Historia

Istota z lasu

niebiesky 27 4 lata temu 16 357 odsłon Czas czytania: ~13 minut

Witaj. Chciałbym Ci opowiedzieć moją historię. Pozwól jednak, że pominę dokładny opis czy nawet wspomnienie nazwy miejscowości, w której odbywały się te wydarzenia. Byłem normalnym 18-latkiem, mieszkającym na lubelszczyźnie, w malutkiej miejscowości. Wszyscy się tu znali, liczba mieszkańców nie przekraczała setki. Była to typowa ulicówka, z domami po obu stronach drogi. Jadąc trasą na północ, po kilkunastu kilometrach natrafiało się na większą miejscowość, miasto. Jadąc na południe, przez następne kilkadziesiąt kilometrów napotykało się tylko na podobne do mojej, wioski.

Na wschód rozciągały się pola, wraz z niewielkimi pasami drzew. Nierówna powierzchnia terenu, obniżająca się z każdym kilometrem przebytym na wschód sprawiała, że z własnego ogrodu widziałem piękny krajobraz pól, schodzących powoli coraz niżej i niżej, aż po sam horyzont, gdzie można było dostrzec odległy o kilkadziesiąt kilometrów las.

Jeśli już mowa o lasach, to obok też mamy jeden. I to nie byle jaki. Nad zachodnią częścią wsi teren podchodzi dość stromo w górę. Jakieś 100 metrów od wiejskich zabudowań, dobre kilkanaście powyżej, wznoszący się teren obrasta las. Jest dość duży i pokrywa różne rodzaje terenów – od zwykłego, prostego i twardego gruntu, po rozpadliny pokryte piaskiem.

Krążą legendy, jakoby dawno temu las zamieszkiwała tajemnicza istota, potwór. Kilka lat przed wojną pojawiła się tu nawet ekipa badaczy, którzy rozpytywali o tą istotę. Co się z nimi jednak dalej działo – nie wiadomo. Weszli do lasu i słuch po nich zaginął. Nie wiem, czy to prawda, gdyż tę historię zasłyszał od swoich rodziców mój ojciec, gdy był jeszcze dzieckiem. Według mnie jednak każda legenda ma w sobie ziarnko prawdy.

Pamiętam jak dziś, że to była sobota – w połowie sierpnia. Było bardzo upalnie, słońce od wielu dni grzało niemiłosiernie. Leżałem na leżaku w swoim ogrodzie. Rodziców nie było akurat w domu, więc pozwoliłem zapalić sobie papierosa bez żadnej konspiracji.

-Buuu! - usłyszałem za sobą. Papieros wyleciał mi z ust i poparzył rękę.

-Ty, kurwa, kretynie! – wydarłem się na Roberta, który mnie wystraszył, zakradłszy się na posesję.

-Spokojnie, Seba, już tak nie dramatyzuj – gadał Robert tłumiąc śmiech.

-Co chciałeś? – zapytałem pocierając dłoń, wciąż nieco zdenerwowany.

-Mój starszy braciszek opowiedział mi fajną historię.

-O czym?

-O lesie nad wioską. Podobno jakiś stwór tam mieszka, a kiedyś zabił kilku ludzi.

-Znam tą historię – przerwałem mu. – Byłeś chyba jedyną osobą, która do tej pory o tym nie słyszała. I chyba jedną z niewielu, która w to wierzy.

-Narzekasz. Zajebiście się tego słuchało. Idziemy tam z Marcinem, lecisz z nami?

-Dobra, mogę iść.

-No to ruszaj dupę, zamknij dom i się pospiesz.

Roberta znam od dziecka. Tak samo jak ja, również i on żył tu od urodzenia. Ja zamieszkiwałem dom pośrodku wioski, ze swojego okna widziałem ulicę, wzgórze i rzekomo zamieszkany przez dziwną istotę las. Robert z kolei mieszkał w domu na samym końcu wsi, tuż przy ścieżce wiodącej do lasu. Marcin, nasz wspólny znajomy mieszkał naprzeciwko Roberta, po „mojej” stronie ulicy.

Wyszliśmy z mojego domu i udaliśmy się do Marcina, który czekał na nas w domu Roberta. On również – jak się dowiedziałem – usłyszał historię o istocie z lasu dopiero dzisiaj.

Na szybko ustaliliśmy, że nic ze sobą nie zabieramy. „Nie ma po co, idziemy tam na krótko” – argumentował Robert. Zgadzałem się z nim, tym bardziej, że raczej nie wierzyłem w spotkanie jakiegoś potwora, najwyżej mogły nas zaatakować jakieś wściekłe wiewiórki.

Wyszliśmy z domu Roberta, on na przodzie, ja za nim a obok szedł Marcin. On również nie był skłonny uwierzyć, że w lesie może na nas czyhać niebezpieczeństwo większe, niż spadające szyszki.

Skręciliśmy na żwirową ścieżkę prowadzącą w górę, do lasu. Miała ona około 150 metrów długości. Potem kończyła się na pierwszych drzewach. Była dość stroma, zwłaszcza pod koniec, gdyż, jak już mówiłem, las stał na swego rodzaju wzgórzu czy też wzniesieniu.

Weszliśmy między drzewa.

-Ty, Robert, po co idziemy do tego lasu? – zapytał Marcin.

-Mówiłem wam już, poszukamy śladów tej dziwnej istoty.

-Serio w nią wierzysz? – spytałem go. –Dla mnie to tylko bajdurzenie pokolenia, któremu przez wojnę coś się popierdoliło w głowach.

-A ja ci mówię, że coś w tym musi być. Przecież w ten las nikt się nie zapuszcza. Nawet na grzyby zawsze jeździ się gdzieś indziej.

-Cholera wie. Jak chcesz szukać tej istoty albo jej śladów, to szukaj. Ale wątpię, że cokolwiek znajdziemy.

Szliśmy dalej w las. Jeszcze przed chwilą poruszaliśmy się między wysokimi drzewami, po równym podłożu, teraz poszycie leśne zastąpił piasek a my weszliśmy na teren liściastego młodnika.

Przeszliśmy przez niego kilkadziesiąt metrów, po czym – nadal idąc po piasku – trafiliśmy znów do starej części lasu. Ten jakby zgęstniał. Przez ciągłe rozmowy nie zauważyliśmy, że minęło już ponad pół godziny nieprzerwanego marszu w głąb lasu.

-E, chłopaki, nie tak szybko, bo się pogubimy! – powiedział Robert.

-No faktycznie, co tu tak gęsto? – zapytałem.

Naprawdę było tu inaczej. Drzewa były niższe, grubsze, ale rosły bardzo blisko siebie. Sprawy nie poprawiały wszędzie rosnące krzaki i chaszcze.

-Panowie, oficjalnie stwierdzam, że się zgubiliśmy – stwierdził nagle Robert.

-Że co kurwa? – zawołałem równocześnie z Marcinem.

-Normalnie, nie wiem, którędy do domu. Co chwilę skręcaliśmy, wymijaliśmy jakieś krzaczory… Nie wiem, z której strony przyszliśmy.

Byliśmy wszyscy zaniepokojeni. Tutaj, gdzie się znajdowaliśmy, nie było widać nieba. W tej części lasu było dość ciemno, więc trudno byłyby zorientować się w kierunkach chociażby po położeniu słońca. Na pobliskich drzewach nie dostrzegliśmy też mchu.

-Cholera, co teraz robimy? – spytał pełen nerwów Marcin.

-Idziemy w jakąkolwiek stronę, byle trafić do innej części lasu… tak? – zapytał Robert.

-Najwyraźniej. Ile czasu jesteśmy w lesie?

-Nie wiem, niecałą godzinę.

-Dobra, więc słońce za bardzo pozycji nie zmieniło. Jak je zobaczymy, będziemy wiedzieli, jak iść.

W tym momencie usłyszeliśmy za nami dziwny odgłos. Był przerażający i przeszywający aż do kości. Brzmiał jak krzyk. Ale nie taki zwykły. To było połączenie ludzkiego krzyku z nieokreślonym wrzaskiem jakiegoś zwierzęcia. Rozniósł się echem po okolicy, po czym ucichł. Staliśmy w bezruchu.

-Co to było? – zapytał przerażony Marcin.

-Nie wiem. Ale mam dla nas wszystkich radę. Spierdalajmy stąd jak najszybciej! – krzyknąłem.

Równocześnie rzuciliśmy się do ucieczki. Biegliśmy na oślep, prosto, nie zważając na walające się na ziemi gałęzie, rosnące krzaki czy rozciągające się pomiędzy drzewami pajęczyny. Na pewno pobiliśmy jakiś rekord prędkości. Ledwo widzieliśmy siebie nawzajem. Po dobrych pięciu minutach biegu wystrzeliliśmy spomiędzy drzew na polanę. Zatrzymaliśmy się. Wszystko nagle ucichło. Nie słyszałem już dźwięku łamiących się pod naszymi stopami gałęzi, nie słyszałem szeleszczących liści, swojego szybkiego oddechu. Nie słyszałem setek tysięcy myśli, które kłębiły się w moim umyśle. Nie słyszałem wewnętrznego głosu w swojej głowie, powtarzającego w kółko „Uciekać, uciekać, uciekać…”. Nic. Tylko szybkie bicie własnego serca.

-Co to było do cholery! – krzyknął Robert.

-A ja wiem? Coś wrzeszczało. To brzmiało tak… nieludzko… - odparłem.

-Ch… chłopaki…. – odezwał się Marcin, powoli wystawiając przed siebie palec.

Spojrzeliśmy w kierunku, który wskazywał. Zobaczyliśmy TO.

Pod drzewem na drugim końcu polany stała TA ISTOTA. Nie zdążyliśmy się przyjrzeć temu dokładnie. Obraz ten jednak zapamiętam do końca swojego życia. Postać była wielkości człowieka, chociaż nie poruszała się na dwóch, lecz na czterech odnóżach, z czego tylne były dość krótkie i zgięte, a przednie dłuższe i wyprostowane. Jej głowa była wąska od dołu, po czym rozszerzała się aż do oczu, a następnie znów zwężała u góry. Istota miała wąski, wręcz okrągły otwór gębowy. Z jego środka świeciły długie, ostre białe kły. Postać nie miała nosa, za to miała ogromne, czarne oczy, w których mieściły się malutkie, świecące jasnoczerwonym kolorem źrenice. Tułów i grzbiet miała owłosiony, zakończony czymś na wzór ogona.

Gdy tylko nas zobaczyło, pochyliło swoje ciało i w jednej sekundzie zniknęło w krzakach tuż za nim. Usłyszeliśmy tylko ich szelest. Ten jednak nie ustał. Dochodził z obrzeży polany, wciąż powoli zbliżając się do nas. Mój paraliż odpuścił, chłopaków chyba też. Wszyscy naraz zaczęliśmy biec w stronę lewej ściany drzew, gdyż od prawej strony, przez krzaki, zbliżała się do nas ta istota.

Wpadliśmy pomiędzy drzewa. Za nami usłyszeliśmy ponownie ten nieludzki wrzask. Brzmiał wściekle… Co chwilę zaczepiałem rękawami o wystające gałęzie, potykałem się o korzenie, kaleczyłem nogi o jakieś krzaki. Nie wiem, ile biegliśmy. Dziesięć minut? Piętnaście? Może i dwadzieścia. W pewnym momencie po prostu wylecieliśmy spomiędzy drzew wprost na ściernisko. Dopiero tutaj, w towarzystwie zachodzącego słońca odezwaliśmy się do siebie.

-Chłopaki, co to miało być?! – krzyknął do nas Robert.

-To, czego szukałeś… chyba – powiedziałem.

-Ja pierdolę, nie wierzę. Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę… - powtarzał w kółko Marcin.

-Ej… ja dzisiaj nie zasypiam. Nie dam rady… - powiedział Robert.

-A myślisz, że ktokolwiek z nas tak? – zapytałem.

Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie udać się do swoich domów. Na szczęście znajdowaliśmy się niedaleko od wioski, toteż kilka minut później schodziliśmy przerażeni żwirową ścieżką w kierunku domów. Robert mieszkał najbliżej lasu, więc jego pożegnaliśmy pierwszego. Widzieliśmy, jak trzęsącą się ręką sięga po klucze do drzwi. Następnie odprowadziłem Marcina kilkanaście metrów, do jego domu. On również był niemniej przestraszony niż Robert. Co by nie mówić, ja również się bałem. Wciąż widziałem tą istotę, gdy tylko choćby na moment zamykałem oczy.

Wszedłem do domu. Rodziców nadal nie było. Zostawili mi kartkę, że wracają we wtorek. Pojechali do jakiejś ciotki, do miasta. Normalnie cieszyłbym się z wolnej chaty, ale tym razem byłem śmiertelnie przerażony wizją, że mogę siedzieć sam w domu przez trzy dni i noce.

Gdy nie mogłem spać, otwierałem w swoim pokoju okno, siadałem na parapecie i paliłem papierosa, myśląc o sprawach, które aktualnie miałem na głowie. Tym razem też tak było. Siedziałem paląc już trzeciego z rzędu Marlboro i wpatrywałem się w las, nawet w ciemności nocy doskonale widoczny z mojego pokoju.

Zastanawiałem się – czyżby legenda, która krążyła po wiosce od czasów wojny była prawdziwa? Przecież to nie mogło być nic innego, niż właśnie opisywana przez najstarszych mieszkańców istota. Nie przypominało to żadnego psa, dzika czy innego znanego mi zwierzęcia. Nie, to nie mogło być normalne…

Drgnąłem. Kątem oka zobaczyłem coś od strony lasu. Spojrzałem w to miejsce, jednak nic nie zauważyłem. Wpatrywałem się w to miejsce kilka minut. Mogłem tego nie robić. Po dłuższym oczekiwaniu spostrzegłem oczy tej istoty. Dwa jasnoczerwone światełka, widoczne wyraźnie na skraju lasu. Czułem, że na mnie patrzy. Bałem się.

Od wpatrywania się w świecące punkty oderwał mnie dźwięk telefonu. Odwróciłem wzrok tylko na moment. Gdy spojrzałem ponownie – nie zobaczyłem już nic. Podniosłem telefon. Dostałem SMS od Roberta – „Boję się” – pisał. „Co jest?” – odpisałem mu natychmiast.

Czekałem kilka minut na odpowiedź. Sądziłem, że zacznie mi się żalić, jaki to nie jest przerażony dzisiejszymi wydarzeniami. Kurwa, tak jakbym ja nie był. A jednak mnie zaskoczył. „Słyszę stukanie w drzwi”. Serce zaczęło mi bić szybciej. Zaraz jednak pomyślałem, że pewnie robi sobie jaja. Bardzo lubił straszyć ludzi. Odpisałem mu jednak – „Jak to? Co się dzieje?”. Minęło może kilka sekund, podczas których zdążyłem zablokować ekran telefonu i odłożyć go na stolik, gdy Robert znów do mnie napisał – „Teraz skrobie”.

„Nie rób sobie jaj, idioto” – napisałem do niego. Co miało stukać w jego drzwi?? Chyba jego wyobraźnia. Tym razem jednak nie odpisał. A mnie nagle ogarnęło zmęczenie. Ledwo zdążyłem położyć się na łóżku. Zasnąłem.

Obudziło mnie głośne walenie w drzwi wejściowe. Zaspany zszedłem po schodach na dół i otworzyłem. W progu stał Marcin.

-Seba, stało się coś strasznego. Chodź, szybko.

-Ale… co? – odparłem zaspany.

-Robert… nie ma czasu, chodź!

Ubrałem buty. Wyszedłem za Marcinem. Poszliśmy pod dom Roberta. Nawet teraz ciężko jest mi uwierzyć w to, co zobaczyłem. Z jego domu właśnie wychodziło dwóch gości niosących nosze, na których leżało coś nakrytego czarną folią. Po podwórku kręcili się policjanci. Co chwilę wchodzili i wychodzili z domu. Wszystkiemu przypatrywali się rodzice Roberta. Jego matka… jego matka płakała, a ojciec tulił ją do siebie. Domyśliłem się od razu. Spojrzałem na Marcina.

-Czy on… - zacząłem.

-Tak – otrzymałem odpowiedź. – Ale nie wiem, co dokładnie się stało. Gdy się obudziłem, zastałem taki widok.

Powoli układałem myśli. Robert pisał do mnie dziwne SMS-y. Prawdopodobnie chwilę później już nie żył. Czyli jednak wcale mnie nie straszył. Gdybym mu uwierzył, może byłbym w stanie mu pomóc? Mieszkał może dwieście metrów ode mnie… Może bym zdążył? Jak mogłem nie uwierzyć, jak mogłem sądzić, że robi sobie jaja, kilka godzin po tej chorej sytuacji w lesie?!

-Marcin… musimy pogadać.

-O czym? – zapytał zainteresowany.

-Dowiesz się. Która godzina?

-Chwilę po jedenastej rano.

-Przyjdź do mnie po obiedzie. O szesnastej. To ważne.

-Ale… o co chodzi?

-Dowiesz się, jak przyjdziesz – odpowiedziałem mu. Moje ręce drżały. W mojej głowie miałem mętlik. Nie mogłem wyciągnąć z niego nic sensownego, mój umysł opanował chaos. Dopiero, gdy godzinę po obiedzie przyszedł do mnie Marcin, moje myśli zaczęły się porządkować.

-Stary, ja... muszę ci coś powiedzieć – powiedziałem Marcinowi.

-Co jest? To coś związanego z Robertem? Byłem tam do obiadu. Słyszałem, jak mówili, że to było zbyt brutalne na robotę człowieka…

-Nie widziałem, jak to wyglądało, ale uważam tak samo.

-Co masz na myśli?

Pokazałem mu SMS-y od Roberta, które dostałem w nocy. Opowiedziałem też całą historię o ślepiach tego czegoś na skraju lasu.

-I uważasz, że zaraz po tym umarł… znaczy… ta istota go zabiła?

-A co innego? Tylko jedno mnie zastanawia. Dlaczego? – zadałem pytanie.

-Hmm… może wtargnęliśmy na jej terytorium? Może uznała, że skoro tam weszliśmy, już nie powinniśmy wyjść?

-To ma sens… to ma pierdolony sens, ale jeśli masz rację, to my tez jesteśmy zagrożeni!

-Dobrze zamknę dziś dom…

-To nic nie da! – przerwałem mu. – Przecież tam w środku byli jego rodzice. A dom musiał być zamknięty. Temu popierdolonemu czemuś raczej nie robi różnicy, czy zamknąłeś drzwi na klucz!

-To będziemy w stałym kontakcie. Piszemy do siebie co pięć minut. Opisujemy sytuację.

-Zaczynamy od zaraz? – odparłem zdziwiony, że usłyszałem od Marcina coś mądrego.

-Może od zmroku? Możliwe, że to jest czas „polowania” tej istoty. Gdyby robiła to wcześniej, Robert byłby martwy jeszcze wczoraj.

-Chyba masz rację. Piszemy od zachodu słońca. Co pięć minut. Jakby od któregoś nie było odpowiedzi, to interwencja osobista?

-Czyli w skrócie przybiegasz do mnie albo ja do ciebie. Dokładnie tak. Twoich rodziców nie ma do wtorku?

-Tak.

-Moich nie ma do końca przyszłego tygodnia. Także oni mi nie pomogą. Nie zaśnij.

-Spoko, nie ma sprawy. Po wydarzeniach z wczoraj i dzisiaj raczej nie mam zamiaru.

Czekałem kilka godzin na pierwszą wiadomość od Marcina. Napisał „Sytuacja w normie, jak u ciebie?” dokładnie o 20:17. Zaczęliśmy wymieniać wiadomości nawet częściej, niż co pięć minut. Pisaliśmy o wszystkim, od pierdół do całkiem poważnych spraw. Nie poruszaliśmy jednak tematu dziwnej istoty z lasu. Żaden z nas nie chciałby mieć jej w tym momencie w pamięci, lecz było to niemożliwe.

O godzinie 23:51 Marcin napisał – „Stary, coś jest nie tak…”.

– „W sensie co?”

- „Coś stuka w cholerne drzwi mojego pokoju. Bardzo powoli.”

-„Spieprzaj stamtąd! Albo schowaj się gdzieś” – odpisałem drżącymi rękami.

-„Coś skrobie” – to był ostatni SMS. Nie potrzebowałem więcej. Ubrałem buty i nie zamykając drzwi pobiegłem do domu Marcina. W międzyczasie trzy razy próbowałem się do niego dodzwonić. Bez rezultatu. Wpadłem na jego podwórko. Dopadłem drzwi wejściowych. Były zamknięte. Sprawdziłem pod doniczką, pod wycieraczką i w skrzynce na listy – nigdzie nie było jakiegoś zapasowego klucza.

Strażacy otworzyli drzwi do mieszkania Marcina dokładnie o godzinie 01:08. Weszli tam razem z policjantami i lekarzami pogotowia. Ci ostatni jednak nie byli już potrzebni. W pokoju na półpiętrze leżały zwłoki mojego przyjaciela. Były pozbawione kończyn, które zostały pozbawione skóry, mięśni oraz tkanki. Zostały tylko kości, obgryzione, czerwono-białe kości ułożone w stos pod oknem. Samo ciało pozbawione było skóry, której resztki znajdowały się w całym pokoju. Ściany w większości swojej powierzchni poplamione były krwią.

Z komisariatu wróciłem dopiero po ósmej. Prosiłem, by nie informowano moich rodziców o tym, co się stało. Nie chciałem ich niepokoić, a przecież jestem już pełnoletni. Wyszedłem na taras, na którym rozłożyłem leżak. Leżałem na nim do późnego wieczora, pijąc wódkę i paląc papierosy. Nie byłem zdemoralizowany. Po prostu wiedziałem, że nadchodzi moja kolej. Nie uciekałem. Gdzieś w środku wiedziałem, że choćbym uciekał, zostanę złapany. Nie chciałem też ściągać do domu rodziców. Nie chciałem, by stała im się krzywda. Nie chciałem, by odkryli rano moje zmasakrowane ciało.

Robert mieszkał najbliżej lasu. To on zginął pierwszy. Potem był Marcin, który mieszkał kawałek dalej. On został zabity jako drugi. Jeśli ta istota umiała rozumować w taki sposób, nie miałaby większego problemu z dopadnięciem mnie, gdybym tylko spróbował uciec.

Jestem w swoim pokoju. Przyszedłem tutaj godzinę temu, by opisać Wam swoją historię. Wypijam ostatni kieliszek wódki, w mojej ręce gaśnie ostatni papieros. Piszę ostatnie słowa mojej opowieści. Przed chwilą ustało stukanie w drzwi do mojego pokoju. Dziękuję Wam za poświęconą uwagę…

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Okej, więc jak typowy dupek zacznę od tego, co podobało mi się najmniej: -Zamieszanie z przecinkami. Wstawiasz je tam, gdzie po prostu nie mają sensu. Każdy przecinek, to przerwa, w, czytaniu, więc, to zależy, gdzie go wstawisz. -Dialogi postaci były strasznie sztuczne. Ludzie tak nie mówią, szczególnie nie w pierwszej części. -Opis postaci jest miejscami dziwaczny. Płaskie, okrągłe usta? Wut? A teraz pozytywy -Postacie zachowują się bardzo realistycznie i sensownie -Bestia budzi niepokój -Stwór działa według schematu, który ma sens -Zakończenie Chyba pisałeś tą pastę bardzo długo, bo różnica między początkiem a końcem jest jak między dniem a nocą. Podziwiam.
Odpowiedz
Ta creepypasta jest jedną z moich ulubionych. Naprawdę ciężko mnie przestraszyć ale po tej creepypascie przeszła mnie gęsia skórka. Świetne ??
Odpowiedz
Jedna z niewielu past o potworach, która mi się spodobała(dwoma kolejnymi jest the rake i nie pamiętam tytułu... O jakimś glutowatym czy zdeformowanym potworze, który zamieszkał u kogoś jak pasożyt). Fajnie się czyta. Choć nie jest jakoś szczególnie straszna(mało czego się boję), to czytając w odpowiednim klimacie może wywołac uczucie lekkiego niepokoju.
Odpowiedz
Dziękuję za uznanie! :)
Odpowiedz
Pierwsza historia która zdołała mnie tu przestarszyć. Genialne.
Odpowiedz
A dziękuję ;)
Odpowiedz
Ja cie.. Genialne!
Odpowiedz
Dzięki! :)
Odpowiedz
To uczucie kiedy rzeczywiscie mieszkasz blisko tego lasu i wiesz o ktory chodzi... ;=; No coz..
Odpowiedz
Nie możesz mieszkać obok tego lasu... :P Chociaż w sumie... skąd jesteś? :)
Odpowiedz
"potworze
Odpowiedz
Czy to nawiązanie do tej pasty o spiewajacym powtórzę?
Odpowiedz
Chyba coś kojarzę... Była ona o ekipie naukowców, co wkońcu we dwóch ( reszta zgineła) zostali wyprowadzeni na jakieś zadupie i prawdopodobnie zabici? :D
Odpowiedz
Wejdź na fp Jakub Wolnik - Autor Creepypast. Był konkurs, polegający na znalezieniu podobieństw do 2past. Jest też już wyjaśnienie o jakie chodzi.
Odpowiedz
Patryk Motyka Dokładnie tak ;)
Odpowiedz
"Gdzieś w środku wiedziałem, że choćbym uciekał, zostanę złapany." Wyobraziłam sobie jak ta istota przeprawia się przez cały kontynent i ocean choćby do Kanady, byleby dopaść celu :D
Odpowiedz
Przepływa przez ocean rowerkiem wodnym xD
Odpowiedz
Paweł Leśnik Bilet na samolot kupi, nie żyjemy z średniowieczu :D
Odpowiedz
Dobra pasta ;-; Ładnie napisana, gdyby nie te powtórzenia. Ogólnie bardzo mi się podobała ^^
Odpowiedz
Które? Większość powtórzeń jest tu celowa :D
Odpowiedz
Przykładowo drogi i drogą w pierwszym akapicie. Jeśli były celowe to przepraszam XD
Odpowiedz
Noł Nejm Nie było celowe. Poprawiłem, dzięki :D
Odpowiedz
Znaczy poroniłeś???
Odpowiedz
To jest pierwszą creepy pasta od dawna po przeczytaniu, której przeszły mnie ciąży! O.O
Odpowiedz
Przeszły Cię ciąży? O kurdę (͡° ͜ʖ ͡°)
Odpowiedz
Ciary* miały być Ciary tylko, że auto korekta to zmieniła xD
Odpowiedz
Zdzislaw Goik I tak znam prawdę :v
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje