Kiedy śpiewa księżyc

Dodane przez: kuro, 28.08.2015, 10:00
Panopticum
Reklama:
Księżyc ma w sobie coś niezwykłego. Jego lśniąca, zimna tarcza skrusza serca obserwatorów, nawet jeśli pełna forma odeszła daleko w zapomnienie. Ten naturalny satelita ziemi widział już nie jedno. Słuchał szeptów ludzi załamanych, był świadkiem najbardziej romantycznych scen, widział okrucieństwo przeróżnych zbrodni, mających ciemność za sojusznika. Księżyc jest piękny w swoich niedoskonałościach. Poraniony przez milion kraterów, umiera każdego ranka. Nigdy nie mogłem wyjść z podziwu dla jego piękna. Jednak zawsze wzbudzał we mnie również niepokój, co spowodowane było tym, z czym mi się kojarzył.

Mieszkam w miasteczku, które niegdyś było mini ośrodkiem przemysłowym. Działała tu cukrownia, zakłady. Z czasem wszystko się zmieniło. Działalność państwowa upadła, a ludzie zajęli się rolnictwem, kiedy zauważyli, że to przynosi więcej korzyści. Mamy tu bardzo dobre gleby. Sprzyja to szkółkom leśnym, które powstają w ogromnych ilościach. Zawsze mnie dziwiło, czemu, zamiast wycinać drzewo z lasu znajdującego się za cukrownią, tworzono nowe knieje. Ta gęstwina dobrego materiału na opał nie została naruszona przez człowieka przez ponad wiek, a to wszystko dlatego, że kiedyś ktoś tam, coś tam. Mieszkańcy są okropnie przesądni.

Nie bardzo obchodziła mnie historia i paranoja ludzi dotycząca tamtego miejsca. Mój dom stał bardzo blisko lasu, więc po tych siedemnastu latach gapienia się w jego ciemność, uzmysłowiłem sobie, że cały ten nieustanny strach jest powodem zbyt bujnej wyobraźni i słownych przekazów ze zmienionymi tysiące razy szczegółami.

Teraz wszystko się zmieniło. A zaczęło się niecały miesiąc temu, na początku wakacji. Wtedy po raz pierwszy od długiego czasu miałem możliwość spotkania się z kumplami z dzieciństwa, którzy wyjechali do szkół oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów. Oczywiście wskoczyłem na rower i w niecałe dziesięć minut byłem pod domem Cyryla. Czekali na mnie we dwóch. Przywitałem się z nim i z Sebastianem. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo się zmienili. Oczywiście widywaliśmy się w soboty, ale to nie były jakoś specjalnie długie wizyty. Byłem zachwycony wizją spędzenia z nimi wakacji, jednak po paru dniach zaczęliśmy się nudzić. Miasteczko to zadupie. Takie zadupie, że nawet psy nie mają nic do roboty oprócz leżenia. W akcie desperacji postanowiliśmy odwiedzić prababkę Cyryla. Kobieta miała ponad setkę. Zawsze żartowaliśmy, że pamięta czasy przed Chrystusem, ale prawda była taka, że kobieta nieźle się trzymała mimo ciężaru lat. Patrząc na nią, nabierałem pewności, że wredota charakteru konserwuje ciało. Miała doskonałą pamięć, w dodatku uwielbiała opowiadać o dawnych czasach i kiedy tylko przekroczyliśmy próg jej domu, zaczęła gawędzić. Temat z komunizmu zszedł na śmierć, a co jest związane ze śmiercią i tym miejscem? Oczywiście legenda o starym lesie. Do tej pory nie znałem tak dokładnie tej opowieści. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że usłyszę coś tak wstrząsającego od najbardziej wiarygodnego źródła.

To miało miejsce, gdy prababka Cyryla była malutką dziewczynką. Całą gromadą często bawili się w pobliżu lasu, który w tamtych czasach był rzadkim skupiskiem drzew. Mogli chodzić na grzyby i jagody. Straszono ich Błędem, Strzygami i czymś tam jeszcze, co porywa małe dzieci. Dopiero po pewnym „wypadku” dorośli przestrzegali dzieci przed Księżycową Damą. Zbieg okoliczności chciał, by po samobójstwie pewnej kobiety, odnaleziono ciało chłopca. Był przyjacielem babki, więc całe zajście zapamiętała bardzo wyraźnie, tak samo, jak wydarzenie sprzed kilku dni tamtego czasu.

Wielkim wstydem było sypiać z kimś bez ślubu. Jeszcze większym, zajść w ciążę. Kto nie miał wystarczającej ilości szczęścia, lądował z brzuchem, a taki właśnie pech spotkał piękną dziewoję, córkę wójta. Krótko mówiąc, wpadła z pewnym nieodpowiedzialnym młodzieńcem, który zmył się, kiedy powiedziała mu o ciąży. Zrozpaczona, gnębiona, wyśmiewana postanowiła odebrać sobie życie. Była w zaawansowanej ciąży. Do porodu został mniej więcej tydzień, a ona tak po prostu zawisła na gałęzi z mokrymi od łez policzkami. Okrzyknięto to wielką tragedią. Słuchając opowieści babki, podświadomie zaciskałem dłoń w pięść. Było dla mnie śmieszne to, że ludzie zaczynają cię kochać dopiero wtedy, kiedy jesteś martwy. Poruszyła mnie ignorancja mieszkańców, potem moja złość przerodziła się w gniew, kiedy usłyszałem, że po zaginięciu chłopca zmasakrowano grób dziewczyny. To jej przypisano porwanie i zabicie dziecka. Wszyscy jednogłośnie zgodzili się w sprawie, kto powinien być ukarany. Jeśli nie mogli wymierzyć sprawiedliwości w tradycyjny sposób, pozbawiono zmarłą jedynej rzeczy, którą posiadała. Wszyscy starali się żyć tak, jakby nigdy nie istniała. Wszyscy starali się zapomnieć. Utarła się teoria, że bardzo żałuje tego, co zrobiła. Jej matczyny instynkt mówił, że musi się kimś zaopiekować, ale widząc dziecko, przypomniała sobie o niedoszłym mężu i wpadała w szał. Właśnie taka wersja pozostała do dziś.

Wakacje trwały w najlepsze. Kika razy udało nam się pojechać nad wodę. Zabijanie czasu z kumplami szło świetnie, ale nuda wkradła się między nas pewnego razu. Zaczęliśmy rozmawiać o miejscowej legendzie. Po chwili doszliśmy do wniosku, że dziewczyna powinna zostać oczyszczona z zarzutów. Nikt nie zasługuje na takie poniżenie. Przecież istniała, żyła, była człowiekiem. W tamtej chwili obudziła się w nas chęć zostania superbohaterami. Nie myśleliśmy trzeźwo. Chcieliśmy poczuć adrenalinę, strach, dlatego postanowiliśmy wywołać ducha samobójczyni. Sebastian twierdził, że już kiedyś to robił, więc zdaliśmy się na „doświadczenie” kolegi i przygotowaliśmy wszystko w jego domu.

Tamtego dnia ustawiliśmy w pokoju stolik, świeczki i te wszystkie dziwne rzeczy, o których przeczytaliśmy w internecie. Zbliżał się środek nocy. Nikogo oprócz nas nie było na posesji. Narysowaliśmy na blacie trójkąt zamknięty w kole, po czym siedliśmy we trzech dookoła stołu. Seans się rozpoczął. Przyznam, że nigdy nie wierzyłem w takie bzdury jak duchy, zjawy, czy potwory. Nawet jako dziecko nie miałem problemu z zostaniem sam w ciemnym pokoju. Jednak tym razem, było inaczej. Sebastian odmawiał modlitwę. Ja i Cyryl zamknęliśmy oczy, tak jak zostało nam nakazane. Trzymaliśmy się za ręce i wiedziałem, że ciągle jest nas troje. To było logiczne. Trzech chłopców. Nikogo więcej. Choć świadomość pojawienia się między nami ducha wydawała mi się absurdalna, poczułem obecność kogoś obcego. To było nagłe doznanie, które zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. Wiedziałem, że nie tylko ja popadłem w niepokój. Słyszałem łamiący się głos i drżenie ciał przyjaciół. Zacząłem się pocić. Moje serce biło tak szybko, jakbym właśnie przebiegł maraton.

I nagle wszystko ustało.

Strach zacisną swoje zimne palce na mojej szyi. W jednej chwili nie istniało nic oprócz mnie. Nawet nie byłem w stanie stwierdzić, czy moi kumple nadal przebywają w pomieszczeniu. Stałem się samotny, tak jak samotny wydaje się księżyc w bezgwiezdną noc.

Otworzyłem powoli oczy. Sebastian i Cyryl siedzieli w milczeniu, gapiąc się przed siebie. Ich skóra stała się przeraźliwie zimna, co wywołało u mnie panikę. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że popełniliśmy najgorszy błąd w życiu. Przepełniony histerią, zacząłem szarpać ich ciała, krzycząc, by się obudzili. Na szczęście po kilku chwilach obaj spojrzeli na mnie tymi samym znajomym spojrzeniem. Wrócili – pomyślałem. Pokój wypełnił się moim nerwowym chichotem. Potem wszyscy zaczęliśmy się śmiać, odreagowując w ten sposób stres. Żaden z nas nie wiedział, co dokładnie miało miejsce przed chwilą i chyba to właśnie tak nas rozbawiło.

Umilkliśmy w tym samym momencie. Popatrzyłem na pustą przestrzeń między chłopakami, a potem myślałem, że moje uszy zaczną krwawić przez głośny hałas, który wypełnił cały dom. Nagły dźwięk tłuczonego szkła zatrzymał bicie mojego serca na kilka sekund. Odrętwiały przez nieustający strach, tkwiłem w miejscu, zaciskając powieki z całych sił. Odważyłem się je podnieść, dopiero kiedy cisza przejęła kontrolę nad otoczeniem, pozwalając się przebić jedynie odgłosom zdziwienia.

Popatrzyłem w stronę, w którą patrzyli kumple. Wszyscy troje zerwaliśmy się z krzeseł i podbiegliśmy do okna. Nie mogłem w to uwierzyć. Szyba pękła. Pękła... w taki irracjonalny sposób. Wpatrywałem się w wybity kształt dłoni. Oddech zastygł w moich płucach, a w gardle urosła wielka gula. Pod nogami walały się drobne odłamki szkła. Cienkie linie biegły w różne strony, znacząc gładką strukturę szyby. Pomyślałem wtedy o absurdzie, na który patrzę. Tego nie można było wytłumaczyć. To wybicie... wyglądało, jakby ktoś napierał z niewyobrażalną siłą na szklaną taflę. Moją panikę potęgował fakt, że wybicie znajdowało się tylko z jednej strony podwójnej szyby. Była to strona, znajdująca się wewnątrz domu.

Wymieniając ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, zbiegliśmy na dół, zostawiając wszystko na swoim miejscu. Cyryl zaproponował, by Sebastian przenocował u niego i wrócił tu, kiedy wzejdzie słońce.

Po kilku puszkach piwa nadszedł czas, by się pożegnać. Byłem wstrząśnięty tym, co się stało. Żałowałem psychiki Sebastiana, ale on przynajmniej nie był teraz sam. Żaden z moich kumpli nie musiał wracać w środku nocy do domu na końcu miasteczka, przy którym znajdował się stary las. Jednym słowem, byłem w czarnej dupie rozpaczy.

Noc okazała się ciepła. Wiatr niósł ze sobą orzeźwiający zapach, a drogę oświetlał mi księżyc w pełni. Nie było tak źle. Wróciłem do domu, ale zanim położyłem się do łóżka, zrobiłem kolejną głupią rzecz. Popatrzyłem przez okno na mrok lasu. W tym samym momencie na jego skraju coś zobaczyłem. Przez ułamek sekundy widziałem sylwetkę, otoczoną czarnym płaszczem nocy. Rozrzucała wokół siebie jasną poświatę, którą skojarzyłem ze światłem księżyca.

Przetarłem oczy. Spojrzałem jeszcze raz i okazało się, że moja wyobraźnie płata mi figle, ponieważ tym razem niczego tam nie było.

Usiłuję zasnąć już od ponad trzech godzin. Leżę całkowicie nieruchomo. Zimne promienie księżyca rozświetlają wnętrze mojego pokoju. Wpatruję się w białą ścianę, zbyt przerażony, by cokolwiek zrobić. Słyszę ją. Próbuję sobie wmówić, że mnie pojebało, ale ja ją słyszę. Przez nocną ciszę przebija się dźwięk kołysanki, przerywany co chwilę przez łkanie. Ból zawarty w tym odgłosie jest tak duży, że nie mogę go znieść. Nostalgiczny jęk duszy potępionej, której spokój zakłóciliśmy, odbija się echem w mojej głowie. Wiem, że ona śpiew dla swojego dziecka.

Byłbym w stanie współczuć dziewczynie, gdyby nie fakt, że melodia rozlega się tuż pod moim oknem.


Ilustracja do tekstu:

https://www.facebook.com/1455858561318535/photos/a.1455869337984124.1073741827.1455858561318535/1682804298623959/?type=1&theater Panopticum
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!