Historia

Szkarłatna Łuna

banan07002 2 4 lata temu 4 137 odsłon Czas czytania: ~16 minut

Ann nigdy nie sądziła, że wschód słońca może być aż tak malowniczy; pierwsze poranne promyki odbijały się na falach Atlantyku, rażąc ją w oczy. Niebo zadziwiało swym nieskalanym błękitem pozbawionym najmniejszej nawet chmurki. Delikatna bryza rozwiewała jej piękne, czarne jak węgiel włosy. Pierwszy dzień rejsu po Atlantyku zaczynał się naprawdę cudownie. Od niecałych dwóch godzin była na pokładzie ,,Mewy" , a już czuła się wypoczęta. Ann dziękowała w myślach Carlowi, że ją przekonał na ten rejs. Faktycznie, potrzebowała tego urlopu, odskoczni od spraw firmy, które o mało nie wpędziły ją w depresję. Jeszcze wczoraj zażarcie protestowała przeciwko jakiemukolwiek urlopowi, wciągnięta przez wir obowiązków na nowym stanowisku w firmie, a teraz? Stała na dziobie małego stateczku płynącego spokojnie po oceanie, mając pod stopami kołysany falami pokład i szum fal rozbijających się o burty. Och tak, będzie musiała podziękować dziś Carlowi, gdy tylko znajdą się w ich kajucie...

Rozejrzała się w poszukiwaniu jej męża, lecz nigdzie go nie znalazła. Cały pokład był pusty. Najwyraźniej wszyscy z 24 - osobowej grupy turystów jeszcze spali. Odetchnęła świeżym powietrzem, chłonąc zapach soli morskiej. Było tak cudownie...

*

Michael z trudem zwlekał się z łóżka. Jego stare kości zaskrzypiały w proteście, gdy statkiem zabujało, a on chwycił się kolumienki przy jego łóżku, żeby nie upaść. Spojrzał na swoją śpiącą żonę, nic sobie nie robiącej z podrygiwania statkiem. Jej siwe włosy leżały rozrzucone po poduszce, spływając aż na podłogę niskiego łóżka. Nawet w wieku 68 lat Janice Earthwood była piękna. Michael ze swoją pokrytą szramami twarzą prezentował się przy niej nad wyraz mizernie, jak stary Caddilac przy błyszczącym Ferrari. On był żołnierzem, weteranem tylu bitew, że połowy sam już nie pamiętał. Odznaczony kilkoma medalami, odznaczeniami i takimi tam, przyznanych w większości za samo przeżycie tych wojen. Gdy 10 lat temu granat wybuchł tuż obok niego, zabijając połowę jego oddziału, uznał, że czas odpuścić. Na emeryturę przeszedł z głęboką blizną (pamiątką po owym granacie, a raczej jego odłamkach) i pokaźnym kontem bankowym.

Gdy w końcu zwlókł się z łóżka i poszedł wziąść prysznic, Michael spojrzał na swoje nagie ciało. Nikły uśmieszek wykrzywił jego wargi. Wciąż był umięśniony lepiej niż połowa tych chłystków płynących wraz z nimi na statku. Plątanina żył, grubych jak liny okrętowe, oplatała jego ramiona i barki. Słońce Afganistanu opaliło go tak, że przypominał dawnych marynarzy, z rękami jak ze stali od ciągłego zwijania żagli. Gdyby nie zmasakrowana twarz, byłby nadal przystojny. Michael westchnął i wszedł pod prysznic.

*

- Jak się podoba podróż?

Ann wyrwana z otępienia drgnęła. Obok niej oparł się o burtę Carl, paląc poranne cygaro. Woń wiśni zmieszała się z zapachem morskiej bryzy.

- Jest świetnie - odrzekła po prostu Ann odwracając twarz z powrotem na bezkresny ocean - naprawdę świetnie.

- Lepsze to czy ślęczenie nad papierami w firmie? - zagadnął wesoło jej mąż puszczając kółka dymu.

Ann nie odpowiedziała. Bezkres wód i zawieszone tuż nad nimi słońce nie pozwalały oderwać od siebie wzroku.

- Wiesz, uważam że już dawno powinniśmy się udać na ten urlop - kontynuował Carl - ostatnio coraz mniej czasu spędzaliśmy razem, wiesz, ten pogoń za karierą i takie tam - zrobił pauzę wyczekując reakcji żony, ale Ann nadal tkwiła bez ruchu oparta o burtę statku, ze wzrokiem utkwionym w morzu.

- Schodzę na śniadanie na dolny pokład - oznajmił z westchnieniem Carl. Obrócił się jeszcze raz do żony, lecz ta nie zareagowała. Mężczyzna westchnął raz jeszcze i ruszył w drogę.

Ann nie słyszała kroków swego oddalającego się męża. Nie czuła morskiej bryzy na twarzy. Liczyła się tylko dziwna łuna, która pojawiła się przed chwilą tuż obok wschodzącego słońca. Zawisła na całej długości horyzontu i tkwiła tam, nie zanikając ani nie nasilając się. Miała intensywnie czerwoną barwę, wpadającą w głęboki szkarłat. Była tak jasna, że przytłumiła nawet promienie słońca, nadając im krwistą barwę, zupełnie jakby ktoś narzucił na latarkę czerwony koc. To było piękne, zbyt piękne, by oderwać wzrok. Ann nigdy nie widziała czegoś podobnego, ale w sumie nigdy wcześniej nie była tak długo na morzu. W końcu z trudem oderwała wzrok od szkarłatnej łuny i rozejrzała się za swoim mężem. Zamrugała oczami, gdyż odbicie karmazynowych promieni zawisło na jej źrenicach.

- Gdzie on poszedł... - mruknęła sama do siebie zamykając na chwilę oczy, walcząc z natrętnymi plamkami przed oczami.

Statek płynął dalej...

*

Carl siedział przy stoliku w niewielkiej restauracji mieszczącej się pod górnym pokładem. Bujanie statku było tu aż nadto widoczne, szczególnie gdy spojrzało się na wodę kołyszącą się w szklanych naczyniach. Jego sok w wysokiej szklance pluskał wesoło, raz w lewo, raz w prawo. Na szczęście jego jajecznica na pieczonej kiełbasie z cebulą była naprawdę dobra i mieściła się w cenie biletu. Carl zajadał się nią śledząc bez zainteresowania, jak pozostali goście schodzą na śniadanie. Zauważył rosłego mężczyznę z bliznami na twarzy i rękach, o niesamowicie rozrośniętej klatce piersiowej. Prowadził pod rękę swoją żonę, jak rasowy dżentelmen. Carl poczuł ukłucie zazdrości, że tamci, mimo swojego wieku nadal się do siebie zbliżają, a on, niemal o połowę młodszy, zostawił żonę przy burcie statku.

Dżentelmen nazywał się Michael, przynajmniej tak nazwała go jego żona. Miała ładne, srebrzyste włosy sięgające bioder, co w tym wieku było nie lada wyzwaniem. Zajęli jakiś odległy stolik i zamówili coś u krążącego po sali kelnera. Oprócz nich zjawiła się reszta gości, większość młodzików zaraz po studiach, cieszących się ostatkiem wakacji. Grupa rozchichotanych dziewczyn obsiadła stolik tuż obok Carla, plotkując o ubraniach i takich tam. Carl westchnął, starając się jak najszybciej skończyć swoją jajecznicę.

*

- Hej, mogę się dosiąść?

Carl spojrzał na stojącego przed nim chłopaka, na oko studenta. Miał na sobie bluzę z logiem jakiegoś klubu baseballowego, sprane jeansy poprzecierane na kolanach i bezczelny uśmiech na twarzy. Bez jego pozwolenia usiadł na krześle naprzeciw Carla.

- Mogę w czymś pomóc? - zapytał Carl lustrując gościa wzrokiem. Ten wyjął z kieszeni pall malla i zapalił, rozsiewając wokół zapach wanili i tytoniu.

- Tu nie wolno palić - zauważył beznamiętnie Carl przyglądając się chłopakowi - wyrzucą cię stąd.

- Serio? Kto nas wyrzuci? - Chłopak udał zdziwienie i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Carl podniósł głowę na salę i zmartwiał.

Sala zamarła w bezruchu. Wszyscy goście zastygli w takich pozycjach, jakby ktoś zapauzował film. Barman nalewający soku do dzbanka zamarł, a strumień soku tkwił zawieszony w powietrzu, centymetr nad naczyniem.

- Co... - zaczął Carl, lecz nieznajomy nakazał mu gestem, żeby milczał. Zaciągnął się dymem i rzekł:

- Cóż, drogi Carlu, zapewne interesuje cię, co mam ci do powiedzenia, skoro zatrzymałem ten nad wyraz nudny film - wskazał na otaczających ich ludzi i zachichotał - na początek chciałbym, żebyś wyjrzał przez okno i powiedział mi, co widzisz.

Carl rzucił szybkie spojrzenie na okrągłe okienko na ścianie obok. Za nim dostrzegł dziwną czerwoną poświatę zakrywającą horyzont, jakby ktoś zarzucił na okno szkarłatną zasłonę.

- Czerwień to kolor krwi, przyjacielu - ciągnął nieznajomy puszczając kółka z dymu. Już się nie uśmiechał - i tym razem krew znów zetknie się z morzem.

- O czym ty gadasz? - warknął Carl nie odwracając głowy od karmazynowej poświaty.

- Niedługo nadciągnie sztorm, przyjacielu - rzekł chłopak gasząc papierosa na blacie stołu. Na jasnym drewnie nie pozostał żaden ślad.

- Niebo jest bezchmurne - prychnął Carl - nie ma mowy o...

- Niebo jest oblane szkarłatem - przerwał mu beznamiętnie nieznajomy - a sztorm wybuchnie jeszcze dzisiaj. Lecz to nie sztormu się obawiaj, lecz tego, co podczas jego trwania wypełznie z morskich otchłani.

Zrobił przerwę obserwując Carla. Miał pozbawione koloru oczy, jakby ktoś przeniósł je w świat czarnobiałej telewizji.

- Na statku jest morderca - rzekł w końcu odrywając od Carla wzrok - wezwał go Szkarłat, jak setki przed nim i setki po nim. I zaatakuje podczas burzy, by krwią nakarmić dawne bóstwa. Bo choć świat o nich zapomniał, one istnieją. Jeśli chcesz ich uratować - wskazał ręką na zamarłą salę - znajdź go. I zabij. Tylko krew posłańca Szkarłatu zatrzyma sztorm, przyjacielu.

- A...Ale kto to...

Ale chłopak zniknął, a sala znów ożyła swym gwarem. Carl spojrzał jeszcze raz za małe okienko. I mógłby przysiąc, że dostrzegł małą, czarną chmurkę na zalanym szkarłatem horyzoncie...

*

W południe, mimo zapowiedzi burzy przez tajemniczego chłopaka, nadal było ciepło, a lekka bryza wiejąca znad Atlantyku przyjemnie orzeźwiała. Szkarłatna łuna wywołała mnóstwo westchnień zachwytu, chociaż nikt nie potrafił podać przyczyny jej pojawienia się. Carl siedział na tarasie widokowym wraz ze swoją żoną, która nadal sprawiała wrażenie zagubionej we własnych myślach. Praktycznie nie zwracała na męża uwagi, a gdy zawieszał głos oczekując odpowiedzi, mruczała coś pod nosem, albo rzucała nic nie znaczące uwagi, typu: ,,Tak, tak, też tak sądzę" , albo: ,, okey, może być". Przez cały czas, podobnie jak inni podziwiała tajemniczą łuną, która zalała już niemal cały horyzont, zakrywając widnokrąg niczym karmazynowy woal. Carl jako jedyny ze zgromadzonych na tarasie widokowym turystów nie patrzył na łunę z zachwytem. Mała, czarna chmurka, którą dostrzegł podczas śniadania nie była wytworem jego wyobraźni i z biegiem czasu nabierała coraz wyraźniejszych konturów. Chłopak miał rację. A to oznaczało, że jeden z zebranych tu ludzi niedługo stanie się mordercom. Co należało zrobić? Spojrzał na zegarek: dochodziła pierwsza. Wstał z krzesła. Należało działać.

*

Barny żeglował, odkąd pamiętał. Fachu nauczył go ojciec, a jego dziadek Barny'ego i tak dalej. Morze było jego domem, statek kochanką, a załoga rodziną. Przez pół wieku swego życia dowodził setką statków, mniejszych lub większych, od rybackich kutrów poprzez olbrzymie wycieczkowce. Kilka lat temu postanowił w końcu kupić własny statek i w ten sposób stał się kapitanem ,,Mewy", średniego statku turystycznego, z 12 kabinami mieszkalnymi, piętrem widokowym i małą restauracyjką pod pokładem. Rejsy po Atlantyku przyniosły niemałe zyski i kredyt zaciągnięty na zakup statku szybko został spłacony. W swoim życiu Barny przeżył niejedną burzę, sztorm czy nawałnicę. Mało co mogło go przestraszyć, lecz tego dnia stary marynarz był niespokojny. Zza okien jego kapitańskiej kajuty krwistoczerwone promienie odbijały się od oceanu, tworząc barwny, rozkołysany korowód na falach. Ocean przypominał biblijny Nil podczas pierwszej plagi.

Nie zdziwił się, gdy do drzwi zapukał jakiś turysta z przerażoną miną. Wpuścił go do środka, bo nie miał nic do stracenia. Ostatecznie obaj byli już martwi.

*

- Musi pan zatrzymać statek.

Carl krążył po kajucie kapitana, zbyt przejęty, żeby usiąść. Stary kapitan śledził go z beznamiętnym wzrokiem.

- Musi pan to zrobić natychmiast, a potem należy zawrócić i płynąć z powrotem do portu - ciągnął Carl nie przestając krążyć - musimy uniknąć tej burzy. Wiem, wiem, niebo jest czyste i w ogóle, ale ja po prostu wiem, że...

- Nie mogę, synu - odezwał się kapitan podchodząc do barku w rogu kajuty. Wyjął z niego butelkę whiskey i dwie szklaneczki. Szkło zadzwoniło donośnie, gdy stawiał je na rozkołysanym blacie niewielkiego biurka.

- Dlaczego? Zwrócę panu wszystkie koszty, musi pan uwierzyć, że od tego zależy życie tych ludzi!

Kapitan nalał najpierw sobie, a potem Carlowi, po czym podał mu kieliszek. Ręka mu drżała.

- Napij, się synu - rzekł z westchnieniem, po czym opróżnił kieliszek jednym haustem - tak będzie łatwiej.

- Czy pan nie rozumie? Trzeba zgubić tę cholerną łunę!

- To nie możliwe. Tak, jak nie można zgubić własnego cienia - odrzekł Barny ocierając sobie kąciki ust rękawem. Nalał sobie znowu. Spojrzał na Carla, który nadal stał z pełnym kieliszkiem i westchnął.

- Nie mogę zatrzymać statku. Musimy zmierzyć się z Szkarłatem, bo tak należy. Nasze życie nie należy już do nas, synu. Za każdym razem, gdy wypływamy w morze, powierzamy nasze życie morskim bogom, żeby nas strzegli. Tak było, jest i będzie. Lecz zapłatą za życie, jest tylko śmierć. I nic na to nie poradzisz.

- O czym ty...

- O bogach, Carl, o bogach starszych niż ten świat. Za każdym razem, gdy wracasz zdrowy na ląd, to właśnie dzięki nim. Gdy jakiś statek tonie, to wiesz, że ci ludzie zapłacili cenę za twoje życie. Udało ci się. Lecz gdy to nad tobą zawiśnie szkarłatna łuna, to ty musisz zapłacić. Może przeżyjesz, a może nie. Sztorm nadchodzi i nic tego nie powstrzyma. A rolą kapitana jest doprowadzenie okrętu do celu.

- Więc celowo wiedziesz tych ludzi wprost w centrum sztormu? - zapytał cicho Carl. Wypuścił z rąk kieliszek. Szkło rozprysło się na drewnianej podłodze.

Barny nie odpowiedział. Zamiast tego wydobył spod skórzanej kurtki mały pistolet i wycelował w pierś Carla.

- Opuść mój pokój, synu i nie próbuj zmienić kursu. Nie możesz walczyć z bogiem. Mógłbym cię zabić teraz, lecz to nie z mojej ręki masz zginąć. Odejdź i próbuj się uratować, jeśli zdołasz. Szkarłat pamięta, Carl. Nigdzie nie będziesz bezpieczny, jeśli uciekniesz.

Ostatniej części Carl już nie usłyszał. Wybiegł jak strzała z kajuty kapitana.

*

Michael źle się czuł. Kołysanie okrętu nie służyło mu, jak widać. Poczłapał więc do swojej kabiny, zostawiając swoją żonę wraz z nowymi przyjaciółkami na tarasie widokowym. Jemu już się znudziło to szkarłatne ochydztwo wiszące gdzieś ponad horyzontem. Przypominała mu łunę płonących domów w Afganistanie, a do tych wspomnień nie chciał wracać.

Przed jego nosem przemknął jakiś zaaferowany facet, biegnąc gdzieś w pośpiechu. Nie zwrócił na Michaela uwagi, tylko pomknął dalej, znikając za rogiem. Dziwne, mruknął Michael wchodząc do swojej kabiny i kładąc się do łóżka. Zamknął oczy. Trzeba się trochę zdrzemnąć...

*

Filip wziął od kolegi dymiącego skręta i zaciągnął się. Był w świetnym nastroju: w jego kajucie trwała impreza, kilku kolegów i dwie bardzo, ale to bardzo pijane laski. W powietrzu unosił się ciężki zapach marihuany i tytoniu, po podłodze walały się puste butelki po piwie, a zgrzewka pełnych stałą pod ścianą. Było świetnie. Filip zerkał z nieukrywanym pożądaniem na tańczącą dziewczynę, która z każdym kolejnym piwem zrzucała kolejne części garderoby. Jeszcze chwila a będzie mógł nacieszyć oczy jej jędrnym tyłkiem skrytym teraz pod bardzo, ale to bardzo obcisłymi jeansami. Spojrzał na swoich kolegów: Jake leżał w kącie, spleciony z jakąś dziewczyną. Mieli na sobie resztki ubrań, lecz byli zbyt pijani, żeby je zdjąć. Na jedynym w pokoju łóżku kotłowała się Sue z... cholera, Filip zapomniał jak typ się nazywał, ale to nie ważne. Spazmatyczne jęki Sue wypełniały całą kajutę, przebijając się nawet przez głośną muzykę. Nie szkodzi, wszyscy są na tarasie widokowym, a przynajmniej byli tam parę godzin temu. Filip wstał. Z trudem utrzymywał się na nogach, lecz wypatrzył najbardziej pijaną dziewczynę, tańczącą z samą sobą.

- Hej mała, masz ochotę na małe co nieco? - zagadnął Filip, z trudem dobierając słowa. Na szczęście dziewczyna była tak pijana, że od razu ruszyła za nim, zrzucając po drodze resztkę ubrań. Wyszli z kajuty. Na korytarzu nie było nikogo, więc rozłożyli się przed drzwiami kajuty, gdyż wewnątrz nie było już miejsca od nadmiaru nagich, skotłowanych ciał. Filip spojrzał na dziewczynę: była naprawdę ładna, a pod zrzuconej przed chwilą bluzki wychynęły całkiem spore cycki. Och taak, to był najlepszy rejs jego życia. Szkoda, że ostatni. Nóż przebił mu szyję na wylot, po czym ktoś wyszarpnął go i odrzucił jego ciało na bok. Dziewczyna była tak pijana, że nawet nie krzyknęła. Postać schowała nóż i chwyciła ją za kark. Trzaśnięcie pękających kręgów odbiło się echem w pustym korytarzu. Postać spojrzała na drzwi, zza których dobiegała muzyka i jęki rozkoszy pijanych dziewczyn. Nóż pojawił się w garści.

Pierwszy grzmot oznajmił nadejście burzy.

*

Barny zablokował koło sterowe i usiadł w fotelu. Przez szybę widział krwistoczerwone niebo, zakryte przez coraz liczniejsze chmury. Ściemniło się. Z chwilą, gdy pierwsze krople deszczu zadzwoniły o szybę, drzwi otworzyły się. Nie odwrócił głowy. Pewnym rzeczom nie należy się przyglądać. Kroki rozbrzmiały w kabinie. Śmierć stanęła za plecami Barny'ego.

- Już czas, kapitanie.

Odwrócił się. Nikogo nie było. Westchnął. Zablokował drzwi od sterowni i wrócił do panelu kontrolnego. Jednym ruchem rozwalił nadajnik, a potem odłączył zasilanie w całym statku. Wyłączył silnik. Byli u celu.

*

Michaela zbudziły wrzaski i krzyki dochodzące z sąsiedniej kabiny. Wstał z łóżka z pewną trudnością i wyszedł na korytarz. Drzwi naprzeciwko były uchylone. To te ćpuny, pomyślał zniesmaczony i ruszył zamknąć drzwi, żeby choć trochę zagłuszyć odgłosy orgii. Nagle poślizgnął na jakiejś czerwonej cieczy wylewającej się z pokoju i upadł na plecy. Pociemniało mu w oczach. Z pokoju wyszła postać. Ubrania miała uwalana czerwoną posoką i roztaczała ciężki, metaliczny zapach. Michael zerwał się na równe nogi, czując, jak wszystkie jego mięśnie po raz pierwszy od kilkunastu lat naprężają się. Znał ten zapach. Zapachu krwi nie sposób pomylić z niczym. Postać odwróciła się do niego. Zamarł.

- To ty? Co to ma zn...

Ann rzuciła się w jego stronę, wymachując nożem. Ostrze minęło o cal szyję Michaela, przecinając z sykiem powietrze. Ciało byłego żołnierza zareagowało samo. Unieruchomił ramię z nożem i jednym szybkim ruchem złamał je w łokciu. Kobieta nie krzyknęła. Nie drgnęła ani nawet nie jęknęła. W jej spowitych szkarłatem oczach nie sposób było dopatrzyć się żadnej emocji. Drugą ręką machnęła w stronę oczu mężczyzny, lecz ten zasłonił się przedramieniem i z całej siły odepchnął ją od siebie. Ann nie była żołnierzem trenowanym do walki. Nie była też rosłym mężczyzną. Dlatego gdy pchnięta przez Michaela uderzyła o ścianę, ześlizgnęła się po niej bez życia. Jej głowa opadła aż na plecy, jak główka szmacianej lalki.

Michael, wciąż oszołomiony, lecz przytomny tak jak za dawnych lat, zajrzał do pokoju. Nie zwymiotował tylko dlatego, że był zbyt zdziwiony tym, co ujrzał. Ciężki odór krwi uniemożliwiał oddychanie. Stał tak przez chwilę patrząc na to, co zostało z bandy ćpunów po czym zamknął drzwi. Pobiegł po żonę. Należało opuścić ten cholerny statek.

*

Na statku były jedna szalupa, mogąca pomieścić na oko ze 20 osób. Carlowi trzęsły się ręce, gdy odpinał te wszystkie liny mocujące ponton do statku. Burza smagała mu twarz mokrymi pejczami deszczu, błyskawice raz po raz rozświetlały niebo. Czerwień nieba ustąpiła w końcu całkowitej czerni. ,,Mewa" kiwała się na falach, raz z prawej na lewą burtę, a Carl miał wrażenie, że za każdym razem woda zalewa coraz większą część statku. Kapitan puścił stery, to było oczywiste. Pieprzony fanatyk, zgubi cały okręt dla jakichś morskich bogów.

Carl z westchnieniem ulgi odwiązał ostatnią linę i ponton zawisł tuż nad powierzchnią wody, gotowy do zwodowania. Wystarczy tylko wsiąść...

*

- Uciekamy stąd!

Michael zagarnął swoją żonę ramieniem i pociągnął za sobą bez żadnego wyjaśnienia. Burza szalała na zewnątrz, deszcze zacinał niemiłosiernie. Jego żona nie stawiała oporu.

Biegli razem przez zalewane wodą korytarze pokładu mieszkalnego, aż w końcu wypadli na podmywany przez fale pokład. W świetle błyskawicy Michael dojrzał czyjąś sylwetkę. W tym samym momencie postać odwiązała linę i podłużny kształt opadł na rozkołysane morze.

- Ten koleś ma szalupę! - krzyknął Michael wskazując palcem na ciemną postać - możemy stąd uc...

Nóż, ten sam, który dzierżyła Ann, wbił mu się w bok aż po rękojeść. Fala paraliżującego bólu zalała Michaela. Spojrzał z niedowierzaniem w oczy swojej żony, lecz znalazł w nich tylko szkarłat, ten sam, który przed chwilą zgasł w martwych źrenicach kobiety na korytarzu.

Zgiął się w pół, krzycząc głośniej niż szalejąca burza, gdy to coś, co jeszcze niedawno było jego żoną wyszarpnęło nóż, gotując się do kolejnego ciosu. Zamknął oczy.

Coś powaliło potwora na ziemię. Dźwięk upadającego metalu utonął w ogólnym zgiełku grzmotów i deszczu.

- Wstawaj! Wstawaj, do cholery! - ta sama postać, która uwolniła szalupę, pomagała mu wstać. Jednak on ani drgnął. Coś dziwnego działo się z jego ciałem, zupełnie jakby tracił czucie w kończynach. Spojrzał swojemu wybawcy w twarz, lecz nie dostrzegł niczego. Szkarłatna zasłona zakryła świat.

*

Carl odskoczył w ostatniej chwili. Palce nieznajomego zacisnęły się o milimetr od jego gardła. Rzucił się w stronę szalupy, słysząc za sobą niemrawe kroki potwora. Wiedział, że jeśli tamten umrze, to on zajmie jego miejsce. Za życie płaci się tylko śmiercią, doskonale o tym wiedział. Przeskoczył przez burtę i zwalił się ciężko do szalupy kołyszącej się tuż nad falami Atlantyku. Spojrzał w górę. Nieznajomy patrzył się wprost na niego, szkarłat jego oczu błyszczał w ciemności jak dwie małe świeczki. Carl przeciął ostatnią linę i z plaśnięciem opadł na rozszalałe wody. Statek tonął, a wraz z nim jego żona i reszta pasażerów. Chwycił za wiosła. Napędzane adrenaliną mięśnie zaczęły młócić wodę, oddalając się od statku. Fale kołysały niewielką szalupą jak łupinką orzecha, jednak nie zdołały jej wywrócić. Tylko ta czerwień oczu nieznajomego śledziła Carla, obserwując, jak ofiara opuszcza pułapkę.

Ostatnia plamka szkarłatu znikła z nieba. Gdzieś z pomiędzy czarnych chmur przebił się pierwszy skrawek błękitu.

Spodobało się? Zostaw lajka!

https://www.facebook.com/banan07002

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

pomysł 9/10 wykonanie 7/10 no to będzie 8/10 za całokształt plus bardzo podobał mi się pomysł z tymi różnymi punktami widzenia różnych bohaterów.
Odpowiedz
Jest pewna ilość błędów, z reguły literówki, ale zdarzają się też te stylistyczne. Pomysł na opowiadanie i rozwój akcji jest dobry, ale moim zdaniem całość jest niedopracowana. Spodziewałam się po tym opowiadaniu znacznie więcej, tym bardziej, że wiem na co stać autora :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje