjęciu koszulki rzucił się na łóżko, ale zaraz tego pożałował, bowiem w powietrze wzbiła się prawdziwa chmura kurzu. Po za tym niektóre ze sprężyn powybijały się z posłania, stercząc niczym maszty statku. Brunet jednak zamknął już oczy zapadając w iście kamienny sen.

***

O ile w pokoju Briana przy mocniejszym pociągnięciu drzwi szafy wypadły z zawiasów, a w szafce nocnej znalazł istny sweter z pajęczych nici i kurzu, o tyle w łazience było znacznie gorzej - kawałki pękniętego lustra leżały na podłodze, a z kranu zamiast wody płynęła rdza. Ponadto brunet odkrył gniazdo karaluchów w kabinie prysznicowej i z łatwością podjął decyzję o nie niepokojeniu ich.

Suzanne krzątała się w kuchni przyrządzając śniadanie, na które obecnie Brian wcale nie miał apetytu. Przez całą noc źle spał, na dodatek nawiedzały go koszmary związane z tajemniczymi, zupełnie nieznanymi mu symbolami, lecz przypisał wszystko zmianie miejsca i wyjątkowo niewygodnemu łóżku.

Rozejrzał się po korytarzu, na którym wisiały już oprawione w szklane ramki zdjęcia rodziny Adamsów. Uśmiechnął się, gdy dostrzegł małego, sześcioletniego siebie na starym, obdrapanym rowerku. O wielokrotności prób prawidłowego jeżdżenia na dwóch kółkach świadczyły zdarte kolana, a także najszerszy z możliwych uśmiechów. Brian poprawił zdjęcie, przechylając je lekko w prawo i ruszył w głąb domu, zaglądając do pokoi. Najczęściej były zamknięte albo praktycznie puste; ot, dwa stoliki na krzyż plus przybrudzona, rozdarta kanapa. Najciekawszą rzeczą jaką znalazł była śnieżna kula, którą bawił się przez następne dziesięć minut, wciąż na nowo oglądając jak prowizoryczne płatki śniegu opadają na drzewko choinkowe, pokrywając białym całunem jego gałęzie. Poza tym odkryciem w pokojach nie było nic, co naprawdę mogłoby przykuć uwagę Briana. Dom wydawał się tak nudny, jak wykłady na uczelni.

Poważnie zastanawiał się czy w ogóle wchodzić do ostatniego pomieszczenia na końcu korytarza. Drzwi wyglądały na zamknięte, tak jak większość, a nawet jeśli nie zapewne zastałby pustkę. Z obojętnością wymalowaną na przystojnej twarzy przyprószonej dwudniowym zarostem nacisnął klamkę. Ku zdziwieniu mężczyzny pokój był otwarty, a jego wnętrze przedstawiało znacznie więcej niż dwa stoliki. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że dawniej zamieszkiwała je dziewczyna; ściany obklejone były tapetą w kolorze bladego różu, której rogi gdzieniegdzie zachyliły się ukazując szarą, chropowatą powierzchnię. Łóżko z baldachimem zostało przyozdobione sztucznymi motylami o wielobarwnych skrzydłach, a strzępki niegdysiejszych fioletowych zasłon powiewały smutno pod wpływem wiatru wpadającego przez uchylone okno. Stojąca w rogu pokoju biała toaletka prezentowała się skromnie, ale uroku dodawały jej świeże kwiaty, które ktoś włożył do niebieskiego wazonu. "Suzanne" przemknęło mężczyźnie przez głowę.

Chociaż wszystko co znajdowało się tutaj pokryte było grubą warstwą kurzu i nadgryzione zębem czasu, miało w sobie jakąś magię, która zatrzymywała Briana, mimo iż jako mężczyzna względnie nie miał tu co robić. Jego wzrok padł na sięgającą sufitu szafę, która przez swoją odcinającą się na tle różu czerń nie pasowała do delikatnego wystroju wnętrza. Brian podszedł bliżej, dokładnie ją oglądając. Wydawała się jeszcze starsza niż pozostałe meble; długie rysy biegnące przez środek drzwi ukazywały znajdujące się pod hebanowym lakierem jasne drewno. Jeden z kunsztownie wykonanych uchwytów został oderwany, a prawy, górny kant uszkodzony, najpewniej o framugę przy wnoszeniu szafy do pokoju. Brian uchylił drzwi, zaglądając do środka z zaciekawieniem w jasnoniebieskich oczach. Jego entuzjazm osłabł nieco, gdy ujrzał jedynie ubrania pogryzione przez mole. Ze zrezygnowaniem przesunął wieszaki w lewą stronę, gdy jego oczom ukazała się niewielka półeczka, na której stała różowa skrzynka, bez wątpienia należąca do dawnej mieszkanki pokoju. Brian ujął szkatułkę w dłonie i usiadł na łóżku, otwierając ją. Licząc na coś wyjątkowego zaczął przeglądać znalezione w środku papiery, które owszem były wyjątkowe - wyjątkowo nieinteresujące. Na samym dnie leżał pamiętnik, który Brian otworzył na przypadkowej stronie.

"(...)Dziś dopadła mnie nuda. Wszyscy znajomi wyjechali, tylko ja zostałam na tym odludziu i nie mam do kogo otworzyć ust(rodzice i Katty się nie liczą, nawet nie mam o czym z nimi rozmawiać). Czasami ta wszechobecna cisza mnie przeraża.

Nasz sąsiad dziwnie się zachowuje. Ciągle wydaje mi się, że obserwuje nasz dom i śledzi każdy mój ruch. Wcześniej traktowałam to jako sąsiedzkie wścibstwo, ale odnoszę coraz mocniejsze wrażenie, że pan Walker wcale nie jest przyjaźnie nastawiony, mimo, że takiego zgrywa. Zastanawiający jest także fakt, że nikt z mojej rodziny poza mną nie dostrzega żadnych dziwactw w jego zachowaniu.(...)"

Brian skończył czytać notkę i powoli obrócił głowę w stronę okna, gdzie kilkaset metrów dalej stał dom ich sąsiadki - pani Finn. Nie miał jeszcze okazji jej poznać, ale słyszał o niej od matki same pochwały.

Omal nie spadł z posłania gdy zobaczył jak zza szyby w swoim domu wprost na niego patrzy sześćdziesięcioletnia kobieta z miną, której pozazdrościłby jej sam szatan. Brian przytrzymał się krawędzi łóżka i ponownie spojrzał w stronę mieszkania sąsiadki, lecz w oknie naprzeciw nie widniała już postać staruszki. Wciąż lekko roztrzęsiony brunet odłożył dziennik na swoje miejsce i wyszedł z pokoju, słysząc głos Suzanne wołający go na śniadanie.

- Czemu jeden z pokoi jest nietknięty? - Brian usiadł przy stole, bacznie obserwując jak matka krząta się w kuchni, łapiąc to za sól, to za pieprz.

- Oh, ten na końcu korytarza? Jest taki śliczny, że aż szkoda go niszczyć...- stwierdziła Suzanne próbując czy jajecznica jest odpowiednio doprawiona. - Jesteś jedynakiem, ale kto wie? Może Bóg ześle mi w końcu córeczkę! - rozmarzona uśmiechnęła się promiennie i przewiesiła przez ramię kuchenną ścierkę, stawiając przed synem śniadanie, po czym podreptała do salonu. Brian pozostawił jej przemyślenia bez komentarza i zastanawiając się nad dziwną treścią dziennika dawnej mieszkanki różowego pokoju pochylił się nad talerzem jajecznicy.

***

W miarę upływu dni Brian w jednym musiał zgodzić się z właścicielką dziennika - cisza naprawdę potrafiła być przerażająca. W połączeniu z nudą stanowiła zabójczą mieszankę, którą brunet, chcąc, nie chcąc, pił codziennie. Jedyną rozrywką jaką miał było grzebanie przy silniku samochodu ojca, który wrócił trzy dni temu, ale i to potrafiło się uprzykrzyć. Mimo nieustannych zachęt ze strony Suzanne by zwiedził okolicę, Brian wcale nie miał ochoty bezcelowo szwendać się po lesie. Przeważnie wolał zostawać w domu i próbować pisać pracę licencjacką na zadany temat. Dziś jednak postanowił zapoznać się przynajmniej z przydomowym ogródkiem.

Stojąc na werandzie zdziwił go brak jakichkolwiek przelatujących owadów. Gdy wyszedł z cienia na własnej skórze przekonał się dlaczego. Chmury nie było ani jednej i chociażby lornetką przeczesywać całe niebo, niemożliwością stało się wyszukanie nawet malutkiego obłoczka. Słońce natomiast jakby przeciwnie - u szczytu formy, w zenicie, górowało nad zielonym padokiem, swymi niechcianymi promieniami częstując każde źdźbło trawy.

Brian pochłonięty myślami szedł przed siebie z dużą trudnością - kroki stawiane w upale zdają się krótsze i potrzeba do nich znacznie więcej wysiłku. Zauważył, że nawet ptaki umilkły w spiekocie dnia. Zatopiony w rozmyślaniach nawet nie spostrzegł, kiedy wszedł na teren należący do ich sąsiadki - pani Finn. Na długich grubych sznurach rozwieszone były prześcieradła, zresztą w zupełności już suche z powodu dzisiejszej pogody. Brian wkroczył pomiędzy nie i przez chwilę bezmyślnie przyglądał się jak delikatnie falują pod wpływem ciepłego wiatru.

Nagle usłyszał chichot. Zmarszczył brwi, bystrzejąc. Obrócił się, dostrzegając kątem oka przemykający cień. Śmiech nie ustawał, dobiegając ciągle z innego miejsca, a ciemna plama przemykała tak szybko i niespodziewanie, że Brianowi nie udało się uchwycić sylwetki sprawcy głupich żartów. Wciąż obracając się wokół siebie wpadł w irytację.

- Dość tego! - rozeźlony zdarł ze sznura jedno z prześcieradeł. Porumieniał, gdy jego oczom ukazała się niewysoka postać siwej sześćdziesięciolatki, patrzącej na niego z pogodnym uśmiechem. Lekko zgarbiona, miała zarzucony na plecy gruby, czerwony sweter, mimo upału dnia. Zażenowany Brian przeprosił, oddając jej materiał. - Jeszcze raz przepraszam... Byłem pewien, że ktoś tu jest i... -

- Ależ nie ma sprawy! - przerwała mu szybko staruszka, ciągle uśmiechając się. - I tak są już suche i muszę je zebrać - zapewniła, zbierając ze sznurów kolejne, kolorowe spinacze. Złożyła prześcieradło bacznie obserwując swoimi łudząco podobnymi do kocich, zielonymi oczami jak brunet w ramach rekompensaty pomaga jej, co prędzej zbierając pozostałe płótna. - Dziękuję, Brianie. - Wyciągnęła kościste, spracowane dłonie po resztę prześcieradeł. Mężczyzna zmarszczył brwi, patrząc na twarz pani Finn, gdzie zmarszczki usiane były tak gęsto jak oczka rybackiej sieci. Siwe kosmyki włosów opadały na jej licznie pokryte bruzdami czoło. Tylko oczy zdające się przeszywać człowieka na wskroś niczym strzała i wyciągać z niego najgłębsze tajemnice zdawały się być wiecznie młode, żywe i podstępne. Teraz te oczy zwróciły się w stronę domu Adamsów.

Na werandę wyszła Suzanne ze swoim nieodzownym atrybutem - kuchenną ściereczką.

- Dzień dobry pani Finn! - uśmiechnęła się szeroko pozdrawiając kobiecinę, która skinęła jej przyjaźnie głową. - Brian! Obiad gotowy! - dodała, chwilę potem znikając za drzwiami wejściowymi. Brunet spojrzał na staruszkę, która nadal wpatrywała się w niego uważnie. Pożegnał się grzecznie i obrócił, by odejść, lecz poczuł nagły uścisk na przedramieniu.

- Uważaj na siebie, chłopcze. Słyszałam, że ta okolica jest wyjątkowo niebezpieczna... - Skrzekliwy szept ledwo dotarł do ucha Briana, jednak on zrozumiał go doskonale. Wyswobodził rękę z zaskakująco silnego uchwytu i przyspieszył kroku, zmierzając w stronę domu.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/10620-Dom-z-naprzeciwka-CZ-II

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać
Dokonaj zmian: Edytuj

Komentarze

Super się zapowiada
Odpowiedz
czasem brakowało przecinków, ale ogólnie mega ! ;)
Odpowiedz
Świetny tekst! Jeśli zamieścisz wszystkie części - jako spójną całość - wtedy przeniesiemy na główną!
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Czas czytania: ~11 minut Wyświetlenia: 8 487

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Czas czytania: ~11 minut Wyświetenia: 1 000

Artykuły i recenzje