Historia

Samotność

tacotuesday 15 7 lat temu 7 412 odsłon Czas czytania: ~11 minut

1

Pan Ludwik miał sześćdziesiąt cztery lata, trzy wełniane berety i arytmię serca.

Jego twarz zdobiły setki przebarwień na skórze, upodabniające go do dalmatyńczyka. W okolicach czoła i przekrwionych oczu czas wyżłobił kilkadziesiąt zmarszczek. Jedna z powiek opadała mu bezwładnie. Od niepamiętnych czasów staruszek przyjmował zgarbioną postawę charakteryzującą jego wiekowe ciało, które podpierał drewnianą laską, podarowaną mu przed laty przez jego żonę Zośkę. Po jej śmierci fałdy skórne Ludwika namnożyły się w zastraszającym tempie, tworząc kilka obwisłych przepon wokół jego talii. Otyłość zaczynała być dla niego uciążliwa. Była także powodem do wstydu, gdy tylko spotykał się z ludźmi. Jednak dopóki nie wychodził na światło dzienne, nikt nie miał możliwości wyśmiania jego zaniedbanej sylwetki. Uznał, że izolacja we własnej kuchni, zaraz po przygotowaniu zapasu konserw, słoików, czerwonej herbaty i leków na serce, będzie doskonałym rozwiązaniem problemu.

Po takiej radykalnej zmianie trybu życia podstawowe zasady higieny i utrzymywania porządku uciekły tam, gdzie raki zimują, a kaczki ucinają sobie drzemki. Kuchnia zaczęła mu służyć jednocześnie za sypialnię, jadalnię, salon, a nawet łazienkę. Pozostałe pomieszczenia zaczęły się wypełniać po brzegi workami z pustymi opakowaniami po herbacie i konserwach. Kłęby kurzu osiągały wielkość szczurów, które też czaiły się po kątach. Korytarz był przepełniony dosłownie wszystkim, począwszy od porozrzucanych gratów Zośki, aż po zwykłe śmieci – cotygodniowe ulotki, reklamówki i paragony. Sterty śmieci sięgały od podłogi, aż po sufit, tworząc zwartą i niezwykle stabilną konstrukcję, którą ciężko było przesunąć, aby przejść dalej, dlatego powstało w niej coś podobnego do tunelu, prowadzącego do wyjścia z domu i do drzwi od niektórych pomieszczeń. Można wręcz rzec, że z przestronnego domu na skraju niewielkiej wsi, Ludwik uwił sobie małe, przytulne gniazdko, w którym czuł się bezpiecznie.

2

Lata spędzone na rozwiązywaniu krzyżówek i słuchaniu radia powoli płynęły, a nim się obejrzał, minęło ich pięć. Okres ciszy, mógł trwać i jeszcze dłużej, gdyby nie nagły dzwonek telefonu stacjonarnego – pierwszy znak od ludzkości, że jeszcze ktoś pamiętał o istnieniu Ludwika.

- Halo? – powiedział, spoglądając w nieznany mu numer, wyświetlający się na malutkim ekranie.

- Ludwiku, czy to ty? – tą głęboką i nasyconą życiem barwę głosu Ludwik rozpoznałby nawet po utracie słuchu. Był tego pewien, że dzwoni jego chrześniak Jacek, który według jego pilnych obserwacji, nie należał do osób bezinteresownych. Początkowo tematem rozmowy było to, jak udaje mu się znieść żałobę i czy z jego biednym, jak romskie koczowisko, serduszkiem było wszystko w porządku. Oczywiście Jackowi chodziło o coś więcej, niż tylko o wydobycie informacji na temat samopoczucia wujka, więc zanim rozmowa dobiegła końca, chłopak wplótł w rozmowę swoje zamiary:

- Oj, wujaszku, ja Ci mówię! Straszna bieda w tej Polsce...- westchnął. – Zośka pewnie zostawiła Ci w spadku ze dwa grosze. Ty to dobrze masz...

- A Tobie, co się znowu stało? – odrzekł staruszek z wyraźnym politowaniem.

- Mój sklep zbankrutował. – Jacek żył ze sprzedaży ruskich chemikaliów do mycia okien i podłóg. Ludwik miał zamiar powiedzieć mu, że to było do przewidzenia, ale powstrzymał się, więc tylko odhuknął; „Nic nie zaoszczędziłeś?”, chociaż był tego pewien, jak zabrzmi odpowiedź.

- Niby, co miałem oszczędzać? Wszystko poszło na spłacenie kredytu za auto. – jak zwykle starcza intuicja nie zwiodła Ludwika.

- Dobra, koniec mazania. Przyjedziesz w niedzielę, około trzynastej, jak wstanę. – przemówił stanowczym tonem senior. Po jego słowach zapadła cisza, a następnie, w słuchawce rozległ się długi, przerywany sygnał.

W niedzielę, wieś powitał rumieniec zardzewiałej blachy, pod którą toczyły się ociężałe opony, coraz to wyraziściej żłobiące ścieżkę swym zygzaczkiem, charakterystycznym dla Fiata 126p.

Samochód, zrobił cztery okrążenia wokół ulicy, zanim znalazł miejsce docelowe. Czerwone auto rodem z komunistycznych filmów, zanurzyło się w grubej warstwie błota, pod domem Pana Ludwika. Wysiadł z niego mężczyzna w średnim wieku, o smukłej twarzy gazeli, przenikliwym spojrzeniu i szerokich ramionach. Jego drobne muskuły maskowała czarna bluzka z białą kieszonką po lewej stronie. Do umięśnionych ud przylegały welurowe szorty, a śnieżnobiałe skarpetki przysłaniała średniowieczna para sandałów. Krótko mówiąc, Jacek wyglądał jak typowy handlarz ruskich chemikaliów. Gospodarz wygramolił się z chaty, dzierżąc w prawej ręce laskę, a w lewej skarbonkę w kształcie świnki, bardzo przypominającą jej właściciela. Na jego widok, Jacek zapragnął jak najszybciej wrócić do domu, aby uniknąć starczego zrzędzenia, ale zamiast tego, zamaskował emocje szerokim uśmiechem.

- Wujku! Kopę lat! – rozłożył ręce i pobiegł w jego stronę z zamiarem przytulenia, jednak Ludwik odepchnął go od siebie.

- Mów, ile Ci potrzeba. – powiedział, wyciągając czarny korek z porcelanowej świnki o oliwkowym zabarwieniu.

- Wiesz co, nie wpuścisz mnie nawet do środka? – odparł Jacek zbliżając ze szczeniackim uśmiechem na twarzy i błyskiem w oku. Cały czas myślał o spadku po Zośce, jaki mógł zalegać w domu.

- Włazisz na własną odpowiedzialność – parsknął Ludwik i zaczął kroczyć w stronę budynku, wolno przesuwając kapeć za kapciem, jak gdyby do stóp przywiązano mu dwie cegły. Przystanął przy drewnianym filarze na podeście i znów zwrócił się do Jacka

- Zdejmij buty o tu, na wycieraczce, bo w domu się zgubią.

- Jasne... Ej, nie myślałeś o zdrapaniu tego mchu? – zamruczał zdegustowany Jacek na widok futryny, o jaką musiał oprzeć się lewą dłonią, przy zdejmowaniu obuwia.

- Nie miewam tu gości. – parsknął gniewnym tonem starzec. Nie czekając, aż Jacek odłoży sandały na wycieraczkę, pchnął drzwi i pośpieszył w stronę tunelu.

– Najpierw prosto, potem pierwszy zakręt w prawo. - jednak gość zdawał się tego nie słyszeć i wybiegł przed zgarbionego staruszka, a następnie poszedł do pierwszego, lepszego zakrętu po lewej stronie. Jacek na chwilę wyłączył umysł, bo znalazł się idealnym miejscu do popełnienia kradzieży, gdzie nikt nie zauważy, że w stertach śmieci zabraknie trochę srebra lub części do rowerów. Zaczął podchodzić tak do każdej wieży z odpadków, dokładnie obserwując jej reakcję, gdy dotykał ją opuszkiem wskazującego palca. Każda z nich trzęsła się, jak galareta.

- Masz tu bałagan, który składa się z wielu cennych rzeczy... Chociażby tego, uch...-ciężko zadyszał, a następnie uniósł ku górze starą maszynę do pisania. Szybko odczuł jej ciężar i ostrożnie oparł ją o kolano, po czym dumnie zaakcentował – tego cacka, sir!

- Odłóż na miejsce, robisz nieporządek w moim chaosie, jeden niewłaściwy ruch i cały tunel może legnąć w gruzach.

- Słuchaj, bo ja to bym Ci to chętnie wszystko posprzątał. Zamknąłem mój sklep, to te wszystkie detergenty kurzą się u mnie. Mogę je przynieść i przetestować, co ty na to?

- O rany... No... – zastanowił się na głos, ciężko przy tym dysząc i mrucząc naprzemian. Nie wiedział, co ma o tym sądzić i jak powinien zachować się w takiej sytuacji.

- No co, nie chcesz?

- Nie! Znaczy się, chcę! Znaczy, no... Już tak dawno nikt mi nie proponował przysługi, to... miłe. Bardzo.

– Ludwik z trudem powstrzymując dłonie od drgawek, wyjął ze skarbonki kilka banknotów i podał Jackowi, który wdzięcznie je przyjął. Rozmowa zakończyła się na wypiciu czerwonej herbaty w niedomytych szklankach w kuchni.

3

Minęły już trzy tygodnie od pierwszego spotkania. Wielkimi krokami nadchodził początek wiosny, chłodnej, ale za to pełnej słońca. Zbliżając się w stronę kuchennego okna, widać było, jak w blasku promieni wirują cząsteczki kurzu, a pod nimi siedzi krzyżówkowicz, podgryzający gorzkie końcówki ołówków. Z Kolei Jacek przeciskał się przez wydrążone w śmieciach przejście w korytarzu, niosąc do kuchni plastikowe worki na śmieci, sterty gąbek, ścierek i ruskich chemikaliów. Następnie podszedł do ławy, przy której zasiadał Ludwik, położył na niej ekwipunek i wygłosił długi, nużący monolog o tym, co do czego służy.

Chociaż tego dnia, Jacek uparcie próbował namówić wujka do wspólnej pracy, ten odmówił jakiejkolwiek pomocy, tłumacząc się nagłym bólem serca. Przez to niewiele zdążyło się zmienić, jedynie z korytarza zniknęło kilka worków i jakieś zepsute kable. W kolejnych dniach również nie było widać efektów poza tym, że biżuteria Zośki zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Jacek szybko zrezygnował ze sprzątania korytarza, gdyż zamarzył o posiadaniu sprzętu laboratoryjnego, który czekał na niego w schowku — zamkniętym na klucz pokoju, ogrodzonym barykadą szczurzych bobków. Ze szpary pod drzwiami, emanował tajemniczy mróz, co było dość nietypowym zjawiskiem, szczególnie że w całym domu panował uporczywy zaduch. Jacek udał się z prośbą do właściciela o udostępnienie kluczy, na co ten odparł:

- Zośka uczyła chemii... Tam miała swoje prywatne „laboratorium". Trzymała w nim probówki i tak dalej. Po jej śmierci planowałem się ich pozbyć, ale zamiast tego przewróciłem szafkę, na których stały, no i... Wszystko potłukło się, rozlało i zmieszało w jedną, żrącą substancję, która wyżarła mi fragment podłogi - porażka. Teraz wyschła i stała się zwykłą, lepką plamą, ale za to, jak cuchnącą! Okno jest tam otwarte przez cały rok, bo idzie się udusić.

- A były w tej bajeczce smoki? – parsknął śmiechem. - Nie ma tak, sprzątniemy wszystko, mój drogi przyjacielu.

Ludwik stał się czyimś przyjacielem i za nic nie potrafił w to uwierzyć. Jego prawe oko wydaliło skrywaną euforię, pod postacią otyłej łzy. W jednym momencie drobną lukę w jego sercu uzupełniło zapomniane uczucie, tak silne i ciepłe, jak kubek rosołu w grudniowe wieczory. Poczuł, że w jego samotności znajdzie się miejsce dla dwóch osób i jednej książki wojennej.

- Jesteś... – odparł, a w przełyku poczuł długą wiązkę cierni.

- Jak kto?

- Po prostu jesteś, tyle mi wystarczy. – Tego ruchu Jacek nie przewidział w swoich planach. Czuł, że pora wycofać się z sytuacji, zanim będzie za późno i będzie zmuszony posprzątać bałagan do końca nawet gdy pozbawi go już wszystkich skarbów. Jednak, zamiast uciec, jak serce mu podpowiadało, po prostu posłał mu zmieszane, pełne współczucia spojrzenie, a jego oczy zdawały się mówić "Nie bierz życia na poważnie, stary pierniku!". Ludwik nie przejrzał jego intencji, po prostu uśmiechnął się i podał mu klucze.

4

W środę nie przyszedł nikt, a w czwartek komornik, który zgodnie z obietnicą miał zabrać reprodukcję obrazu "Jan Sobieski III pod Wiedniem" oraz antyczną maszynę do pisania. Nie znalazł żadnej z rzeczy, a nic poza nimi nie zdawało mu się na tyle cenne, aby pokryć dług. Kołatanie w klatce piersiowej Ludwika stało się jeszcze intensywniejsze, niż zwykle. Jego serce próbowało wyskoczyć i uciec w poszukiwaniu chrześniaka. Staruszek zapobiegł temu, łykając pokaźną dawkę lekarstw.

5

Piątek nie różnił się niczym od poprzednich dni, poza tym, że był o wiele zimniejszy, a burza szalała i gnębiła korony drzew. Ludwik przesiadując w kuchni, zapoznawał się z nową porcją krzyżówek. Co jakiś czas zerkał przez okno, żeby spojrzeć, czy burza już się uspokoiła, lecz nic na to nie wskazywało. Czuł, jak chłód z zewnątrz, przedziera się przez cienkie ściany jego domu, a następnie atakuje jego ciało, zabierając z niego całe ciepło. Uznał, że powinien zamknąć okno w schowku, które jak zwykle było otwarte ze względu na trujące opary. Przed wyjściem z kuchni poczęstował się podwójną porcją lekarstw, a kilka tabletek schował do kieszeni szlafroka, tak na wszelki wypadek. Następnie udał się nieco chwiejnym krokiem w stronę korytarza. Z trudem opanowując drżenie rąk, włożył klucz w otwór drzwi i przekręcił. Nacisnął klamkę. Zapadł wyrok. W pokoju panowała ciemność. Mróz niczym z najskrytszych zakątków Rosji, mieszał się z zaduchem upalnego dnia połączonego z odorem substancji z podłogi. Wymacał na ścianie włącznik i postanowił zapalić światło. Kliknął raz, potem drugi, a nawet i czwarty, pomijając przy tym trzeci, jednak żarówka nawet nie zamigotała. Pozostało światło nocy, mianowicie ubogi blask ulicznych lamp i pojedynczych piorunów. Usłyszał szelest, głośny i wystarczająco wyraźny, aby móc stwierdzić, że jest prawdziwy.

- Dostać się do okna. Zamknąć je. Wrócić do kuchni – na głos rozplanowywał ciąg kolejnych czynności, aby odciągnąć umysł od zbędnego strachu. Przez ciało Ludwika przebiegł zimny dreszcz. Powoli, odsuwając każdy worek na bok, zaczął przemieszczać się do celu.

Z nieba spadła kolejna seria grzmotów. Zatrzęsły się sterty szkła i góry plastikowych worków. Płaty gruzu obsunęły się z lekka na bok, a w blasku piorunów, coś leniwie budziło się do życia, najpierw ukazując kawałek czegoś, co prawdopodobnie było głową, a później wyczołgując się z gniazdka, ujawniło w pełnej okazałości swoją postać. Istota wzniosła się na jednej z konstrukcji i przybrała pozę, upodabniającą ją do wilka, który zaraz zacznie jodłować w stronę księżyca. Jednakże nie wydała z siebie żadnego dźwięku, tylko zaczęła bacznie nasłuchiwać. Miała osiem odnóży, przy czym stała na czterech, a pozostałe zwisały z jej ogromnego, kulistego odwłoku. Wyglądała jak skórożarłoczek skryty – roztocze, żywiące się obumarłym naskórkiem. Ludwik czytał o nim w jednej z ilustrowanych książek, gdzie jednego z oficerów wykończył silny atak alergii, którą z kolei spowodowała armia roztoczy. Znów zapadła ciemność, gdyż pioruny zniknęły gdzieś w mroku. Słyszał, jak worki szeleszczą coraz to głośniej, zupełnie jakby bestia wyczuła go i zmierzała w jego stronę. Pełen trwogi Ludwik, skulił się i przybrał postawę żółwia, a następnie zaczął szybko odliczać czas do kolejnego uderzenia z nieba, które sprawiłoby, że będzie mógł ponownie ujrzeć otoczenie.

Nie zdążył odliczyć do końca, bo przerwał mu oddech przeciwnika, będącego już kilka centymetrów od niego. Pachniał chlorem i wodorostami, zupełnie jak ta substancja z podłogi. Potwór zbadał go, uważnie obwąchując, a następnie przygniótł swoją nową ofiarę do podłoża tak mocno, że niegdyś przezroczyste drobinki szkła, zabłysnęły czerwienią ludzkiej krwi i powoli wbiły się pod skórę Ludwika, stając się częścią jego ciała. Starzec wyginał się na boki i próbował odepchnąć napastnika, mając cień nadziei, że on i jego zepsute serce zdołają uciec. Potwór przytrzymał go jednym z odnóży i szybkim ruchem odgryzł mu ścięgno Achillesa, rozwiewając tym krokiem wszelkie złudzenia.

Ludwik zaprzestał walki, pochwycił z kieszeni szlafroka jeszcze jedną tabletkę i stał się już tylko obserwatorem własnej agonii, na tyle bolesnej, aby przyszło na myśl, czy to piekło, czy jeszcze rzeczywistość. Jednak wytrwał w pełnej świadomości do samego końca i gdy wreszcie dusza opuściła jego ciało, na zawsze przestał odczuwać ból.

6

W niedzielę przyszedł komornik, by zabrać rzeczy, lecz zamiast tego odnalazł bladego, nieprzytomnego pana Ludwika w schowku. Sekcja zwłok wykazała w ciele zmarłego nadmiar atenololu: lek ten, spożyty w zbyt dużej ilości, może wywołać uczucie marznięcia kończyn, zawroty głowy, halucynacje, a nawet śmierć. W całym zdarzeniu policję zastanowiła tylko jedna rzecz; Czemu w pokoju panował taki mróz, chociaż wszystkie okna w domu były zamknięte?

*Dziękuję za uwagę.:)*

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

To w końcu to go pogryziony czy to halucynacje były.
Odpowiedz
Podoba mi się styl pisania i mimo,że mało straszne, wciąga :)
Odpowiedz
Dziękuję :)
Odpowiedz
Naciągane 7/10 bo nie straszne, ale nawet wciąga
Odpowiedz
Dziękuję :)
Odpowiedz
Proszę, miło mi że przeczytałaś
Odpowiedz
O co chodzi z tym mrozem
Odpowiedz
To była jego żona, Zosi dusza była tam.
Odpowiedz
Fantastyczne!!! Dawaj więcej :)
Odpowiedz
Dziękuję :) Właśnie kończę kolejną pracę. Postaram się ją dodać, gdy tylko zakończy się konkurs, do którego zostanie zgłoszona. ;)
Odpowiedz
W takim razie: powodzenia i czekam (nie)cierpliwie :)
Odpowiedz
No zajebiste :P
Odpowiedz
Dziękuję :)
Odpowiedz
Super 9/10
Odpowiedz
Dziękuję :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje