Pokój Pełen Wspomnień

Dodane przez: within123, 20.07.2015, 18:41
Reklama:

Kap, kap, kap. Ciche kapanie dobiegało z jego prawej strony. Powoli zaczął się wybudzać. Jego ciało przywiązane było grubym sznurem do zwykłego, drewnianego krzesła. Oprzytomniał, zaczął się szamotać z więzami, ale to tylko pogarszało sprawę. Ucisk w lewej nodze nie ustępował, wręcz przeciwnie, nasilał się z każdym jego szarpnięciem. Chyba miał złamaną nogę. Spróbował nią poruszyć ale nic z tego nie wyszło. Jego nogi i ręce były tak dokładnie związane, poczuł się tak, jakby każda z jego kończyn była zwłokami, do których ktoś przywiązał ciężki głaz i cisnął z mostu wprost w głębinę. Adam też znajdował się w takiej głębinie. Rozpaczy. Bezsilność z jaką próbował się wydostać, mogąc poruszać tylko głową i klatką piersiową zalewała go od samej podłogi, na której stało krzesło. Popękane kafelki zdawały się ze swoich pęknięć wypuszczać powoli czarną jak zachmurzone niebo nocą wodę, która powoli sięgała jego koniuszków palców u stóp. Po czym miała dosięgnąć kolan, brzucha, szyi aż w końcu go utopić. Lecz była to tylko jego rozpacz. „W rozpaczy nie mogę utonąć” – pomyślał. Gdyby mógł to może i by się gorzko uśmiechnął. Ale będąc więzionym w ciemnym pokoju, w którym nikt nie raczył zamontować choć jednej żarówki do oświetlenia beznadziejności sytuacji, w jakiej się znajdował wcale nie było mu do śmiechu. Kap, kap, kap. Krople wody spadające na kafelki tworzyły dudniące echo, przeszywające pomieszczenie. Adam szeroko otworzył zaczerwienione oczy. Spojrzał w stronę, z której dochodziły te, jakże wkurwiające, odgłosy. Poza ciemnością nic nie zauważył.

- Co tu się odpierdala… - ledwie wymruczał te słowa sam do siebie pod nosem.

Kap. Usłyszał krótki dźwięk włącznika. Światło zalało jego oczy, promienie przeszyły głowę, wywołując krótki, tępy ból mózgu, który zaczął rozchodzić się po całym zdrętwiałym ciele.

Adam wyrwał się niespodziewanie ze snu, równie szybko zmuszając swoje otępiałe ciało do posadzenia go na łóżku. Krople potu zalewały go całego, jakby stał na środku ulicy w deszczu. Deszczu grozy. Coś spłynęło po jego policzku. Nie był pewny czy to była jedna z miliona kropli potu czy też łza. Odrzucił kołdrę, nogami dotknął paneli. Poczuł miły chłód drewna pod stopami. Oparł łokcie na kolanach, zanurzył twarz w dłoniach. Zobaczył ciemność. Nie. Światło. Ostatnie co pamiętał, to wiązka światła, tak silnego, że ból głowy, który odczuł we śnie, objawiał się również poza nim. Jego skronie pulsowały tak mocno, że nie wiedział, czy to ból, czy też ktoś nie stoi obok niego i nie wbija mu zardzewiałych gwoździ ogromnym młotem, aż do samego środka mózgu. Powoli zaczął się podnosić. Oparł się jedną ręką o krawędź łóżka, gdyby nie to, na pewno by upadł. Otworzył drzwi sypialni, chwiejnym krokiem doszedł do kuchni. Pstryk. Wiązka światła okryła pomieszczenie. Odruchowo zmrużył oczy. Wzrokiem omiótł mikrofalę, mikser, płytę gazową. „O! jest” – jego własne słowa zaszumiały mu w głowie gdy schylił się do szafki z lekami. Włożył do niej rękę i wyjął pierwsze lepsze opakowanie. Apap. „Może być, lepsze to niż nic.” Zwinnym ruchem wydłubał dwie tabletki z aluminiowego opakowania, włożył je od ust. Schylił się, nadstawił głowę do kranu i odkręcając go, wziął kilka łyków lodowatej wody umożliwiającej mu połknięcie pigułek. Światło zgasło. Stanął na baczność, rozglądając się. Palce dłoni miał jeszcze zaciśnięte na kurku, a lodowata woda lecąca wprost na metalową siatkę w zlewie była jedynym odgłosem, jaki słyszał w tym momencie. Adam powoli zakręcił kurek, woda przestała lecieć, tylko pojedyncze kropelki urywały się i spadały w nicość tworząc przy tym jakże go wkurwiające „kap”. Walnął pięścią w kran. Kapanie ustało. „To pewnie korki” – pomyślał Adam po czym ruszył żwawym krokiem do przedpokoju. Prawie całkowicie już obudzony, otworzył plastikową skrzynkę. Pstryknął dwa przełączniki. Światło w kuchni ponownie się zapaliło. Odetchnął z ulgą. Wracając do łóżka, zahaczył jeszcze dłonią o włącznik światła na ścianie, gasząc je. Zamknął drzwi od sypialni, położył się i po chwili zasnął.

Adama ze snu wyrwał budzik w telefonie. Była już szósta trzydzieści. Leniwym ruchem ręki wyłączył aplikację po czym wstał, zajrzał do szafy, ubrał się. Podszedł do drzwi, chwycił w dłoń klamkę i na chwilę zastygł. Drzwi były lekko uchylone. Stał tak patrząc się na przestrzeń pomiędzy jego sypialnią a korytarzem, jaką tworzyła szpara pomiędzy uchylonymi drzwiami.

- Dziwne.. – mruknął sam do siebie. – Jestem święcie przekonany, że zamykałem je w nocy.

Nie myśląc już więcej, ruszył w stronę kuchni. Przygotował sobie kilka kanapek, zapakował je do teczki, wyszedł z mieszkania i zamknął za sobą drzwi do niego. Po tych jakże już rutynowych czynnościach szybkim krokiem pokonał stare schody brudnego bloku. Dotarł na parking i wsiadł do auta. Odpalił maszynę i ruszył w stronę pracy.

Wyjął kluczyki ze stacyjki. „Kiedyś złożę wymówienie i zajebie temu pojebowi”. Adam postawił stopy na parkingu, znajdującym się pod jego blokiem. Wziął głęboki oddech. Zimne powietrze wleciało mu do płuc, poczuł się przez chwilę jak wiking, stojący na szczycie góry, trzymający swój zakrwawiony topór w silnej dłoni. Lecz od nadal stał na betonowym parkingu, trzymając kluczyki w dłoniach zamiast topora. Skierował swe kroki do klatki schodowej. Nie wiedzieć czemu spojrzał w górę. Zatrzymał się i zmrużył oczy, starając się wyostrzyć wzrok. Światło w jego kuchni było zapalone. Stał tak przez chwilę, gapiąc się w okno, po czym biegiem ruszył do klatki schodowej,. Akurat wychodziła z niej pani Malinowska. Nerwowo mruknął „dobry wieczór” i popędził na górę. Zatrzymał się przed drzwiami do swojego mieszkania. Palcami zaczął przebierać pośród kluczy, znalazł ten właściwy i otworzył drzwi mieszkania. Wpadł do kuchni. To, co tam zobaczył, na długo pozostawi mu ślad w psychice, którą do tej pory uważał za niezłomną. Wszystkie szafki były pootwierane. Ich zawartość leżała lub lewitowała nad ziemią. Stół, cały połamany wraz z dwoma krzesłami, leżał w kącie, koło lodówki, na której ktoś, lub coś, czymś czerwonym namalowało dziwne znaki. Rozejrzał się. Takie same znaki widniały na oknie, ścianie i w paru innych miejscach. Coś kapnęło mu na marynarkę. Spojrzał na nią po czym powolnym ruchem głowy uniósł ją i zobaczył sufit. Sufit, na którym tym samym, czerwonym czymś, został namalowany wielki pentagram. Dotknął palcem substancji na marynarce, roztarł ją w palcach, powąchał. Tak, to była krew. Nie zastanawiając się długo, Adam pokierował swoje nogi w stronę sypialni. Drzwi były uchylone, pchnął je i wydał z siebie cichy jęk, po tym co zobaczył. Na jego łóżku leżała kobieta. Jej nogi i ręce były przywiązane drutem kolczastym do krawędzi łóżka. Kruczoczarne włosy zakrywały twarz i nagie, martwe ciało dziewczyny. Wszędzie dookoła była krew. Nawet na ciele przywiązanej kobiety do łóżka. „Czy to jej krew? Czy to w niej umazano wszystko w tym mieszkaniu!? Kto to kurwa zrobił!?” Tyle myśli zaczęło mu napływać do głowy, kiedy biegł w stronę drzwi wyjściowych, odpychając się od ścian. Światło zgasło. Przerażony Adam potknął się o wieszak, lądując całym swym ciężarem ciała na drzwiach. Poczuł chłód na karku. Nawet nie odważył się spojrzeć za siebie. Drżące ręce wymacały klamkę w ciemnościach. Nacisnął na nią, drzwi otworzyły się bez przeszkód. Jedną nogą już był za nimi. Jednak moment ich otwierania, połączony z niemiłosiernym skrzypieniem zawiasów oraz chłodem dosięgającym jego karku ciągnął się w czasie tak długo, że jego oczy zobaczyły za drzwiami sam mrok. „Co ku.. ciemno..” Adam nie zdążył dokończyć zdania. Runął w przepaść tak szybko, że nawet nie zorientował się, kiedy to się stało.

Leżał plackiem na ziemi. Otworzył usta by nabrać w nie powietrza, lecz zdołał jedynie zacharczeć. Spróbował szczęścia oddychając nosem. Zerwał się jak rażony prądem, zasłaniając twarz rękoma. Niemiłosierny odór wypalał mu nozdrza. Zakasłał, opierając się teraz jedną ręką o podłogę. Dreszcz, niczym armia mrówek idących wśród źdźbeł trawy, przeszył jego ciało. Rozejrzał się. Leżał na podłodze kwadratowego pomieszczenia. Pośrodku każdej ze ścian znajdowały się tak samo wyglądające, drewniane drzwi. Przeniósł ciężar ciała na rękę na której się opierał, spojrzał w górę. Czarno. Pokój nie miał sufitu, wydawałoby się, że Adam został uwięziony w ogromnym domu dla lalek. Dźwignął się na nogi, starał się opanować drżenie nóg. Nie wiedząc co robić, a nie mógł stać w jednym miejscu całe życie, postanowił przejść przez drzwi na wprost niego. Drewniane drzwi otworzyły się a zawiasy wydawały dźwięki podobne do takich, jakie wydaje zarzynane zwierze. Oczy Adama nic nie widziały podczas gdy jego nogi przekraczały próg. Puścił klamkę. Trzask! Spojrzał za siebie – drzwi nadal były szeroko otwarte.

- Co kurwa… - powiedział, powoli odwracając głowę przed siebie. Zastygł w miejscu. Jego oczom ukazał się jego pokój. Lecz nie ten, w którym obecnie mieszkał. Był to pokój, w którym mieszkał od urodzenia aż do skończenia czternastego roku życia. Pomieszczenie znajdowało się w starym domu jego rodziców, tak przynajmniej wydawało się Adamowi. Jeszcze raz spojrzał przez ramię. Zamiast drzwi była tam teraz stara tapeta. Trzask! Adam podskoczył z przerażenia. Odgłos najprawdopodobniej dobiegł z szafy, stojącej na lewo od niego. Po prawej stronie znajdowało się biurko i łóżko. Kołdra była dziwnie zwinięta.. jakby coś pod nią leżało. Adam za żadne skarby świata nie chciał się upewniać czy na pewno coś leży pod kołdrą. Tak samo nie chciał wiedzieć co wydaje te dźwięki dochodzące z szafy. Przeszedł kilka kroków, minął szafę, starał się nie patrzyć w jej stronę. Doszedł do końca pokoju, gdzie znajdowało się okno, z zasłoniętymi żaluzjami. Chwycił za sznurek. Stał tak jakiś czas, nie wiedząc czy ma odsłonić żaluzje czy też nie. Zacisnął palce na sznurku i szybkim ruchem odsłonił okno. Spodziewał się zobaczyć jakąś wyskakującą na niego twarz, lub coś innego, co by go równie mocno przestraszyło. Zamiast tego ujrzał okno zabite deskami. Spod desek jasne strugi, przypuszczalnego światła, wlewały się do pokoju. Adam po raz pierwszy od chwili kiedy wstał w nocy po lekarstwo, poczuł ulgę. Udawaną ulgę. Domyślał się, że nawet jak wybije deski to i tak nie ucieknie z tego koszmaru. Ale spod desek świeciło słońce… musiał spróbować. Chwycił za klamkę, przygotował się do jej otwarcia. Spojrzał w lewo. Drzwi, które pamiętał z dzieciństwa, oczywiście nie było. Znów skierował wzrok w stronę okna. Otworzył je. Zaczął uderzać łokciem w drewniane belki blokujące mu drogę ucieczki. Trzask! Z szafy znowu dobiegł ten okropny dźwięk. Adam zdawał się go nie słyszeć, tak bardzo pochłonięty był próbą wydostania się. Pierwsza deska zaczynała pękać. Krzywy uśmiech zawitał na jego twarzy niespodziewanie. Uderzył mocniej. I jeszcze raz. I jeszcze. Drewno nie było zdolne do stawiania dalszego oporu i pękło w pół. Strumień światła padł na klatkę piersiową Adama. Schylił się lekko aby wyjrzeć przez szparę. Szeroko otworzył oczy. Świat był.. normalny. Słońce oświecało część jego pokoju, ulicę, oraz wiele innych domów i drzew, znajdujących się na jego starej ulicy. Adam cicho się zaśmiał. Teraz miał okazję, wydostać się z koszmaru wprost na światło dnia. Próbował poukładać sobie wszystko po kolei w głowie. Wleciał w otchłań do pokoju, z którego przed chwilą przeszedł tutaj. Znajdował się w starym domu, nie było drzwi, którymi mógłby przejść do salonu. Okno było zabite deskami… może… może dom po przeprowadzce przeszedł remont a potem popadł w ruinę? Nie. Bez sensu. Natłok myśli w głowie spowodował, że zamiast próbować wybić dalsze deski Adam stał przed oknem i patrzył się w podłogę. Oprzytomniał i cofnął się parę kroków. Skoczył i z całej siły wpadł barkiem na drewniane deski. Zaczął to powtarzać. Trzask! Tym razem nie był to odgłos z szafy, tylko drewna, które ustąpiło pod naporem barku Adama. Już prawie był wolny. Jeszcze tylko chwilka. Trzask! Wleciał na okno i osunął się lekko. Drewno było mocne, a przez to bark bolał go niemiłosiernie. Potarł go dłonią i już miał zacząć szykować się do ponownego nawalania w blokadę, ale coś innego przykuło jego uwagę i zdziwiony spojrzał na szybę okna, które otworzył. Była porysowana. Nie były to zwykłe rysy, były dokładne, proste. Ślady wskazywały, że do ich zrobienia użyto noża lub pazurów. Adam przyjrzał się szybie, zmrużył oczy ale i to nie pomogło w dokładnym zobaczeniu tego, co zostało na niej wyryte. Nerwowo rozejrzał się po pokoju. Z szafy od jakiegoś czasu nie dobiegały te dziwne, a zarazem przerażające dźwięki. Wychylił się zza szpary zrobione w deskach. Nie dostrzegł nic podejrzanego. Poza tym, że ulice w środku dnia były puste. Odwrócił się i zrobił dwa kroki przed siebie. Obrócił się w stronę prawie zaryglowanego okna. Szramy na plastiku nie dawały mu spokoju. Przymknął okno. Teraz to zobaczył. Zobaczył to, czego nie mógł dostrzec w ciemnym pomieszczeniu. Światło padające na szybę, pozwalało odczytać słowa, które były na niej wyryte. „NIE OTWIERAJ.” Na ułamek sekundy Adamowi przestało bić serce. Trzask! Jego ciało odleciało w tył. Coś co go odepchnęło musiało mieć ogromną siłę, bo ciało Adama przeleciało przez pokój niczym piórko na wiosennym wietrze i z łoskotem uderzyło w ścianę. Otworzył szeroko usta kurczowo próbując złapać oddech. Nic z tego. Z takim impetem wyrżnął w ścianę, że nabranie powietrza do płuc graniczyło z cudem. Próbował wstać z ziemi. Nogi, w których prawie w ogóle nie miał czucia mu w tym nie pomagały. Do jego uszu dobiegł szmer. Źródło dźwięku dobiegało zza okna. Słońce powoli zachodziło, niebo stawało się ciemniejsze, a co za tym idzie mniej światła dostawało się do pokoju. Trzask! Adam gwałtownie obrócił się w stronę szafy, która lekko się zakołysała. Dźwięki skrobania. Spojrzał w stronę okna. Dwoje bladych ślepi wpatrywało się w niego zza szpary. Adam myślał, że zaraz zesra się ze strachu. Coś co się na niego gapiło, podeszło bliżej i ohydnie się uśmiechnęło. Krzywe, żółte zęby, wraz z nieludzko białą parom oczu zbliżało się do okna. Cisza, jaka temu towarzyszyła zdawała się zalewać pokój, dusząc Adama. To coś położyło dłoń na belce, która jeszcze nie została wyłamana, uśmiechnęło się szerzej i szepnęło:

- Uciekaj.

Trzask! Trzask! Trzask! Oboje, Adam i coś zza okna, spojrzeli w stronę szafy. Ta zaczęła podskakiwać a ze środka dobiegały różne dziwne dźwięki. Jedno ze skrzydeł szafy lekko się uchyliło. Potwór skrzywił się na twarzy, jakby mu to się nie spodobało. Adam to dostrzegł. Przez chwilę siedział na ziemi i spoglądał to na szafę, to na nieznanego mu potwora, który teraz zaczął ciągnąć za deski, aby wyrwać je i dostać się do środka. Strach przygważdżał Adama do podłogi, lecz ten nie miał zamiaru tak łatwo się poddać. Zaparł się rękoma o ścianę i wstał powoli. W tym czasie jedna z desek zostało wyłamana. „Zostało jeszcze kilka, niedługo to coś przejdzie przez drzwi” – pomyślał nerwowo Adam. Skierował swe na wpół odrętwiałe ciało w stronę szafy. Po drodze prawie się wywrócił, lecz zdążył chwycić się uchylonego skrzydła drewnianej szafy. Rzucił nerwowe spojrzenie w stronę okna. Potwór nawet na niego nie spojrzał. Adam szybko otworzył drugie skrzydło i zobaczył stertę ciuchów powieszonych na wieszakach. Trzask! Kolejna deska pękła. Jego serce zaczęło bić tak szybko, że myślał iż zrobi mu ono dziurę w klatce piersiowej i wystrzeli przed siebie jak kula z pistoletu. Szybkim ruchem przesunął wszystkie wieszaki na prawą stronę. Szafa nie miała tylnej ścianki. Zamiast niej ciągnął się długi, nieoświetlony korytarz. Adam jeszcze raz spojrzał za siebie – stwór jeszcze nie wszedł. Bez zastanowienia ruszył przed siebie, kuśtykając, co chwila obijając się o którąś z ścian korytarza. Ujrzał majaczący kształt kilkanaście kroków przed nim. Dobiegł do niego i dokładnie mu się przyjrzał. Korytarz jednak miał koniec. Do ściany, która tworzyła ślepy zaułek przykute było coś… lub ktoś. Tak, to zdecydowanie był człowiek. Adama przeraził widok zabandażowanego ciała, przykutego łańcuchami do ściany, na wzór Jezusa przybitego do krzyża. Na jej twarz nałożona była dziwna, żelazna maska, odsłaniająca tylko jedno oko – tylko ono było odkryte i nie owinięte bandażami. Powieki były zamknięte. Adam przyjrzał się im bliżej – osobą przykutą do ściany, byłą niewątpliwie jakaś kobieta. Bliżej nieznany mu dźwięk dobiegł zza jego pleców. To coś weszło już do środka? Ile mam jeszcze czasu? Co muszę teraz zrobić, do jasnej cholery!? Przyjrzał się ciału kobiety – wszędzie były tylko bandaże i łańcuchy. Chwycił metalowe ogniwa i zaczął za nie ciągnąć. Bez skutku. Usłyszał buczenie „mmmmmm.” Spojrzał na twarz kobiety. Jej oko było otwarte, wzrokiem latała po wszystkich ścianach aż natrafiła na Adama. Otworzyła je jeszcze szerzej i zaczęła coś krzyczeć – mmmmmm! – był to jedyny dźwięk jaki dobiegał spod żelaznej maski. Spojrzał na jej twarz. W masce, na wysokości ust kobiety, tkwił stary, zardzewiały klucz. Był zdezorientowany. Miał przekręcić klucz? Czy wtedy kobieta przeżyje? A może zginie? Albo zginą oboje? Nie miał zbyt dużo czasu na myślenie, wiedział, że potwór zaraz wejdzie i będzie chciał go zabić. Trzask! „Za późno” – pomyślał.

- Oj tak, za późno – cichy, ledwie słyszalny ironiczny śmiech dobiegł go z pokoju. Okropna twarz spojrzała przez wnękę szafy. Pomimo dość dużej odległości, Adam wiedział, ze to coś już tu weszło, blade ślepia z daleka przypominały światła reflektorów auta, które jedzie nocą po szosie, zbliżając się do niego. Mając spowodować wypadek. Szybko chwycił klucz i przekręcił go raz w lewo. Nad ich głowami zaświeciła się mała, goła żarówka. Oświetliła ścianę nad głową kobiety.

ŻYCIE ALBO ODKUPIENIE.

Czerwony napis, wykonany zapewne krwią, jak te dziwne symbole w jego domu, widniał oświetlony. „Co to ma znaczyć? Czyje życie? Jakie odkupienie?” Spoglądając na napis uświadomił sobie, że nadal trzyma w ręku klucz. Obrócił go jeszcze raz w lewo.

Mmmmmm – głuche dźwięki dochodziły spod żelaza. Światło zamrugało. Na chwilę zgasło by po chwili ponownie się włączyć. Żarówka oświetlała teraz tylko jedno słowo krwawego zdania – ŻYCIE.

„Chyba jestem na dobrym tropie” – pomyślał. Zaczął przekręcać kluczyk ponownie w tą samą stronę. W połowie obrotu coś lekko przeskoczyło w masce. Kobieta z przerażenie znowu coś zaczęła wykrzykiwać. Trzeci obrót klucza został zakończony. Zarówno Adam jak i uwieziona dziewczyna wstrzymali oddechy kiedy do ich uszu dobiegł cichy jęk, a potem szczęk czegoś w masce. STRZAŁ! Coś wewnątrz maski eksplodowało, rozrywając głowę kobiety na kawałki. Krew zabarwiła całą ścianę na bordowy kolor. Lepka ciecz roztrysnęła się również na twarzy Adama.

- Aaaarg! – przerażony odskoczył, nadal trzymając klucz w ręku. Wszędzie widział krew. Na ścianie, na ubraniu, spływała również do jego oczu. Przetarł twarz drżącą ręką. Prawie się rozpłakał.

- A wiec źle wybrałeś – usłyszał okropny głos kilka kroków za nim. – Ponowie popełniłeś błąd.

Adam odwrócił się. Teraz mógł zobaczyć tą dziwną postać w całej krasie. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że jest to zwykły człowiek, lecz strasznie zaniedbany i chory psychicznie. Ale jego cera była zbyt ciemna, oczy zbyt blade, długie kończyny zakończone palcami o niewiarygodnie długich, tępych paznokciach. Wyglądał jak trup. Jak ktoś kto właśnie otworzył wieko trumny i wyszedł zza grobu aby go zabić.

- T-ty.. – wyjąkał Adam. – Czego ode mnie chcesz..? Co ja ci kurwa zrobiłem!? – Teraz już krzyczał.

- Mi? – zaśmiał się ponuro domniemany umarlak. – Mi nic, sam przecież wiesz, co zrobiłeś.

- Hę..?

Truposz wskazał palcem na ścianę, którą teraz pokrywała krew. Jego palec dokładnie wskazywał miejsce, gdzie znajdował się napis. A dokładnie jedno słowo.

- Tego od Ciebie oczekuję – powiedział powoli, zniżając głos do szeptu. – Odkupienia.

Ostatnie słowo zostało wypowiedziane tak cicho, że Adam przez chwilę zwątpił w to, co usłyszał. Zacisnął mocno pięści. Zdziwiony spojrzał w dół, na swoją dłoń. Teraz, zamiast klucza, trzymał zakrwawiony nóż. Deszcz odległych wspomnień zalał jego głowę. Szybko upuścił przedmiot na ziemię.

- Nie uciekniesz od swojej przeszłości – Zasyczał potwór.

- Co ty, kurwa, możesz wiedzieć o mojej przeszłości! Nie zabiłem nigdy żadnego człowieka! – Wykrzyczał.

Truposz chciał coś odpowiedzieć, lecz Adam rzucił się na niego. Odepchnął go na ścianę i pobiegł przed siebie, w stronę pokoju. Poczuł przez chwilę lekki ból, a potem ciepło na plecach. Chyba został raniony w plecy przez tego chorego pojeba. Pędem rzucił się przed siebie. Obrócił głowę w tył. To coś szło za nim powoli. Wyleciał z szafy i wpadł prosto na biurko koło łóżka. Zamortyzował uderzenie wyciągając niezdarnie ręce do przodu. Pomimo tego, przedmiot nie wytrzymał ciężaru ciała Adama i pękł. Rozejrzał się szybko po pokoju. Spojrzał na wypukłą kołdrę, leżącą na łóżku.

- N-nie.. – wyjąkał.

- Tak! – Wykrzyczał stwór, zbliżając się do wyjścia z tunelu. – Powiedz je głośno!

- Nieee.. – Wychlipał Adam. Nie mógł tego pamiętać. Nie chciał.

- Musisz to zrobić – Głos napastnika brzmiał teraz nad wyraz spokojnie. – Musisz.

Adam spojrzał na szafę. On tam już stał. Szybkim krokiem ruszył w stronę Adama. Zamachnął się i ciął swoimi paznokciami wzdłuż jego twarzy. Adam nie zdążył się osłonić. Krew pociekła po jego policzku. Wyprowadził prawego sierpowego. Nie zdążył. Poczuł ucisk w żołądku. Zobaczył czarną stopę, wgniatającą się w jego brzuch. Czas jakby na chwile zwolnił. Adam poleciał w tył. Poczuł się tak samo, kiedy leciał odepchnięty po otworzeniu okna. Wylądował na łóżku. Jego ciało poczuło jakiś kształt. Zaczął przeraźliwie krzyczeć, próbując wstać. Lecz kołdra zdawała się go pochłaniać, ciągnąć go w dół. Jego ciało powoli zatracało się w ciemności, do której owa pierzyna go zaciągała. Zakrztusił się.

- Wymów je! – Wykrzyczał potwór.

Nie chciał tego pamiętać. Chciał zapomnieć. Ale coś mu podpowiadało, że tylko tak mógł się uratować.

- Bo.. – Wyjąkał.

- No dalej! – Namawiał go głos z pokoju. Nie widział już twarzy napastnika, tylko czerń.

- Bor.. – Zapłakał w duszy. – Borys – Wyjąkał to tak cicho, ledwie poruszając ustami.

Mrok spowił go całkowicie. Nie usłyszał już żadnego dźwięku z jego dawnego pokoju. Leciał w dół. Zrobiło mu się niedobrze. Jednak podczas lotu poczuł, że coś w nim pęka. Jakby ciężki łańcuch spadał z jego duszy odciążając ją. Nie wiedząc czemu przed jego oczami pojawił się obraz przykutej do ściany kobiety. Zastąpił on obraz tego, czego nie chciał już nigdy widzieć, ale przed chwilą jednak to zobaczył. Głowa kobiety znajdująca się przed jego oczami eksplodowała. „Czemu…” – Nie zdążył dokończyć myśli. Uderzył głową o coś twardego.. i zemdlał.

Otworzył oczy. Zamrugał. Rozejrzał się dookoła. Kwadratowy pokój. Drzwi. Cztery pary drzwi. Jedne z nich zaklejone były żółto-białą taśmą. Oszołomiony, ledwo co wstał. Nie wiedział co tu się dzieje. Ale porozrzucane jak puzzle myśli, powoli układały się w całość. Otrząsnął się. Wreszcie zrozumiał, gdzie się znajduje. Jedyne co zdołał zrobić na tę chwilę, to wyszeptać:

- O kurwa…

Pokój Pełen Wspomnień – koniec.

Cześć 2: http://straszne-historie.pl/story/11377-Pokoj-Pelen-Tajemnic

Źródło: Opowiadanie autorskie
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!