Historia

Mr. Hattie

gali44 3 3 lata temu 4 836 odsłon Czas czytania: ~6 minut

W miasteczku, w którym mieszkam od urodzenia, zawsze było na pozór spokojnie. Za dnia, ludzie gdzieś chodzili i skądś wracali, wszystko miało swój porządek, w nocy zaś każdy spacerował po malowniczych i urokliwych uliczkach, szukając spokoju. Trzeba też zaznaczyć, że ludzie z miasteczka, z którego pochodzę, byli przesądni. Jedną z takich legend, w którą mieszkańcy wierzyli, była opowieść o pewnym tajemniczym panu, zwanym Mr. Hattie. Była to straszna legenda, mówiąca, że Mr. Hattie lubi spacerować w nocy po wąskich i ciemnych uliczkach, w poszukiwaniu swoich ofiar, które gubią się w labiryncie ulic. Wtedy owy mężczyzna śledzi swą ofiarę albo oddziałuje na jej psychikę w celu wywołania w jej umyśle silnego, wręcz szalonego niepokoju. Doprowadza ją do skrajnego obłędu, by całą scenę zakończyć morderstwem. Nikt nie zna ulubionej metody Mr. Hattie, lecz wielu mówi, że ten zabija nieszczęśników głównie nożem, ale potrafi też udusić lub nawet pobić na śmierć. Jego wygląd nic nie mówi o jego tożsamości, jest ubrany jak zwykły mężczyzna w stylu lat dwudziestych, XX wieku. Wielu mówi o nim, że zatrzymał się w swoich czasach, nie widząc zmian zachodzących w cywilizacji. Istnieje teoria, że Mr. Hattie był pierwszą osobą, która zagubiła się w centrum starych uliczek. Tam też popadł w obłęd i postanowił zająć się swoją niechlubną profesją. Tylko jak człowiek może zgubić się w środku miasta?

Do pewnego momentu się nad tym zastanawiałem, wyśmiewając opowieści przesądnych ludzi. Jednak niedawno przyszło mi tamtędy przechodzić, kiedy wracałem z pracy. Nie mam samochodu, a było już na tyle późno, że miejska komunikacja nie działała, prócz autobusów nocnych, na które nie zamierzałem czekać. Muszę przyznać, zasiedziałem się, biorąc nadgodziny, jednak nie przewidziałem tego, co się stanie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przechodziłem przez stare uliczki mojego miasteczka, lecz było to na tyle dawno, że nie pamiętałem tamtych okolic. Musiałem tamtędy przejść, by dojść do domu w miarę szybko, lecz nie oznaczało to dla mnie większego problemu. Bagatelizowałem legendy, w które wierzy większość mieszkańców. Tak właśnie wracając z pracy, znalazłem się w gąszczu miejskich, ciemnych, lecz czarujących swym wiekiem, uliczek. Szedłem z dala od miejskiego zgiełku, charakterystycznego jak na nasze czasy. Idąc jednak wąską ulicą, dostrzegłem spokój, a przede wszystkim kontrast pomiędzy tą częścią miasta a jego nowocześniejszą wersją. W jednej chwili usłyszałem coś za sobą. Obróciwszy się, zauważyłem kątem oka niewyraźną postać, mającą na sobie kapelusz. Uznałem to za zupełnie normalne. A dlaczego miałbym postąpić inaczej? Po prostu ktoś za mną szedł i zmierzał do celu podobnie jak ja. Po chwili jednak ktoś wyszedł zza rogu. Zdziwiłem się, zobaczywszy tę samą postać. Dałbym sobie rękę uciąć, że jeszcze przed chwilą słyszałem jej kroki za mną. Mężczyzna ten, ubrany bardzo elegancko, w ręce dzierżył laskę, o którą się podpierał. Było to nieco dziwne, zważywszy na to, że miał on może ze czterdzieści lat, nie więcej. Okazało się, że tajemnicza osoba zmierzała w moją stronę. Gdy przechodziła, zatrzymała mnie na chwilę.

- Przepraszam, zapomniałem wziąć z domu zegarka. Czy byłby pan tak łaskaw, aby powiedzieć mi, która godzina? - spytał mężczyzna z bardzo szerokim uśmiechem i nieco hipnotyzującym wzrokiem.

Ja zaś patrzyłem się na niego, jakbym zobaczył ducha.

- Wszystko w porządku? - spytał.

Od razu zapewniłem, że tak, ocknąwszy się, nie wiedząc sam, co mną tak wstrząsnęło.

Odpowiedziałem mu, pożegnaliśmy się i każdy udał się we własną stronę. Nie opuszczało mnie przeczucie, że jeszcze dwie czy trzy minuty temu ten sam mężczyzna podążał za mną. Rozmyślania przerwało mi pewne spostrzeżenie. A mianowicie, nie wiedziałem gdzie jestem. To stało się tak nagle. Niemożliwym było, że zgubiłem się w samym sercu miasta. Natychmiast zacząłem to sobie wmawiać, łudząc się, że za chwilę odnajdę znajomą drogę i pójdę nią prosto do domu. Jednak z każdą minutą zdawałem sobie sprawę, że jest zupełnie inaczej, z każdą, nową uliczką gubiłem się jeszcze bardziej. W końcu coś przykuło mój wzrok. Na chodniku jednej z ulic zauważyłem bardzo duże plamy krwi, które rozciągały się od podłoża po ścianę jednego z budynków. Trochę mnie to przeraziło, gdyż szedłem już tędy i przed chwilą ich... nie było. Co ciekawsze, owe ślady ciągnęły się dalej. Gdy poszedłem za nimi, za rogiem odkryłem ciało zmarłego człowieka, który został zadźgany na śmierć. Wpadłem w osłupienie, a mój strach zwiększał się z każdą sekundą. Im dłużej przyglądałem się temu miejscu, tym bardziej czułem jego mroczny nastrój. Podświadomie wiedziałem, że muszę stąd jak najszybciej uciekać. Tak też zrobiłem, biegnąc przed siebie nie patrząc gdzie. Czułem się po prostu spanikowany. Bałem się, że za wszystkim stoi człowiek, którego spotkałem. Zastanawiałem się, czy to był Mr. Hattie, o którym słyszałem, łudziłem się, że ci wszyscy ludzie się mylą. Gdy skręciłem w kolejną ulicę, która była dość szeroka jak na tę okolicę, ujrzałem kolejnego trupa. Tym razem ten wisiał powieszony na lampie ulicznej za pomocą długiego, grubego sznura. Ciało zwisało bezwładnie, a głowa nieszczęśnika opadła w dół. Gdy przerażony, ze łzami w oczach podchodziłem coraz bliżej wisielca, mogłem dostrzec jego puste oczy, wpatrujące się tępo w ulicę, nad którą wisiał. Twarz miał pobitą. Zapewne oprawca posłużył się swoją laską. Wtedy coś poczułem. Obróciwszy się, zobaczyłem Mr. Hattie, stojącego dokładnie naprzeciw mnie w odległości około dziesięciu metrów.

W prawej ręce trzymał swoją laskę, natomiast lewą uniósł do góry w geście przywitania, przy czym uśmiechnął się szeroko. Moją odpowiedzią była natychmiastowa ucieczka w przeciwną stronę. Z rozpędu uderzyłem w wisielca, o którym chwilowo zapomniałem. Ku mojemu zdziwieniu, trup zaczął się trząść, a jego kończyny wyginały się w każdą z możliwych stron, temu widokowi towarzyszył jęk ofiary. Nie zastanawiałem się dłużej, musiałem uciekać dalej. Biegłem tak, aż do utraty tchu. W końcu schowałem się za jednym z budynków, wypatrując gdzieś Mr. Hattie. Minęła może z godzina, gdy doszedłem do wniosku, że to nic nie da i muszę wyrwać się z tej chorej okolicy. Wtem usłyszałem przejeżdżające samochody. Były to dźwięki, na które czekałem bardzo długo, w końcu poczułem ulgę. Po krótkim zastanowieniu postanowiłem wyjść z ukrycia i udać się w stronę bardziej ruchliwej i jaśniejszej ulicy. Zobaczywszy ją, ucieszyłem się i od razu ruszyłem w jej stronę. Lecz po pewnym czasie zauważyłem, że zamiast się zbliżać do upragnionego celu, zaczynam się oddalać. W końcu ulica ta zanikła, a mym oczom ukazał się stary widok, ciasnych, mrocznych i bardzo ciemnych uliczek. Kompletnie nie wiedziałem co począć. Zacząłem kręcić się po niedużym skrzyżowaniu, wypatrując jakiegoś znaku życia. W końcu popadłem w obłęd, a mym oczom ukazał się nie kto inny, jak Mr. Hattie. Znów zacząłem uciekać, lecz on był bardziej zawzięty i dogonił mnie, podstawiając mi haka swoją laską. A ja upadłem na uliczne kamienie. Owy mężczyzna zaczął bić mnie swoim narzędziem. Krzyczałem z bólu, bowiem laska ta była metalowa i twarda. Ja tylko błagałem żeby mnie zostawił. Ostatnie co widziałem, to jego oczy. Hipnotyzujące i puste. Patrzył na mnie zupełnie obojętnie.

To chyba cud, że przeżyłem. Obudziłem się bowiem w szpitalu po pięciu dniach od pamiętnej nocy. Policja z dystansem wysłuchała moich zeznań, zapewne nie do końca mi wierząc. Po pewnym czasie wyszedłem ze szpitala, nadal czując ból w niektórych częściach ciała. Bałem się wracać do domu, choć był dzień, a do mieszkania dzieliło mnie zaledwie trzysta metrów. Jednak przełamałem się i przekroczyłem próg moich czterech ścian. Tam czekało coś na mnie. Gdyż na stole w salonie leżał pewien przedmiot, a był to długi, gruby, niemalże ociekający krwią, sznur, który pochodził z tamtego okropnego miejsca. Na ten widok zakręciło mi się w głowie i poczułem silny niepokój. W domu zrobiło się duszno, dlatego postanowiłem otworzyć okno. Podczas otwierania dostrzegłem, że na drugiej stronie ulicy stał znany mi mężczyzna. Zwykły człowiek, ubrany może trochę staroświecko. Oparty o laskę. Ujrzawszy mnie, uchylił kapelusz w geście przywitania. Jego twarz była nienaturalnie uśmiechnięta, zaś oczy puste i hipnotyzujące. Gdy go zobaczyłem, przeszedł po moim ciele zimny dreszcz. Boję się na myśl, że dzisiejszej nocy Mr. Hattie wróci po to, czego nie dostał poprzednim razem.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Dawno nie czytałam tak złej opowieści. Naprawdę.
Odpowiedz
Same here. Co to robi na głównej?
Odpowiedz
Hi hi hi
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje