Historia

Bad Trip

pariah777 2 8 lat temu 2 017 odsłon Czas czytania: ~13 minut

Mateusz powoli otworzył oczy. Jego umysł był niezdolny do funkcjonowania, każda myśl, której próbował się uczepić, umykała i ginęła w odmętach świadomości. W pełni automatycznie podniósł swoje ciało do pozycji siedzącej, po czym niepewnie stanął na nogi. Zrobił parę kroków i się zachwiał. Przed bolesnym upadkiem uratowała go futryna – udało mu się jej chwycić w ostatnim momencie. Oprzytomniał na tyle, by zadać sobie pytanie, gdzie w ogóle idzie. Jego odpowiedzią stało się donośne pukanie dobiegające z końca korytarza. Ślimaczym tempem podreptał w stronę drzwi, rozkoszując się jednocześnie swoim stanem. Był wyspany jak jeszcze nigdy, zatracił kompletnie poczucie czasu i nic go nie obchodziło. Jeśli to ktoś z pracy, to zabiję go za zepsucie mi samopoczucia, wymamrotał do siebie. Przekręcił klamkę i lekko uchylił drzwi.

– O co chodzi? – zapytał, spoglądając ślepo w ciemność na klatce schodowej.

Z mroku wyłoniła się postać. Wepchnęła Mateusza w głąb mieszkania, torując sobie drogę do wejścia. Jednym susem wkroczyła do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Zamarła, stojąc w bezruchu przed zdezorientowanym mężczyzną.

– Kim ty jesteś, do jasnej cholery!? – wrzasnął roztrzęsionym głosem.

Sylwetka okryta płaszczem z narzuconym kapturem, rzucającym złowieszczy cień na twarz, nie pozwalała odgadnąć, czy był to mężczyzna, czy kobieta. Z fałd materiału wyłoniła się ręka. Zgrabnym ruchem strąciła kaptur, ujawniając oblicze.

– Mam na imię Charon, przyjacielu. – Nieznajomy wyszczerzył zęby w wymuszonym uśmieszku.

Mateusz zamrugał, licząc, że w ten sposób pozbędzie się omamów. To jednak nie były zwykłe zwidy.

– Czego chcesz? – przeszedł do błagalnego tonu ofiary rabunku.

– To nie ma znaczenia, już mi to dałeś. – Charon wydawał się być rozbawiony jego niewiedzą.

Zapadła cisza. Oboje patrzyli sobie prosto w oczy. Mateusz sprawiał wrażenie zbitego kundla, warczącego na swojego oprawcę. Charon natomiast delektował się chwilowym zatrzymaniem akcji. Nagle żwawym krokiem ruszył w stronę sypialni, z której jeszcze przed chwilą wypełzał ospały Mateusz. Ten drugi poszedł w ślad za nim. Przez chwilę bił się z myślami, czy nie zagarnąć po drodze leżącego w kącie kija baseballowego, ale ostatecznie porzucił ten pomysł – miał dziwne przeczucie, że nic mu nie grozi ze strony nieznajomego.

Charon przystanął i spojrzał na łóżko. Uśmiechając się, pokręcił głową.

– Więc to tutaj się stało? – zapytał triumfalnie.

– Co takiego miało się tu stać? – rzekł niepewnym tonem Mateusz.

Płaszcz nagle zawirował i Charon stanął na wprost Mateusza, bacznie mu się przyglądając. Starał się wyczytać coś z jego twarzy, ale znalazł na niej tylko zdziwienie i niepewność. Wskutek tego nieznajomy wybuchnął maniakalnym śmiechem. Mateusz spanikował. Zebrał całą swoją energię i odskoczył do tyłu, w okamgnieniu chwytając kij. Nim Charon się zorientował, jego czaszka przyjęła potężny cios, który zwalił go z nóg. Z hukiem padł na podłogę. Nie ruszał się.

– O kurwa... – szepnął przerażony Mateusz. – Zabiłem go...

Kij wypadł mu z dłoni. Cofnął się od trupa, aż jego plecy napotkały ścianę. W akcie desperacji i poczucia winy, wybiegł na klatkę schodową.

Wpadł wprost w trzewia ciemności. Nie potrafił dojrzeć żadnych konturów, zdany był na swoją pamięć. Tyle razy zbiegał schodami, że nie sprawiło mu to większego problemu. Jak się wynajmuje mieszkanie w tym samym miejscu przez pięć lat, to nic dziwnego. Echo kroków i sapanie były jedynymi dźwiękami nie pozwalającymi zaistnieć idealnej ciszy. Ucieszył się, gdy wreszcie dotarł do upragnionego parteru i ujrzał wdzierające się przez szybkę od drzwi blade światło księżyca. Zmęczony, wyszedł na zewnątrz. Wydawało mu się dziwne, że latarnie uliczne były wyłączone, a ulice puste. Żadnych samochodów, ani śladu bezdomnych lub dresów przyczajonych w bramach. Wytężył słuch. Skądś dochodziło dudnienie, jakby muzyka. Mateusz, ćwoku, o czym ty myślisz – napomniał sam siebie, po czym w akcie bezradności schował twarz w dłoniach i oparł się o ścianę bloku. Pomyślał o gangsterskich filmach, gdzie mafiozi zakopywali zwłoki w lesie czy wyrzucali gdzieś do rzeki. Choć mogło to być jakieś rozwiązanie, to zmuszony był je odrzucić. Aura tej nocy krępowała każdą jego myśl, doklejając do niej nalepkę z napisem: „To wszystko jest zbyt dziwne, żeby było realne, olej to!”. Jego świadomość nie odnotowała nawet momentu, kiedy zaczął iść chodnikiem w stronę odległego źródła muzyki. Wzruszył ramionami, wiedząc, że nie ma nic innego do wyboru. To nie może się dziać, mamrotał.

Widział niewyraźne zarysy otoczenia. Mrok rozmazywał wszystko, potęgując poczucie wszechobecnej pustki. Dudnienie stopniowo przybierało na sile. Cały czas wydawało mu się, że wystarczy parę kroków i będzie już w stanie rozpoznać piosenkę, której nazwa błąkała się gdzieś w podświadomości. Zatrzymał się. Usłyszał coś, co nie było ani elementem granego gdzieś w oddali koncertu, ani echem jego kroków. Cofnął się i zajrzał w ciasny zaułek odchodzący od ulicy.

– Pomocy...

Jęczenie dochodziło z kontenera na śmieci. Mateusz, budząc do życia sparaliżowane strachem ciało, ostrożnie zbliżył się do niego. Przystawił ucho i nasłuchiwał.

– Pomocy...

Wiedziony poczuciem obowiązku pomocy ludziom w potrzebie, poderwał pokrywę kontenera i zajrzał do środka. Wpierw dotarł do jego mózgu widok małego magnetofonu. Było to ostrzeżenie, które przybyło za późno, by być w jakikolwiek sposób użyteczne. Następnie jego zmysły odebrały cichy szczęk mechanizmu. To już nie było ostrzeżenie, lecz potwierdzenie wyroku śmierci. Obrócił się na pięcie, przeczuwając, co nastanie. Dał się zwabić w jedną z najprostszych pułapek – żerującą na dobrych intencjach niewinnych. Niczym fala uderzeniowa, po wszystkim dookoła rozlał się donośny alarm wszczęty przez głośniki nad kontenerem. Pajęczyna zadrżała – pomyślał, choć nie był nawet świadom, że myśli – teraz tylko czekać, aż zjawi się pająk. Wybiegł z zaułka na ulicę. Rozejrzał się na boki.

– A ty gdzie leziesz!? – na wpół zwierzęcy, na wpół ludzki ryk dobiegł Mateusza zza pleców.

Nie marnował czasu na zbędne spojrzenia w tył, dał się ponieść nogom. Pędził środkiem ulicy z sercem pompującym krew na najwyższych obrotach i płucach wtłaczających powietrze jak gigantyczne miechy. Czuł przetaczające się po jezdni wibracje spowodowane stąpaniem czegoś ciężkiego. Ich częstotliwość dodawała mu otuchy – były rzadkie i zdawał się od nich oddalać w dość szybkim tempie. Poczucie ulgi przyniósł mu dopiero okrzyk:

– I tak cię znajdę!

Zatrzymał się i odsapnął. Gdy rzucił badawcze spojrzenie za siebie, ujrzał jedynie zalaną czernią ulicę. Wyprostował się i wznowił swoją wędrówkę.

Nadepnął na coś. Spojrzał pod nogi. Pudełko zapałek. Gdy się schylił, dostrzegł leżący obok liścik. Po chwili wahania, ukląkł na chodniku i rozpalił mały płomyk. Ta drobinka dała mu namiastkę normalności, której w tym wszystkim brakowało. Światełko oczyściło nabazgrane słowa z mroku, umożliwiając ich przeczytanie. Nachylił się jeszcze bardziej i wytężył wzrok.

„Zostałem postrzelony. Potem obudziłem się tutaj. Dzięki bogu, że krwawienie ustało, a ból aż tak bardzo nie daje się we znaki. Otoczenie wygląda znajomo, ale tak naprawdę, to nie mam pojęcia, gdzie jestem. Nie wiem, gdzie iść, nie wiem, co robić. Przysiągłbym, że wszystko tutaj chce mnie zabić. Ten list to moje ostatnie desperackie wołanie o pomoc. Nie mam cholernego pojęcia, jakiej pomocy oczekuję, ale, kurwa, ratuj mnie stąd! I jeszcze jedno. Nie bez powodu pozbyłem się tych zapałek. Lepiej zgaś to pieprzone światełko. Powodzenia, detektyw Rabacki.”

Mateusz szarpnął dłonią, uśmiercając płomyk. Sądził, że rozpalając go tutaj, w samym sercu mroku, popełnia zbrodnię. Liścik go tylko w tym utwierdził. Rozejrzał się dookoła, próbując przekonać umysł, że nic się nie stało i nie będzie żadnych konsekwencji. Na jego nieszczęście, konsekwencje były. W oknach bloków, na dachach budynków, rozsiane w oddali po ulicy – jarzyły się czerwone ślepia. Przypominały rozżarzone węgielki pulsujące nikłą poświatą pośród nocy. Wszystkie zwrócone były w stronę Mateusza. Nie ruszały się, obserwowały w ciszy i skupieniu.

– Czym wy jesteście... – wyszeptał w nicość.

Chciał szarpnąć swoim ciałem, by zerwać się do panicznego biegu, lecz zachwiał się i padł na chodnik. Miał wrażenie, że świat wiruje. Całe otoczenie zlało się w bezkształtną masę, której czarną monotonię przełamywały karmazynowe punkciki. Ich spojrzenia wlewały się do jego umysłu, plądrując każdą ostoję rozumu i zamieniając ją w ruiny szaleństwa. Wrzeszczał z bólu, tarzał się po ulicy, z oczu lały mu się łzy. Gdy nie mógł już tego znieść, odpuścił. Stracił przytomność.

Ocknął się. Coś uciskało jego nadgarstki. Spróbował się poruszyć. Nie mógł. Otworzył oczy. Ujrzał lufę rewolweru wymierzoną prosto w jego czoło. Przeniósł wzrok na mężczyznę stojącego przed nim. Wyraz twarzy sugerował znudzenie, ale oczy pozostawały czujne i reagowały na każdy ruch Mateusza.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię znalazłem tam na ulicy. Spadłeś mi jak z nieba. Ale przejdźmy do rzeczy, trzeba określić twój stan, czy w ogóle mi się przydasz i czy mam po co strzępić język. Pamiętasz imiona rodziców? – zapytał obcy.

– Adam i Barbara... – odpowiedział przerażony Mateusz.

– Zatem jestem detektyw Rabacki. A ty pewnie znalazłeś mój liścik. Powiedz mi, czujesz się inaczej?

Mateusz chciał zaprzeczyć, ale uświadomił sobie, że zaszła zdecydowana zmiana. W pokoju nie było żadnego źródła światła, a jednak widział wszystko. Tylko kolory zdawały się nie istnieć – nie było niczego, co by przełamało królującą szarość. Poczuł, że zapłacił za ten dar ogromną cenę, choć nie miał jeszcze pewności, jaką dokładnie.

– Widzisz w ciemności, nie próbuj zaprzeczać. To już nawet ja potrafię. Chodzi mi o coś ważniejszego. Czujesz głód? – wypytywał Rabacki.

– Głód?

– Chcesz mnie zabić? – doprecyzował.

Mateusza zszokowało to pytanie. Przez chwilę zbierał się w sobie, by upewnić się, że w jego odpowiedzi nie będzie ani jednej nutki wahania. Przeczuwał, iż jeśli nie będzie wiarygodny, to detektyw odstrzeli mu łeb.

– Nie, nie chcę.

Rabacki się uśmiechnął. Schował broń do kabury i przeszedł za plecy Mateusza. Pchnął wózek inwalidzki, do którego przywiązana była jego ofiara.

– Co chcesz mi zrobić? – jęknął Mateusz.

– Zobaczysz.

Opuścili pomieszczenie i znaleźli się na ulicy. Rabacki pchał wózek chodnikiem, wygwizdując jakąś nieznaną melodię.

– Jeśli chcesz wiedzieć, to ci w sumie mogę powiedzieć – odezwał się w końcu detektyw. – Im dłużej tu jesteś, tym mniej duszy udaje ci się zachować. Stajesz się wygłodniałym zwierzęciem polującym na tych, którzy mają w sobie jeszcze okruchy człowieczeństwa. A co za tym idzie, tacy, jak ty, są mile widzianym towarem. Mówiąc wprost, zamierzam cię sprzedać.

Po chwili milczenia, Mateusz w końcu zdołał się odezwać:

– Komu? Kurwa, za co? Jesteś nienormalny!

– To całe miejsce jest nienormalne. A ja chcę jedynie informacji, jak się stąd wydostać.

– Kto ci ją sprzeda, co?

– Jest tutaj ktoś, kto nie zwariował na tyle, by stracić zdolność mowy. I w dodatku się za tobą stęsknił.

– Charon...? – zapytał niepewnie.

Rabacki zatrzymał się. Przeszedł przed wózek i spojrzał w oczy Mateuszowi.

– Widziałeś Charona? – zapytał z powagą i skupieniem w głowie.

– Ja...

– No mów! – wykrzyczał niecierpliwie detektyw.

– Leży nieprzytomny w moim mieszkaniu...

Rabacki złapał się za głowę. Ciężko dyszał ze złości. Wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zatłuc.

– Wiesz, kim on, do jasnej cholery, jest!? – wydarł się.

Mateusz nie odważył się odpowiedzieć. Nie wiedział. Tymczasem detektyw łączył fakty, starał się myśleć. Układał jakiś plan.

– Słyszę was... – odezwał się potężny, leniwy głos, dochodzący zewsząd. Ten sam, przed którym jeszcze niedawno uciekał Mateusz. – Przyniosłeś, co obiecałeś, detektywie? Chodź, a pokażę ci jedyne wyjście z tego przeklętego miejsca! Mieliśmy umowę!

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Rabacki wyrwał rewolwer z kabury, a druga dłoń powędrowała do kieszeni po scyzoryk. Szybkimi i zdecydowanymi ruchami rozciął więzy, uwalniając Mateusza. Następnie złapał go za ramię i pociągnął w górę, stawiając na nogi.

– Prowadź do mieszkania – szepnął, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu zbliżającego się zagrożenia. – Charon to nasza jedyna szansa.

Zaczęli biec. Mateusz zmuszony był kierować się intuicją, bezpodstawną pewnością, że obrany przez niego kierunek jest właściwy. Bał się myśleć, co by oznaczała pomyłka. Stopniowo tracił siły, jego organizm był wycieńczony. Detektyw, choć starszy, posiadał o wiele lepszą kondycję. Popędzał Mateusza, nieustannie oglądał się we wszystkie możliwe strony.

– On tam gdzieś jest, bawi się z nami – rzekł przerażony Rabacki.

– Kto to w ogóle? – wysapał Mateusz.

Detektyw nie odpowiedział. Zacisnął jeszcze mocniej palce na rękojeści rewolweru.

– Sądzicie, że uda wam się uciec? Ciekawe, gdzie niby się ukryjecie! – ryk rozdarł ciszę.

Przyspieszyli. Mateusz ujrzał w oddali swój blok. Wskazał go palcem, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa.

– Numer mieszkania? – zapytał Rabacki.

– Pięćdziesiąt pięć – odpowiedział odruchowo, dysząc.

Rabacki, słysząc to, uśmiechnął się.

– Nie powinieneś tego mówić. – Wycelował rewolwer w stopę Mateusza i pociągnął za spust.

Po umyśle mężczyzny rozlała się fala bólu. Padł na chodnik. Nie rozumiał tego, co się stało, ani gdzie popełnił błąd. Utkwił tępy wzrok w sylwetce oddalającego się detektywa.

– Zostawiam ci, co obiecałem, a teraz daj mi spokój! – wydarł się Rabacki w otaczającą go pustkę.

– Dlaczego... – jęknął Mateusz, po czym ból wepchnął go w ramiona błogiej nieświadomości.

Detektyw wbiegł na klatkę schodową. Charon, przewoźnik dusz, kto by pomyślał, że on naprawdę istnieje – rozmyślał, wspinając się po schodach.

Ujrzał otwarte drzwi z numerem 55. Powoli, ostrożnie wszedł do środka.

– Charon? – rzucił pytanie, badając korytarz.

– Pomocy... – odpowiedziało mu wołanie dobiegające z sypialni.

Bingo, pomyślał.

– Już idę! – wykrzyknął.

Wkroczył do pokoju. Nie ujrzał Charona. Obok porzuconego kija baseballowego stał magnetofon, powtarzający wciąż to samo słowo. Rabacki powoli przełknął ślinę. Pułapka, przeleciało mu przez umysł.

– Mówiłem, że nie uda ci się uciec – odezwał się potworny głos dochodzący z klatki schodowej. – Zawsze ta sama, dziecinna pułapka. Zawsze działa.

Detektyw słyszał każdy krok, wyczuwał, jak to coś zbliża się stopień po stopniu.

– Dałem ci to, co chciałeś! – rzucił desperacko.

– Zmieniłem zdanie. Chcę ciebie. – Wydawał się już niebezpiecznie blisko.

Rabacki zamknął oczy. Przystawił lufę do skroni. Wolał pozbawić się w ten sposób człowieczeństwa, rozumu i resztek pamięci, niż paść ofiarą sunącemu ku niemu potworowi. Wystrzelił.

Mateusz doszedł do siebie. Spojrzał na ranę. Nie broczyła krwią. Tylko dziura w stopie, nic więcej. Zrozumiał, że ta eksplozja cierpienia była wytworem jego psychiki – w tym miejscu ból fizyczny nie istniał. Przynajmniej nie w takiej formie. Spróbował się podnieść. Udało mu się. Nie był pewien, gdzie w ogóle biegł i w jakim celu. Wystraszony, doszedł do wniosku, iż traci pamięć. To jest cena za ból, pomyślał. Dobiegło go echo słów Rabackiego o rozpadzie duszy. Poza tym mglistym wspomnieniem, nie pamiętał już, kim był Rabacki. Rozejrzał się. Uśmiechnął się i sobie poszedł. W losowym kierunku. Byle gdzie. Pocieszał się, że przynajmniej nie ogarnęła go jeszcze żądza zabijania.

Szedł przed siebie. Miał tylko jeden cel, który z niewiadomych przyczyn przyświecał mu od samego początku. Znaleźć źródło muzyki. Nie rozglądał się na boki, nie interesowało go, co mu się przygląda przez okna kamienic. Jego bronią stała się obojętność. Na jego twarzy rozkwitł uśmiech, gdy zdołał wreszcie rozpoznać odległą melodię – „Smells Like Teen Spirit”. Przyspieszył, wiedząc, iż jest już blisko. W oddali ujrzał światełko. Był to szyld knajpy. Z jej okien wysączała się jasność, jakiej nie widział nigdzie indziej na tym świecie. Przystanek Przewoźnika, nazywał się bar. Mateusz podszedł do wejścia. Drzwi były otwarte. W środku, przy ladzie, za którą urzędowała kobieta, siedział Charon. To stamtąd właśnie wydobywała się muzyka – z głośników zamontowanych pod sufitem.

– Uwierzysz, jeśli ci powiem, że oberwałem pieprzonym kijem baseballowym? – mówił Charon do barmanki, przyciskając do głowy woreczek z lodem. – Jakiś ćpun się zaćpał na śmierć, więc idę, żeby go przyprowadzić do piekła. Ale on nie wiedział nawet, że umarł i pomyślał, że jestem jakimś rabusiem czy czymś.

Barmanka wybuchnęła śmiechem. Mateusz stał w wejściu. Nie próbując się ukrywać, przysłuchiwał się rozmowie.

– Też się wtedy zaśmiałem – kontynuował. – I właśnie przez to oberwałem. Pieprzę tę robotę, dawniej to mi płacili za takie rzeczy, a teraz o mnie zapomnieli. Tępaki nie wiedzą nawet, kim jestem. Niech sobie sami łażą po zaświatach i się sami oprowadzają.

– Współczuję biedaczyskom, to miejsce bywa gorsze niż piekło. – Skrzywiła się barmanka. – Ale przynajmniej tutejsze demony nie będą głodować.

Charon pokręcił głową z rezygnacją i wtedy zauważył Mateusza. Od razu się uśmiechnął, jak na widok dawnego znajomego. Gestem zaprosił go, by się przysiadł. Mateusz podszedł i zajął miejsce obok niego.

– W sumie to miałeś iść do piekła – zaczął Charon – ale powiedzmy, że to może poczekać.

– Co masz na myśli? – zapytał beznamiętnie Mateusz. Przestał odczuwać jakiekolwiek emocje.

Charon przekręcił się na stołku i spojrzał mu prosto w oczy.

– Wrócisz i będziesz głosił ludziom o mnie – powiedział z satysfakcją. – Muszą się dowiedzieć. I znowu zacząć wkładać monety w usta zmarłych.

Mateusz wzruszył ramionami. Wszystko mu jedno, czy piekło, czy powrót. Barmanka podała mu kieliszek z alkoholem.

– Za twoją misję, przyjacielu! – rzekł Charon i oboje opróżnili swoje kieliszki.

Ocknął się.

– O kurwa, ale jazda... – rzekł z podnieceniem.

Zerwał się z łóżka i wybiegł z mieszkania. Zbiegł schodami, po czym skierował się na ulicę.

– Ludzie! Rozmawiałem z Charonem! On istnieje! – darł się do przechodniów. – To on oprowadza dusze po zaświatach! Trzeba mu zapłacić, bo inaczej się wkurwi!

Wszyscy patrzyli się na niego jak na świra. Prawda jest jednak taka, że był zwykłym ćpunem, a nie świrem.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Dobre :D
Odpowiedz
Całkiem całkiem, dość poryte, chociaż z sensem. Miejscami trochę straszne, w każdym razie na pewno ciekawe - mnie osobiście się podobało. Szkoda tylko, że nie najadłem się strachu :(
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje