Historia

Czas Z, część 9

gabriel grula 36 4 lata temu 13 430 odsłon Czas czytania: ~29 minut

Nie znasz jeszcze Czasu "Z"? Początek tej historii znajdziesz tu:

http://straszne-historie.pl/story/10204-Czas-Z

Spis wszystkich części: http://straszne-historie.pl/profil/5577

--- Część 9:

Od samego rana w całym bunkrze panuje nieco nerwowa atmosfera.

- Spoko, tak jest za każdym razem przed wyjściem na powierzchnię – uspokaja mnie Monika.

No tak, inaczej jak się jest samemu, a co innego jak zostawia się bliskich. No i nie daj Boże aby wychodzącym przytrafiło się coś złego. Dla całej reszty oznaczałoby to poważne kłopoty, a nawet śmierć.

Dokonujemy szybkiego przeglądu przygotowanych rzeczy.

W zasadzie mam tylko wziąć, oczywiście prócz broni, duży plecak.

U celu podróży zostanie on wypełniony do granic możliwości potrzebnymi produktami i to właśnie wtedy zacznie się ta dużo cięższa oraz trudniejsza część naszej misji.

Każdy zabiera także po dwie konserwy, kilka kromek chleba i dwa litry wody.

Magda wkłada do plecaka długą linę, latarkę i małe nożyce do cięcia metalu. Bierzemy jeszcze dwa dmuchane, zwinięte w ruloniki materace oraz folię termiczną.

Jemy raczej skromne śniadanie, po którym skinieniem ręki żegnamy się z pozostającymi.

Pożegnania nie są niczym miłym, a co dopiero, kiedy wyrusza się niemalże na wojnę. Dlatego nie roztkliwiamy się jak najszybciej opuszczając bezpieczne schronienie.

Pogoda raczej nas nie rozpieszcza.

Słońce na zmianę raz wychodzi, prezentując się w całej swej okazałości dostarczając tym samym miłego ciepła, to znów skrywa się za chmurami. Na twarzy można wtedy poczuć wyraźnie chłodny, nieprzyjemny powiew wiatru.

Idziemy w kilkumetrowych odstępach. Przodem podążają Magda z Marzeną, środkiem idzie Damian, ja natomiast ubezpieczam tyły. As biegnie, tak jak ma to w zwyczaju drugą stroną ulicy.

Jego pomoc szczególnie teraz jest nieoceniona. Poruszamy się powoli. Czasem wręcz musimy zatrzymać się, czekając na sprzyjającą okoliczność do przejścia obok truposzy.

W obecnej chwili dostrzegam niewątpliwa zaletę jaką jest samotne poruszanie się w tym pełnym pułapek mieście.

Do interesującego nas dworca kolejowego, w normalnych okolicznościach dotarlibyśmy w góra pięć godzin.

Gdybym szedł sam, był bym na miejscu pewnie jakąś godzinę później. Zależałoby to oczywiście od ilości zainfekowanych, których musiałbym ominąć nadkładając tym samym drogi.

Idąc w obecnym składzie dobrze będzie jak uda nam w ogóle dzisiaj tam dojść.

Najsłabszym ogniwem naszej drużyny jest Damian. Oni po prostu wyczuwają go. Bywa, że nawet As nie jest w stanie w pełni odwrócić od nas uwagi. Wtedy, któraś z dziewczyn ratuje sytuację rzucaną kostką toaletową.

Zagęszczenie odmieńców ewidentnie nie sprzyja płynnemu poruszaniu się po mieście.

Musimy kluczyć bocznymi uliczkami znacznie wydłużając drogę.

Każdy z mijanych bloków, sklepów, marketów czy jakichkolwiek budynków zieje pustką. Mury zapomniały już o swoich stwórcach. Miasto jest jednym wielkim pomnikiem ku czci ostatniej, upadłej z wielkim hukiem cywilizacji.

Przechodzimy jedną z wąskich uliczek, bacznie patrząc czy przypadkiem zainfekowani nie zagonili nas w ślepy zaułek. Doskonale pamiętam sytuację z lwami, oraz usilne próby pojmania Asa. Skurczybyki koordynowały wtedy ataki. Pocieszam się, iż w obecnej chwili może i są momenty, w których wychwytują zapach, głównie Damiana, ale natychmiast ich uwaga zostaje odwrócona.

Mimo wszystko idziemy w pełni przygotowani na ewentualną walkę o życie.

Mijamy duży kontener na śmieci gdy jego właz nieco uchyla się. Towarzyszy temu kilka wywołujących ciarki, nieprzyjemnych zgrzytów oraz pisków.

Trójka moich przyjaciół od razu zatrzymuje się, kierując wzrok na śmietnik.

Sam najpierw zerkam przez ramię za siebie, a po upewnieniu się, iż najbliżej wolnym krokiem idący za nami odmieniec w żaden sposób nam nie zagraża, spoglądam w stronę uchylonej klapy.

Ta jednak zamyka się. W nasze szeregi wkrada się nieco nerwowa atmosfera. Ewidentnie coś mi się tu nie podoba.

Magda daje znak by nie ruszać się z miejsca i zachować absolutną ciszę.

Gdzieś w oddali słyszę trzask uderzających o framugę drzwi, zakłócany przez wprawiane w ruch silnymi podmuchami wiatru turlające się po asfalcie puszki oraz w większości opróżnione, butelki.

Słońce natomiast na dobre skryło się za dużą, czarną chmurą.

Nie miałbym nic przeciwko jakby zaczął padać deszcz. Znacznie ułatwiłby nam dotarcie do interesującego miejsca.

Cały czas rozglądam się.

Niemalże wszystkie ze stojących, tarasujących przejście aut, wyładowana była do granic swych możliwości wszelkimi możliwymi rzeczami. Obecnie większość z tych przedmiotów wala się po ulicach miasta. W tak ekstremalnych chwilach wyobraźnia ludzka nie zna granic. Dziwię się, co niektórzy uznali za najbardziej niezbędne do przeżycia i dalszego funkcjonowania. Widzę leżącą konsolę do gier, komputer, sokowirówkę.

Bez sprzętu RTV - AGD ani rusz, szkoda tylko, że nie ma prądu.

Sztuczne kwiaty, ubrania, obrazy, banknoty i masa, w większości rozmazanych zdjęć, zmieszana z bordową krwią oraz brudem ulicy, tworzy swego rodzaju niesamowity „collage”*.

Żaden artysta nie zrobiłby tego lepiej.

W sumie każdy zabierał to, co jego zdaniem było najbardziej przydatne.

Mieszkając w bezpiecznym, stabilnym politycznie kraju z czasem traci się instynkty zapewniające przetrwanie w tak krytycznych sytuacjach. To normalne, iż zostają one zastąpione zupełnie innego rodzaju zmartwieniami.

Tymczasem klapa znów uchyla się.

Staje w niej zarośnięty, barczysty mężczyzna. Z młotkiem w jednym ręku i tłuczkiem do mięsa w drugiej dłoni, przygląda się nam, jak oceniam nieco zdziczałym wzrokiem.

- Normalni? – odzywa się pierwszy.

Marzena z Damianem odpowiadają mu twierdzącym skinięciem głowy.

Gość wyłazi ze śmietnika, stając kilka metrów od nas.

Wygląda strasznie. Nie ma butów, a jego stopy… przemilczę ten temat.

Ma ponakładanych na siebie kilka warstw łachmanów, wysmarowanych, tak samo jak całą twarz i włosy jakimś tłustym smarem. Jego wygląd jest paskudny, ale to dopiero zapach jest odpychający.

- Nazywam się Emanuel. Mówcie mi jednak „Mag”. Jestem jedynym żywym w okolicy. Idąc ze mną nie musicie się niczym przejmować. Mumie mnie nie widzą. Jestem dla nich jak zjawa, która pojawia się niczym królik wyskakujący z cylindra człowieka potrafiącego oszukać tłumy, a do tego z każdą kolejną sekundą przejmującego kontrolę nad umysłami oraz zmysłami wpatrujących się w niego gapiów niezdających sobie sprawy…

Nie nadążam za tym co on wygaduje. Wszyscy spoglądamy ukradkiem na siebie.

Jego wydający się nie mieć końca dziwaczny wywód, przerywa Magda:

- To jest twoje terytorium, już z niego odchodzimy. Spokojnie więc możesz wrócić do swojej kwatery, zajmując się pełnionymi obowiązkami.

- Nie, chcę iść z wami. Doprowadzę was gdzie chcecie. Jestem jak królik wyskakujący z kapelusza człowieka władającego umysłami…

- Posłuchaj – przerywa mu dziewczyna - raczej nie ma takiej możliwości byśmy cię ze sobą zabrali.

- Dlaczego?

Następne dwie minuty to tłumaczenie Emanuelowi, że najlepiej będzie jak zostanie tutaj i zabezpieczy nam drogę powrotną. To wariat, wszystko trzeba mu tłumaczyć jak dziecku.

Trudno powiedzieć ile ma w rzeczywistości lat. Kilku tygodniowy zarost oraz ogólne zaniedbanie znacznie utrudniają identyfikacje. Daję mu jednak nie więcej niż trzydziestkę.

Kilku truposzy zbliża się do nas niebezpiecznie blisko.

Daje więc Magdzie znak, że musimy stąd jak najszybciej spadać. Nie ma czasu na tłumaczenia i rozmowy. Ostatecznie „Mag” nie daje za wygraną i idzie z nami.

Deklaruje doprowadzenie nas do dworca w przeciągu góra dwóch godzin.

Trzeba wziąć na niego poprawkę, ciężko zdać się na kogoś takiego, lecz dopóki będzie prowadził nas w sposób bezpieczny, będziemy za nim szli.

Szybko ruszamy przed siebie. Idziemy w stronę jednej ze studzienek kanalizacyjnych.

- Pierdole nie wchodzę tam – staram się być stanowczy.

- To dobra droga, znikniemy tu i pojawimy się niczym teleportowani wehikułem czasu…

- Do rzeczy – nie wytrzymuje Marzena.

- Pojawimy się pięć ulic dalej. Tylko nie możemy rozmawiać.

- Dlaczego?

- Aby nie obudzić węża. Ostatnio jak się obudził, narobił bigosu.

Przez to gadanie dłużej stoimy w miejscu, chcąc nie chcąc zwracając uwagę zainfekowanych niż zbliżamy się do celu.

- Wyczuje go nie martwcie się – próbuje uspokoić nas Emanuel.

Nie wiem jak innych, ale mnie to jeszcze bardziej zaniepokoiło.

Widząc wchodzącą do studzienki kanalizacyjnej Magdę i Marzenę, macham tylko ręką, biorę pod pachę Asa i idę w ślad za nimi.

Wąski, okrągły tunel, wypełniony jest około dziesięciocentymetrową warstwą wody. Powoli, bardzo uważnie stawiając krok za krokiem, poruszamy się do przodu. Wejście zabezpieczyliśmy prowizoryczną dyktą. Autentycznie boję się.

Wszechobecne echo niesie pogłos towarzyszący zetknięciu lustra wody z podeszwami naszych butów. Do tego z sąsiedniego korytarza dochodzi jęk zainfekowanych. I znów ta kapiąca woda. Od razu przypomina mi się klatka schodowa w moim bloku.

Co chwila spoglądam na zegarek. Mimo, iż minęło piętnaście minut mam wrażenie, że jesteśmy już tutaj, co najmniej godzinę. Źle się czuję w tym miejscu.

Kilka metrów z tyłu słyszę plusk. Nie zatrzymując się, odwracam głowę. Nic jednak nie dostrzegam.

Idę na końcu. Więc w razie jakby co, zginę pierwszy. Zajebiście.

Znów chlupanie i znów nic nie sposób dojrzeć.

Na rękach niosę Asa. Widząc brak jakichkolwiek nerwowych odruchów u mojego przyjaciela, uspokajam się.

Z każdym kolejnym krokiem poziom wody znacznie się podnosi. Na przestrzeni ostatnich trzydziestu metrów jej głębokość zwiększyła się kilkukrotnie, sięgając obecnie niemalże klatki piersiowej.

O nie! Najbliższe wyjście i zmywam się stąd. Nie po to tyle przeszedłem, by przez jakiegoś wariata zginąć. Zresztą nie zamierzam przez nikogo ginąć.

W końcu docieramy do drabinki prowadzącej na powierzchnię.

Znajdujące się nieco ponad dwa metry nad naszymi głowami wyjście, zasłonięte jest stojącą idealnie nad nim furgonetką.

Z ulgą wychodzę z odpływu.

Bezsensem jest dobrowolnie ładować się w takie miejsce. Przecież to pułapka.

Faktem jest jednak, że przeszliśmy, co najmniej dwa newralgiczne punkty.

Znacznie skracając dzielący nas od dworca dystans.

Jestem w połowie drogi, kiedy słyszę odgłosy jakiegoś zamieszania dochodzącego z góry. Przyspieszam.

Aby wyjść spod zasłaniającego wyjście auta, należy się kilkukrotnie przeturlać.

- Już po wszystkim – mówi z uśmiechem Magda - szuje wyczuły Damiana. Było ich tylko czterech więc pozbyliśmy się ich.

Ciała czterech odmieńców leżą w kilkumetrowych odstępach od siebie w coraz bardziej powiększających się kałużach dawnej krwi.

Nasz przewodnik nie mogąc się powstrzymać, podchodzi do biegającego przy moich nogach czworonoga.

- Ale ładnyś. Bardzo byś mi się przydał. Gryziesz? – pyta spoglądając na mnie, jednocześnie chcąc pogłaskać psiaka.

As patrzy na niego nieufnie. Widząc powoli unoszące się jego górną wargę mówię – Jest ostry jak brzytwa. Nie radzę go głaskać.

- Znam się na ostrych psach kiedyś miałem… - nie zdąża dokończyć, gdyż bulterier łapie zębami za składający się z kilkuwarstwowej warstwy ciuchów rękaw. Jego zęby są jak żyletki, tną wszystko pozostawiając materiał w strzępach.

Mężczyzna najszybciej jak potrafi cofa rękę, robiąc dwa kroki do tyłu.

- Nieładnie – mówi.

- Ostrzegałem, że jest ostry – odpowiadam, drapiąc swojego pupila za uchem.

Ruszamy w dalszą podróż.

Emanuel jest jak w transie, nie wiem czym jest wysmarowany i czy w ogóle coś to pomaga, ale sprawnie porusza się między grupkami odmieńców. Bardzo dobrze zna okolicę prowadząc nas skrótami.

Przechodzimy kilkoma podwórkami, następnie idziemy tuż obok małego, ozdobionego fontanną skwerku.

W jego centralnej części, znajduje się popiersie jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy.

Jego dumny wzrok skierowany jest wprost na dwóch, usiłujących w nieporadny sposób wejść na jedno z drzew zainfekowanych.

W gęstej, coraz bardziej zieleniącej się koronie ukrył się kot. Zwierze widząc próbujących go dopaść truposzy, co i raz wyszczerza na nich kły, agresywnie parskając przy tym.

Uwadze Magdy nie umyka mijany właśnie sklep myśliwski. „Mag” widząc duże zainteresowanie dziewczyny natychmiast zapewnia, że sklep już kilka dni po wybuchu epidemii był niemalże z wszystkiego okradziony. A to, co pozostało czyli zdobiące wystawę i wnętrze kilka wypchanych zwierząt, puste stojaki i lady, raczej do niczego nam się nie przydadzą.

As raz znika, to znów pojawia się, krążąc w kilkumetrowej, bezpiecznej odległości. Poruszamy się szybko, a co najważniejsze utrzymujemy pożądany kierunek.

Maszerujemy wzdłuż ostatniego z kilku prostopadle ustawionych względem siebie budynków mieszkalnych. Z kilku wybitych lub pozostawionych otwartymi okien, trzepoczą niczym flagi na wietrze firanki i zasłony. W końcu ku nieskrywanej uciesze, naszym oczom ukazuje się kilka przystanków autobusowych, za którymi rozpościera się duża, wysoka na kilkanaście metrów hala dworca kolejowego.

Całkiem niedawno była remontowana, a co za tym idzie przebudowywana. Teraz spełnia optyczne wymogi dizajnu rodem z dwudziestego pierwszego wieku.

Falujący, odbijający promienie słoneczne dach, kończy się strzelistymi, ostrymi, skierowanymi w górę wierzchołkami. Całość przypomina stację kosmiczną z filmu „Gwiezdne Wojny”.

Interesujący nas pociąg stoi na jednej z bocznic. Aby się tam dostać musimy najpierw minąć cztery perony. Nie mamy jednak pojęcia jak będzie prezentowała się sytuacja na każdym z nich.

Całkowicie przeszklona hala główna jest pusta. Nie licząc oczywiście kilkudziesięciu gołębi bacznie przyglądających się nam z górnych przęseł dachu.

Nie jeździłem pociągami, więc od czasu remontu jestem tu po raz pierwszy.

Na środku stoi kilka rzędów drewnianych ławek, obok nich znajdują się cztery stanowiska do ewentualnego naładowania telefonu komórkowego. Z dwóch okienek, pełniących funkcję kas, spoglądają w nasza stronę siedzące na fotelach zmasakrowane zwłoki. Obie szyby zabryzgane są krwią. Reszta kas jest pozamykana.

Podłoga zabrudzona jest dość licznymi śladami zarówno kropel, jak i plam, jakiś już czas temu zaschniętej krwi.

Większość małych sklepików jest pootwierana ich wnętrza są jednak zdewastowane.

Przechodzimy obok budki serwującej hot-dogi. Chętnie zjadłbym jednego. Wcześniej zawsze unikałem takiego jedzenia. Teraz jednak wszystko się zmieniło, a więc siłą rzeczy mój gust też.

Cały czas idę na końcu, co i raz chusteczką wycierając zasmarkany nos. Że też musiałem akurat teraz się przeziębić.

Strasznie kręci mnie w nosie, ostatecznie nie mogąc się powstrzymać kicham.

Zasłaniam ręką usta, ale i tak wszyscy mnie usłyszeli.

Jakby na dany odpowiednio wcześniej, ustalony znak, odwracają się w moją stronę.

Podnoszę rękę w geście „Wszystko jest okej, to tylko kichnięcie”.

Na chwilę przekładam broń w lewą rękę, prawą natomiast szukam opakowania z chusteczkami gdy nagle jakiś duży ciężar spada na mnie z prawej strony, zwalając z nóg.

Maczeta wypada mi z dłoni, lądując z brzękiem na posadzce. Nie słyszę echa niosącego brzęk po całej hali. Mój zmysł słuchu wychwytuje tylko wściekły ryk atakującego mnie trupa.

Wszystkie gołębie podrywają się z zajmowanych miejsc, lecąc w stronę wybitej dużej szyby.

Nakładem całych sił, staram się utrzymać ciało zwalistego, leżącego na mnie zainfekowanego jak najdalej od twarzy, szyi jak również jakiegokolwiek narażonego na ukąszenie miejsca. Chce mnie dopaść, co i raz rozdziawiając bezzębną gębę. Cholerna szyszka wysuwa się do przodu, pulsując i nieco rozkładając na wszystkie strony. To ustrojstwo składa się z dziesiątek, chcących zagłębić się w moim ciele szpikulców.

Drżącymi rękoma robię co mogę by opóźnić moment ukąszenia.

Kurwa już po mnie, nie uwolnię się.

Dokładnie patrzę w jego dawne oczy, obecnie zastąpione cały czas zmieniającymi kolory błonami. Raz są zielone, to znów czerwone.

Nawet nie zauważam momentu, w którym podbiega Magda.

Dziewczyna chwyta odmieńca za długie kilkunastocentymetrowe włosy i szybkim, sprawnym ruchem odcina mu głowę.

Następnie mocnym kopniakiem zwala ze mnie jego masywne cielsko.

Zwłoki głucho uderzają o posadzkę. Szybko wstaję nie chcąc zostać ufajdanym lejącą się z jego szyi smolistą substancją.

Chowam w dłoniach twarz, przy okazji lekko masując obie skronie.

Miałem już sytuacje podbramkowe, ale teraz…

Gdyby nie Magda, kwestią kilku sekund było zatopienie dziąseł zainfekowanego w dowolnie wybranej części mojej twarzy, bądź szyi.

- Dziękuję – nic więcej na tą chwilę nie jestem w stanie powiedzieć. Przed oczami rozbłyska mi kilkadziesiąt iskierek. Robi mi się słabo, muszę natychmiast usiąść.

Marzena podaje mi butelkę z wodą. Trzy minuty później, dochodzę do siebie.

Spoglądam na leżące bezgłowe ciało. Był to dawny pracownik mijanej Fast - foodowej budki. Świadczy o tym jego ubranie z wielkim, wymalowanym na koszulce hot-dogiem.

Idę w środku. Nie nadaję się by zabezpieczać tyły, ledwo ogarniam co się dzieje dookoła.

Kater zaczyna być coraz bardziej uciążliwy.

Mijamy kolejne perony.

Dwa są puste, na jednym znajdują się dwa unieruchomione elektrowozy. Na ostatnim natomiast, stoi pociąg pasażerski.

Idąc wzdłuż stojącego składu, dostrzegam przyklejone do każdego z okien, kilkadziesiąt zainfekowanych, wściekłych twarzy. Czując ludzi, zaczynają uderzać głowami w szyby, nie rozumiejąc dlaczego nie mogą wydostać się na zewnątrz.

Pociąg jest ich pełny. Słychać coraz głośniejsze wściekłe jęki.

Na nasze szczęście wszystkie drzwi wagonów są pozamykane. Natomiast sposób ich otwarcia, przynajmniej jak na tą chwilę, jest dla nich zbyt skomplikowany.

W końcu docieramy do interesującej nas bocznicy. To dziwne, ale stoją tutaj zaledwie cztery wagony.

Z czytanej przez Damiana dokumentacji wynikało, iż miał tu być cały transport. Niewiadomym była zawartość pozostałej reszty składu, lecz cztery wagony to nie transport.

To co znajdziemy w środku i tak zdoła dostarczyć zaopatrzenia dla wszystkich mieszkańców schronu na ładnych kilkadziesiąt miesięcy, chodzi jednak o sam fakt zniknięcia pozostałych wagonów. Nie są lekkie, nikt zatem nie mógł tak po prostu gdzieś ich przepchnąć. Z rozładunkiem też sprawa nie byłaby ani prosta, ani oczywista.

Okolica wydaje się być bezpieczna. Postanawiamy więc sprawdzić zawartość wagonów.

Magda wyjmuje nożyce, kiedy dochodzi naszych uszu niesamowity zgiełk.

Zdezorientowani, zgodnie odwracamy głowy w stronę, z której dobiegają dźwięki.

Kilka sekund później, widzę biegnących prosto na nas od strony dworca, czterech obdartych typów.

Ledwo łapią oddech, rozpaczliwie machając przy tym rękoma.

Za nimi natomiast, szybkim krokiem podąża armia zainfekowanych.

- O kurwa! – z malującym się przerażeniem na twarzy mówi Damian.

- Spierdalamy stąd! I to jak najszybciej! – wykrzykuje Magda – nie rozdzielajcie się, wszyscy biegniemy razem.

Emanuel patrzy się na to wszystko, pogwizdując sobie pod nosem – Fiu, fiu wyskoczyli niczym królik z cylindra. Dobrze, że się naoliwiłem, nie zauważą mnie.

Biegiem ruszmy przed siebie. Z obawą spoglądam w stronę pobliskiego tunelu. Nie chciałbym zobaczyć wybiegającego stamtąd stada odmieńców.

Na sąsiednich torach stoi kilka pociągów. Nie ma innej możliwości jak ukrycie się w którymś z nich.

Z przeciwległej strony wychodzi kilkudziesięciu zainfekowanych. Niespełna dziesięć sekund później niemalże biegną w nasza stronę.

As staje miedzy nami a odmieńcami szczekając.

Ci zbierają się wokół niego. W pewnej chwili przebiega między nogami dwóch z nich bezpiecznie się oddalając.

W międzyczasie, udaje się nam wbiec do jednego z dwóch stojących wagonów.

Psiak przebiega pod składem, znikając tym samym z pola widzenia.

Damian zabezpiecza wejście. „Mag” biegnie wzdłuż wagonu do drugiego z wejść. Ostrożnie idę za nim. Diabli wiedzą, czy z któregoś z mijanych przedziałów nie wyskoczy zaraz wygłodniała bestia. Dwie minuty później wiemy, że jesteśmy tu bezpieczni.

Zamykamy się w jednym z przedziałów. Problemem jest tylko nasz nowo poznany towarzysz.

Smar, który ma go rzekomo chronić, co tu dużo mówić śmierdzi. Nie ma takiej możliwości by wytrzymać w jego bezpośrednim sąsiedztwie dłużej niż dwadzieścia sekund.

Marzena wyznacza mu więc misję pełnienia warty w drugim końcu pociągu.

Całe szczęście wychodzi, maszerując do ostatniego przedziału.

Wyglądam przez okno. Sytuacja prezentuje się gorzej niż źle. Dookoła pociągu chodzą ich setki. Nie mam pojęcia gdzie mogło się ich tylu ukrywać. Najprawdopodobniej gdyby nie katar, czułbym zagrożenie odpowiednio wcześniej. Łażą, węszą, czasami zdarza się nawet, że któryś z nich uderza ręką w wagon.

Najgorsze jest jednak to, iż nie wiadomo kiedy znudzi im się koczowanie tutaj.

Obdarci ludzie wyglądali na uciekających w panice. Trudno powiedzieć, w którą stronę pobiegli i czy w ogóle zdołali przeżyć.

Nie pozostaje nam nic innego jak czekanie.

Siedzimy w milczeniu.

Czuję, że zamykają mi się oczy. Nie mam siły walczyć z coraz cięższymi powiekami. Przegrywam, zapadając w sen.

Z błogiego stanu nieświadomości wyrywa mnie mocne szturchnięcie.

- Wstawaj pora się stąd zbierać.

Przecieram oczy. Wygląda na to, że nie tylko mi się przysnęło, Damian z Magdą też wyglądają na przed chwilą obudzonych.

Wszystko wskazuje na to, że truposze zainteresowane kimś lub czymś innym, zostawiły nas w spokoju.

W przeciągu pięciu następnych minut jesteśmy gotowi do opuszczenia pociągu. Osobiście idę po Emanuela. Pełniący straż ocalały, śpi oczywiście w najlepsze.

Boję się jego pierwszej reakcji po przebudzeniu, dlatego głośniej otwieram drzwi.

Budzi się, bacznie mi się przyglądając.

- Spadamy stąd. Zbieraj się nie ma czasu – komunikuję, czym prędzej wychodząc z przedziału.

Pierwszy raz w życiu czuję mieszankę przepoconego ludzkiego ciała, połączoną z dużą ilością smaru.

- „Trupy być może nie tyle go nie wyczuwają, co unikają” – myślę, uśmiechając się sam do siebie.

Zastanawiam się jak to możliwe. Teoretycznie rozróżniają zapachy. Czują perfumy jak i ludzki zapach. Zakładając nawet, że „Mag” należy do grupy osób o zmniejszonym ryzyku zlokalizowania, to jego smrodu wprost nie sposób nie czuć.

Może faktycznie ten smar ma coś w sobie. Nie zamierzam jednak sprawdzać skuteczności techniki jego kamuflażu. Będąc niewyjaśnioną pozostanie tajemnicą.

Emanuel dołącza do nas jako ostatni.

Jak na złość zablokował się zamek w drzwiach wagonu. Zarówno Magda jak i Damian, nie potrafią niestety na to nic poradzić.

Nie ma sensu bym ja, jako kolejny próbował coś zdziałać. Dlatego postanawiamy wyjść drzwiami znajdującymi się w drugim końcu wagonu.

Stojący na końcu „Mag”, idzie teraz jako pierwszy.

Znów kręci mnie w nosie. Szybko sięgam ręką do kieszeni po chusteczkę. Nim jednak ją wyjmuje kicham dwukrotnie.

Rozchorowałem się na dobre.

Mijamy ostatni z przedziałów. Nasz przewodnik jako pierwszy otwiera przesuwane drzwi wychodząc na korytarz.

- Wychodźcie ja muszę się jeszcze odlać – informuje nas, odwracając się i chwytając za klamkę drzwiczek toalety.

Wszystko dzieje się błyskawicznie. Drzwi wraz z zawiasami wylatują, a z wnętrza malutkiej klitki, wypada dwóch rozszalałych truposzy. Od razu rzucają się na najbliżej stojącego Emanuela. Ten jedynie podnosi obie ręce w usilnych próbach, instynktownego chronienia twarzy.

Truposze w oka mgnieniu kąsają go po rękach, twarzy i szyi.

O ile skórę rąk chroni kilka warstw ciuchów, tak twarz i niestety szyja są odsłonięte.

Marzena reaguje błyskawicznie. Zza pleców wyjmuje długi nóż, wykonując następnie dwa wprawne, szybkie cięcia.

Odcięte głowy spadają na ziemię, turlając się w stronę wyłamanych drzwiczek. Chwilę później tryska czarna maź.

Nasz towarzysz szybkim ruchem zrzuca z siebie bezgłowe ciało, drugie zdążyło już w tym czasie legnąć obok.

Niestety na szyi Emanuela widnieje wyraźny, paskudny ślad po ukąszeniu. Rana składa się, tak jakby z kilkudziesięciu nakłuć.

Dotyka zranionego miejsca z wyraźnie malującym się na twarzy wyrazem paniki.

Na dłoni zostają ślady krwi, świeżej krwi.

- Kurde, dziabnął mnie, wyskoczyli niczym króliki z kapelusza czarnoksiężnika z krainy Oz. I co teraz?

Nikt się nie odzywa. Znamy tego gościa od zaledwie paru godzin, ale świadomość, że za chwilę stanie się żywym trupem jest straszna.

- Nie! O nie! Nie zmienię się w mumię. Potrzebuję szybko iść do lekarza. A może ktoś z was jest lekarzem?

- Obawiam się, że nie – odpowiada stanowczym głosem Magda – nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie co czujesz, lecz tutaj nasze drogi muszą się rozejść. Wiesz już, co nieco o tym świecie, więc domyślasz się jak to się dla ciebie skończy.

- Kurde wiem. I co mam zrobić?

- Możesz skrócić swoje cierpienia lub zmienić się w suchelca.

- To ja już wolę skrócić cierpienia, ale jak? Mam się zabić? Przecież… ja nie dam rady.

- Jak chcesz pomogę ci – deklaruje Magda – zostawcie nas samych. Spotkamy się przy wagonach – dodaje po chwili.

Spełniamy jej raczej rozkaz niż prośbę.

Idę przodem, jako pierwszy stając na kamienistej drodze. Nerwowo rozglądam się we wszystkie strony. Zmysł węchu jest prawdziwym skarbem. Niestety choroba chwilowo uniemożliwiła mi korzystanie z niego. Na szczęście okolica, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wygląda na spokojną.

Po chwili dołącza do mnie Marzena z Damianem.

Nieśpiesznie kierujemy swe kroki w stronę interesującego nas składu.

Słońce całkowicie zostało zasłonięte przez stalowo szare chmury.

Czuję na twarzy pierwsze krople zacinającego deszczu. To dobrze, szybciej i łatwiej będzie się nam wracało.

Mijamy kilka stojących pociągów osobowych.

Ulewa coraz bardziej przybiera na intensywności. Wyraźnie słychać bębniące o dachy wagonów krople.

Wydaje mi się, że usłyszałem jakiś odgłos dobiegający z głębi mijanego tunelu.

Zatrzymuję się nasłuchując.

Pozostali w pierwszej chwili obdarzają mnie pytającymi wyrazami twarzy. Dźwięk jakby pisku, coraz wyraźniej przebija się przez rytmiczne odgłosy lejącej się z nieba wody.

Tym razem też musieli go usłyszeć, ponieważ zgodnie kierują wzrok w ciemną czeluść.

Pisk zmierza wprost na nas. Nie widzę jednak nic, poza spowijającym wnętrze tunelu mrokiem. Wstrzymuje oddech. Nie wiem co robić, wycofywać się czy czekać. Nerwowy skurcz ściska mi mózg, pozbawiając tym samym możliwości podjęcia jakiejkolwiek decyzji.

Gdyby byli to zainfekowani… nie zdążyłem pomyśleć gdy wprost na nas wylatuje kilkaset nietoperzy.

Kierowani pierwszym, instynktownym odruchem, kucamy. Ssaki przelatują kilka centymetrów nad naszymi głowami. Czuję wywoływany przez trzepot ich skrzydeł powiew powietrza.

Trudno powiedzieć ile ich było. Na pewno dużo.

Wstajemy. Nie powiem żebym się nie przestraszył. Nie było to nic miłego.

Widząc idącą w naszą stronę Magdę postanawiamy na nią poczekać.

Dziewczyna ma wyraźnie zdenerwowaną minę.

- Wszystko w porządku?

- A co ma nie być w porządku? – odpowiada wściekła.

Chyba niepotrzebnie się odzywałem.

Zarówno dworce jak i stacje kolejowe, posiadają jakiś dziwny rodzaj magii. Trudno jest mi wytłumaczyć na czym ona polega, ale podczas przechodzenia pomiędzy poszczególnymi, zróżnicowanymi, kilkuset tonowymi składami pociągów, zawsze odczuwam pewien dreszczyk emocji.

Nawet gdybym został tu przyprowadzony mając zasłonięte oczy, od razu wiedziałbym gdzie jestem.

Woń podkładów kolejowych, mieszająca się z kilkoma spotykanymi tylko w tym miejscu zapachami, wyjaśniłaby mi wszystko.

Jako pierwszy otwieramy wagon z przyprawami. Wnętrze następnego skrywa żelatynę. Trzeci wypełniony jest środkami konserwującymi żywność. Właśnie tego szukaliśmy. Ostatni okazuje się być pusty.

Dziewczyny wypełniają swoje plecaki żelatyną i przyprawami, natomiast ja z Damianem staramy się upchnąć jak największą ilość środków konserwujących.

No koniec zamykamy wagony. Zakładamy plecaki i ruszmy w drogę powrotną.

As czeka na nas przy ostatnim z mijanych składów. Wyskakuje spod wagonu, merdając ogonem.

Już po pierwszych dwustu metrach, czuję, że będzie ciężko. Ledwo mijamy halę dworca, a solidnie daje mi się we znaki ból w dolnej partii pleców.

Wypełnione towarem wagony w połączeniu z fabryką przetwórstwa mięsnego zapewnią pożywienie na ładnych kilka lat. Największym problemem będzie tylko transport poszczególnych produktów do schronu.

Naszym celem jest oddalone o dwa kilometry miejsce noclegowe. Dobrze gdyby udało nam się do niego dotrzeć przed zapadnięciem zmroku.

Na szczęście idziemy ulicami, nie decydując się przejść którymkolwiek z podziemnych odpływów.

Nie ma takiej możliwości bym tam drugi raz wszedł.

Starałem się zapamiętać skróty, dzięki którym tak szybko tu dotarliśmy, lecz już przy pierwszym wejściu w podwórko czeka na nas niemiła niespodzianka.

Zainfekowani tłoczą się przy jakiś zwłokach, tarasując całe przejście. Nie sposób dostrzec kogo dopadli, jest ich zbyt wielu.

Wyraźnie ożywieni, przepychają się jeden przez drugiego w interesujące ich miejsce.

Mam dość słuchania tych ich zwyrodniałych, nieludzkich odgłosów.

Nie mogąc nic poradzić, musimy iść inną drogą

Najgorsze jest to, iż intensywnie padający deszcz nie robi na nich absolutnie żadnego wrażenia.

Stoją na nim, w całości przemakając.

Jest to kolejna rzecz, której nie rozumiem.

Raz krople budzą w nich wstręt, lęk i popłoch. Innym razem nie robią najmniejszego wrażenia.

No cóż, jest to niepierwsza, a zarazem zapewne nieostatnia niezrozumiała dla mnie kwestia.

Jedyny plus opadu atmosferycznego polega na, w jakimś stopniu, odwróceniu uwagi zainfekowanych. Bębniące o dachy stojących aut krople, są dla nich czymś niesamowitym.

Nie zwracając nawet uwagi na Asa, zbierają się wokół porzuconych samochodów, skrobiąc paznokciami o ich lakier.

Nie wiem co jest gorsze. To ich charczenie, czy to skrobanie.

Kilkaset metrów dalej, znów natrafiamy na dość liczne skupisko żywych trupów.

Musimy więc odpuścić sobie i tą drogę. Nie ma sensu kusić losu i niebezpiecznie blisko się do nich zbliżać.

Zataczając łuk mijamy newralgiczne miejsce, podążając jedną z bocznych uliczek.

Na miejsce docieramy gdy na dworze panuje już mrok. Cały czas leje jak z cebra.

Miejscem noclegu zgodnie z planem jest mieszcząca się na parterze kamienicy placówka bankowa. Z szyby uśmiecha się do nas pani z podniesionym triumfalnie kciukiem prawej dłoni.

Kredyt w dziesięć minut, zero zbędnych formalności, krzyczy jeden z wymalowanych jaskrawo czerwoną farbą sloganów reklamowych.

W środku znajduje się pięć stanowisk do obsługi klienta. Naprzeciwko każdego z nich, można dostrzec rząd kilku plastikowych krzeseł. W rogu stoi niedziałający rzecz jasna, ekspres do kawy.

Widać, że pomieszczenie przetrwało upadek cywilizacji w nienaruszonym stanie. Panuje tu typowo biurowy ład i porządek.

Magda z Marzeną wyjmują dmuchane materace, podając je mi i Damianowi.

Napompowanie dwuosobowego materaca okupione jest kilkoma zawrotami głowy.

- Śpisz ze mną, czy z Damianem? – pyta z uśmiechem na twarzy Marzena.

Wiem, że to dziwne, niezrozumiałe i… nie ważne. Trochę się tym pytaniem zmieszałem.

Widząc moje niezdecydowanie kontynuuje:

- Nie bój się nie pogryzę cię. Ale za Damiana nie ręczę.

Wszyscy, oczywiście prócz mnie, zaczynają się śmiać.

- Nie, nie o to chodzi…

- A może to ty gryziesz? – Marzena ewidentnie sobie ze mnie żartuje.

- Tak, tak, strasznie śmieszne – odpowiadam nerwowo – mam lepszy pomysł, zestawie wszystkie biurka i będziemy sobie spali w poprzek – próbuję błysnąć jakimś oryginalnym pomysłem.

- Dla mnie bomba! W takim razie to ja śpię z tobą – mówi Magda.

Są to pierwsze jej słowa od czasu pozostania sam na sam z Emanuelem.

Zdejmujemy przemoczone ubrania, rozkładając je na krzesłach. Nie ma raczej szans by wyschły, jest tu zbyt chłodno. Wolę jednak spędzić noc w samej bieliźnie niż leżeć w mokrych ciuchach.

Jestem tak jak każdy mężczyzna wzrokowcem, więc chcąc nie chcąc, kilka razy zerkam na dziewczyny. Nie patrzę na nie jako na potencjalne partnerki nie, nie, nic z tych rzeczy. Po prostu jakoś tak odruchowo…

Natalia należy do wysportowanych dziewczyn i dokładnie do tego samego grona można zaliczyć obie z moich towarzyszek. Jestem pewny, że zarówno jedna jak i druga, miała niemałe grono adoratorów.

Ostatecznie zajmuję jedno z biurek.

Przeziębienie zaczyna wchodzić w decydującą fazę. Czuję niesamowite, przeszywające całe ciało dreszcze. Gdyby nieprzyniesione z zaplecza, przez jedną z dziewczyn koce, chyba bym tu umarł z zimna.

Po kolacji, dostaję od Marzeny dwie tabletki przeciwbólowe, będące zarazem przeciwgorączkowymi. Od razu łykam je, idąc spać.

Moi towarzysze o czymś rozmawiają, ja jednak nie myślę o niczym innym jak o śnie.

Trudno powiedzieć czy jutro zdołamy dotrzeć do schronu.

Wsłuchując się w krople deszczu, zasypiam.

Budzę się nie tyle z wypoczęcia i przespania pożądanej przez mój organizm ilości godzin, co z zimna. Dopadła mnie taka febra, że nijak nie potrafię opanować drżenia całego ciała.

Kręci mi się w głowie, z nosa cały czas kapią mi krople kataru.

Nie ma innej rady jak wycieranie go niemalże, co minutę.

Z wielkim trudem zakładam przemoczone ubranie, następnie wraz z Marzeną jemy śniadanie.

Magda wstała jako pierwsza. Stoi teraz przed drzwiami wyjściowymi, obserwując szwendających się po okolicy odmieńców.

Damian natomiast, w pełni gotowy do dalszej drogi siedzi pod ścianą – O której ruszamy? – pyta, nerwowo obgryzając paznokcie u jednej z rąk.

- Będziemy gotowi za jakieś dziesięć minut. Nie wiem jak Magda?

- Aha – odpowiada zaczynając skubać paznokcie drugiej z rąk.

Magda podchodzi do nas jakieś cztery minuty później.

- Cały czas pada. Jak na złość, nie robi to na nich wrażenia. Pierdolone zmutowane gówna. Ciąga się ich tu od groma.

Nasza przewodniczka chyba nie ma dzisiaj najlepszego dnia.

Wychodzimy w kilkusekundowych odstępach. Najpierw idzie Magda, potem Marzena, Damian i na końcu ja. Ulewa ustała, teraz przypomina bardziej delikatną mżawkę.

As od razu wbiega w najliczniejszą grupę przemoczonych odmieńców, przyczyniając się do niemałego zamieszania. Wydając dziwne odgłosy powarkiwań, starają się go dopaść.

Większość z nich rusza za nim, pozostali natomiast kierują głowy w stronę cały czas zmieniającego położenie czworonoga.

Korzystając z okazji szybko przechodzimy obok. Oczywiście w ślad za Damianem podąża dwóch zainfekowanych.

Na razie jednak nie ma możliwości zareagowania, bez jednoczesnego zwrócenia na siebie uwagi reszty truposzy.

Poza tym, jesteśmy wypoczęci. Nieco przyspieszając kroku pozostawiamy ich z tyłu.

Kierujemy się w stronę skrzyżowania, a konkretnie drogi skręcającej w lewo.

Co i raz wycieram nos w rękaw bluzy. To przeziębienie wykończy mnie. Dobrze, że przynajmniej nie chce mi się kichać.

Jak na złość akurat ta część ulicy, w którą mamy skręcić jest nie do przejścia. Okupuje ją kilkuset stojących jeden przy drugim zainfekowanych. Skurwiele momentalnie wyczuli nas, ruszając w naszą stronę. Droga na wprost wygląda identycznie tak samo.

Jest ich tylu, iż musimy ratować się szybką ucieczką w prawo. Tym razem nijak nie jest nam w stanie pomóc nawet As.

Nie ma czasu na skradanie się, wszyscy zaczynamy biec ile tylko mamy sił w nogach.

Skręcamy w kolejną ulicę.

Naprzeciw nas stoi kolejnych kilkuset zainfekowanych.

Stoją jeden przy drugim, na całej szerokości ulicy. Jedyna droga przejścia prowadzi po karoseriach stojących aut. Jest raczej mało prawdopodobnym, aby udało nam się po nich przeskoczyć tak sprawnie i skutecznie by nie zostać przez nich dopadniętym.

Jesteśmy otoczeni, wyjmuję zza paska spodni maczetę, każda z dziewczyn trzyma w ręku nóż. Damian ściska oburącz gotową do strzału kuszę. Wygląda na to, że mamy lipę.

Nerwowo rozglądamy się.

Dostrzegam wejście, prowadzące wprost z ulicy w podwórka. Półokrągła murowana, znajdująca się między dwiema kamienicami, brama jest naszą jedyną nadzieją.

Jeżeli pozostaniemy tutaj, zginiemy, jeżeli wbiegniemy tam… może pożyjemy kilka minut dłużej.

Ruszam pierwszy, za mną biegnie Damian i dziewczyny.

Mijam kilkumetrowe przejście, będące jednocześnie korytarzem. Ściany wymazane są różnokolorowymi farbami w sprayu. Rozpoznaje kilka ta dobrze mi znanych napisów, między innymi „HWDP”, „Krystian to…”, dalsza część napisu jest zamazana. „Ala kocham Cię twój” na resztę nie zwracam uwagi, co chwila odwracając się za siebie.

Wbiegam na podwórko, stwierdzając, że teraz dopiero jesteśmy w ślepej uliczce.

Miejsce, w którym się znajdujemy z każdej strony otoczone jest nieotynkowanymi, wykonanymi z czerwonej cegły budynkami. Na środku niewielkiego, okrągłego podwórka stoi figurka Matki Boskiej. Przebiegając obok niej Damian żegna się.

Jest to podwórko potocznie nazywane „studnią”. Dookoła bloki i jedno wejście, będące jednocześnie wyjściem. Niestety nie ma już dla nas odwrotu.

Pierwsi zainfekowani pojawiają się w progu bramy, szybkim krokiem idąc wprost na nas.

Walka nie ma sensu, jesteśmy bez szans. Wyjmuję pistolet. Nim zginę odstrzelę parę tych paskudnych łbów. W akcie desperacji wbiegamy na jedną z klatek schodowych.

Sugerujemy się otwartymi, drzwiami wejściowymi. Wiem, iż to nie do końca przemyślana decyzja. Skoro my możemy tu łatwo wejść, tak samo łatwo dostaną się tutaj odmieńcy. Nie mamy jednak wyjścia. Co ma być, to będzie. Na klatce, przynajmniej nie zostaniemy przez nich z każdej strony otoczeni, zyskując tych parę cennych sekund życia.

Ciężko oddychając, zamykamy za sobą drzwi.

Echo korytarza niesie dźwięk ciężko wykonywanych przez nas oddechów. Nie ma możliwości zablokowania drzwi. One po prostu nie mają zamka. Dlatego Damian siada na ziemi, zapierając się podeszwami butów o pierwszy stopień schodów.

Słyszymy schodzących z góry odmieńców. Na szczęście schodzenie po schodach, nie idzie im tak dobrze jak wchodzenie. Dlatego co i raz któryś z nich przewraca się, spadając na dół. Zanim jednak się podniesie, przez kilka sekund jest zupełnie bezradny. Ten, który akurat spada na parter, natychmiast uśmiercany jest przez którąś z dziewczyn.

Napór na drzwi wejściowe staje się coraz większy. Nie mam pojęcia ile jeszcze będą w stanie wytrzymać. Na pewno jednak niedługo. Świadczy o tym sypiący się z framug tynk.

Sytuacja jest beznadziejna. Nie wiadomo ilu jest ich tam na górze.

Pewnym jest jednak, że zdecydowanie za dużo.

Zbiegam schodami prowadzącymi w dół. Mam nadzieję natknąć się na jakieś pomieszczenie dające nam choć chwilę wytchnienia. Może jakaś piwnica ugości nas swym bezpiecznym wnętrzem. Wszystko jest lepsze od powoli materializującej się wizji śmierci z rąk stada zainfekowanych. Przecież oni pożrą nas żywcem.

Postępuje zgodnie ze słowami przysłowia „Tonący brzytwy się chwyta”. W każdej chwili mogę wpaść na kryjącego się w ciemności żywego trupa. Poruszam się zupełnie po omacku. Niestety nie mam wyjścia. Wóz albo przewóz.

Nagle wyrasta przede mną masywny metalowy właz. Najpierw zdejmuję plecak, potem natomiast nakładem niemałych sił staram się go otworzyć. Jedyne co mi się udaje, to przesunąć go na tyle bym zdołał wejść do środka.

Wokół jest ciemno. Nie sposób więc cokolwiek zobaczyć. Gdybym nie miał kataru, czułbym przynajmniej czające się w pobliżu niebezpieczeństwo. Niestety, dziś mogę polegać tylko i wyłącznie na zmyśle wzroku.

Na pewno jest to jednak lepsze miejsce niż okupowana i szturmowana zewsząd klatka schodowa.

Wracam po plecak, zostawiając go pod ścianą. Następnie czym prędzej wracam do swych towarzyszy.

- Na dole jest piwnica! Wygląda na bezpieczną! – krzyczę.

Parter powoli zaczyna ściekać czarną substancją, wylewającą się z bezgłowych zainfekowanych ciał.

Dziewczyny załatwiły już kilku z nich. Cały czas jednak słychać dochodzące z wyższych kondygnacji liczne odgłosy jęków.

Panie jako pierwsze zbiegają do piwnicznego pomieszczenia.

Zastępuję blokującego drzwi Damiana, umożliwiając mu szybką ucieczkę. Gdy będzie już w piwnicy, ma dać mi znak.

Minutę później słyszę:

- Feliks, dawaj!

Puszczam drzwi biegnąc najszybciej jak potrafię, schodami w dół.

Oba skrzydła drewnianych wrót uderzają z impetem o ściany, niemalże wypadając z zawiasów.

Słyszę dochodzące zza pleców wściekłe jęki i wycie zainfekowanych. Dopadam masywnego, metalowego włazu, najzwinniej jak potrafię przeciskając się przez wąską szczelinę.

Gdy tylko jestem w środku, Damian z Marzeną czym prędzej starają się uniemożliwić odmieńcom przekroczenie progu.

Na miarę możliwości, resztkami sił pomagam im zamknąć właz.

Jeden z odmieńców zdołał wcisnąć przez niewielką lukę chudą rękę. Machając zakończoną ostrymi paznokciami dłonią, stara się zranić kogokolwiek znajdującego się w jej zasięgu.

Paznokcie nie są jednak w stanie przebić mojej kamizelki.

Wspólnie zamykane drzwi ruszają, miażdżąc z ogromną siłą kończynę odmieńca.

Rozlega się paskudny trzask kości. Chwilę później zmiażdżona, odcięta ręka ląduje na podłodze.

Damian przesuwa dwie, pełniące funkcję zamków zasuwy. Te z trzaskiem zabezpieczają wejście.

Udało się! To cud, ale udało się.

Dostrzegam zbliżającą się w naszą stronę ognistą poświatę. Chwilę później zza rogu wychodzi Magda. Trzyma w ręku metalową, zasilaną benzyną zapalniczkę. Jej nieduży płomień, doskonale radzi sobie z ciemnością.

- Tu jest kilka pomieszczeń. Nie sposób się jednak do nich dostać. Zresztą nie ma na to czasu. Drugie takie same pancerne drzwi, są parę metrów za rogiem. To nie piwnica, a przejście na sąsiednią klatkę schodową – wyjaśnia nam.

Chcesz być na bieżąco z Czasem Z? Polub fanpage:

http://on.fb.me/1b3zWgx

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/10708-Czas-Z-Czesc-10

---

*Collage – technika artystyczna polegająca na formowaniu kompozycji z różnych materiałów i tworzyw (gazet, tkaniny, fotografii, drobnych przedmiotów codziennego użytku). Są one naklejane na płótno lub papier i łączone z tradycyjnymi technikami plastycznymi (np. farbą olejną, farbą akrylową, gwaszem).

Źródło: http://pl.m.wikipedia.org/wiki/Kola%C5%BC.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zarąbiste,najlepiej gdy jeszcze siedzę pod kocem pije herbate lub kakao i czytam twoje opowiadania,po prostu <3 Pozdrawiam cię ciepło :D.
Odpowiedz
kiedy następna część?
Odpowiedz
Na razie jest w poczekalni.
Odpowiedz
Gabriel Grula dzięki za info
Odpowiedz
tyle emocji !
Odpowiedz
Poprostu zajebiste, na każdą część czekam niecierpliwie, a z każdą kolejną jest jeszcze bardziej zajebiście, poprostu mistrzowskie, Czas Z jest jedną z najlepszych historii na tej stronie, dodam że zamierzam kupić twoją książkę gdyż na pewno musi być dobra man nadzieję że czas Z jeszcze szybko się nie skończy.
Odpowiedz
Czekam na kolejne
Odpowiedz
Gabriel Grula naprawdę świetne opowiadanie. powiem krótko i na temat... świetnie ci to idzie pisanie takich opowiadań, nie znam innej osoby która by dorównywała tobie w pisaniu takich świetnych opowiadań. pozdrawiam. JoJoDx
Odpowiedz
Dzięki za komentarz. Każda kolejna część, też będzie trzymała poziom.
Odpowiedz
Gabriel Grula Ależ naprawdę niema za co dziękować. bardzo podziwiam takich ludzi jak ty. poważnie ci mówię. teraz czekam tylko na kolejne części tego prze fantastycznego opowiadania. JoJoDx.
Odpowiedz
Super seria :) Film na jej podstawie moim zdaniem byłby naprawdę epicki :)
Odpowiedz
Jestem pod wieeeelkim wrażeniem! Od początku czytam całą serię i muszę przyznać, że z każdą kolejną jest coraz lepiej! Coraz mniej błędów, wszystko logiczne i spójne, niebo! Nie mogę się doczekać kolejnej części, jednakże przeraża mnie widmo zakończenia się całej serii :c Do autora- rób dalej co robisz, bo robisz to bardzo bardzo dobrze!
Odpowiedz
Spokojnie :) Czas "Z" szybko się nie skończy. Ogólnie to czasami bywa tak, że pisanie wymyka mi się spod kontroli i wtedy to, co miało wydarzyć się w jednej części, przeciąga się na dwie naprawdę długie części. Dla mnie jako autora, nie ma większej przyjemności niż świadomość tego, iż udaje mi się dostarczać przyjemności i rozrywki czytelnikowi. Akurat to uczucie "świadomości" jest nie do kupienia, będąc bezcennym. Dziękuję za komentarz.
Odpowiedz
Jezu naprawde wciąga czyta sie jednym tchem .+_+ juz się nie mogę doczekać dziesiatej :)
Odpowiedz
czekam na więcej , genialne , codziennie sprawdzam czy nie ma nowej części
Odpowiedz
No to teraz czekam na 10 cz. :)
Odpowiedz
Dziękuję za komentarze. Każdy z nich jest dla mnie niezmiernie ważny. Musiałem niestety nieco skrócić część dziewiątą. Powodem była zbyt duża liczba znaków. Ale co się odwlecze to nie uciecze. To co nie zmieściło się w Czas "Z" cz. 9, będzie w Czas "Z" cz. 10 Pozdrawiam.
Odpowiedz
Dobrze się czyta,czekam na kolejną część
Odpowiedz
Ada Kleszcz Kolejna część powstaje. W zasadzie to już prawie jest, muszę jednak jeszcze trochę nad nią popracować :)
Odpowiedz
Nareszcie się doczekałem. Ciekawe kim byli Ci goście którzy uciekali. Podczas czytania naprawdę myślałem, że ktoś z się poświęci aby reszta mogła jakoś uciec. Tak jednak się nie stało i bardzo mnie to cieszy. Pytanie teraz czy będą w stanie otworzyć te pancerne drzwi prowadzące na sąsiednią klatkę schodową, mogą być przecież jakoś zabezpieczone, zamknięte od środka nie wiem. Ale z niecierpliwością czekam na część 10. I nareszcie poznałem imię naszego głównego bohatera Feliks :D
Odpowiedz
Imię po raz pierwszy użyte było w części z mnichami kanibalami.
Odpowiedz
Ekstra! Mam nadzieję że kolejna część wyjdzie tak szybko jak ta :)
Odpowiedz
Jak widzisz części są w miarę długie. Postaram się jednak jak najszybciej ogarnąć dziesiątkę.
Odpowiedz
Gabriel Grula Rozumiem i wiem że Potrzebujesz dużo czasu na napisanie takiej części ale jak dotąd, wychodzi ci to świetnie :)
Odpowiedz
Świetne!!! Robi sie co raz ciekawiej, akcja w tej części nabrała tempa. Czekam na kolejną część z dużą niecierpliwością. Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Dzięki za komentarz. Niestety musiałem skrócić opowiadanie o kluczową, finalną scenę. Zamieszczany tekst, nie może przekraczać 50 000 znaków ze spacjami. Miałem niecałe 500 znaków za dużo. Szkoda bo trochę pryśnie klimat :) Pozdrawiam.
Odpowiedz
Wiedzialam, gdyby nie przecinki, zmiescilaby się kluczowa scena :)
Odpowiedz
Gabriel Grula O kurcze, nawet nie wiedzieliśmy, że ten limit może być problemem dla autorów. Zwiększamy go zatem do 500 000 znaków, jak szaleć to szaleć ;-)
Odpowiedz
Czemu akurat "Krystian to..." xD?
Odpowiedz
Jakieś imię musiałem wybrać :) Był to po prostu wybór losowy. Nic więcej.
Odpowiedz
Bo Krystian to z Radomia ;=)
Odpowiedz
Krystian Kostrzanowski Oj tam, oj tam xd
Odpowiedz
Świetne. Kiedy zaczynałam " lekturę" nie mogłam się oderwać. Bardzo wciąga i jest naprawdę ciekawa. Czekam na kolejną część :)
Odpowiedz
Super! Extra część
Odpowiedz
Tak jak zawsze - świetne! W poniedziałek za tydzień kolejna część?
Odpowiedz
Być może będzie wcześniej, ale nie chcę na sto procent obiecywać.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje