Historia

Dom z naprzeciwka, cz. III

Użytkownik usunięty 0 5 lat temu 3 384 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Mokra czerń parasoli. Różańce ociekające wodą w trzęsących się z zimna dłoniach. Drżący głos kapłana odmawiającego słowa ostatniego pożegnania i rozbijające się o nagą ziemię krople deszczu. Szum wiatru w koronach pochylających się nad grobem wierzb i ten sam szum, mętlik w głowach zebranych. Smutek wypisany na twarzach szarym atramentem.

Pogrzeb był bardzo skromny. Przybyło zaledwie kilka osób z rodziny mieszkających w Lexington i dziadek Briana z Louiseville. Ceremonia z racji panującej pogody odbyła się w pośpiechu, przynajmniej takie wrażenie odniósł trzymający matkę za ramiona brunet. Wydawało mu się, że jest tak słaba, iż lada chwila może upaść.

W domu sytuacja nie była lepsza - Suzanne stała się milcząca, trzymała cały ból w sobie; on z kolei nie pozwalał jej sypiać w nocy, popychał ją w stronę tabletek i alkoholu. Brian widywał czasami, jak matka płacze w poduszkę, ale nie przynosiło jej to ulgi. Zdawać by się mogło, że łzy jeszcze bardziej zaciskają pętle żalu na jej sercu i nieustannie przybliżają do wspomnień o Mick'u, któremu już przecież nic nie mogło przywrócić życia.

Brian często wchodził do tajemniczego, różowego pokoju, siadywał na łóżku i wgapiał się w kolorowe motylki jakby zatrzymane w ułamku sekundy i przeniesione wprost na baldachim. Myślał wtedy o ojcu. O jego do końca niewyjaśnionej śmierci.

Mick zawsze świetnie pływał. Brian doskonale pamiętał jak tata pokazywał medale zdobyte na zawodach pływackich w szkole średniej i opowiadał o wygranych w ostatniej chwili, o presji rywalizacji, która była częścią jego Ja. Policjanci natomiast twierdzili, że Mick utonął w rzece podczas łowienia ryb, co dla Briana graniczyło z absurdem. Jedyna rzeka przypływająca niedaleko Lexington nie jest w żadnym wypadku rwąca - to spokojne wody, z którymi ojciec na pewno by sobie poradził.

Pływania nie można się tak po prostu oduczyć. To jak jazda na rowerze: albo umiesz albo nie. Jeśli ją opanujesz ta umiejętność będzie z tobą przez całe życie.

Brian podszedł do okna ciężko wzdychając. Ostatnimi czasy nie był blisko z Mick'iem. Prawie się nie widywali, bo nauka, praca, wyjazdy... Zawsze coś stało na drodze. Teraz miał wyrzuty sumienia i czuł, że nie pożegnał się należycie z ojcem.

Jednak jego żal nie mógł być porównywalny do cierpienia Suzanne, która przeżyła ze swoim mężem tak wiele wspólnych lat...

Brunet spojrzał na trzypiętrowy, niebieski dom pani Finn. Na jego szpiczastym dachu siedziały kruki, wpatrując się w Briana paciorkowatymi oczyma. Zawarta w nich pycha i kpina wywołała ciarki na rękach chłopaka. Wyglądali jak niemi obserwatorzy, szpiedzy szalonej staruchy.

Nagle tknęło go przeczucie - co jeśli zdziwaczała sąsiadka miała coś wspólnego ze śmiercią Mick'a? Jeśli użyła magii albo po prostu poszła tam i wepchnęła go znienacka pod wodę, a potem przytrzymała? Kto wie, ile werwy może skrywać na pierwszy rzut oka zgarbiona, siwa staruszka? A może po prostu dobra aktorka?

Brian poczuł nagły przypływ ekscytacji. Był prawie pewien, że za wszystkimi nieszczęściami jakie ich spotykają stoi jedna i ta sama osoba - pani Finn. I on, Brian Adams, postanowił tego dowieść.

***

- Co do...?! - burknął Brian, otwierając swojego laptopa. Ekran pozostawał głuchy na próby włączania. Przez chwilę słychać było jedynie cichy szum, potem znowu nic. Brunet zerknął za okno na szalejąca pośród nocy burzę, potem przeniósł wzrok na podłączone do gniazdka urządzenie.

Zganił się w duchu za swoją nieostrożność. Teraz nawet nie miał jak sprawdzić historii mieszkańców domu ani wyszukać jakichkolwiek informacji o pani Finn. Musiał w końcu poznać jej tajemnicę... Przez chwilę myślał intensywnie, bawiąc się jaskrawopomarańczową piłeczką pingpongową, kręcąc się na obrotowym krześle. W końcu wstał, chwycił kurtkę i zbiegł na dół, porywając po drodze kluczyki do auta z haczyka w ganku. Matka siedziała w salonie szczelnie przykryta kocem, wpatrując się w ciemny ekran telewizora.

- Mamo - Brian wychylił się zza drzwi. Brak reakcji. - Jadę do biblioteki - oznajmił cicho. Nawet na niego nie spojrzała. Zwróciła głowę w stronę okna, nie wykazując najmniejszego zainteresowania synem. Brian włożył w pośpiechu buty i otworzył drzwi. Omal nie krzyknął z przerażenia gdy stanął oko w oko z upiornie bladą i zarazem niesamowicie poważną twarzą staruszki. Jej siwe włosy skropione były lejącym na zewnątrz deszczem.

- Jest mama? Chciałabym złożyć kondolencje... - Brian dałby sobie głowę uciąć, że na ustach sąsiadki przez moment zagościł chytry uśmiech. Zmrużywszy oczy brunet kiwnął głową i minął Finn, zmierzając przez rosnącą na sile ulewę w stronę forda. Zatrzasnął za sobą drzwiczki, nie będąc do końca pewnym czy wpuszczanie do mieszkania podejrzanej o zabójstwo kobiety, nawet z pozoru zupełnie niewinnej, jest w stu procentach bezpieczną i słuszną decyzją.

***

Słaby blask lampy bibliotecznej oświetlał stare, zakurzone stronice księgi. Brian potarł ociężałe powieki i zamrugał parę razy, by przegonić mgłę zmęczenia, powoli zasnuwającą pole widzenia. Zerknął na zegarek stwierdzając ze złością, że spędził w bibliotece bite dwie godziny na zupełnie bezowocnym poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji, chociażby małej wzmianki na temat pani Finn. Oparłszy policzek na dłoni przerzucił jeszcze kilka stron bez przekonania i prześledził fragment tekstu znużonym wzrokiem. Nagle wyprostował się w krześle jak strzała i zmrużywszy oczy przysunął bliżej lampę, oświetlając kartę.

"POŻAR NA OBRZEŻACH! Wczoraj o godzinie 22.51 w płomieniach stanął dom należący do rodziny Finnów."

Brian zmarszczył brwi, przypatrując się mieszkaniu na fotografii. Pewien był, że zobaczy posiadłość sąsiadki, ale oto przed jego oczyma trawiony pożarem stoi dom Adamsów! Pokręcił głową z niedowierzaniem, czytając ciąg dalszy artykułu.

"Mieszkańcy byli w środku w czasie tragicznego zdarzenia - spali. Zanim nadjechali strażacy i ugasili ogień domownicy stracili życie, najprawdopodobniej najpierw dusząc się dymem. Z całego zdarzenia cało wyszła jedynie dwudziestoletnia Rose Finn, która w czasie feralnej nocy nie była w domu. Pożar zgłosił pan Walker, sąsiad i bliski przyjaciel rodziny."

"Rose Finn, mieszkanka różowego pokoju jest zdziwaczałą sąsiadką?! Jak to w ogóle możliwe?!" przez głowę Briana cwałowały tysiące myśli, a on zupełnie nie wiedział jak ściągnąć im wodze. Dokładnie przyjrzał się fotografii, na której uwieczniony został jeden ze spalonych pokoi. Rozpoznał w nim salon, w którym przed jego wyjściem przykryta kocem siedziała Suzanne. Na pierwszy rzut oka nie było nic nadzwyczajnego w przeżartych pożarem deskach czy sfatygowanej, przypalonej kanapie, lecz Brian dostrzegł coś, co mocno go zdziwiło. Tajemnicze znaki, które pojawiły się w jego śnie, a potem spostrzegł je w domu pani Finn, widniały na drzwiach prowadzących do salonu.

Brunet doznał wyjątkowo niemiłego uczucia, którego sam do końca nie potrafił zdefiniować.

Przerzucił jeszcze parę stron trafiając na kolejny artykuł prasowy opatrzony tytułem "DOM FINNÓW SPRZEDANY!"

"Po strasznym pożarze, na którym ucierpiała rodzina Finnów, pani Rose Finn, jedyna ocalała przed tragicznym wydarzeniem, odrestaurowała dom i sprzedała go spółdzielni mieszkaniowej. Poniżej zamieszczamy przeprowadzony wywiad:

D: Dlaczego sprzedała pani rodzinny dom? Po odrestaurowaniu prezentuje się całkiem nieźle i mogłaby pani tam pozostać, zwłaszcza, że mieszkanie ma na pewno znaczenie sentymentalne.

R.F.: Znaczenie sentymentalne? Ależ skąd! Wprowadziliśmy się tam z dużego miasta i raczej nigdy nie przepadałam za tym domem. Nie wychowywałam się tu od dziecka, nie czuję więc silnej więzi z tym miejscem. Po wydarzeniach sprzed pół roku nie mam nawet ochoty na niego patrzeć... Mimo iż dom prezentuje się jak pan to ujął "całkiem nieźle", to niestety nie znalazłam nabywcy. Sprzedałam go spółdzielni mieszkaniowej, a sama mieszkam u Trevora Walkera. To on dał mi wtedy schronienie, tamtej feralnej nocy i jeszcze przez wiele kolejnych dni. Cóż, zakochaliśmy się w sobie i planujemy ślub...(radosny śmiech)

T.W.: Tak, to prawda. Bardzo się oboje kochamy. [...]"

Fotografia zamieszczona obok przedstawiała uśmiechniętą, objętą parę na tle obecnego domu sąsiadki Briana. Zdecydowanie dwudziestoletnia kobieta to młodsza wersja pani Finn, a mężczyzna obok zapewne był kiedysiejszym panem Trevorem Walkerem - pięćdziesięciolatek w białej koszuli wsadzonej w jasnoniebieskie jeansy.

Brian potarł palcami skronie, próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. Rose Finn zakochana na zabój w o trzydzieści lat starszym od siebie facecie? Przecież w pamiętniku, do którego czasami wracał i czytał go kiedy wzbierała w nim nuda, jasno i wyraźnie pisała, że Walker to kompletny dziwak i że zaczyna się go bać! Nie mogła się w nim tak po prostu zakochać, niemożliwe!

- Za chwilę zamykamy. - Zza wielkiego biurka z drewna dobiegł głos starszej bibliotekarki, łypiącej na Briana spod okularów połówek. Brunet zgasił lampkę, zamknął księgi i włożył je na półki z ciężkim westchnieniem, ówcześniej wyrywając dyskretnie potrzebne mu strony - jeśli nie można wypożyczyć, trzeba sobie radzić innymi sposobami.

Brian wyszedł, ściskając w garści kartki. Może Suzanne w końcu uwierzy, że sprawa Finn jest podejrzana...

***

Brian zaczynał się niepokoić. Po powrocie do domu Suzanne nie odpowiadała na jego wołanie, a salon, gdzie widział ją ostatnio, był pusty. Po pani Finn nie było śladu, nawet filiżanek po herbacie na stole czy w zlewie... Brian wątpił, aby matka nie zaprosiła sąsiadki na poczęstunek, w końcu obie tak za sobą przepadały... Brunet wspiął się po schodach na górę sprawdzając sypialnie i kolejne pokoje, ale wszystko wskazywało na to, że Suzanne wyszła. Drzwi wejściowe były jednak otwarte, a matka to wzór przezorności, więc ta opcja musiała zostać wykluczona.

Brian podrapał się w zamyśleniu po głowie. W końcu przekonał samego siebie, że Suzanne pewnie wyszła na moment do pani Finn i zaraz wróci. Zdjął kurtę i wszedł do łazienki.

Nie potrafił stłumić krzyku przerażenia i bólu, jaki wydobył się z jego gardła. Zakrył usta dłonią, a z jego oczu samoistnie płynęły łzy, których potoku nie potrafił, nawet nie chciał zatrzymać. Szok spowodował bolesne kołatanie serca.

Brian zbliżył się do wiszącego pod sufitem ciała matki i z niedowierzaniem dotknął jej zimnej dłoni. Wciąż drżącymi dłońmi z drgającą dolną wargą i zaszklonymi błękitnymi oczyma odciął linę, delikatnie kładąc martwe ciało Suzanne na łazienkowych kafelkach.

Nie pamiętał ile czasu tam spędził wyjąc z żalu i poddając wszystko co znalazło się w zasięgu jego wzroku destrukcyjnej sile własnego gniewu. W tamtej chwili pragnął zniszczyć cały świat, aby mieć pewność, że cokolwiek lub ktokolwiek doprowadziło Suzanne do takiego stanu, zginęło. W pewnej chwili jego wzrok padł na dywan, na którego środku widniała czarna plama, dokładnie w tym miejscu, gdzie wisiało ciało jego matki. Brian otarł łzy wierzchem dłoni i przejechał palcami po rozcięciu. Zmarszczył brwi. Podniósł rąbek dywanu i przyjrzał się drewnianym panelom pod nim. Wyryty był na nich tajemniczy znak, który widział w domu pani Finn.

Nie wiedział jakimi sposobami staruszka mogłaby powiesić jego matkę pod sufitem, bo pewnie niejeden rosły mężczyzna miałby z tym problemy, ale zupełnie go to nie obchodziło. Finn w jego umyśle widziana była jako podstępny, chytry szczur, który wypełzł z kanału.

Zalała go tak wielka fala wściekłości, że nawet nie myślał o tym, co robi. W końcu mógł ukierunkować swój gniew w osobę, która z pewnością na to zasłużyła. I zdecydowany był użyć siły.

***

Jeszcze niedawno ciepła, gwieździsta noc zmieniła się w jednej chwili w mroźną i ciemną. Mrok był miejscami tak gęsty, że zdawać by się mogło iż można go siekać nożem czy ciąć scyzorykiem. Chmury zasnuły niebo tworząc hebanową kopułę, na której jedynym jasnym punktem był słaby blask próbującego przedrzeć się przez warstwę obłoków księżyca.

Brian zacisnął dłonie w pięści, szybkim krokiem przemierzając dystans dzielący go od domu pani Finn. Zwrócił uwagę na dziwny fakt, iż wiatr docenił w końcu wartość milczenia, a wszystkie zwierzęta jakby zapadły w zimowy sen, pomimo środka lata.

Cisza ogłuszała.

Stanąwszy przed drzwiami mieszkania sąsiadki załomotał w drzwi, nie próbując nawet kryć wściekłości. Czekał parę minut, lecz nikt mu nie otworzył. Okna były martwe; wypełniały je pustka i ciemność, a jednak Brian miał przeczucie, że starucha jest w środku i doskonale wie o tym, że on, bezradny stoi i czeka.

- No dalej, Finn! Wiem, że tam jesteś! Nie odejdę, póki mnie nie wpuścisz! - krzyknął rozeźlony, sapiąc ciężko. Nagle drzwi uchyliły się samoistnie z upiornym skrzypieniem, jakby zapraszając Briana do środka. Trochę zdezorientowany, lecz pewny siebie brunet postąpił krok do przodu.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/10806-Dom-z-naprzeciwka-CZ-IV-ostatnia

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać
Dokonaj zmian: Edytuj

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Czas czytania: ~11 minut Wyświetlenia: 7 094

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje