Historia

Niezłomny

marcinov123 7 6 lat temu 9 110 odsłon Czas czytania: ~12 minut

Zastukałem do drzwi. Grace i Kevin rozeszli się na boki i stanęli po obu stronach tak, żeby nie było ich widać przez judasza. Kev miał jedenaście lat i i tak był za niski, ale przezorny zawsze zabezpieczony. W kaburze udowej miałem pistolet. Grace także. Dałem im znak, żeby zachowywali się najciszej jak mogą i zastukałem do drzwi. Było koło osiemnastej, miałem nadzieję, że jedyny mieszkaniec niewielkiego domku nie uciął sobie drzemki. Wewnątrz rozległy się kroki i szczęknęła zasuwa. Aaron otworzył mi w powyciąganym dresie, ze strzelbą w dłoni. Twarz miał spuchniętą od snu, szczękę pokrywała kilkudniowa szczecina. Był niewysoki, prawie pół głowy niższy ode mnie. Bluza wisiała na nim jak na wieszaku, a dawno nie obcinane blond włosy sterczały mu na wszystkie strony.

- Co jest?- spytał rzeczowo. Mimo, ze przed momentem wstał jego oczy już czujnie świdrowały otoczenie.

Za rogiem budynku czekały jeszcze cztery osoby, za pickupem Aarona, zaparkowanym przed garażem schowały się jeszcze trzy. Każda odpowiednio wyposażona i przygotowana do działania. Uśmiechnąłem się w myślach.

- Mamy problem przyjacielu.

Odruchowo zacisnął mocniej dłoń na strzelbie. Zastanawiam się, czy trzymał ją pod łóżkiem, czy po prostu z nią spał. Idę o zakład, że porozkładał broń po całym swoim niewielkim domku. Ostatnio kiedy u niego byłem, widziałem mossberga w stojaku na parasole.

- Chyba myślałeś, ze zapomnieliśmy, co? - powiedziałem cicho.

Patrzył na mnie nic nie rozumiejąc. Gwizdnąłem głośno na palcach.

- NIESPODZIANKA! – krzyknęła Grace i Kevin, rzucając nad Aarona konfetti.

Ekipa schowana za pickupem wyskoczyła bijąc brawo i puszczając głośno muzykę z bumboxa. Zza rogu budynku wybiegło małżeństwo Jeffersonów próbując dogonić swojego synka, który jak szalony wysforował do przodu dmuchając w wuwuzelę. Malec urodził się w trakcie epidemii, był naszym miasteczkowym Juniorem, rozpieszczanym przed wszystkie kobiety i skwapliwie dokarmiany przez kilka staruszek, które to solidarnie nazywał "babciami". Tylko Papa szedł powolutku, krok za krokiem. Ósmy krzyżyk stuknął mu parę lat temu, i był zdecydowanie najstarszym członkiem naszej małej społeczności. Wyciągnąłem krótkofalówkę zza paska i nacisnąłem dwa razy guzik sygnalizacyjny. Zza rogu ulicy wyjechały z piskiem opon dwie półciężarówki wyładowane ludźmi. Trójka studenciaków, którzy dołączyli do nas kilka miesięcy temu machała z daleka butelkami bimbru. Podobno zaczęli go pędzić już w trakcie kwarantanny. Aaron stał zszokowany, ściskając w ręce strzelbę.

- Sto lat przyjacielu! – uścisnąłem go.

- Ale przecież, skąd wy? - plątał się zaskoczony.

Wyjąłem mu z rąk broń i odwiesiłem na stojak na parasole. Mossberg dalej tam wisiał. Popchnąłem go lekko na taras, gdzie nagle zaroiło się od ludzi. Muzyka dalej grała, Kev razem z Juniorem zajęli się rozrzucaniem konfetti i dmuchaniem w plastikowe trąbki.

- Mamy wszystko Aaron, ciasta, piwo, mięso na grilla. Papa strzelił wczoraj jelenia! - powiedziała Grace całując go w policzek. – Sto lat! Strażnicy są na stanowiskach, potem przyjdą, jak zmieni ich druga szychta. Wszystko pod kontrolą, nasłuch też jest - uciszyła wszystkie jego pytania zanim zdążył je zadać.

Spojrzałem karcąco na studenciaków, próbujących już odkorkować butelkę. Ludzie stawali w kolejce i składali Aaronowi życzenia. Wręczali niewielkie upominki. W tych dziwnych czasach butelka whisky, którą ktoś przywiózł specjalnie dla ciebie z wyprawy poza bezpieczną strefę potrafiła wycisnąć ci łzy z oczu. Ktoś klepnął mnie w ramię. Papa stał za mną i dał znak, żebym nachylił się bo chce mi coś powiedzieć.

- Ściszysz ich na chwilę? - powiedział przekrzykując muzykę i śmiechy.

W ciągu chwili na podjeździe zebrało się prawie czterdzieści osób, było naprawdę głośno. Machnąłem ręką i wskazałem Jake’owi na urządzenie. Ściszył głos, spojrzałem jeszcze bardzie wymownie, i dopiero teraz je wyłączył. Rozległy się jęki protestu, ale wszyscy zaraz ucichli, kiedy zobaczyli, że Papa ostrożnie wchodzi na stopnie prowadzące do drzwi. Odwrócił się w naszą stronę i podniósł obie ręce. Zapadła cisza. Ściemniało się już, zaczynały grać pierwsze cykady. Darzyliśmy Papę szacunkiem, idę o zakład, że gdyby tylko był młodszy, to on, a nie Aaron byłby burmistrzem. Staruszek przeżył Wietnam, a teraz również był weteranem Wojny Z. Po cichu żartowaliśmy, że jest zrobiony z innych, lepszych materiałów. Był nie do zdarcia, serio. Jeszcze trzy lata temu, kiedy New Hope zaczynało istnienie potrafił położyć na rękę wielu młodszych mężczyzn.

- Dziękuje ! Miło widzieć tylko z nas razem! - zaczął ze starczą chrypką. Odchrząknął kilka razy. Kilka osób zaczęło bić brawo, ale reszta od razu je uciszyła – Jak już wszyscy będący w tej małej konspiracji wiedzą cel jest jasny-powiódł oczami po zgromadzonych - mianowicie naszemu burmistrzowi stuknął czwarty krzyżyk i niech mnie diabli, jeśli dane mu będzie obudzić się jutro bez kaca - poczekał chwilę, aż ludzie przestaną się śmiać i kontynuował - Nie muszę mówić, ile zawdzięczamy temu człowiekowi. Nie muszę wymieniać tych, którzy stoją tutaj dzisiaj z nami dzięki niemu. Nie muszę mówić, ile zawdzięcza mu New Hope, które powstało dzięki jego krwi, łzom i ciężkiej pracy. Nie muszę mówić, ile razy nie poddawał się, kiedy inni wątpili.

Dostrzegłem kątem oka, jak Grace pociera bliznę na wewnętrznej stronie nadgarstka. Odszukałem wzrokiem Aarona. Stał koło studenciaków, ale w miarę jak Papa mówił ci lekko odsuwali się od niego żeby nie zasłaniać. Nasz burmistrz skromnie wbił wzrok w ziemię. Był wyraźnie speszony. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie lubi patetyzmu i wzniosłych słów. Wszyscy wiedzieliśmy, ze jednak w tych czasach ich potrzeba.

- Znacie go jako Aarona, jako pana McKenzie. Jednak spora część z nas myśli i mówi na niego trochę inaczej – Papa uśmiechnął się.

Tak. Udała mu się mowa. Schowałem radio za pasek, przygotowując ręce do burzy oklasków, która zaraz wybuchnie.

- Dzisiaj swój dzień ma nasz burmistrz. Aaron McKenzie - Papa zawiesił na chwilę głos - Niezłomny!

Nie przeliczyłem się z burzą oklasków. Gromkie brawa rozbrzmiały echem po okolicy, Junior dmuchał w trąbkę tak mocno, że aż zakręciło mu się w głowie i usiadł na trawniku. Matka od razu zabrała mu wuwuzelę.

***

Rozłożyliśmy się dookoła domu i na podjeździe. Siedziałem na składanym krześle i piłem zimnego budweisera. Godzinę temu pomogłem ułożyć na karimatach studenciaków, którzy pochrapywali głośno. Grace troskliwie przykryła ich kocem. Mięso skwierczało na trzech grillach, rozstawionych na drodze przed domem. Ludzie pozbijali się w mniejsze grupki, niektórzy narzucili na ramiona koce albo kurtki. Robiło się coraz chłodniej. Papa prognozował, że zostały nam jakieś dwa miesiące, zanim spadnie śnieg. Zimy były ciężkie. Dopiero po Wojnie Z uświadomiłem sobie, jakim błogosławieństwem jest centralne ogrzewanie, bieżąca woda, prąd. I sklepy. Mróz miał jednak swoje zalety. Trupy zamarzały. Nie wszystkie. Ale sporo. Robiliśmy kiedyś eksperyment: złapaliśmy trzy i zamknęliśmy w wielkiej chłodni na zapleczu sklepu. Udało nam się ją uruchomić kilka dni wcześniej, i mieliśmy zamiar wykorzystywać ją do przechowywania mięsa. Kiedy odmroziliśmy je dobę później „ożył” jeden, drugi był wyraźnie spowolniony. Trzeci zmienił się po prostu w wychudzone zwłoki. Był czwarty rok od czasu Wojny Z. Drugi rok istnienia New Hope. Powstawało coraz więcej bezpiecznych stref. Dwa miesiące temu gościliśmy grupę żołnierzy, zmierzających do Waszyngtonu. Podobno utworzyło się tam tymczasowe centrum zarządzania. Miałem gdzieś w środku cichą nadzieję, ze doczekam jeszcze czasów kiedy będzie. Nie. „Tak jak dawniej” to niewłaściwe określenie. To już straciliśmy. Kiedy będzie PRAWIE jak dawniej.

Wstałem po kolejne piwo. Przy beczce, wypełnionej topiącym się lodem spotkałem Aarona. Był trzeźwy, wypił naprawdę mało. Wiele osób namawiało go na kolejkę, ale uprzejmie odmawiał, zastępując kieliszek łykiem piwa. Kiedy impreza się rozkręcała wymieniliśmy między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Papa wręcz uśmiechnął się szelmowsko. Niepisana umowa, że kiedy ludzie już się rozejdą siądziemy we czterech przy kominku w domu Aarona. Z butelką dobrego koniaku, którą miałem schowaną w bagażniku. Ja, Papa, Jeff- mąż Grace. I Niezłomny. Podałem Aaronowi butelkę i stuknęliśmy się szkłem. „Apokalipsa to dziwny czas”- powiedział Papa rok temu. „Rozbiera ludzi na części i składa od nowa. Ksiądz okazuje się złodziejem, dziwka nauczycielką, a agent ubezpieczeniowy bohaterem. Bo chyba tak go można nazwać nie?”

Tak. Nadal mogłem bez problemów wyobrazić sobie Aarona w garniturze, z teczką w ręce. Czy wtedy też miał w oczach ten zimny ogień, który palił się w nim teraz? Możemy tylko zgadywać. Nie dziwiłem się, że spora część mieszkańców traktuje go z szacunkiem, graniczącym wręcz z uwielbieniem. Zawdzięczaliśmy mu dużo. Mam tak wiele opowieści, które chciałbym opowiedzieć wnukom przy kominku. Pamiętam, jak weterani wojny wietnamskiej mogli godzinami opowiadać swoje historię. Staruszkowie, którzy przeżyli koszmar Drugiej Wojny Światowej również mogli mówić o niej na okrągło. My, ludzie czasu Z będziemy mieć tak samo.

- Widzę, że ekipa się powoli rozchodzi. - powiedział Aaron otwierając piwo.

Przed chwilą kilka kolejnych osób podeszło, żeby podziękować, życzyć raz jeszcze wszystkiego naj i odejść do domów. Niedawno dołączyła do nas zmiana strażników z wież przy ogrodzeniu, oraz stacji nasłuchowej, ale Papa naliczył im tyle karniaków, że spali już ułożeni koło studentów.

- Ano. Masz fajkę?

Poklepał się po kieszeni i wyjął paczkę Marlboro. Zapaliliśmy. Piliśmy powoli piwo. Grace usypiała dzieciaka Jeffersonów śpiewając mu kołysankę. Z odtwarzacza leciała cicho jakaś muzyka.

- Prawie jak…

- Prawie - zarechotałem.

Papa dokuśtykał do nas lekko chybotliwym krokiem. Zajął się samogonem studentów, kiedy tamci już mieli dosyć.

- Panowie, pozwolicie staruszkowi się chwile przespać?

Aaron kiwnął głową i uprzejmie wskazał swój dom.

- Kanapa do twojej dyspozycji.

Papa ruszył w stronę domu, ale zatrzymał się na chwile.

- Ale obudźcie na koniaczek.

Zaśmialiśmy się. Było już grubo po północy. Grace uśpiła Juniora, a następnie sama stwierdziła, ze na nią już pora. Przestrzegła nas tylko, żeby nie upić jej męża. Przynajmniej nie za bardzo. Co jakiś czas odchodziły kolejne grupki, aż zostaliśmy na podjeździe praktycznie sami. Jeff zajął się składaniem krzeseł i narzucaniem koców na tych, którzy spali dzisiaj pod gołym niebem.

- Mam coś dla ciebie przyjacielu. - powiedziałem, kiedy miałem pewność, że nikt już nie podsłucha. Aaron popatrzył na mnie zaciekawiony i wyjął z beczki kolejne piwo.

- Dajesz – mruknął otwierając butelkę.

- Pamiętasz, byłem wczoraj na małym rekonesansie. Zapuściłem się trochę dalej niż zwykle. Trupów i tak teraz jak na lekarstwo, naliczyłem może z pięć. Odjechałem może ze trzydzieści mil i wpadłem na konwój wojska. Jezu, myślałem, ze mnie rozwalą - zaśmiałem się, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. Aaron spoważniał. Patrzył na mnie badawczo - Konwój medyczny - upiłem łyk piwa.

Milczał przez moment dalej świdrując mnie spojrzeniem.

- Wypieprzyli mnie z samochodu, przeszukali. Zobaczyli, że nie jestem zarażony, na świra też im chyba nie wyglądałem. Kiedy już pozwolili mi wstać z ziemi przyjrzałem się temu kramowi. Cztery hummery, dwie ciężarówki, transporter opancerzony. Zamieniłem kilka słów z ich dowódcą. I pojechali dalej. Na zachód.

- Osada Atkinsa?

Kiwnąłem głową. Duża kolonia. Znacznie większa od naszej. Utrzymywaliśmy kontakt, prowadziliśmy handel wymienny, często gościliśmy ich ludzi u siebie i odwrotnie. Mieli stację nasłuchową o znacznie większej mocy niż nasza, często przekazywali nam informacje, których my nie byliśmy w stanie wyłapać.

- CDC nie dało dupy tak bardzo, jak myśleliśmy - wypiłem kolejny łyk.

- To znaczy?

- Udało im się. W końcu. Opracowali, wytestowali, wyprodukowali. I zaczęli dystrybucję. Wysłali konwój do Atkinsa, bo jest bliżej od nas, poza tym wyłapali ich na radiu.

Aaron przewiercał mnie nadal spojrzeniem. Rozejrzałem się dookoła. Nie było już nikogo, poza Jeffem, który właśnie odchodził wyrzucić popiół z grilla.

- Mamy szczepionkę – powiedziałem cicho - Chłopaki z naszej stacji nasłuchowej dowiedzieli się dzisiaj rano, poprosiłem, żeby siedzieli cicho. Podamy to do informacji publicznej jutro. Konwój będzie w okolicach południa.

Aaron usiadł ciężko na podjeździe i odstawił piwo.

- A teraz padniesz. Można ją podać trupom. Oczywiście nie wszystkim. Tym, co nie są poszarpane, i w miarę regularnie jadły - dokończyłem kulawo - Wiesz, tym co wyglądają jak my, tylko mają inny kolor skóry i te oczy jak u śniętej. Zresztą nie ważne. To jakiś retrowirus czy inne cholerstwo. Ale oni wracają. Słabi, niezdarni, skołowani. Podobno nie pamiętają nic sprzed zarażenia. A i zapomnieli sporo ze swojego normalnego życia. Ale wracają, żyją, czują. Nawet zaczynają wyglądać w miarę normalnie. - zamilkłem na chwilę.

Aaron skołowany trzymał się za głowę.

- Udało się przyjacielu. To początek końca tego wszystkiego.

Aaron wstał bez słowa i ruszył w stronę domu. Jeff akurat wracał niosąc grilla i popatrzył na mnie pytająco.

- Co mu jest?

Wzruszyłem ramionami. Dziwne. Poszedłem za nim, Jeff chyba zobaczył, że mam złe przeczucia bo ruszył za mną. Była druga w nocy, cykady ucichły, ktoś wyłączył wcześniej odtwarzacz. W nocnej, spokojnej ciszy huk wystrzału wewnątrz domu był całkiem głośny. Rzuciliśmy się biegiem, Jeff upuścił grilla i potknął się, ale zaraz wstał i pobiegł za mną. Wpadliśmy do domu Aarona zapalając światło. W pokoju gościnnym na parterze Papa właśnie zerwał się z kanapy, nieprzytomnie rozglądając się dookoła. Zdążył już wyjąć broń z kabury.

- Góra - domek był niewielki, a parter „otwarty”- od razu widziałem, że nie ma w nim Aarona.

Nasze kroki zadudniły po drewnianych schodach. Na górze był pokój, który łączył sypialnie i pracownie, oraz łazienka. Popchnąłem pierwsze drzwi i weszliśmy do środka. Osunąłem się na kolana. Jeff jak automat podniósł rewolwer z dymiącą lufą i odłożył na stolik. Papa zamarł. Po prostu przestał się ruszać, stojąc w progu i patrząc przed siebie.

Aaron leżał na podłodze. Z niewielkiej dziurki w skroni wypływał strumyk krwi. Niewidzące oczy wpatrywały się w sufit. W ręku ściskał niewielki notes. Jeff podszedł wolno w jego stronę. Widziałem to jak na zwolnionym tempie. Uklęknął, przyłożył dwa palce do jego szyi, odczekał chwilę. Potem zamknął mu powieki. Odwrócił się do nas. Jego oczy były pełne niezrozumienia. Nie wiem, ile to trwało, zanim Papa w końcu wyciągnął rękę i wskazał na ciało. Może minuty, może godziny. W powietrzu unosił się gryzący zapach prochu.

- Dziennik - powiedział cicho. Jeff przyklęknął przy zwłokach i sięgnął po notatnik.

***

Patrzyłem na zdjęcie uśmiechniętej, jasnowłosej kobiety trzymającej na rękach niemowlę. Obejmował ją Aaron. Również się uśmiechał. Szeroko. Prawdziwie. Kobieta miała na sobie sukienkę w kwiatki, Aaron hawajską koszulę. W tle, za nimi, widać było brzeg jeziora i przystań dla łódek.

Odłożyłem zdjęcie na biurko. Jeff nadal klęczał przy ciele naszego przyjaciela, które nakrył kocem. Papa odłożył notatnik na biurko i spojrzał na mnie, wyblakłymi, zmęczonymi oczyma. Był smutny. Potwornie smutny.

- Żona zaraziła się w pierwsze fali, kiedy mieszkali jeszcze na Florydzie - zaczął cicho - zanim dowiedział się co jest grane ukąsiła ich dziecko. Obezwładnił ją, unieruchomił w zamkniętym pomieszczeniu w piwnicy.

Milczeliśmy. Patrzyłem na zdjęcie leżące na biurku. Wypadło z notatnika, kiedy podniósł go Papa.

- Karmił oboje, próbował ratować. Wszystko opisał - Papa zamilkł na chwilę, jakby coś ścisnęło mu gardło - Wytrzymał tak cztery miesiące zanim się poddał. Walczył o jedzenie, krył się przed trupami i innymi ludźmi. A potem stwierdził, że przegrał. I zastrzelił obydwie.

Milczeliśmy. Nikt o tym nie wiedział. Było cicho. Gdzieś za oknem zaczęły grać znowu cykady. Przed nami, przykryty kocem, leżało martwe ciało naszego przyjaciela. Ofiara wojny Z. Aaron McKenzie.

Nasz burmistrz.

Niezłomny.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Przeczytalam wszystkie Twoje opowiadania. I zalozylam tu konto tylko po to by rzec Ci,zes rewelacyjny jest.Uwielbiam .Nie przestawaj pisac nigdy!!!!
Odpowiedz
:)
Odpowiedz
A tak wogule jest jakas jeszcze czesc czasu Z bo przeczytalem tylko 7 lecz gdybym ich nie przeczytal nie wiedzialbym co tu jest grane
Odpowiedz
O kurcze...to opowiadanie...nie mogę takich czytać. Zbyt emocjonalne. Łezka w oku na końcu się zakreciła. Świetne!
Odpowiedz
Ja bym dał tylko powód bo to było bez sensu
Odpowiedz
Kwadrol Kameralnie Zabił się bo nie mógł przez "20" lat ratować swojej żony i dziecka?niezbyt ciekawe
Odpowiedz
Marta Maślanko o to mi właśnie chodziło w tym opowiadaniu :P
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje