Historia

Sprawa Bronsona

marcinov123 11 6 lat temu 8 962 odsłon Czas czytania: ~10 minut

- Masz zakaz od starego. Jesteś odsunięta od śledztwa.

- Wypierdalaj!

Odepchnęła policjanta tak, że poleciał na ścianę. Jego partner popatrzył zdziwiony, ale znał Laurę z komendy, dlatego odpuścił. Za plecami wołali na nią różnie - Burza, Sztorm. Od razu wiadomo było o kogo chodzi.

Otworzyła drzwi i weszła do ciemnego pomieszczenia. Śmierdziało tu papierosami, lurowatą kawą z automatu i długo niewietrzonym pomieszczeniem. Niewielkie lustro weneckie było jedynym źródłem słabego światła. Dwóch policjantów siedziało w milczeniu i przysłuchiwało się przesłuchaniu. Jeden robił notatki. Spojrzał na Laurę, wstał.

Był wysoki, wręcz zwalisty. Zaczynał siwieć na skroniach i dorobił się początku piwnego brzucha, ale dalej wyglądał na silnego jak tur. Przez skroń przebiegała mu brzydka, poszarpana blizna. Pamiątka z interwencji, kiedy jeszcze pracował w patrolu.

- Gordon – Laura skinęła głową.

Podał jej rękę. Po męsku. Zmiażdżył dłoń w uścisku. Potem kiwnął ręką na drugiego policjanta, każąc mu opuścić pomieszczenie. Zostali sami.

- Możesz mi powiedzieć co się, do cholery, stało? – zapytała bez zbędnych ceregieli.

Konwenanse i uprzejmość pochwała jakiś czas temu. Razem z synkiem i mężem. Gordon westchnął ciężko i upił łyk kawy ze styropianowego kubka. Był zmęczony. Był tak bardzo zmęczony, jak może być tylko detektyw ostatnie miesiące przed emeryturą. Za weneckim lustrem, w małym pomieszczeniu bez okien siedział potwornie przerażony mężczyzna. Niewysoki, wątły. Włosy zaczesane na „pożyczkę”, flanelowa koszula. Nerwowo zgniatał plastikowy kubek po wodzie.

- Harry Jacobs, czterdzieści siedem lat, w ciągu dwóch lat trzy operacje, jedna poważna. Ojciec dwójki dzieci, nauczyciel matematyki z kilkunastoletnim stażem - Gordon recytował z pamięci, nawet nie patrzył na akta leżące na stole – ale dzisiaj o ósmej rano kupił strzelbę kalibru 20 i paczkę amunicji. A potem wsiadł w samochód i pojechał czterdzieści kilometrów dalej. Kojarzysz te domki letniskowe? Nad jeziorem koło tego pasma górskie.

- Kojarzę - przerwała mu - dalej!

- Zaparkował samochód przy wejściu do ośrodka, chwilę rozmawiał z portierem. Potem otworzył bagażnik, wyjął strzelbę i poszedł w stronę jednego domku. Dziadek na recepcji wszystko widział, schował się za ladą i od razu zadzwonił na policję. Fartem w pobliżu mieli patrol strażników leśnych. Położyli gościa zanim włamał się do domku.

- Cudownie - skrzywiła się - związek ze sprawą Bronsona?

Gordon spojrzał na nią i przez chwilę nic nie mówił. W jego czujnych oczach dostrzec można było troskę. Ci, którzy go znali najpewniej byliby mocno zaskoczeni. Przyjrzał się Laurze. Jej bladej, wychudzonej twarzy, worom pod oczami. Włosy potargane, wyglądające trochę jak siano, spięte niedbale w kucyk. Sportowa bluza, za duża o jeden numer - dokładnie o tyle, żeby ukryć kaburę i dwa magazynki przy pasku. Od czasu tragedii ze swoim mężem i synkiem nie rozstawała się z bronią. Gordon przywiózł jej kilka tygodni temu jakieś papiery do mieszkania. Otworzyła mu w dresie, z glockiem w ręce.

- Facet był w szoku, trząsł się jak osika. Chłopaki zabezpieczyli broń, przyjechali technicy. Sprawdzili też domek, do którego gość chciał się włamać.

- I? – zapytała znowu natarczywie.

- Bronson. Jego rzeczy, album ze zdjęciami, parę drobiazgów. Włamał się przez okno i tam chował. Zebrali odciski, włosy. On, bez dwóch zdań. Znaleźli nawet napoczętą konserwę. Świeżą.

Zacisnęła zęby.

Gordon widział wiele, potrafił ocenić człowieka szybko, na podstawie jednego spojrzenia. Teraz działo się coś, czego sam do końca nie rozumiał. Bał się Laury. Była jak huragan, który pędzi wprost na ciebie. Po prostu musisz zejść mu z drogi.

- Znaleźli go?

Pokręcił głową.

- Dopadną go wkrótce. Wszystko było w tym domku. Kasa, lewe dokumenty, broń - przez chwilę się zawaha ł- nóż.

Zacisnęła pięści tak mocno, że zbielały jej kostki.Chciała o coś spytać ale głos uwiązł jej w gardle. Tak, jakby w krtani pojawił się nagle kawał gąbki.

- Tak. Wzór ostrza pasuje – odpowiedział na pytanie, którego nie było.

Przez chwilę milczała. Gordon miał przed oczami zdjęcia z akt jej sprawy. Zdjęcia wybitego okna. Łuski leżące na podłodze. Plamy krwi oznaczone plakietkami z numerem. Ciała.

Pracowali nad sprawą Bronsona razem. Ścigali tego zabójcę dzieci od czterech lat. Bez większych skutków. On, Laura i William. Pamiętał twarz i nazwisko każdej jego ofiary. Pamiętał rozmowy z każdą z matek. Po szóstej odnalezionej dziewczynce poszli do baru się schlać. Było to dzień po piątych urodzinach synka Laury i Williama, Michaela. Przyrzekli sobie, że znajdą Bronsona, nawet jeśli musieliby zejść po niego do piekła! „Przysięgam że dorwę skurwiela” - mówił wtedy mocno już pijany William.

Ale to Bronson znalazł ich…

Laura w jeden dzień straciła męża i synka. Znalazł ich. Ten skurwiel w jakiś sposób ich namierzył i włamał się do ich domu w nocy, kiedy ona była akurat na komendzie.

- Dorwiemy go… Pamiętasz co powiedziałem…

- Pamiętam.

- A ten tutaj jest w szoku. Nic nie kojarzy. Twierdzi, ze zerwał mu się film po wyjściu z pracy. Uwierz mi, mówi prawdę…. – Gordon pomasował prawą pieść – facetowi po prostu odjebało. Sprawdziliśmy wszystko. Brak jakiegokolwiek związku z Bronsonem.

- Musi być związek - ucięła - wpuść mnie tam.

Stał przez chwilę i nic nie mówił.

- Wiesz, że stary zedrze ze mnie skórę jak się dowie?

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Policjant którego detektyw wyprosił z pokoju wpadł do niego ponownie.

- Ile razy mówiłem żeby... - zaczął Gordon

Policjant machnął tylko ręką.

- Mamy go! - rzucił krótko.

****

Pędzili samochodem przez deszcz. Droga była śliska, ale Gordon świetnie prowadził. Za nimi jechały dwa radiowozy na sygnałach. Wycieraczki pracowały cały czas, ale widoczność i tak była fatalna. Dochodziła dwudziesta pierwsza, słońce już dawno skryło się za horyzontem. Gordon podał Laurze kamizelkę z tylnego siedzenia, ale ta rzuciła ją na podłogę. Sprawdziła broń, sprawdziła dodatkowe magazynki. Drugi, mniejszy pistolet nosiła w kaburze przy kostce.

- Wiesz, że nie mogę…

- Wiem - przeładowała broń.

To był ciężki dzień. Szalony dzień. Kilka godzin, w których sprawa śledztwa posunęła się bardziej do przodu niż przez ostatni rok. Czekał, aż ten dzień się skończy. Czekał długo, aż będzie mógł położyć się do łóżka i przyznać sam przed sobą, że w końcu skończył tą sprawę. Dzisiaj wszystko było nie tak, wszystko było szalone. Nauczyciel wchodzący ze strzelbą do kryjówki mordercy, sam morderca wpadający przez głupi przypadek w ich ręce. Laura która dowiedziała się o wszystkim mimo, że stary odsunął ją od śledztwa.

Dojeżdżali na miejsce. Ukrył się blisko. Praktycznie pod ich nosem. Zapłacił lewą kartą za butelkę whisky. Sprzedawca skojarzył go z telewizji, od razu wezwał policję. Kiedy Bronson zobaczył radiowóz wpadł w panikę i zaczął uciekać, ukrył się w pustym magazynie, których pełno było w tej dzielnicy. Tyle przynajmniej dowiedzieli się przez radio, zanim dojechali na miejsce.

Gordon zaparkował z piskiem i odpiął pas. Drzwi po stronie Laury już się zamknęły. Wyszedł na deszcz. Przed niewielkim magazynem stały dwa radiowozy, policjanci opierali o otwarte drzwi broń gotową do strzału. Kolejne dwa stały z drugiej strony budynku. Paskudna dzielnica. Stare, zdemolowane fabryki, sklepy z witrynami zabitymi deskami. Gdzieniegdzie wraki porzuconych samochodów.

Piekiełko.

Tak mówili na to miejsce, kiedy jeszcze pracował w pieszym patrolu. Niebiesko-czerwone światła odbijały się w kałużach i strugach deszczu. Laura rozmawiała z policjantem, Gordon podbiegł do nich.

- Jest w środku, nie ma jak uciec. Mamy SWAT za piętnaście minut i wchodzimy! - mówił policjant.

Jego kolega przez megafon wzywał Bronsona do poddania się. Laura wbiła palce w ramie Gordona. W oczach płonął jej ogień.

- Pamiętaj…

Kiwnął głową.

Pamiętał.

Pamiętał bardzo dobrze co przysiągł nad grobem jej męża i synka.

Pamiętał, co powiedział nad grobem najlepszego przyjaciela i chłopca, którego był ojcem chrzestnym.

- Detektywie! – policjant odłożył mikrofon CB radia - SWAT za dziesięć minut!

Odwrócił się do Laury, ale jej już nie było. Biegła do drzwi z bronią w ręku, rozbryzgując kałuże brudnej wody.

- LAURA!- krzyknął. Jego głos zdawał się tonąć w dźwiękach syren i burzy.

Gdzieś na niebie przetoczył się grzmot. Laura kopniakiem otworzyła drzwi i wpadła do środka.

- Pani komisarz! - krzyknął policjant przez megafon.

Gordon wyszarpnął broń z kabury i pobiegł za nią.

Wnętrze magazynu nie było podzielone na pomieszczenia. Po prostu stanowiło jedną halę, wielkości sali gimnastycznej.

Było ciemno jak w grobie. Przez niewielkie, pokryte pajęczynami okienka wpadało tylko trochę kolorowych świateł policyjnych radiowozów. Podłogę pokrywała gruba warstwa brudu, gdzieniegdzie kałuże albo białe placki pleśni. Kilka filarów podtrzymywało wybrzuszony, grożący zawaleniem dach. Wyjął z kieszeni latarkę i ruszył do przodu. Było cicho. Z sufitu kapała tylko woda.

- Kładź się, kurwa, na glebę! - ryknęła Laura gdzieś niedaleko. Rzucił się biegiem w stronę, z której dochodził głos

Klęczał na podłodze. Brudny, w mokrym ubraniu. Z rozciętej brwi na twarz spływała mu krew. Nie było wątpliwości. Bronson.Widział jego twarz na zdjęciach i nagraniach z kamer przemysłowych tak wiele razy. Brudne, rude włosy związane w kucyk, kolczyk w uchu. Laura stała kilka metrów przed nim, świecąc mu w twarz latarką i celując z pistoletu.

Gordon usłyszał, jak inni policjanci wpadają do wnętrza magazynu.

- Zajmiesz się nimi? – zapytała Laura cicho.

W jej głosie było coś, co zmroziło detektywowi krew.

Odwrócił się i pobiegł w stronę wejścia. Laura i Bronson byli zasłonięci przez filary.

-Gordon! Nie strzelać! - krzyknął, kiedy biegł w ich stronę. Uniósł do góry ręce z latarką i pistoletem.

Dwóch młodych policjantów oślepiło go latarkami.

- Gdzie komisarz ?

W tym momencie rozległ się strzał. A potem drugi, trzeci, czwarty.

Podbiegli do niej. Klęczała na brudnej, betonowej podłodze z pistoletem w ręce. Z lufy unosił się dym. Bronson leżał martwy w powiększającej się kałuży krwi. Popatrzyła w oczy Gordonowi. Nie musiał nic mówić. Ona też. Stało się tak, jak przysięgał jej wtedy, na cmentarzu. Bronson nie dożyje procesu.

Na parking przed magazynem wjechała furgonetka SWAT i ambulans.

***

Pół roku później

Zaparkowali przed niewielkim domkiem na przedmieściu. Był ciepły, słoneczny dzień. W sąsiednim domu dzieciaki śmiały i bawiły się przeskakując strumień zraszacza do trawników. Gdzieś dalej szczekał pies, ktoś grillował w pobliżu. Gordon zgłodniał momentalnie od samego zapachu pieczonych żeberek. Podeszli do drzwi i Laura nacisnęła kilka razy dzwonek. Pytał ją kilka razy w samochodzie, dlaczego tu przyjechali, ale grzecznie poprosiła go, żeby się zamknął. Mieli jechać dzisiaj do baru i oblać zamknięcie dochodzenia w sprawie Bronsona. Dochodzenia, w którym kilka ekspertyz było „lekko naciągniętych” , a akcję Laury uznano za samoobronę, mimo, że tor pocisków wskazywał co innego. Egzekucja. Na szczęście nikt nie użył tego słowa. Założył nawet hawajską koszulę, którą dostał od Williama i Laury na urodziny. Niemniej kiedy wyszli z komendy pani komisarz oznajmiła mu, że muszą jeszcze gdzieś jechać.

Wewnątrz domku rozległy się kroki. Henry Jacobs otworzył im drzwi wycierając dłonie ręcznikiem. Ze środka dobiegł zapach pieczeni i gotowanych warzyw. Momentalnie spoważniał widząc policjantów. Od sprawy Bronsona widzieli się z nim tylko raz - na chwilę przed tym, jak przewieziony został na obserwacje psychiatryczną. Nikt nie potrafił wyjaśnić, czemu szanowany nauczyciel pojechał ze strzelbą do kryjówki mordercy.

- Policja? – spytał przestraszony - przecież lekarz powiedział…

- Wiem - przerwała mu Laura - wiem co powiedział, wiem że było to chwilowe załamanie, wiem, że więcej się nie powtórzy. Nikt z naszych nie będzie już pana niepokoił, wyciszyłam sprawę na tyle na ile się dało. Tutaj ma pan kopię opinii psychiatry.

Jacobs patrzył na nich zaskoczony.

- Mogę tylko o coś prosić? - spytała.

Jacobs kiwnął głową.

Laura podeszła do niego, i przyłożyła mu ucho do piersi.

Gordon wytrzeszczył oczy. Pani komisarz przez moment trwała bez ruchu, a potem wyprostowała się i uśmiechnęła. Jacobs patrzył na nią zszokowany.

- Tutaj pana dokumenty - podała Jacobsowi papierową teczkę - a my już jedziemy.

Kiwnęła ręką na Gordona i wrócili do samochodu. Siedzieli przez moment w środku i detektyw nie włączał silnika. Na trawniku obok dalej bawiły się dzieciaki, jeden z nich właśnie „ostrzelał” ich samochód pistoletem na wodę. Popatrzył na Laurę badawczo.

- Dobra, możesz mi powiedzieć o co chodzi? - zapytał w końcu.

Kiwnęła głową.

- Pamiętasz, jak mówiłeś, że Jacobs miał trzy operacje kardiochirurgiczne? Przeglądałam jego akta medyczne. W sumie przypadkiem. I wiesz - urwała na chwilę, patrzyła na dzieciaki bawiące się na trawniku - dwie rzeczy mi się zgadzały. Data i grupa krwi.

- Czekaj, czy…

- Jacobs ma serce Williama.

Zamarł z kluczykiem centymetr od stacyjki. Uśmiechnęła się. A Gordon przez chwilę milczał zaszokowany. Potem też się uśmiechnął.

- Wszyscy spełniliśmy swoje obietnice… - powiedziała.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Świetne poprostu świetne
Odpowiedz
Zajebiste. Wciągające. Nawet trochę wzruszające. 11/10.
Odpowiedz
Świetne!
Odpowiedz
ktoś mi wytłumaczy o co chodzi z końcówką ?
Odpowiedz
Nauczyciel nie wiedział czemu, ale kupił broń i chciał zabić Bronsona - został powstrzymany, ale doprowadził do ujęcia mordercy. Okazało się potem, że zostało mu przeszczepione serce po jednej z ofiar mordercy- Williama, męża Laury ;)
Odpowiedz
Ale po co?
Odpowiedz
Przemek Bartosik no nie mam pojęcia po co robi się przeszczepy ???
Odpowiedz
Cudowna pasta. Dobrze napisana, mocno wciągająca. Nadalaby się dla konesera, mimo, ze dreszczyk nie przechodzi skrywa nutkę tajemnicy :)
Odpowiedz
Szkoda, że takie krótkie.. mocno wciąga. Za mocno :)
Odpowiedz
Dlaczego to jest na stronie o STRASZNYCH HISTORIACH? To zwykły kryminał.
Odpowiedz
Zgadzam sie - to nie jest "straszne". Jednak muszę przyznać, że dobre opowiadanie i dobrze się czyta :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje