Historia

Studium Zbrodni Niedoskonałej

gabriel grula 18 8 lat temu 9 008 odsłon Czas czytania: ~21 minut

Beata nerwowo spojrzała na zegarek. Było pięćdziesiąt pięć minut po północy.

Idąc pustymi ulicami miasta, czuła najpierw niepewność, potem zaś przeistaczający się w lęk, niepokój.

Mimo, iż bez problemu mogła wybrać dobrze oświetloną, biegnącą w pobliżu licznie sąsiadujących ze sobą bloków mieszkalnych, drogę. To jednak wizja wślizgnięcia się dziesięć minut wcześniej pod bielutką, pachnącą kołdrę, zawsze wygrywała.

Tak samo zawsze, dokładnie w momencie mijania ostatniej oświetlającej drogę latarni, pojawiało się tak nielubiane uczucie niepewności, mające niedługo ewoluować w niepożądanym kierunku zwieńczonym strachem.

Czasami swoje towarzystwo zapewniał jej emitujący blade światło, księżyc.

- Szkoda, że dzisiaj nie ma pełni – pomyślała – w takich chwilach tęsknię za nią niczym wilkołak – uśmiechnęła się pod nosem.

Dzisiejsze zachmurzone niebo, skutecznie uniemożliwiło jednak chociażby kilkusekundowe pojawienie się Srebrnego Globu.

Kobieta przekraczając ostatnią, wyznaczaną przez snop sztucznego światła granicę między blaskiem latarni, a mrokiem nocy, wkraczała na kilkusetmetrowy nielubiany odcinek nieoświetlonej drogi.

Ileż to już razy przysięgała sobie kupić samochód.

Przecież zarabia dobrze, śmiało mogłaby pozwolić sobie na wydatek rzędu nawet trzydziestu tysięcy złotych. W obecnej sytuacji nie byłby to przecież żaden problem. Na skutek idealnego połączenia studiów zaocznych z pracą sekretarki, wspomaganych comiesięcznym znacznym zastrzykiem finansowym z funduszu inwestycyjnego, który podarował jej na osiemnaste urodziny Tata, mogłaby pomyśleć o jakimś aucie. Dzięki temu nie dosyć, że mogłaby położyć się na swym ulubionym łóżku dodatkowych kilkanaście minut wcześniej, to jeszcze nie musiałaby przeżywać dwa razy w tygodniu tego pieprzonego, podrzędnego horroru pod tytułem „Nocny powrót do domu”.

Beata jak najbardziej lubiła dreszczyk emocji. Skakała na bungee, miała także oddanych kilka skoków spadochronowych. Kiedyś regularnie jeździła na swoim, jak go nazywała „małym ogierku”.

Owym ogierkiem, był motocykl Kawasaki Ninja.

Dość poważny wypadek, a propos niespowodowany z jej winy, przynajmniej jak do tej pory, skutecznie zniechęcił ją do dalszej jazdy w ruchu ulicznym.

- „Ludzie to wariaci bez wyobraźni!” – zawzięcie powtarzała każdemu, kto zapytał o powody rezygnacji z jazdy na jednośladzie.

Od tamtej pory, kilka razy w sezonie jeździła z przyjaciółmi na oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta tor wyścigowy, tam przez cały dzień jeżdżąc na wypożyczonej Aprili, odreagowywała nagromadzony stres.

Idąc wąską, wyboistą dróżką, biegnąca nieopodal działek rekreacyjnych, starała się uchwycić jakąkolwiek myśl gwarantującą zagłuszenie uczucia strachu na najbliższe dziesięć minut:

- Jutro trzeba będzie zrobić zakupy, ale to dopiero jak wstanę. Nie ma możliwości abym jutro podniosła się z łóżka przed jedenastą. Przy okazji, może zajrzę do Jimmego Choo. Ta Czarna torebka idealnie pasowała by mi do…

Nagle usłyszała jakiś szelest dobiegający od strony pogrążonych w mroku działek.

Nogi zrobiły się jak z waty, a ogromny skurcz zacisnął żołądek, kurcząc go niemalże do rozmiarów piłki tenisowej. Odruchowo odwróciła się, choć tak naprawdę wolałaby nie pomyśleć o zbliżającym się, zapewne wyimaginowanym, niebezpieczeństwie. Nieograniczona, rozbuchana w takich momentach wyobraźnia, potrafi ze zwykłego szelestu uczynić odgłos zbliżającej się, żądnej krwi bestii.

Niestety, instynkt samozachowawczy kazał jej natychmiast skierować głowę w stronę potencjalnego zagrożenia.

Otaczająca okolicę ciemność, uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek.

Do tego wzrok Beaty nie zdążył jeszcze przyzwyczaić się do mroku. Nie widziała więc nic.

Chwilę później doszła do wniosku, że to najprawdopodobniej jakiś kot albo bezpański, mieszkający na którejś z działek pies stara się dostać do swojego miejsca noclegowego.

- Uff – odetchnęła z ulgą, odwracając się w stronę obranego wcześniej kierunku drogi.

Nieco przyspieszyła kroku. Każdy z nich przybliżał ją do końca dróżki, zwieńczonego skrętem w prawo.

Potem jeszcze dwadzieścia metrów i ciemność rozświetlona zostanie kilkudziesięcioma uzupełniającymi się snopami światła.

I tak aż do samych drzwi wejściowych klatki schodowej.

Przy którymś z kolei wykonywanym kroku, zupełnie niespodziewanie poczuła czyjąś dłoń na czole i towarzyszące dotykowi uczucie pieczenia w okolicy szyi.

W pierwszym odruchu szarpnęła się, kierując głowę w dół.

Dostrzegła zalewającą jej płaszcz ciemną substancję.

Ogólny szok, odebrał jej zdolność jakiejkolwiek formy myślenia. Mimo wyostrzenia do granic możliwości zmysłów w głowie panowała pustka.

Przetarła dłonią jedną z powstałych plam. Następnie zbliżywszy rękę do twarzy zorientowała się, że jest to krew.

- Krew! – krzyknęła w myślach – ale jak? Ale skąd…

Szybko odwróciła się do tyłu, dostrzegając oczy stojącej z tyłu postaci.

Doskonale znała ten chory rodzaj, swego czasu, prześladującego ją wzroku.

- Ale to przecież było parę lat temu! To była przeszłość! O co tu chodzi? – myślała intensywnie.

Chciała krzyknąć, lecz zamiast tego parsknęła coraz bardziej krztuszącą ją krwią.

Nagle wszystko dookoła zaczęło nabierać niesamowicie jasnych, intensywnych kolorów. Tak jakby za przełączeniem jakiegoś tajemniczego, magicznego włącznika, stał się dzień. Zaczął ją ogarniać coraz większy chłód, a po chwili sen.

Oczy Beaty najpierw zaczęły tracić ostrość widzenia.

Resztkami świadomości poczuła zagłębiający się w jej brzuchu nóż.

Teraz było jej to już jednak obojętne. Nawet nie zauważyła kiedy przewróciła się.

Śmierć nadeszła szybko i niespodziewanie rzucając na nią urok ogromnej fali senności. Nie mogła tylko zamknąć oczu. Ostatnim zapamiętanym obrazem, były odcinające się na tle ciemnego nieba, dachy poszczególnych działkowych, małych domków.

Na wszystko opadła kurtyna ciemności.

Komisarz Walski wymacał leżący pod łóżkiem dzwoniący telefon komórkowy.

- Kurwa! Nie ma nic lepszego niż dzwoniący w sobotę o godzinie piątej rano służbowy telefon – pomyślał, zaspanym wzrokiem spoglądając najpierw na zegar wskazujący piątą dziesięć rano, następnie wciskając przycisk z wymalowaną na nim zielona słuchawką.

- Walski, co się dzieje?

- Komisarzu, mamy zwłoki. Najprawdopodobniej to znów ten seryjny…

- Gdzie? – porucznik przerwał swemu rozmówcy.

- Słucham?

- Gdzie znaleziono zwłoki?

- Aha! No tak. Marsyliańska pięćdziesiąt sześć. Przy działkach.

- Laboratorium już tam jest?

- W pierwszej kolejności dzwonię do pana Komisarza. Tak jak pan prosił…

- Dobra, dobra. Dzięki. Powiadom laboratorium, ja już tam jadę. Aha i nie dzwoń do „Tłustego”. Ma dzisiaj urodziny córki. Nie ma sensu by paskudził sobie dzień. Ja się wszystkim zajmę i jutro do niego zadzwonię.

- Znaczy się, nie dzwonić do Jurkczyńskiego?

- Tak, nie dzwonić do Jurkczyńskiego. Będę tam za góra piętnaście minut. Dzięki na razie.

- Do widzenia Komisarzu.

Walski odłożył telefon. Przetarł dłonią twarz, następne ciężkim krokiem poszedł do kuchni. Uruchomił ekspres do kawy, znikając na koniec za drzwiami łazienki.

Dziesięć minut później, ubrany, w pełni gotowy do działania, dopijał ostatni łyk kawy.

- Cholerny degenerat – powiedział pod nosem – za długo był spokój. Zakompleksiony idiota. Wybiera sobie jakąś przypadkowo spotkana dziewczynę i bez skrupułów zabija ją – ostatnim wypowiadanym słowom, towarzyszył dźwięk wkładanego do zamka w drzwiach, klucza.

Najgorszy jest jednak brak motywu, którym kierowałby się morderca podczas wybierania ofiary.

Nic ich nie łączy, a przynajmniej na pozór. No właśnie na pozór…

Nic nie dało przesłuchanie ludzi z najbliższego otoczenia każdej z ofiar.

I choć koleżanki niejakiej Rebeki Brdy, będącej pierwszą z ofiar domniemanego seryjnego zabójcy, niejednokrotnie wspominały o fakcie skarżenia się dziewczyny na natręctwo z jakim spotykała się od jakiegoś czasu ze strony byłego chłopaka, to jednak samo przesłuchanie Franka Metkowskiego, kompletnie nic do sprawy nie wniosło.

Chłopak miał alibi, był spokojny, jego postawa jak i zachowanie, absolutnie nie budziło żadnych podejrzeń.

Na każde z pytań odpowiadał spokojnie i rozsądnie.

Walski w swojej kilkunastoletniej karierze, zdążył mieć już do czynienia z najrozmaitszymi typami.

Choć nigdy nie miał, tej wątpliwej, przyjemności spotkania na swej drodze seryjnego mordercy, to zdarzali się w większości przypadków chorzy lub uzależnieni od wszelkiego rodzaju narkotyków i używek ludzie, dokonujący rzeczy wprost niemieszczących się w głowie nie tylko przeciętnego człowieka, ale i jego.

Na pewno nikim takim nie był noszący okulary, średniego wzrostu informatyk.

Fakt, o niespełnionej miłości opowiadał z sentymentem, ale zważywszy na jego wygląd nic dziwnego, że zakochał się w dziewczynie śmiało mogącej być modelką.

Od czasu ich definitywnego rozstania, dziewczyna spotykała się z kilkoma mężczyznami, których personalia znała jednak tylko ona sama.

Patolog dość dokładnie określił czas śmierci dziewczyny. Co ciekawe w tym samym czasie przed klatką schodową bloku, w którym mieszkała, został zamordowany niejaki Hubert Scyk.

Chłopak z zapałem od kilu lat uprawiał mieszane sztuki walki. Jak wykazało śledztwo z równym zapałem handlował wszelkiego rodzaju środkami powodującymi przyrost masy mięśniowej. Z dokonanych ustaleń wynikało jednak, iż oba morderstwa nie są w żaden sposób ze sobą połączone. A zabójstwo Scyka, mogło być następstwem jakiś porachunków.

Dziesięć minut później, służbowy Ford Mondeo Komisarza Antoniego Walskiego zaparkował w bezpośrednim sąsiedztwie taśm odgradzających najbliższą przestrzeń w promieniu kilku metrów od ciała martwej dziewczyny.

Na miejscu było czterech funkcjonariuszy najbliższej komendy policji, dwóch policjantów, tak jak on ubranych w cywilne ubrania, oraz ekipa laboratorium kryminalistyki.

Antoni przywitał się ze stojącymi funkcjonariuszami – Co wiemy? – zapytał.

Odpowiedzi udzielił mu jeden z ubranych „po cywilnemu” funkcjonariuszy:

- Zwłoki znalazł czterdziestopięcioletni Marcin Wilk. Facet codziennie, jak określił „skoro świt”, uprawia jogging. Denatka to Beata Gabrat. Lat dwadzieścia jeden. Studentka drugiego roku administracji. Tyle wiemy ze znalezionych przy niej dokumentów. Nic nie zginęło. Wszystko wskazuje na…

- Atak seryjnego?

- Tak, atak seryjnego.

- Jakieś ślady?

- Nic istotnego. Atak nastąpił najprawdopodobniej znienacka. Mamy odcisk kilku par butów. Nic poza tym. Zgon nastąpił na skutek przecięcia tętnicy szyjnej, następnie rozcięta została jama brzuszna.

- Wypatroszył ją?

- W skrócie rzecz ujmując, tak.

Komisarz tylko pokiwał głową.

-„Wypatroszenie, coś nowego. Skurwiel – pomyślał.

Antoni uniósł czarną folię, którą przykryte były zwłoki.

Jeszcze raz przeklął w duchu. Tu już nie chodzi o nic innego jak o zwykłe ludzkie uczucia. Jak można tak po prostu zabić Bogu ducha winną dziewczynę, po czym położyć się spać. Nazajutrz budząc się i jakby nigdy nic zasiąść do porannego śniadania. Najgorsze co może być w przypadku takiego osobnika, to zupełna przypadkowość każdej z kolejnych ofiar.

Jego kolejny cel, wygrywa tak jakby nieszczęśliwy dla siebie los w loterii śmierci.

Życie uczuciowe Franka od najmłodszych lat dostarczało mu niemałych problemów. Już w szkole podstawowej zapałał niesamowitym rodzajem przyjaźni do Weroniki.

Dziewczyna chodziła z nim do tej samej klasy, stąd widywali się codziennie.

Zdecydowanie wolał jej towarzystwo, niż wspólne wygłupy z kumplami, rówieśnikami. Niestety tego samego nie można było powiedzieć o obiekcie jego przyjaźni.

Weronika owszem, lubiła z nim przebywać, ale nie w mniejszym stopniu lubiła spędzać czas w licznym gronie swoich koleżanek. Dziewczyny jak to dziewczyny, przynajmniej w tym wieku wolały bawić się same.

Dlatego też, nie było wyjścia jak spławiać Franka przy pomocy różnych wymyślanych na poczekaniu historyjek.

A to musiała odrabiać lekcje, a to uczyła się z Magdą i Anią do klasówki albo najzwyczajniej w świecie nie odbierała telefonu od swego adoratora, ku jego ogromnemu rozżaleniu.

Franek nie rozumiał, że dziewczyna w danej chwili może mieć chęć na inne zajęcie lub przebywanie z kimś innym.

Uważał, że skoro on ma ochotę na jej towarzystwo, to ona musi mieć tę ochotę w równym stopniu.

Konflikt wydawał się być nieunikniony.

Z upływem dni, dość mocnym dyskomfortem stało się dla Weroniki wymyślanie sposobów spławiania jak i przemykanie podwórkiem z obawą by przypadkiem nie zostać zauważoną.

Dlatego pewnego dnia powiedziała mu wprost, aby dał jej spokój:

- Nie mam ochoty przebywać z tobą non stop, musisz to w końcu zrozumieć. Ile jeszcze razy mam ci dawać do zrozumienia, że w danej chwili jestem zajęta. Jesteś fajnym kolegą, ale prócz ciebie mam jeszcze koleżanki.

Franek po wysłuchaniu tych słów zaniemówił.

Przecież w takim samym stopniu jak ze swoimi przyjaciółkami, mogłaby równie dobrze z nim bawić się w dom, chowanego, czy w cokolwiek na co miałaby ochotę. Fakt, może podczas zabawy lalkami mógłby się nie sprawdzić, ale żeby od razu miał to być definitywny koniec przyjaźni? Nie mógł tego niestety zrozumieć.

Cztery dni nic nie jadł, chudnąc trzy kilo, nie mógł skoncentrować się na niczym, a zwłaszcza na nauce, decyzja dziewczyny była dla niego ciosem. Przeżył to bardzo.

Jedynym wyjściem stało się unikanie do niedawnej, bardzo bliskiej koleżanki. Nie było to łatwe, ponieważ codzienny jej widok rozgrzebywał nie do końca zasklepioną ranę.

Zajęło mu to trochę czasu, jednak w końcu zaakceptował taki, a nie inny stan rzeczy.

- Jeszcze będzie tego żałowała – powtarzał sobie, jednocześnie pocieszając się tymi słowy.

Dla Weroniki była to zaś przestroga na całe życie,by od tego chłopca trzymać się z daleka.

Niektóre koleżanki zazdrościły jej posiadania tak przywiązanego adoratora, ale dla niej była to męczarnia. Dlatego po ostatecznym zakończeniu przyjaźni, poczuła się dużo lepiej.

Mijały lata, a Franek tak jakby zupełnie nie wyciągając wniosków z kolejnych lekcji, nie zmieniał natężenia uciążliwości swej przyjaźni, później natomiast adoracji, w końcu okazywania uczuć względem płci pięknej.

Co ciekawe w relacjach z kolegami był jak najbardziej w porządku.

Jego natręctwo, połączone z zaborczością, miało miejsce tylko względem dziewczyn.

Dlatego był kolejno odprawiany przez Elizę, Martynę, Laurę. W gimnazjum natomiast przez Dorotę i Andżelikę. A w liceum przez Beatę i Martę.

Wszystkie zawody z czasem mutujące w stronę rozczarowań miłosnych, przeżywane były w bardzo podobny sposób do tego pierwszego, jaki miał miejsce w przypadku Weroniki.

Ból psychiczny był silny, natarczywy oraz nieustępliwy. Za każdym razem radził sobie z nim coraz gorzej.

Apogeum nastąpiło jednak w wieku dwudziestu lat.

Franek doskonale odnajdywał się w temacie komputerów. Programowanie jak i włamywanie się do systemów, były jego pasjami. Po skończeniu liceum, poszedł więc na studia informatyczne. Rodzice nie należeli do zbyt zamożnych, a do tego dwójka jego młodszego rodzeństwa wymagała znacznych nakładów finansowych.

Dlatego wszelkie środki związane z dalszą nauką, musiał zdobyć sam.

Ponieważ był bardzo dobry w tym co robił, znalazł pracę w jednej z najbardziej znanych na świecie firm komputerowo informatycznych.

Niektóre z jego pomysłów, połączone z umiejętnościami, wprawiały w zdumienie dużo starszych pracowników firmy, jak i całą kadrę zarządzającą. Wszystko więc zaczęło układać się doskonale.

Franek za wykonywaną pracę, dostawał całkiem niezłe wynagrodzenie.

Na nieszczęście, akurat w tym czasie, zainteresowała się nim Rebeka. Dziewczyna o bardzo rozrywkowym charakterze i wrodzonej predyspozycji do wydawania każdej sumy pieniędzy. Mieszkała dwie ulice dalej, była też o cztery lata od niego starsza.

Dziewczyna w mgnieniu oka znajdowała sobie kolejne obiekty, do których potrafiła przyssać się niczym pijawka, żyjąc, a jakżeby inaczej, jak nie na koszt swego partnera.Co by jednak nie mówić o jej sposobie zachowania, rozumie oraz charakterze, była niesamowicie ładną jak i seksowną niewiastą.

Wszyscy jej rówieśnicy zdążyli się już jednak na niej poznać.

Kolejnych mężczyzn zmieniała z niebywałą lekkością, bez jakichkolwiek skrupułów.

Trudno powiedzieć, czy ona nie miała uczuć, czy nie potrafiła kochać, a może tak naprawdę nie zdążyła spotkać w swoim krótkim życiu mężczyzny, w którym naprawdę by się zakochała.

Swojego poprzedniego chłopaka Marcina, zostawiła gdy ten popadł w dość poważne tarapaty finansowe.

Oczywiście powyższe tarapaty finansowe nie były oficjalną przyczyną rozpadu ich związku, ponieważ był nią brak odwzajemnienia uczuć, którymi ona w niesamowitym stopniu obdarzała swego partnera.

Wszystko w jej mniemaniu było jasne, proste, oraz oczywiste, gdy tymczasem fakty były takie, że każdy z jej partnerów przestawał odwzajemniać jej uczucia akurat w momencie wskazywania przez karty kredytowe czerwonego pola z napisem debet lub gdy na horyzoncie pojawiał się ktoś o dużo większym potencjale materialnym.

Ogólnie wiadomym było, co to jest za rodzaj dziewczyny.

Zajebista z wyglądu, ale droga w utrzymaniu, a do tego wymięta z uczuć. Taką właśnie przyklejono jej łatkę.

Zakochany po uszy, zaślepiony miłością dwudziestolatek, kompletnie w to nie wierzył.

Zarabiał dobrze, miał nawet służbowy samochód, a do tego perspektywy rozwoju jego kariery zawodowej prezentowały się bardzo obiecująco.

Dziewczynie jak najbardziej odpowiadało to.

Przez pierwsze dwa miesiące ich związek przypominał sielankę. Później zaś Rebeka zaczęła funkcjonować w charakterystyczny dla siebie sposób. Z czasem pieniądze nie rekompensowały jednak zaborczej miłości Franka.

- Kurwa jeszcze trochę i będzie chodził ze mną do kibla! – śmiała się ze swojego partnera podczas licznych spotkań z przyjaciółkami. Pół roku później, był to jednak śmiech przez łzy.

Do tego, kiedy tylko blondynka w jakikolwiek, choćby przelotny sposób, odwzajemniła spojrzenie mijającego ją przypadkowego mężczyzny, młodzieniec natychmiast czerwienił się jak burak. Natomiast w domu robił jej awanturę.

Najodpowiedniejsze byłoby tutaj przysłowie „trafiła kosa na kamień”. Zawsze to ona w związku wszystko kontrolowała.Tym razem jednak czuła, że owa kontrola wymyka się jej z rąk. Notorycznie kłamała, oszukując swego partnera, co do celu swoich spotkań na mieście jak i wydatków. Do tej pory, każde spotkanie z mężczyzną, który akurat wpadł jej w oko uchodziło jej płazem. Inna sprawa, że w wymyślaniu bardzo prawdopodobnych historii na poczekaniu, była dosłownie mistrzynią. Kłamała jak z nut, do tego tak się kamuflując, że złapanie jej na gorącym uczynku stawało się wręcz niemożliwe.

Niestety, to co było niemożliwe dla każdego z poprzednich jej partnerów, okazało się wysoce prawdopodobne dla Franka.

Kilka razy wydawało się jej, że jest śledzona. Z czasem popadła w paranoje mani prześladowczej. Miała najzwyczajniej w świecie tego dość.

Franek potrafił urwać się na dwadzieścia minut z pracy, tylko po to, by zrobić jej, w swoim mniemaniu, niespodziankę. Dla niej natomiast, wiązało się to z nakryciem na gorącym uczynku spotykania się z innymi mężczyznami.

Co miała poradzić na to, że już tak miała. Widząc kogoś spełniającego jej kryteria, nie mogła powstrzymać się aby nie zaciągnąć go do łóżka.

Mogła nigdy później już się z nim nie spotkać. Ale podczas tego jednego zbliżenia, doznawała takiej serii orgazmów, że nie była w stanie zbliżyć się do tej liczby w żaden inny sposób, będąc w tradycyjnie rozumianym związku.

Oczywiście, żaden z partnerów życiowych o jej sekrecie nie wiedział, tak samo zresztą jak żaden z jej znajomych, kolegów, jak i koleżanek, a nawet przyjaciółek. Uważała, że mówiąc o tym komukolwiek wcześniej czy później naraziłaby się na ujawnienie swojej skrytej pasji.

Teraz jednak stale czuła się obserwowana. Do tego wiedziała o niesamowitej komputerowej pasji swego chłopaka.

-„Diabli wiedzą do czego będzie zdolny by mnie zlokalizować? – zadawała sobie pytanie.

Franek niczego się jednak nie domyślał. Za każdym razem, kiedy spotkał Rebekę w centrum handlowym, czy którejkolwiek z kafejek, wręczał jej bukiet kwiatów. Wiarygodności, oraz prawdomówności swej kobiety był pewien. Mimo, iż koledzy ostrzegali go przed nią, twierdził, że są w błędzie, a to czym Rebeka go obdarza, nazywa się między innymi miłością, wiernością, oddaniem.

Duże znaczenie w utwierdzeniu go w takim przekonaniu miały jej umiejętności aktorskie. W przeciągu sekundy potrafiła zrobić zarówno maślane oczy, jak i udawać bezgraniczną miłość oraz wdzięczność.

Do tego umiała wszystko to ubrać w przepiękne, wyuczone sformułowania oraz zwroty.

Mimo wszystko związek z Frankiem po niespełna ośmiu miesiącach, dał jej się solidnie we znaki.

Postanowiła więc zakończyć go, czyniąc to z taką samą łatwością jak każdy poprzedni.

Co dziwne, po raz pierwszy w życiu zmusił ją do tego nie aspekt finansowy a emocjonalny.

Całą sytuację podciągnęła więc pod trawiące ich związek wypalenie uczuć z obu stron.

To jednak co było dla niej jasne, zupełnie nie mieściło się w głowie chłopakowi.

- Jakie wypalenie? Przecież ja cię kocham! Czy ty tego nie widzisz!? – krzyczał o mało nie eksplodując ze złości.

Niestety jednak, jego partnerka niczego takiego nie dostrzegała. W zasadzie to nawet nie chciała dostrzegać.

Miała go po prostu dosyć.

Doskonale wiedziała, że lada moment znajdzie sobie kogoś, kogo zgodnie ze swym zwyczajem owinie sobie wokół palca. To tylko kwestia czasu. Do tego miała na koncie trochę zaskórniaków gwarantujących spokojne, niczym nie ograniczone życie przez najbliższe sześć miesięcy.

Tym razem jednak nic nie poszło po jej myśli. Chłopak mimo jasno usłyszanych, dobitny słów:

- „Nasz dalszy związek nie ma sensu, nie czuję już względem ciebie tego co na początku. Ty także bardzo się zmieniłeś. Musisz to zrozumieć, słowo „my” już nie istnieje”.

Najzwyczajniej w świecie postanowił dalej walczyć o tę, w swoim mniemaniu, miłość mogącą być jeszcze uratowaną.

Przez kolejne dni nie dawał, tak jak miał to w zwyczaju, za wygraną. Nachodził Rebekę podczas wizyty u kosmetyczki, masażystki jak i przy wychodzeniu z ulubionych kafejek.

Za każdym razem twierdził, że zerwanie to był jej błąd, mogący być jeszcze naprawionym.

Odwiedzał ją także w domu, w godzinach rannych, popołudniowych jak i wieczornych. Żadne z jej słów nie było traktowane poważnie. Odnosiło skutek przysłowiowego„rzutu grochem o ścianę”.

Dziewczyna w pewnej chwili zaczęła się bać niedawnego partnera. Mimo wszystko nie potrafiła się nikomu do tego przyznać. Skrzętnie ukrywając lęk, pod maską niesamowitej pewności siebie. W końcu jednak dotarło do niej, że nie jest w stanie sama rozwikłać tego problemu.

Dała więc sobie jeszcze jedną szansę na zniechęcenie do siebie amanta, a jeżeli nic to nie da, postanowiła zasięgnąć opinii koleżanek.

Oczywiście ostatnia szansa zawiodła.

Każda z bliskich przyjaciółek, od razu radziła iść z tym na policję.

- Posłuchaj, to nie jest normalne. Jak w dalszym ciągu będzie cię nawiedzał, bez zastanowienia idź na policję. Wiesz co? Chodź od razu pójdziemy to zgłosić. Przecież to jakiś czubek – doradzała jej Arleta.

Dziewczyna jednak nie posłuchała. Przestała za to odbierać telefony od Franka, a podczas każdego zaaranżowanego spotkania, traktowała go jak powietrze przechodząc obok.

Pożądany efekt osiągnęła dopiero wtedy, gdy zaczęła spotykać się z Hubertem.

Choć „spotykać się” jest określeniem użytym nieco na wyrost, ponieważ widzieli się raptem trzy razy.

Hubert był to chłopak wysportowany, czynnie uprawiający mieszane sztuki walki. Miał nawet na swym koncie kilka zawodowo stoczonych walk, w jednym tylko przypadku zakończoną przegraną.

Szczerze mówiąc Hubert zupełnie nie był w jej typie. Spotykała się z nim tylko po to, by uwolnić się od Franka.

Ten ostatni, widząc Huberta zrezygnowany znikał w tłumie.

Mimo wszystko nie mógł darować sobie takiej a nie innej postawy do niedawnej dziewczyny.

Przecież był jej wierny, kochał ponad życie, obsypywał prezentami. Wciąż więc zadawał sobie pytania:

-„Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?”

Ostatecznie doszedł do wniosku, że za wszelką cenę należy pozbyć się nowego amanta. W celu zmaterializowania swej koncepcji, przez dwie godziny czekał pod klatką Rebeki na ich przybycie.

Doczekawszy się, ruszył dziarsko w ich stronę.

Hubert na początku zdezorientowany całą sytuacją, nie wiedział jak zareagować. Kiedy jednak dziewczyna jasno nazwała byłego chłopaka psychicznie chorym wariatem, który nie chce dać jej spokoju, postanowił spuścić oponentowi solidny łomot.

Przez pierwsze trzydzieści sekund walki, Franek był jednak jak najbardziej równorzędnym rywalem. Dwa razy nawet udało mu się dość mocno trafić przeciwnika, ostatecznie jednak został znokautowany.

Zanim jednak to nastąpiło, przyjął kilka naprawdę mocnych uderzeń. Każdy z ciosów może nie tyle deformował mu twarz, co przyprawiał o delikatny zawrót głowy oraz dziwne uczucie mrowienia w nogach, połączone z brakiem możliwości zaczerpnięcia oddechu.

Kiedy się ocknął, leżał na chodniku kilkanaście metrów od drzwi wejściowych klatki schodowej. Co dziwne mimo porażki i solidnie obitych żeber, złość wezbrała w nim jeszcze bardziej.

Tym razem jednak nie chodziło tylko i wyłącznie o Rebekę, ale i o tego buca, który ważył się podnieść na niego rękę.

Czterdzieści minut później, stał ukryty za jednym z drzew w pobliżu budynku , oczekując wyjścia do niedawnego rywala.

Sprzyjała mu późna pora dnia, a tym samym zwiększający z każdą kolejną minutą swe natężenie, mrok.

Nie było sensu bić się z nim na pięści, najprawdopodobniej znów wiązałoby się to z nokautem, zresztą zaledwie kilka minut temu udało mu się zatamować krwotok z nosa. Kolejne ciosy najzwyczajniej w świecie mógłby zmasakrować jego facjatę. Dlatego tym razem pomocą miał mu służyć kij bejsbolowy.

Stojąc w ukryciu, starał się opanować drżenie rąk. Proporcjonalnie do wydłużenia czasu oczekiwania chęć zemsty malała.

Tak naprawdę obawiał się, że coś może pójść nie po jego myśli. Sam moment walki nie jest czymś trudnym. O wiele bardziej dokuczliwy jest czas oczekiwania na konfrontację.

Już miał iść do domu, kiedy usłyszał otwierające się drzwi klatki schodowej.

Skierował wzrok w stronę bloku. Po chwili widząc idącego w jego stronę Huberta.

Skrył się za drzewem, przez moment zastanawiając się nad sensem swojego planu.

Nerwowo wyjrzał zza drzewa dyskretnie rozglądając się. Nikogo nie dostrzegł.

Tymczasem chłopak minął miejsce jego ukrycia, kierując się w stronę pobliskiego parkingu samochodowego.

- Teraz albo nigdy – pomyślał, wybiegając.

Kilka metrów przed idącym ze słuchawkami na uszach Hubertem, zwolnił.

Nim ten zorientował się w sytuacji, zainkasował trzy piekielnie mocne, odbierające przytomność, uderzenia w głowę.

Leżący na ziemi, nieprzytomny chłopak w pełni go nie uszczęśliwił. Dlatego zadał mu jeszcze dziesięć kolejnych uderzeń. Efektem czego, było pozbawienie życia młodego fightera.

W drodze do domu doszedł jednak do wniosku, że przecież ta zdzira, która napuściła na niego tego zabijakę, na sto procent powie policji o zajściu przed blokiem, którego była przecież naocznym świadkiem. Jasne więc będzie, że to on stanie się podejrzanym numer jeden. Najlepiej więc aby i ona nie była w stanie pisnąć słówka. W obecnej chwili nienawidził jej z całego serca. Dał jej wszystko co najlepsze, co otrzymując w zamian?

Najpierw zbywanie, potem lekceważenie, a na koniec wpierdol.

Tak, koniecznym jest pozbyć się tej wyzutej z uczuć lafiryndy. Co ciekawe, zabicie człowieka (świadczyły o tym martwo spoglądające w dal oczy), w jakiś dziwny, niespotykany do tej chwili sposób nakręciło go, dostarczając do mózgu endorfiny i dopaminę odpowiedzialne za stan podniecenia oraz euforii.

Nie potrafił powstrzymać się by nie pójść z powrotem na miejsce zbrodni.

Tak jak można się było spodziewać na miejscu była już karetka pogotowia i policja. Pracy funkcjonariuszy przyglądała się grupka gapiów. Byli wśród nich ludzie mieszkający w pobliskich blokach, większość z nich była akurat na spacerze ze swymi czworonogami.

Franek wmieszał się w kilkuosobowy tłum gapiów, bacznie wsłuchując się w poruszane przez nich tematy, jak i wypowiadane słowa. Ku jego ogromnej uciesze, nikt nie widział zarówno incydentu, jak i sprawcy. Nikt także nie znał ofiary.

Stał i upajał się w swoim chorym mniemaniu, dziełem. Nie odstępowało go wrażenie wkroczenia tak jakby w inny wymiar życia. Spróbował czegoś co jest dane zaznać nielicznym, ponadto trzeba także dodać, że mało kto radzi sobie z faktem odebrania komuś życia. Nie miał pojęcia jak to będzie wyglądało w przyszłości, ale na tą chwilę przeżywał coś niesamowitego, bardzo podobnego do upojenia alkoholowo narkotykowego. Delikatnie kręciło mu się w głowie, wszystkie dźwięki, choć dochodziły z oddali, to jednak słyszane były bardzo wyraźnie, no i wzrok. Wyostrzone kolory zdawały się razić, dlatego niezbędnym było lekkie przymkniecie powiek. Ponadto, od stóp do głowy przechodziły go fale dreszczy, oraz towarzyszące im mrowienie w podbrzuszu. To było coś wspaniałego. Coś z czym nigdy wcześniej w życiu nie spotkał się. Coś z czym nie mogło równać się nic innego.

Czerpał niesamowitą radość ze świadomości, że to on jest przyczyną tego wszystkiego. To on doprowadził do przyjazdu funkcjonariuszy, lekarzy przybyłych, co prawda tylko po to by stwierdzić zgon, ale przybyłych, jak i zebrania się tej grupki gapiów, w której teraz stał. Wtedy zapragnął dostarczyć swemu umysłowi kolejnej dawki narkotyku składającego się z endorfin, dopaminy jak i adrenaliny. Z tym, że teraz chciał zrobić coś bardziej spektakularnego, coś co wstrząśnie jak największą grupą ludzi.

Zabicie tej suki Rebeki będzie doskonałym wstępem do… właśnie, do czego?

Nieważne, pragnął tylko jednego, dopaść ją, dopaść ją dzisiaj. Po to, aby nic nie mogła powiedzieć o jego bójce z tym wysportowanym, teraz już trupem, jak i po to, by odpłacić się za zszargane uczucia.

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

W sumie nie znam sie na tym ale na początku piszesz iż zarabia dobrze i wydatek 30 tysięcy nie bylby czyms ponad jej sily a poxniej podczas ogledzin zwlok policjant podaje iz była to studentka...
Odpowiedz
Dlaczego uważasz że każdy student musi być biedny?
Odpowiedz
Kacper Jędrasiewicz Może nie koniecznie biedny, ale żeby na studiach mieć 30tyś tak o na zbyciu, że w każdej chwili można je wydać? Nawet osoby po 40 czy 50 nie są w takiej sytuacji (może jedna osoba na 50 mogła by sobie na to pozwolić). No, ale z drugiej strony tak jest w PL, a w tym opowiadaniu przewijają się imiona nie tylko polskie. W takich Niemczech np. pewnie studenci bez problemu kupują sobie drogie samochody i 30tyś "mają na zbyciu".
Odpowiedz
Wszystko uściśliłem. Teraz myślę, że kwestia finansów dziewczyny jest w pełni jasna.
Odpowiedz
Rewelacja! Naprawdę piszesz swietnie! Btw mój synek jest Twoim imiennikiem. :)
Odpowiedz
Dziękuję za wszystkie komentarze. Są one dla mnie niezmiernie cenne i ważne. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Nie zawiodles swoich czytelników :) Świetne opowiadanie. Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Dzięki za komentarz :) Pozdrawiam.
Odpowiedz
troszkę przydługie...ale fajne :)
Odpowiedz
Jesteś niesamowity :) uwielbiam Twój styl pisania!
Odpowiedz
Dzięki :)
Odpowiedz
dobre
Odpowiedz
Powinieneś pisać 11 część !! A nie cos innego xd c: Ale fajne
Odpowiedz
Czasami tak jest, iż niezbędnym jest trochę od czegoś odpocząć. Jedenasta część już jest, muszę jednak jeszcze trochę nad nią posiedzieć. Na pewno jednak będzie.
Odpowiedz
Naprawde rozumiem :) ale czas Z sie tak dobrze czyta ze normalnie trudno jest doczekać następnych czesci ! To jak tortury >~<
Odpowiedz
B r a w o !
Odpowiedz
XD
Odpowiedz
+Zapowiada się świetnie.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje