Wciąż patrzą 2

Dodane przez: kuro, 12.07.2015, 11:29
Panopticum
Reklama:
Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/11034-Wciaz-patrza

Budzę się z krzykiem.

Moje płuca nie nadążają tłoczyć tlenu, a ja wciąż zdzieram gardło, piszcząc na cały psychiatryk. Na moim czole pojawiają się pojedyncze krople potu i pływają po twarzy. Trzęsę się, nie mogąc zapanować nad własnym organizmem. Strach obraca zdrowy rozsądek w proch i zaciska swoje długie, chłodne palce na moim sercu.

Jak ja tego nienawidzę.

Drzwi do pokoju otwierają się i ktoś wbiega. Uspokaja mnie, mówi, że wszystko będzie dobrze, a ja rozpaczliwie chcę wierzyć w te puste słowa. Czuję ukłucie na skórze ręki i nagle wszystko staje się bardzo spokojne. Cholera... zapomniałam, że nie mogę krzyczeć. Kompletnie zapomniałam, że nie można mi krzyczeć.

***

Kiedy ponownie się budzę, jestem zmuszona do przymrużenia oczu. Promienie zachodzącego słońca wpadają przez szybę dużego okna i rozchlapują cienie krat na idealnie białych ścianach. W powietrzu unosi się zapach środków do dezynfekcji. Czuję się tak bardzo śpiąca, że samo myślenie sprawia mi trudności. Znowu nafaszerowali mnie prochami ogłupiającymi. Pieprzeni idioci.

Muszę poskładać wszystko w całość... co się stało?

Leżę bez ruchu przez parę uderzeń serca i w końcu pojmuję. Znów miałam koszmary. Powróciły i zepchnęły mnie z krawędzi zdrowego rozsądku. Zmiażdżyły moją psychikę, która była na dobrej drodze, by powrócić do społeczeństwa. Zawsze takie same. Zawsze bolesne i przerażające.

Opuszczam nogi na zimną podłogę i siadam na łóżku. Mam wrażenie, że moja głowa waży ponad trzy tony, a ciało jest tak kruche, że gdybym poruszyła się zbyt gwałtownie, rozpadłoby się na kawałki. Biorę głęboki oddech i wstaję. Pielęgniarki wiedzą już o mojej pobudce. Zaraz pewnie przyjdą i dadzą mi kolejne leki, przez które zasnę.

Głupie koszmary. A wszystko było już dobrze.

Tak jak się spodziewałam, po kilku chwilach przychodzi siostra. Wita mnie z udawanym uśmiechem. Wiem, że oni wszyscy nienawidzą swojej pracy. Najchętniej zostawiliby to miejsce daleko i nigdy już nie powrócili. Sama najchętniej bym tak zrobiła.

- Doktor Edmund chce się z panią widzieć. Czuje się pani na siłach?

- Taaa... – prycham. – Lepiej teraz niż jutro.

- Dobrze, przygotuję wózek.

- Nie jestem pieprzonym inwalidą. Poradzę sobie.

- Na pewno?

Zerkam na nią z ukosa. Jest młoda i próbuje być miła. Widocznie przebywa w tym miejscu zbyt krótko, by nauczyć się tutejszych zasad. Mimo że jest to ośrodek zamknięty cieszący się dobrą sławą, to należy pamiętać, że nadal jest to ośrodek zamknięty. Kiedy pracuje się u świrów, należy z nimi postępować szorstko, inaczej wejdą ci na głowę. Wiem coś o tym. W końcu sama jestem świrem.

Kiedy wychodzi, mam chwilę dla siebie. Podchodzę więc do szafy z ubraniami i otwieram ją. Przez chwilę przeglądam swoje rzeczy, które wydają się takie obce. Dotykam opuszkami materiału, zastanawiając się, czy się przebrać. Papierowa sukienka, którą mam jest upokarzająca.
Naprawdę cholernie upokarzająca, ale przynajmniej pasuje do tego miejsca. Uznaję, że nie muszę się stroić, bo niby po co? Mój strój jest taki sam jak wszystkich tu obecnych. Mam oczywiście na myśli tych, którzy nie biegają nago.

Zamykam szafę i patrzę na swoje odbicie w lustrze przymocowanym na drzwiach. Zauważam, że nieco posiwiałam. Czarne włosy straciły blask i przerzedziły się. W dodatku pod oczami mam wielkie cienie. Wyglądam okropnie.

- Pani Hanno. – rozlega się głos a moimi plecami. – Doktor czeka.

***

Zawsze, kiedy tu jestem, czyli przynajmniej raz w tygodniu, nie mogę wyjść z podziwu. Edek to typ, który bez wątpienia uwielbia chwalić się swoimi osiągnięciami. Cztery ściany pokryte są dyplomami oprawionymi w ramki i, gdyby to było możliwe, zawisłyby również na suficie. Wiem, że niektóre z nich są sfałszowane. Tak czuję.

- Dobrze... – mruknął, zapisując coś w swoim notatniku. – Jak się dziś czujesz?

- Eh, dzień jak co dzień. Wstaję, biorę proszki, jem, biorę proszki, zabijam czas, biorę proszki, idę spać i niech pan zgadnie, co robię na koniec dnia!

Zerka na mnie spod szkieł okularów.

- Biorę proszki!

- Mam rozumieć, że obecna dawka się nie sprawdza?

- Sprawdza. Jednak wolałabym dostawać coś innego. Na przykład te małe, niebieskie tabletki.One pomagają. Serio.

- To silne antydepresanty, nie potrzebujesz ich.

- Lepiej dawać mi małe dawki jakiegoś szajsu? – warczę. Wiem, że nie mam szans, by go przekonać, ale nadzieja wciąż się we mnie tli.

- Opowiedz mi lepiej, co się stało w nocy. Pamiętasz? – szybkim ruchem ręki zdejmuje okulary i kładzie je na biurku.

- To koszmar. Ten, co zawsze. Nie mam ochoty się powtarzać po raz setny, więc daruj mi opowiadanie o tym.

Edmund wbija we mnie wzrok i mam wrażenie, że zaraz wybuchnę. Nie znoszę, kiedy to robi. Czuję się zmuszona, by mówić. Nie potrafię oprzeć się przekonaniu, że jeśli nie zrobię tego,
co każe, zostanę ukarana, choć jeszcze nigdy nikt mnie tu nie skrzywdził.

Wzdycham ciężko.

- Pogrzeb babci. Cienie. Łażą za mną. Wydaje mi się, że wychodzę z tego miejsca. To mnie dopada. Krzyczę. Budzę się w dziwnym, obskurnym miejscu. Pojawia się dziewczynka. Mówi, że wciąż patrzą. – recytuję to, co ułożyłam już dawno. Nie zagłębiam się w szczegóły, ponieważ wszystkie już dawno przerabialiśmy. W sumie to ten sen jest jedną, wielką zagadką dla mnie i dla specjalistów z tego ośrodka. Zawsze jest taki sam. Zmieniają się jedynie detale. A to tabletki mają inny kształt, a to ja idę w przeciwną stronę... jednak koniec nigdy się nie ulega deformacji. – Później budzę się naprawdę.

- Wiesz już, skąd mogą brać się te...

- Gdybym wiedziała, to już by mnie tu nie było. – krzyżuję ręce na piersi.

- Dobrze. Możesz iść.

- Dostanę nowe leki? – wstaję, pytając z nadzieją w głosie.

- Zobaczymy. Teraz idź i się prześpij.

Prycham. Chwytam za klamkę, otwierając drzwi. Spoglądam groźnie ostatni raz na lekarza, który przegląda papiery. Co za dupek. Przecież wie, że potrzebuję tych tabletek. One działają najlepiej. Są jak wybawienie. Po nich nie śnię, nie czuję. Zupełnie jakbym była martwa w środku.
Stoczyłam się na samo dno. Nie potrafię poradzić sobie nawet z własnymi uczuciami, nie biorąc tabletek.

Młoda pielęgniarka odprowadziła mnie do pokoju, upewniając się wcześniej, czy nie mam przy sobie podejrzanych rzeczy. Robiła to tak dokładnie, że nawet gdybym ukryła coś wewnątrz ciała, na pewno by to znalazła. Nie ufam jej. Zbyt dokładnie wykonuje swoją pracę.

Upadam na szpitalne łóżko. Słońce chowa się za horyzontem, pozwalając ciemności zawładnąć światem. Ciągle nie mogę się pozbyć myśli. Nie potrafię ich zagłuszyć. W mojej głowie jest więcej pytań niż odpowiedzi. Naprawdę się boję. Od przyjazdu do tego miejsca miewam waśnie taki sen. Zazwyczaj nocą śpię jak zabita i nie śnię. W sumie trudno się dziwić... to, co teraz mi podają to mocne środku nasenne. Ale czasami zdarzają się takie chwile jak tamta, w której zahaczam o koszmary i w bonusie zyskuję ciągły strach. Najbardziej denerwuje mnie to, że nie wiem, czym są. Nie jestem pewna, czy w ogóle istnieją, czy to moja wyobraźnia. Za każdym razem są takie prawdziwe... Czarne sylwetki czające się w zakamarkach wyciągają swoje szponiaste palce, żeby mnie złapać. Ich świecące oczy są jedynym punktem, który się odróżnia. Są wszędzie. Snują się leniwie. Czasami dziwnie dyszą. Przykucają, a dolne kończyny wydają się jeszcze dłuższe. I drapią. Skrobią. I patrzą.

Po moich plecach przelatuje dreszcz. Nie można mi o nich myśleć. To w ogóle nie istnieje.
Tak...
W ogóle...

Wsłuchuję się w hałas na korytarzy i nagle coś uderza o ścianę z wielką siłą. Podskakuję na łóżku, owładnięta strachem i wpatruję się w miejsce, skąd dochodził odgłos. Momentalnie popadam w histerię. Już wyobrażam sobie te potwory... może właśnie mnie znalazły? Może idą tu? Może już są...?

Ponowne stuknięcie wypełnia pokój. Tym razem dochodzi zza szafki.

Złażę z łóżka, jak najciszej potrafię. Kroczę po zimnych płytkach i chowam się obok okna. Nasłuchuję. Ponowne uderzenie jest silniejsze. Bardziej wyraźne... Przełykam nerwowo ślinę. Jeszcze kilka tygodni wcześniej zawołałabym pielęgniarkę i opowiedziała jej wszystko, ale teraz wiem, że za wszelką cenę nie można im mówić o tym, co naprawdę się widzi albo słyszy. Wtedy po kryjomu dodają do jedzenia jakieś uspokajające gówno, które zamienia człowieka w marionetkę. Mam za dużo godności, by polegać na ich „kwalifikacjach”.

Zbieram w sobie resztki odwagi. Chwytając za krawędź szafki, odsuwam ją od ściany.

Cisza.

Kompletna cisza odbija się od czterech ścian.

Podchodzę bliżej i schylam się, zauważając w ścianie niewielki otwór. Dziura. Skąd tu dziura?

Kucam. Opieram dłonie o nawierzchnię ściany i zaglądam w otwór. Po drugiej stronie widzę normalny pokój. Nic więcej. W rogu stoi szafa z lustrem. Taka jak moja. Biurko naprzeciwko okna, takie jak moje. Łóżko z nieskazitelnie białą pościelą. Takie jak moje. Wszystko jest w porządku. Nic podejrzanego. Wszystkie pokoje wyglądają tak samo, więc...

Oddech zastyga w moich płucach, kiedy powstrzymuję się od pisku. Jasnoniebieska tęczówka pojawiła się przede mną tak nagle, że nie wiedziałam co się właściwie dzieje. Oko wpatrywało się we mnie przez ułamek sekundy. Teraz zniknęło.

Czołgam się po podłodze, chcąc jak najszybciej oddalić się od dziury. Cała się trzęsą. Nie potrafię się opanować. Popadam w paranoję.

Głośny śmiech roznosi się po całym piętrze. Jest chrapliwy. Nieprzyjemny. Nieznośny. Dzięki niemu uświadamiam sobie coś ważnego.

Wstaję, przysuwam biurko i wychodzę z pokoju. Po korytarzu biega kobieta. Jej blond włosy zamieniły się w olbrzymi kołtun, a papierowa sukienka szczątkowo okrywa jej stare ciało. Co za suka. Zapomniałam, że przenieśli ją do pokoju obok.

- Bała się! Bała się!

Jej krzyk słychać chyba w całym mieście. Pieprzona, cholerna, głupia psycholka. Nie mam pojęcia, skąd wie o mojej … przypadłości, ale usiłuje mnie straszyć. A najgorsze jest to, że zawsze jej się udaje.

Przeklinam pod nosem. Najlepiej byłoby ją zignorować, ale naprawdę mam już dość. Tym razem nie zamierzam odpuścić. Podążam więc za nią na parter, obiecując sobie w myślach, że jak już dorwę tę kobietę, to spróbuję ją udusić.

Obok drzwi wejściowych panuje straszny tłok. Pewnie znów jakaś szkoła przyszła zobaczyć nienormalnych pod pretekstem przyniesienia wypieków albo innych bzdur. Prycham pogardliwie i zaczynam przepychać się przez ciała zgromadzonych. Straciłam kobietę z oczu. Cholera, a już miałam plan jak ją uśmiercić.

Nie wiem, jak to się stało, że znalazłam się na samym przodzie tłumu. Jeszcze bardziej nieprawdopodobne było to, co tam zobaczyłam. Przez chwilę stałam w kompletnym bezruchu, analizując, przemyślając i dopasowując szczegóły.

Pielęgniarka przedstawiła nowych. Od czasu do czasu ośrodek przeprowadza rekrutacje pielęgniarzy, a ta grupka młodych mężczyzn jest zapewne nowym nabytkiem. Nie byłoby nic dziwnego w ich obecności i w sumie dla innych są to tylko kolejni pracownicy, ale dla mnie...

Odwracam się i odchodzę szybko, by nie zwrócić na siebie uwagi. Wśród nich jest ktoś, kogo znam. Kiedy byłam jeszcze w stanie funkcjonować w normalnym otoczeniu, chodziliśmy razem do szkoły. Był starszy, ale często siedział w bibliotece i czytał o medycynie. Trudno go było nie zauważyć, ponieważ szkolna biblioteka była cholernie mała, a ja często w niej bywałam. Kilka razy wymieniliśmy zdania na temat książek. Pamiętam go. Ale mam nadzieję, że on mnie nie.

Oglądam się ostatni raz za siebie. Po chwili stwierdzam, że popełniłam największe głupstwo w życiu, bo nasze spojrzenia się spotkały.

Boję się, że moje życie tu zamieni się w prawdziwy koszmar.

Część trzecia: http://straszne-historie.pl/story/11338-Wciaz-patrza-3 Panopticum
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!