Historia

Gosposia

kesaile 6 4 lata temu 4 308 odsłon Czas czytania: ~13 minut

Billy Weaver podróżował z Londynu powolnym popołudniowym pociągiem, z przesiadką w Reading, a kiedy dostał się do Bath, była już dziewiąta wieczorem. Księżyc na tle gwieździstego nieba wschodził już ponad domami naprzeciw stacji kolejowej. Jednakowoż powietrze było śmiertelnie zimne, a wiatr był niczym nagie ostrze lodu smagające go po policzkach.

„Przepraszam,” powiedział, „ale czy jest gdzieś w pobliżu w miarę tani hotel?”

„Spróbuj w The Bell and Dragon,” odparł bagażowy, wskazując wzdłuż drogi. „Mogą cię przyjąć. Idź drugą stroną ulicy jakieś ćwierć mili i tam dotrzesz.”

Billy podziękował mu, wziął swoją walizkę i wyruszył na ćwierćmilowy spacer do The Bell and Dragon. Nigdy wcześniej nie był w Bath. Nie znał nikogo, kto by tu mieszkał, ale Mr. Greenslade z głównego biura powiedział mu, że to piękne miasto. „Odnajdź swoją własną kwaterę,” powiedział, „i zgłoś się do kierownika oddziału zaraz po tym, kiedy się rozgościsz.”

Billy miał siedemnaście lat. Miał na sobie nowy granatowy płaszcz, nowy brązowy filcowy kapelusz i nowy brązowy garnitur. Czuł się dobrze. Szedł raźnie w dół ulicy. Wszystko próbował robić raźnie. Raźność, zadecydował, była jedną wspólną cechą wszystkich sukcesywnych biznesmenów. Grube ryby w głównym biurze były fantastycznie raźne cały czas. Były wspaniałe.

Wzdłuż tej szerokiej ulicy nie było ani jednego sklepu, jedynie domy po obu jej stronach, wszystkie identyczne. Miały ganki, filary i cztery lub pięć schodków prowadzących do drzwi frontowych - oczywistym było, że kiedyś były to bardzo stylowe i drogie rezydencje. Ale nawet teraz, w ciemności, mógł zauważyć, że farba odchodziła ze stolarki na drzwiach i oknach i że przystojne białe fasady były popękane i poplamione z zaniedbania.

Nagle, w parterowym oknie, które było wyśmienicie oświetlone blaskiem lampy oddalonej o niecałe sześć jardów, Billy przyuważył znak podparty o szkło na jednej z górnych szybek. Pisało na nim POSŁANIE I ŚNIADANIE. Była tam waza z żółtymi chryzantemami, wysokimi i pięknymi, stojącymi dokładnie pod ogłoszeniem.

Zatrzymał się. Podszedł nieco bliżej. Zielone kurtyny (coś w typie aksamitu) zwisały po obu stronach okna. Chryzantemy obok nich wyglądały cudownie. Podszedł bliżej i zajrzał przez okienko do pokoju. Pierwszą rzeczą, jaką zauważył, był jasny ogień buchający z paleniska. Na dywanie umieszczonym przed kominkiem leżał zwinięty w kulkę z nosem wciśniętym w brzuch śliczny, malutki jamnik. Sam pokój, z tego co mógł zauważyć w półmroku, był wypełniony przyjemnymi meblami. Było tam małe pianino, spora sofa oraz parę pulchnych foteli, a w kącie Billy zauważył wielką papugę w klatce. „Zwierzęta są zazwyczaj dobrym znakiem w miejscach takich jak to”, Billy powiedział do siebie; i mimo wszystko wyglądało na to, że to było całkiem przyzwoite lokum na spędzenie nocy. Zdecydowanie byłoby to wygodniejsze niż The Bell and Dragon.

Z drugiej strony, pub byłby bardziej odpowiedni od pensjonatu. Wieczorami byłyby tam piwo i rzutki i wiele osób, z którymi można byłoby porozmawiać i prawdopodobnie byłoby to sporo tańsze wyjście. Spędził kiedyś parę nocy w pubie i to polubił. Nigdy nie zatrzymał się w jakimkolwiek pensjonacie i, będąc całkowicie szczerym, nieco się ich bał. Sama ich nazwa przywoływała na myśl wodnistą kapustę, drapieżne gosposie i uderzający zapach śledzi w salonie.

Po roztrząsaniu tego na zimnie koło dwóch czy trzech minut, Billy postanowił że pójdzie i spojrzy na The Bell and Dragon nim zdecyduje. Odwrócił się, by odejść.

I wtedy stało się mu coś dziwnego. Gdy odwracał się i chciał odejść od okna jego wzrok przykuło w swoisty sposób drobne ogłoszenie. POSŁANIE I ŚNIADANIE, mówiło. POSŁANIE I ŚNIADANIE, POSŁANIE I ŚNIADANIE, POSŁANIE I ŚNIADANIE. Każde słowo było jak wielkie czarne oko świdrujące go przez szkło, przytrzymujące go, pochłaniające go, zmuszające go do zostania w tym miejscu w którym jest i nie odchodzenia od tego domu. Następną rzeczą, jaką przyuważył, było to, że faktycznie odchodzi od okna, ale po to, by przybliżyć się do drzwi frontowych, wspinając się po schodach do nich prowadzących i sięgając do dzwonka.

Nacisnął dzwonek. Daleko w pokoju usłyszał jak dzwoni i w tym samym momencie – to musiało być w tym samym momencie, bo nie zdążył nawet zdjąć palca z przycisku – drzwi się otworzyły i ukazała się mu kobieta.

Normalnie po naciśnięciu dzwonka czekasz przynajmniej pół minuty, nim ktoś ci otworzy. Ale ta dama była jak pajacyk z pudełka. Nacisnął guzik – a ona wyskoczyła! Sprawiła tym, że podskoczył.

Miała coś koło czterdziestu pięciu czy pięćdziesięciu lat, a w momencie, w którym go ujrzała, obdarowała go ciepłym, zapraszającym uśmiechem.

„Proszę, wejdź,” powiedziała miło. Odsunęła się od drzwi, trzymając je szeroko otwarte i Billy zorientował się, że automatycznie rusza do przodu. Ten impuls, lub może ściślej, pragnienie pójścia za nią wgłąb domu, było nadzwyczajnie mocne.

„Zauważyłem ogłoszenie w oknie” powiedział, kontrolując się.

„Tak, wiem.”

„Zastanawiałem się nad pokojem.”

„Jest dla ciebie przygotowany, mój drogi,” powiedziała. Miała okrągłą, różową buzię i bardzo delikatne, niebieskie oczy.

„Szedłem właśnie do The Bell and Dragon,” wyjaśnił Billy. „Ale ogłoszenie w twoim oknie po prostu przykuło moją uwagę.”

„Mój drogi chłopcze,” powiedziała „Czemu nie wejdziesz do domu zamiast marznąć?”

„Ile pieniędzy pani sobie życzy?”

„Pięć funtów i sześć pensów za noc, włączając śniadanie.”

To było bajecznie tanie. Tańsze od kwoty, którą mógłby zapłacić, o przynajmniej połowę.

„Jeśli to za dużo,” dodała „wtedy może mogę to nieco zredukować. Chcesz jajko na śniadanie? Teraz jajka są drogie. Bez jajka byłoby sześć pensów taniej.”

„Pięć funtów i sześć pensów jest w porządku,” odrzekł. „Bardzo chciałbym się tutaj zatrzymać.”

„Wiedziałam, że zechcesz. Wejdź.”

Wydawała się przesadnie uprzejma. Wyglądała dokładnie jak matka jednego z twoich najlepszych kolegów z klasy, która zapraszała cię do domu na przerwę świąteczną. Billy ściągnął swój kapelusz i przeszedł przez próg.

„Powieś to tutaj,” powiedziała, „i pozwól sobie pomóc przy płaszczu.”

W hallu nie było żadnych innych kapeluszy i płaszczy. Żadnych parasolek czy lasek – nic.

„Cały pensjonat mamy dla siebie,” powiedziała, uśmiechając się przez ramię, gdy kierowała się w stronę piętra. „Widzisz, nieczęsto mam przyjemność gościć kogoś w swoim malutkim gniazdku.”

„Ta starsza pani jest trochę postrzelona”, Billy powiedział do siebie. Ale pięć funtów i sześć pensów za noc, kto by się tym przejmował? „Myślałem, że będziesz wręcz zapchana chętnymi,” powiedział uprzejmie.

„Och, jestem, mój drogi, jestem, oczywiście, że jestem. Ale problem leży w tym, że mam skłonności do bycia wybredną i szczegółową – jeżeli rozumiesz, o czym mówię.”

„Ach, tak.”

„Ale zawsze jestem gotowa. Wszystko jest gotowe całe noce i dnie na przyjęcie odpowiedniego młodego dżentelmena. I to jest tak przyjemne, mój drogi, tak bardzo przyjemne, gdy otwieram drzwi i widzę stojącego przed nimi idealnego kandydata.” Była w połowie schodów, kiedy zamarła z jedną ręką na poręczy, odwracając się w stronę Billy'ego i posyłając mu swymi bladymi ustami uśmiech. „Takiego, jak ty,” dodała, a jej niebieskie oczy wędrowały powoli po całym ciele chłopaka, do jego stóp i z powrotem.

Na drugim piętrze powiedziała mu „To piętro jest moje.”

Wspięli się na kolejną kondygnację. „A to jest całe twoje,” powiedziała. „To twój pokój. Mam nadzieję, że ci się spodoba.” Zaprowadziła go do małej, lecz ujmującej sypialni usytuowanej z przodu, zapalając za sobą światło.

„Poranne słońce wpada dokładnie przez to okno, panie Perkins. Nazywa się pan Perkins, prawda?”

„Nie,” rzekł. „Jestem Weaver.”

„Pan Weaver. Jak miło. Pod pościel położyłam butelkę z wodą, by ją przewietrzyć, panie Weaver.” To wielki komfort mieć butelkę wypełnioną gorącą wodą w obcym łóżku ze świeżą pościelą, nie zgodzisz się? I możesz zapalić piecyk gazowy w każdym momencie, jeśli będzie ci chłodno.”

„Dziękuję,” powiedział Billy. „Bardzo dziękuję.” Zauważył, że narzuta została ściągnięta z łóżka i że pościel była odciągnięta na jedną stronę, w sam raz, by ktoś mógł się od razu położyć.

„Tak się cieszę, że się pojawiłeś” rzekła, patrząc gorliwie w jego twarz. „Zaczynałam się martwić.”

„W porządku,” Billy odpowiedział wesoło. „Nie musiałaś się o mnie martwić.” Położył walizkę na krześle i zaczął ją otwierać.

„A co z kolacją, mój drogi? Zjadłeś coś, nim tu przybyłeś?”

„Nie jestem ani trochę głodny, dziękuję,” powiedział. „Myślę, że położę się spać tak szybko, jak to możliwe, ponieważ jutro muszę wstać raczej wcześnie i zdać raport do biura.”

„W takim razie dobrze. Zostawię cię teraz, byś mógł się rozpakować, lecz przed snem mógłbyś pojawić się w salonie na parterze i wpisać się do księgi? Każdy musi to zrobić, ponieważ takie jest prawo, a my nie chcemy złamać prawa w takim stadium procedur, czyż nie?” Pomachała mu lekko, szybko wyszła z pokoju i zamknęła drzwi.

Fakt, że gospodyni była nieco stuknięta, specjalnie go nie zmartwił. Mimo wszystko, nie tylko była nieszkodliwa – co do tego nie było wątpliwości – lecz także wydawała się być miłą i wspaniałomyślną osobą. Zgadywał, że prawdopodobnie straciła syna na wojnie czy coś takiego, i nigdy się z tym nie pogodziła.

Parę minut później, po rozpakowaniu walizki i umyciu rąk, podreptał na parter i wszedł do salonu. Jego gosposi tam nie było, ale ogień tlił się w palenisku, a naprzeciw niego nadal głęboko spał niewielki jamnik. Pokój był niesamowicie ciepły i przytulny. „Jestem szczęściarzem”, pomyślał pocierając swoje dłonie. Wszystko jest całkiem w porządku.

Odnalazł otwartą księgę gości na pianinie, więc wyjął swój długopis, po czym zapisał w niej swoje nazwisko i adres. Na tej samej stronie były jedynie dwa inne podpisy, więc – jak robi to każdy człowiek – zaczął je czytać. Jednym z gości był Christopher Mulholland z Cardiff. Drugim natomiast Gregory W. Temple z Bristolu.

To zabawne, pomyślał nagle. Christopher Mulholland. Coś mi to mówi.

Gdzie on mógł usłyszeć wcześniej tak niecodzienne nazwisko?

Czy to był chłopak ze szkoły? Nie. Czy to był może jeden z licznych młodych mężczyzn siostry lub przyjaciel jego ojca? Nie, to nie było żadne z tych. Znów spojrzał na księgę.

Christopher Mulholland

231 Cathedral Road, Cardiff

Gregory W. Temple

27 Sycamore Drive, Bristol

Faktem było że, jeśli o tym pomyślał, nie był pewny czy drugie nazwisko nie przywoływało podobnych odczuć jak to pierwsze.

„Gregory Temple?” powiedział na głos, przeczesując pamięć. „Christopher Mullholand?…”

„Tacy uroczy chłopcy,” głos za nim odpowiedział, Billy odwrócił się i ujrzał jego gosposię nurkującą w pokoju z dużą srebrną tacą z herbatą w jej dłoniach. Trzymała ją daleko od siebie i raczej wysoko, jakby taca była parą wodzy na rozbrykanym koniu.

„W jakiś sposób brzmią znajomo,” powiedział

„Naprawdę? Interesujące.”

„Jestem prawie pewny, że kiedyś gdzieś słyszałem te nazwiska. Czy to nie dziwne? Może to było w gazecie. Nie byli w żaden sposób sławni, czyż nie? Sławni w sensie gracze w krykieta albo piłkarze czy coś w tym stylu?

„Sławni,” powiedziała, kładąc tackę na niskim stoliku naprzeciw sofy. „Och, nie, nie wydaje mi się, żeby byli sławni. Ale byli nieziemsko przystojni, oboje, uwierz mi na słowo. Byli wysocy i młodzi i przystojni, mój drogi, zupełnie jak ty.”

Billy jeszcze raz zerknął na księgę. „Proszę tu spojrzeć,” powiedział, patrząc na daty. „Ostatni wpis jest sprzed ponad dwóch lat.”

„Czyżby?”

„Tak, w rzeczy samej. A Christopher Mulholland był tu niemalże cały rok przed ostatnim gościem – prawie trzy lata temu.”

„Jejku,” rzekła, potrząsając głową i wypuszczając z siebie wykwintne, delikatne westchnienie. „Nigdy bym nie pomyślała. Czas tak szybko pędzi, prawda, panie Wilkins?”

„To Weaver,” Billy powiedział. „W-e-a-v-e-r.”

„Och, rzeczywiście!” zawołała, siadając na sofie. „Jak głupio z mojej strony! Przepraszam. Wchodzi jednym uchem, a wypada drugim, to cała ja, panie Weaver.”

„Wie pani co?” Billy powiedział. „Coś, co jest w tym bardzo specyficznego?”

„Nie, drogi, nie wiem.”

„Więc widzi pani, oba te nazwiska – Mulholland i Temple – nie tyle co pamiętam te nazwiska oddzielnie, że tak powiem, ale w jakiś szczególny sposób, oba wydają się być jakoś połączone. Tak, jakby byli znani z tego samego rodzaju rzeczy, jeśli rozumiesz o co mi chodzi – jak… cóż… jak Dempsey i Tunney, przykładowo, albo Churchill i Roosevelt.”

„Jak intrygująco,” powiedziała. „Ale chodź tu teraz i usiądź obok mnie na sofie. Dam ci filiżankę herbaty i imbirowy biszkopt nim pójdziesz spać.”

„Naprawdę nie powinna pani się kłopotać,” powiedział Billy. „Nie oczekiwałem od pani niczego takiego.” Stanął obok pianina patrząc jak wybrzydzała na temat filiżanek i spodków. Zauważył, że ma drobne, białe, szybko poruszające się dłonie i paznokcie pomalowane na czerwono.

„Jestem niemalże pewien że widziałem te nazwiska w gazetach,” powiedział Billy. „Zastanowię się chwilę. Jestem pewny, że sobie przypomnę.”

Nie ma nic bardziej kuszącego niż wspomnienia, które utrzymują się tuż poza granicami pamięci. Nienawidził się poddawać.

„Poczekaj moment,” powiedział. „Tylko chwilę… Mulholland… Christopher Mulholland … czy to nie był ten chłopiec z Eton, który wybrał się na pieszą wycieczkę przez West Country i wtedy ni z tego ni z owego…”

„Mleka?” zagadnęła. „Cukru?”

„Tak, poproszę. I wtedy nagle…”

„Chłopiec z Eton?” powiedziała. „Och nie, mój drogi, to nie może być to, ponieważ mój pan Mulholland zdecydowanie nie był uczniem Eton, gdy do mnie przyszedł. Był licencjatem z Cambridge. Usiądź teraz koło mnie i ogrzej się przy tym przyjemnym ogniu. Chodź. Twoja herbata jest już gotowa.” Poklepała wolne miejsce na sofie i usiadła uśmiechając się do Billy’ego, czekając aż również usiądzie.

Wolno przeszedł przez pokój i usiadł na brzegu kanapy. Położyła jego filiżankę na stoliku centralnie przed nim.

„W końcu,” powiedziała. „Jak tutaj miło i przytulnie, prawda?”

Billy zaczął popijać herbatę. Ona zrobiła to samo. Przez jakieś pół minuty żadne z nich nic nie mówiło. Ale Billy wiedział, że patrzyła na niego. Jej ciało było lekko zwrócone ku niemu i mógł poczuć jej oczy odpoczywające na jego twarzy, obserwujące go znad obręczy swojej filiżanki. Znowu poczuł specyficzną woń, która wydawała się emanować bezpośrednio od jej osoby. Nie była nieprzyjemna i przypominała mu – cóż, nie był do końca pewny, co takiego mu przypominała. Marynowane orzechy? Nowa skóra? A może szpitalne korytarze?

W końcu powiedziała: „Pan Mulholland był świetnym towarzyszem do herbaty. Nigdy w swoim życiu nie widziałam kogoś, kto pił jej tyle, co drogi, kochany pan Mulholland.”

„Podejrzewam, że wymeldował się niedawno,” powiedział Billy. Nadal zaprzątał sobie głowę tymi dwoma nazwiskami. Teraz był już pewien, że widział je w gazetach – w nagłówkach.

„Wymeldował?” spytała, unosząc brwi ku górze. „Ale mój kochany chłopcze, on nigdy się nie wymeldował. On nadal tu jest. Pan Temple także jest tutaj. Są na czwartym piętrze, razem.”

Billy powoli odłożył filiżankę na stolik i wbił wzrok w gosposię. Uśmiechnęła się do niego, po czym jedną ze swoich białych dłoni poklepała go pocieszająco po kolanie. „Ile masz lat, mój drogi?” zagadnęła.

„Siedemnaście.”

„Siedemnaście!” zawołała. „Och, to perfekcyjny wiek! Pan Mulholland także miał siedemnaście lat. Ale wydaje mi się, że był nieco niższy od ciebie - po prawdzie, jestem tego pewna - a jego zęby nie były tak białe. Ma pan najpiękniejsze zęby, wiedział pan o tym, panie Weaver?”

„Nie są tak zdrowe, na jakie wyglądają,” powiedział Billy. „Trzonowce mają w sobie masę wypełnień.”

„Pan Temple, rzecz jasna, był trochę starszy,” powiedziała, ignorując jego uwagę. „Miał dwadzieścia osiem lat. Nie zgadłabym, jeśli by mi o tym nie powiedział, nigdy w życiu. Nie było ani jednej skazy na jego ciele.”

„Czego?” spytał Billy.

„Jego skóra była jak skóra niemowlęcia.”

Tu nastąpiła pauza. Billy uniósł swoją filiżankę i upił kolejny łyk, po czym delikatnie odłożył ją z powrotem na spodek. Czekał, aż powie coś więcej, ale wydawało się, że zapadła w kolejną z jej zadum. Billy patrzył się centralnie przed siebie, w kąt pokoju, podgryzając swoją dolną wargę.

„Ta papuga,” w końcu powiedział. „Wiesz co? Nabrałem się kiedy pierwszy raz ujrzałem ją przez okno. Mógłbym przysiąc, że jest żywa.”

„Niestety, już nie.”

„Najstraszniejsze jest to, w jak przemyślany sposób została wykonana,” powiedział. „Nie wygląda na choćby odrobinę martwą. Kto to zrobił?”

„Ja.”

„Pani to zrobiła?”

„Oczywiście,” odrzekła. „A spotkałeś już mojego Basila?” Wskazała głową na jamnika zwiniętego przed kominkiem. Billy spojrzał na niego. I w jednym momencie zorientował się, że to zwierzę przez cały czas było tak samo ciche i nieruchome jak papuga. Wyciągnął rękę w jego kierunku i dotknął jego grzbietu. Był sztywny i zimny, a kiedy pociągnął jego sierść w jedną stronę, mógł ujrzeć jego skórę, szarawo czarną, suchą i perfekcyjnie zakonserwowaną.

„Dobry Boże,” powiedział. „Absolutnie fascynujące.” Odsunął się od psa i począł patrzeć się z uwielbieniem w drobną kobietę siedzącą na sofie. „To musiało być okropnie trudne do wykonania.”

„Nie aż tak bardzo,” powiedziała. „Wypycham wszystkie moje zwierzątka, kiedy te odchodzą. Chciałbyś jeszcze jedną filiżankę herbaty?”

„Nie, dziękuję,” odrzekł. Herbata smakowała lekko gorzkimi migdałami, nie podchodziła mu zbytnio.

„Podpisałeś się w księdze, prawda?”

„Och, tak.”

„To dobrze. Ponieważ później, jeśli zapomniałabym, jak się nazywasz, mogę zawsze zejść tutaj i sobie przypomnieć. Nadal robię to praktycznie każdego dnia jeśli chodzi o pana Mulhollanda i pana… pana…”

„Temple,” powiedział Billy, „Gregory Temple. Proszę wybaczyć pytanie, ale czy nie było tu nikogo prócz nich w ciągu ostatnich dwóch czy trzech lat?”

Trzymając filiżankę wysoko w górze, przechylając głowę delikatnie w lewo, popatrzyła na niego kątem oka i podarowała kolejny subtelny uśmiech.

„Nie, mój drogi”, powiedziała. „Tylko ty.”

_____

Opowiadanie autorstwa Roalda Dahla.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Troche niezrozumiała końcówka jak dla mnie. 2/10
Odpowiedz
Świetnie sie czyta, ale jednak brakuje mi wyraźnego zakończenia, albo coś. Czuje lekki niedosyt
Odpowiedz
Raczej slabe, na sile pisanie "inteligentnym" jezykiem ;/
Odpowiedz
Pewnie poprzednich gości również wypchała, jak zwierzęta :P
Odpowiedz
Mi się wydaje, że ci goście to zwierzęta :D
Odpowiedz
Julka Krajecka Nie za bardzo bo sama powiedziała że oni tutaj są na 4 piętrze ;) więc pewnie są jako wypchane manekiny...a nasz bohater też niestety za pare chwil kitnie bo herbatka pachnąca gorzkimi migdałami ;) więc bardzo smaczna nafaszerowana cyjankiem ;) same pyszności ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje