Burza

Dodane przez: marcinov123, 8.07.2015, 10:21
Panopticum
Reklama:

Otworzyłem oczy. Świtało. Hałas, który wyrwał mnie ze snu zdawał się jeszcze pobrzmiewać w powietrzu. A może tylko mi się śnił? Przetarłem twarz i usiadłem na łóżku. Wypiłem wczoraj trochę za dużo na imprezie z ludźmi z mojego roku. Lekko bolała mnie głowa, „na mieszkanie” wróciłem koło pierwszej. Wiał wiatr. Silny.

Miałem pokój na pierwszym piętrze, widziałem jak w pobliskim parku drzewa wyginają się od podmuchów. Słońce jeszcze na dobre nie wzeszło, widziałem jednak ciemne, burzowe chmury nadciągające nad miasto.

Cudownie.

W samych bokserkach wyszedłem na balkon, i zacząłem ściągać pranie z suszarki. Piętro nade mną chyba ktoś wpadł na ten sam pomysł. Zwinąłem ciuchy i rzuciłem na podłogę w pokoju. Poskładam po śniadaniu - pomyślałem, marząc o tym, żeby jak najszybciej wrócić do łóżka.

W tym momencie wszystko zrobiło się niebieskie.

Zaskoczony ściągnąłem z głowy lekką, błękitną sukienkę. Przez chwile nie wiedziałem o co chodzi, potem roześmiałem się i wychyliłem przez barierkę.

-Sąsiadka, nie zgubiłaś czegoś?

Piętro wyżej krzątanina ucichła, a potem z balkonu wychyliła się ładna, potwornie rozczochrana i zaspana dziewczyna. Uśmiechnęła się speszona. Może przez piżamę z Hello Kitty?

- Rzucisz?

Zrolowałem i rzuciłem jej kieckę. Złapała w locie. Musiała wprowadzić się niedawno, z tego co pamiętam ostatnio tamto mieszkanie wynajmowała parka z małym brzdącem, który regularnie urządzał im brutalne pobudki w środku nocy.

- Dzięki! - machnęła mi ręką i zniknęła z pola widzenia. Zaraz potem znowu wychyliła się za poręcz.

- Też słyszałeś ten grzmot? - zapytała.

- Musiał mnie obudzić, a co?

- Dziwny nie? - spytała patrząc na burzowe chmury.

Były coraz bliżej. Widziałem, jak nad południem miasta pojawiają się pierwsze ciemne smugi deszczu. Nie bardzo wiedziałem o co jej chodzi.

- Boisz się burzy?

- Nie o to chodzi.

Zagrzmiało. Niski, dudniący grzmot przetoczył się nad osiedlem. Niemalże poczułem go w płucach, w podobny sposób, w jaki można czuć rezonowanie, kiedy staniemy zbyt blisko wielkiego, grającego z pełną mocą głośnika.

- O właśnie! Taki jak ten! - powiedziała sąsiadka patrząc w niebo.

- To znaczy?

- Zwróciłeś uwagę?

Patrzyłem na nią lekko już zirytowany.

- Powiesz mi o co chodzi?

- Trwał za długo. Nawet jeśli doliczyć ten cały pogłos czy jak to tam się zwie…

W sumie. Faktycznie, huk trwał dość długo. Z prawej strony ktoś otworzył drzwi i wyszedł na balkon. Balkony były połączone, rozdzielone tylko metalową kratką. Widziałem pana Józka, emerytowanego esbeka, który, paradoksalnie, był jednym z najbardziej bezproblemowych sąsiadów jakich miałem. Typ działkowca, generacja kamizelek wędkarskich, skórzanych sandałów i skarpet, pomarańczowych „rozjaśniających” okularów do jazdy samochodem. Mieszkał sam, jego żona zmarła jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.

Skinęliśmy sobie głowami.

- Co sąsiad, pranie chowamy?

- Ano!

- Oj będzie ostro - powiedział wskazując na chmury, które zakryły już prawie całe niebo.

Pierwsze krople zaczynały już spadać na ziemię.

- Zapalisz? - wyciągnął w moją stronę paczkę Męskich Mocnych.

- Dzięki - wychyliłem się przez barierkę i wziąłem papierosa.

- Macie ogień? - spytała sąsiadka z góry przewieszając się przez barierkę z nieodpalonym slimem w ręce.

- O, już wiem kto mi kiepy zrzuca - zaśmiał się pan Józef i podał mi zapalniczkę - rzuć koleżance.

Sąsiadka zaczerwieniła się i zaczęła coś plątać o popielniczce, którą przewróciła, że to przez przypadek i tak dalej. Paliliśmy w milczeniu patrząc na ulewę. W ciągu kilku minut spadło tyle wody, że spadzisty chodnik przed blokiem zmienił się w małą rzeczkę. Płynęły nią mniejsze i większe gałęzie, które połamała wichura. Nagły podmuch wiatru zwiał na nas sporo lodowatego deszczu. Sąsiadka pisnęła pan Józef zarechotał, ja zakląłem.

- Ja się chowam! Cześć! - pomachała nam i zniknęła.

- Ładna dziołszka - powiedział mój sąsiad, kiedy na górze zamknęły się balkonowe drzwi - Przynajmniej cicho siedzi, nie tak jak tamci z dzieciakiem. Matko Boska, panie… druga w nocy, czwarta rano.. koncert… Jeszcze w łazience mi przez wentylacje szło…

Znowu zagrzmiało. Jakby głośniej, jakby bliżej. Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć panu Józefowi, ale urwałem w pół słowa. Grzmot trwał. I trwał.

… trzy…cztery… pięć… - liczyłem w myślach.

Sześć sekund.

Spojrzałem na sąsiada. On spojrzał na mnie. Potem obydwaj spojrzeliśmy na niebo.

- Słyszałeś kiedyś coś takiego? - zapytał w końcu

Pokręciłem głową. Staliśmy przez moment w milczeniu, opierając łokcie na barierce. Nad nami trzasnęły znowu drzwi. Sąsiadka wychyliła się przez poręcz patrząc na nas ze strachem.

- Ej, czy...

- Tak, słyszeliśmy - odpowiedziałem szybko - nie wydawało ci się.

Cofnąłem się do pokoju i wziąłem dresową bluzę przewieszoną przez oparcie krzesła.

Ochłodziło się.

- Ej, ale to nie jest normalne!

Deszcz jakby osłabł, ale wiatr był nadal silny. Wierzby rosnące obok boiska wyginały się pod jego naporem, widziałem, jak co jakiś czas zlatują na dół połamane gałęzie. Wyciągnąłem telefon i nagrałem krótki filmik, jak wiatr masakruje drzewa. Straż pożarna będzie miała trochę roboty.

- Masz zasięg, sąsiad? - spytał pan Józef wystawiając do góry rękę z komórką. Dreptał po niewielkim balkonie, próbując ustawiać telefon w różnych pozycjach. Spojrzałem na wyświetlacz. Brak zasięgu.

- Na górze jak?

- Czapa… - mruknęła sąsiadka chowając telefon do kieszeni.

- W antenę musiało walnąć - powiedział pan Józef - poczekajcie, przedzwonię do kolegi ze stacjonarnego.

Sąsiad zniknął w mieszkaniu.

Dochodziła szósta, ale przez burzowe chmury było dość ciemno. Deszcz przestał padać, tylko wiatr dalej wiał z dużą siłą. Burzowe chmury na niebie były stalowoszare, zdawały się rozpościerać nad całym miastem. Tylko czekać, aż zaleją metropolię kolejną porcją deszczu. Wziąłem fajkę z paczki, która pan Józef zostawił na poręczy. Sąsiadka też odpaliła drugiego, po czym zrzuciła mi zapalniczkę.

- Nie podoba mi się to. Widziałeś w ogóle jakieś błyskawice?

Spróbowałem sobie przypomnieć. Potem pokręciłem głową.

- Nie pamiętam.

Wpatrywaliśmy się w chmury, a wiatr zawodził ponuro. Jakaś staruszka, ubrana w płaszcz przeciwdeszczowy spacerowała z psem po chodniku. Wariatka.

- Tak w ogóle, Monika - przerwała ciszę sąsiadka.

- Rafał.

Milczeliśmy przez chwilę.

- O kurwa! - syknęła nagle patrząc na coś w oddali - widzisz to? - wskazała ręką przed siebie.

Spojrzałem w tamtą stronę. Na początku nie bardzo wiedziałem o co jej chodzi. Potem zobaczyłem. W sumie też usłyszałem. Nieopodal naszego osiedla przebiegała obwodnica po której w zasadzie cały czas jeździły samochody. Teraz było cicho. Poza zawodzeniem wiatru nie było słychać trąbienia, ryku silników czy syren. Widziałem tylko fragment drogi - niewielki, długości może stu metrów. Kilka samochodów stało w bezruchu, w nieregularnych odstępach od siebie.

- Drzewo się zwaliło? - spytałem patrząc na Monikę, która wychyliła się przez barierkę, próbując zobaczyć co stało się na drodze.

Pokręciła głową.

- One po prostu… stoją! - spojrzała na mnie rozszerzonymi ze strachu oczami.

Przebiegł mnie dreszcz.

- Ej, mogę zejść do ciebie? - spytała przestraszona.

- Spoko.

Wróciłem do pokoju, wciągając na siebie spodnie od dresu i zapinając bluzę. Podszedłem do drzwi wejściowych i otworzyłem zamek. Za kilka chwil na klatce zaszurały kroki, i sąsiadka zeszła na dół. W piżamie w Hello Kitty i klapkach wyglądała dość zabawnie. Zachrobotał klucz i otworzyły się drzwi do mieszkania pana Józefa. Staruszek popatrzył na nas, a kiedy zobaczyłem wyraz jego twarzy przeszedł mnie dreszcz. Otworzył szeroko drzwi i gestem zaprosił nas do środka.

- Musicie coś zobaczyć…

Weszliśmy. W środku pachniało naftaliną, dymem papierosowym i kawą. W przedpokoju, koło szafki z butami wyrosła wielkie sterta gazet, na szczycie której siedział stary, gruby kocur. Mieszkanie należało do samotnego staruszka, który od kilkunastu lat żył bez żony, i tak właśnie wyglądało. W kuchni walały się jakieś narzędzia, lutownica i zwoje kabli, w dużym pokoju który kiedyś pełnił role jadalni pan Józef urządził sobie magazyn sprzętu wędkarskiego.

- Telefon stacjonarny nie działa - mruknął pan Józef - prądu też nie ma, ale to pewnie zauważyliście.

Prawdę powiedziawszy nie - i spojrzenie Moniki mówiło to samo. Sąsiad nie czekał jednak na odpowiedź, tylko szybko wskazał na mały telewizor na baterię, stojący na stoliku.

- Od syna dostałem, w Niemczech mi kupił, żebym na ryby sobie mógł brać. Patrzcie.

Włączył odbiornik.

Ekran śnieżył, z głośniczka wydobywał się tylko szum.

Pan Józef pokręcił pokrętłem. Na każdym kanale to samo.

- Może antena jest…

- Nie - przerwał mi - wszystko sprawne, wczoraj jeszcze oglądałem.

Poprawił okulary na nosie, i szurając kapciami ruszył w stronę kuchni. Poszliśmy za nim.

Na niewielkim stoliku stało stare CB radio. Krótkofalarstwo było pasją pana Józka - opowiadał mi o tym kilka razy, kiedy w przelocie spotkaliśmy się na balkonie. Włączył odbiornik. Długo kręcił regulatorem, prezentując nam wszystkie rodzaje szumów. Popatrzyłem na Monikę. Pobladła. Wpatrywała się w nas szeroko otwartymi oczami niewiele rozumiejąc.

- Może jeszcze śpią czy coś.

Józef pokręcił głową.

- Tirowcy gadają całą noc. A zasięg dobry - nawet z autostrady ich czasem łapie.

Milczeliśmy przez dłuższą chwilę.

Usiadłem na krześle, obok mnie zajęła miejsce Monika, a pan Józef wyciągnął z szafki trzy kubki, i nalał do nich kawy z termosu.

- Godzinę temu zrobiłem, na ryby miałem jechać- mruknął - teraz nie da rady wody zagotować.

- Chyba ze na gazie - odpowiedziała machinalnie Monika.

- Gazu też nie ma.

- Co? - spytaliśmy równocześnie.

Sąsiad okręcił kurek kuchenki. Zamiast syku usłyszeliśmy tylko ciche pyknięcie, kiedy resztka zeszła z systemu palnika. Milczeliśmy. Monika obejmowała obiema dłońmi kubek z gorącym napojem.

- Ciekawie - mruknął pod nosem pan Józef. Usiadł ciężko na krześle.

- Takie przekleństwo było, indiańskie - „Obyś żył w ciekawych czasach”- próbowałem rozładować atmosferę, ale nikomu nie było do śmiechu.

- Idę zapalić, fajki tam są na balkonie?

Kiwnąłem głową. Pan Józef wypił duży łyk kawy i wyszedł z kuchni. Znowu rozległ się grzmot.

Raz… dwa… trzy…

Monika puściła kubek i wbiła mi palce w ramie.

Cztery... pięć…

Patrzyliśmy na siebie przestraszeni. Grzmot umilkł. Wiatr nadal upiornie zawodził. Wstałem i zamknąłem niewielkie okienko w kuchni.

- Musiało walnąć w antenę, tę wiesz, przy wyjeździe z miasta. Dlatego nie ma zasięgu. Coś im pewnie pieprznęło w elektrowni, pewnie to z kolei spowodowało awarię gazociągu - próbowałem uspokoić dziewczynę, ale średnio mi to szło - albo jakaś burza magnetyczna, jonizacja czy jak to tam się... dlatego też odbioru nie ma w radiu i tv. Przejdą chmury i wszystko wróci do normy.

Próbowałem się uśmiechnąć. Ona też próbowała się uśmiechnąć. Nie wyszło nam.

Siedzieliśmy w kuchni. Dziwny grzmot powtórzył się jeszcze kilka razy.

Pan Józef wrócił z papierosa i otworzył lodówkę. Wywrócił przy tym jakiś słoiczek, który wytoczył się ze środka i rozbił na podłodze. Sąsiad nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Wyciągnął flaszkę wódki, odkręcił i pociągnął długi łyk. Potem drugi.

Odwrócił się do nas.

Dopiero teraz zobaczyliśmy, ze był blady jak ściana. I ciężko oddychał.

- Golnij sobie..

- Nie, dzięki! Co się…

- Golnij! - wyciągnął w moją stronę butelkę.

Napiłem się, skrzywiłem.

- Koleżanka niech też się napije - powiedział drżącym głosem.

Monika wzięła ode mnie butelkę. Trzęsły się jej ręce. Czekaliśmy aż pan Józef coś powie. Jednocześnie nie byłem pewien, czy chce to usłyszeć. Wyglądał jakby stało się coś strasznego.

Znowu napił się wódki z butelki.

- Idźcie na balkon - powiedział.

Monika znowu wbiła mi paznokcie w ramie. Przez kilka chwil siedzieliśmy nieruchomo, zanim wstaliśmy od stołu. Za zewnątrz wiatr dalej zawodził jak potępiona dusza.

Wstaliśmy i wyszliśmy z kuchni.

Czułem, jak bije mi serce. Pan Józef wyglądał na przerażonego. Na potwornie przerażonego. Wyglądał na człowieka, którego niewiele dzieli od tego, żeby zaczął wyć.

Otworzyłem oszklone drzwi i wyszliśmy na balkon. Wiatr jakby osłabł na moment. Dalej nie było słychać żadnych samochodów.

Staliśmy ramię w ramie i patrzyliśmy na niebo. Gruby kot pana Józka tez wyszedł na balkon o ocierał się nam on nogi. Prawie tego nie zauważyłem. Staliśmy jak skamieniali, a potem spojrzeliśmy na siebie nie wiedząc, co powiedzieć. Pan Józef szurając kapciami też wyszedł na balkon. Był blady jak ściana. Włożył papierosa do ust, zapalił i zaciągnął się głęboko.

Mimo, ze dochodziła siódma rano było dość ciemno.

Nie tylko przez burzowe chmury.

Dwa gigantyczne, czarne dyski zasłaniały sporą część nieba.

Były olbrzymie, tak ogromne, że mogłyby przykryć całe miasto.

Powoli, bezgłośnie obniżały wysokość, rozwiewając na boki burzowe chmury.

Gdzieś w mieszkaniu dalej szumiał mały telewizorek pana Józefa.

- Jezu… - wyszeptała Monika, a po jej policzku spłynęła łza.

- Jak to było? - spytał pan Józef nie odrywając wzroku od pojazdów - Obyś żył w ciekawych czasach?

Patrzyliśmy jak dyski wyłaniają się z chmur i ustawiają nad miastem.

Panopticum
Źródło: napisane dzisiaj o świcie- kiedy przebudziła mnie bardzo silna burza :)
Oceń:
18
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!