Historia

Woźny

littlecreepypl 2 3 lata temu 4 801 odsłon Czas czytania: ~55 minut

Do uszu mężczyzny w niebieskim uniformie dobiega szept. Zatrzymuje się w połowie schodów i kładzie na ziemię wiaderko wypełnione mętną wodą. Rozgląda się wokoło, czując jak ciśnienie powoli zaciska swe ręce na jego piersi. Znowu... - myśli strwożony, modląc się przy tym, by nie miał racji. Nasłuchuje, ale wokół panuje cisza. Zanurza w wiaderku starego, wysłużonego mopa, wyciąga i monotonnymi ruchami zaczyna myć kolejne stopnie schodów. Lubi wykonywać tą czynność. Jest ona łatwa, relaksująca i nie trzeba przy niej główkować. Dzięki niej może na jakiś czas przestać myśleć o swoich problemach. Nie jest ich wiele, ale są za to ogromne i przerażające. Najgorsze są "wizje". Są tak realne, że często zastanawia się, czy one na pewno są tylko przywidzeniami. Boi się ich i zrobiłby wszystko, by go nie dręczyły. One jednak nie chcą dać mu spokoju. Zazwyczaj pojawiają się wieczorami i w nocy, przychodząc i odchodząc falami, a on nie potrafi nijak temu zaradzić. Najbardziej przerażające jest to, że pojawiają się one coraz częściej. Mogą dopaść go w kuchni, w pracy czy nawet na ulicy. Tam jest najgorzej, bo wie, że kiedy one się pojawiają, to dzieje się z nim coś dziwnego, coś co mogą zauważyć ludzie, a co mogłoby im się nie spodobać albo nawet ich przerazić. Więc chociaż tego nie chce, to musi unikać ludzi i usunąć się w cień...

Nagle w głowie mężczyzny wybucha kłębowisko wrzasków. Dzika kakofonia poczyna bezlitośnie rozsadzać czaszkę. Natrętne głosy krzyczą w jego głowie bezustannie, niczym wściekłe i oszalałe psy w schronisku, ujadające i ujadające, kłapiące pieniącymi się pyskami wysadzonymi długimi, ostrymi kłami."Hej Czacha! Ty stary chuju! - Obłąkane dzieciaki podbiegają i odskakują, wirując szaleńczo wokół niego. - Gdzie masz, pierdolcu, swoją nogę?! Słyszysz dziadzie?! Słyszysz?! Słyszysz... słyszysz...". Zdezorientowany wymachuje rękami na wszystkie strony. Raz próbuje odgonić od siebie bandę zdziczałych, drących się dzieciaków, a po chwili próbuje ich złapać i brutalnie uciszyć, ale nie potrafi. Są na wyciągnięcie ręki, wystarczy je chwycić, przyciągnąć do siebie i szybkimi ruchami łamać ich karki, ale za każdym razem wymykają mu się. "No i co kaleko?! Spróbuj nas złapać, jak możesz! Tylko nie zgub nogi Czacha!". Szydercze śmiechy wzmagają na sile, otaczając mężczyznę z każdej strony. Czuje jak świat zaczyna wibrować, tracić barwy, rozmywać się. Ciało wiotczeje, zupełnie jakby utraciło nagle wszystkie kości. "Dajcie mi spokój, wy małe skurwiele!" - krzyczy, ale w jego głosie słychać błaganie. Zatyka uszy rękami, ale to nic nie daje - jazgot napiera, nieugięcie odbijając się echem i eksplodując wewnątrz jego głowy. "Nie!!!" - krzyczy mężczyzna, czując, że obłęd przejmuje nad nim kontrolę. "Moja głowa... dajcie mi spokój... proszę, dajcie mi spokój...". Mężczyzna w niebieskim uniformie osuwa się na ziemię i, przyjmując embrionalną pozycję, chowa głowę głęboko w ramionach. "Ja chcę tylko chwilę spokoju...".

*****

- Musimy zrobić to dzisiaj - rzekł szeptem Radek. - To nasza ostatnia szansa.

Norman spojrzał na kolegę z ławki i napotkał wzrok równie radosny, co jesienny pogrzeb. Na jego twarzy widoczna była stanowczość, ale i strach, zupełnie jakby patrzyło się na obraz namalowany dwoma kolorami.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł... - odparł Norman. - No wiesz, możemy mieć kłopoty...

- Już mamy kłopoty i gorzej już być nie może. Cichy, chyba nie chcesz garować rok w tej samej klasie? Bo ja na pewno nie.

Obaj pochylili się nad zeszytami nawet nie spoglądając na ich zawartość. Nauczycielka stojąc obok biurka starała się przekazać swym uczniom wiedzę o czymś, na co akurat większość nastolatków nie zamierzała poświęcać większej uwagi. Na palcach jednej ręki zliczyć można było osoby, które starały się usłyszeć słowa polonistki, niknące w gwarze rozwydrzonej młodzieży.

- Jak chcesz to zrobić? - odezwał się wreszcie Norman, przemyślawszy pokrótce słowa kolegi. - Przecież nie włamiemy się do budy. - Spojrzał na niego i od razu wiedział, że takie on ma właśnie zamiary. Na potwierdzenie Radek nieznacznie przytaknął głową.

- Wieczorem szkoła jest pusta i spokojnie można zajebać dziennik.

- No a jak masz zamiar do niej wejść?

- Już o to się nie martw. - Na twarzy Radosława Talarczyka wykwitł szeroki uśmiech, którego nie powstydziłby się sam szatan. - Wyczaiłem, że nikt nie sprawdza, czy po lekcjach zamknięte są tylne drzwi na salę gimnastyczną.

- Skąd to wiesz?

- Po prostu wiem - odparł szybko. - Po ostatniej lekcji pójdę na wszelki wypadek sprawdzić, czy są otwarte. Jak coś, to je otworzę.

- A klucz?

- Tych drzwi nikt nie zamyka na klucz - odpowiedział, chichocząc przy tym jak przedszkolak. - Jest tylko sama zasuwa.

Cichy z uwagą słuchał, czując przy tym, że nabiera nadziei, a jednocześnie respektu dla kolegi z ławki.

- Brzmi to całkiem nieźle - rzekł Norman ważąc swoje słowa.

- Nie, to nie brzmi nieźle. To brzmi idealnie - sprostował Radek, szczerząc przy tym niepełny szereg zębów. W jego oczach tańczyły radosne ogniki i widać było, że nabrał pewności odnośnie swojego planu. Norman Cichocki również nabrał otuchy, jednak nie podzielał takiego entuzjazmu, jak jego kolega. Nadal podchodził do całej tej sytuacji z pewnym dystansem i wiedział, że błędem będzie nie brać pod uwagę wszystkich możliwości, które mogą towarzyszyć temu przedsięwzięciu. Nie uważał się za znacznie bardziej inteligentnego niż Radek, ale zdawał sobie sprawę, że w pewnych sytuacjach jego kumpel wykazuje poziom mądrości niższy od przeciętnego. Już nieraz przez jego pomysły wpadało się w tarapaty i nic nie wskazywało na to, że z wiekiem będzie ich coraz mniej. Dlatego mimo klarowności wymyślonego przez niego planu, Norman nie potrafił wystrzec się pewnych zastrzeżeń.

- A co z woźnym? - zadał pytanie Cichy i ujrzał momentalną zmianę wyrazu twarzy Radka. Znał go na tyle dobrze, że mógł się domyślić, iż tym pytaniem podkopał fundamenty jego planu, gwałtownie zmieniając jego stan emocjonalny. Radosne ogniki, które płonęły w jego oczach, przygasły nagle, jakby zostały zdmuchnięte, a na ich miejscu pozostała tylko ciemność.

- A co ma być? - odparł zbity z tropu.

- Talar, jak się nie mylę, to Czachor sprząta budę po lekcjach...

- Pieprzyć Czachę! To totalny idiota - warknął Radek widocznie poirytowany.

- No tak - odparł - ale mimo wszystko jednak buda nie będzie dziś pusta...

- Słuchaj: jak tchórzysz, to mów od razu, ale jeśli chodzi o mnie, to ja mam gdzieś tego kalekę i z tobą czy nie, to i tak tam idę.

Norman zamilkł i odwrócił wzrok w stronę okna. Tuż za szybą znajdował się zupełnie inny świat, świat wolności i nieograniczonych możliwości, świat kuszący i czekający z wyciągniętymi ramionami, by wtopić się w niego i zapomnieć o zmartwieniach. Był tuż, tuż, lecz na jego drodze stała pewna przeszkoda. Stanowiła ją bariera, którą można było pokonać tylko w jeden sposób: trzeba było zaliczyć semestr i zdać do następnej klasy. Jeżeli nie zdoła tego uczynić, to będzie skazany na cało-wakacyjny pobyt w obozie szkoleniowym dla trudnej młodzieży, gdzieś na odludziu, gdzieś gdzie zapewne jesień trwa przez cały rok, a słońce wydawane jest na kartki. Dla Normana Cichockiego wolność znaczyła bardzo wiele. Wiedział, że czasami niełatwo jest ją zatrzymać i jeżeli stawiało się ją ponad wszystko, to należało też o nią walczyć. Żyje się tylko raz, pomyślał Norman i spojrzał na siedzącego obok kolegę.

- O której idziemy?

*****

Norman narzucił kaptur na głowę i zasunął zamek błyskawiczny po samom szyję. Odruchowo sięgnął do kieszeni po komórkę, by sprawdzić która jest godzina, ale szybko przypomniał sobie, że zostawił ją w domu żeby ją naładować. Talar spóźniał się coraz dłużej. Cichy zaczynał się niecierpliwić, chociaż musiał przyznać sam przed sobą, że wzrastała w nim jednocześnie swego rodzaju nadzieja. Może jednak nie przyjdzie, pomyślał i na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. W tym samym momencie zza ściany wyłoniła się postać, która pogrążona w cieniu zbliżała się w stroną Normana. Po charakterystycznym kroku poznać było, że oto zbliża się jego wierny kompan niejednej libacji. Ubrany w dresy i czarną bluzę z kapturem szedł raźno, zupełnie jakby brał udział w jakiejś paradzie ulicznej.

- Elo, Cichy - przywitał się na swój sposób. - I jak tam? Teren czysty?

- Wygląda na to, że wszystko w porządku - odparł, uważnie przyglądając się Talarowi. Na jego twarzy w ogóle nie dało się wyczytać zdenerwowania, co wprawiło Normana w zdziwienie, ale i lekką złość. Trudno było mu zrozumieć beztroskę, jaką widocznie jego kumpel wykazywał w obliczu tak poważnej sytuacji. Dla niego to tylko zabawa, pomyślał wzburzony i już miał mu to wygarnąć, lecz przemówił Radek:

- No to bierzemy się do roboty, nie? - Nie czekając na odpowiedź Talar ruszył wzdłuż ściany, a po chwili wahania, to samo uczynił Cichy. Szli powoli, przylgnięci do muru, niczym zawodowi żołnierze czający się na swojego wroga. Norman, który starał się zachować jak największą ostrożność, nie potrafił pozbyć się wrażenia, że jego kompan świetni się bawi, wczuwając się zapewne w jedną z postaci z gier komputerowych. Minęli kawałek ściany, gdzie tuż nad ich głowami znajdowały się cztery małe, prostokątne okna, za którymi były szkolne ubikacje. Parę metrów dalej, po lewej stronie natrafili na długi szereg okien. Przechodząc obok nich Norman zajrzał do środka, zupełnie jakby chciał się upewnić, że nikt z klasy go nie dostrzeże. "Widzimy cię i wiemy co masz zamiar zrobić." - chórem przemówiliby wszyscy uczniowie, a górująca nad nimi nauczycielka, trzymając mocno dziennik, uśmiechałaby się diabolicznie. "Chodź i spróbuj..." - zaprosiłaby go równie serdecznie, co modliszka swojego partnera. Ale sala była całkiem pusta, a gdyby nawet ktoś się w niej znajdował, to musiałby siedzieć pod stolikiem schowanym w najciemniejszym kącie, gdzieś gdzie sięga tylko wyobraźnia.

- Idziesz? - przemówił Radek, wyrywając Normana z chwili zadumy.

- Idę, idę.

Dotarli do załomu ściany i zatrzymali się. Niespełna trzydzieści metrów dalej znajdowała się przybudówka, złączona ze szkołą, niczym brodawka z twarzą. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie to, że z jej okna padało światło.

- O w mordę... - rzekł przejęty Norman. - Mówiłem ci, że...

- Dobra, nie marudź, Cichy - uciął szybko Talar. - Idziemy i już. Nie ma się czego bać. - Spojrzał koledze w twarz i z cieniem cynizmu, po raz drugi zagrał na jego honorze. - Chyba znowu nie wymiękasz, co?

W jednej chwili Norman poczuł, jak krew uderza mu do głowy, a ręka charakterystycznie zaświerzbiła. Miał ogromną ochotę odpowiedzieć mu na jego pytanie prosto i zwięźle, używając przy tym najlepiej rąk i nóg, zawsze skorych do kontaktu z innymi ludźmi. Z trudem zdołał jednak zapanować nad sobą, starając się nie brać słów Radka na poważnie. Ich bujna znajomość trwała już dość długo więc wiedział też, jak w niektórych sytuacjach mógł nim manipulować. To była obustronna umiejętność, więc w takiej sytuacji Cichy nie mógł pozostać mu dłużny.

- Pomyliłeś mnie chyba ze swoim kluskiem tuż przed każdym stosunkiem z dziewczyną - zripostował Norman, starając się zachować przy tym spokój i powagę. Przez krótki moment, kiedy zaległa między nimi cisza, Cichy bacznie przyglądał się swojemu kumplowi, szukając u niego oznak zdenerwowania, bądź zażenowania, lecz jedyną reakcją był głupkowaty uśmiech.

- Rozumiem, że idziemy dalej - powiedział z taką pewnością, jakby to była jedyna możliwość i ponownie zwrócił wzrok na dobudówkę, z okna której padało światło. Skubaniec, znowu dopiął swego, pomyślał Norman, zdając sobie sprawę, że po raz kolejny w ten czy inny sposób uległ Talarowi.

- Idziemy, ale na pewno nie pod ścianą - odparł Cichy. - Nie ma sensu iść dalej wzdłuż niej, bo to czysta głupota tak się skradać, niczym dzieci, idąc przy tym prosto na tą kanciapę. Pójdziemy na około, omijając tamte krzaki. - Wskazał palcem na krzewy okalające z pewnej odległości przybudówkę tuż przy załomie ściany, a dalej biegnące wzdłuż długiego muru, na końcu którego znajdowały się tylne drzwi na salę gimnastyczną.

- Wiem - odezwał się Radek - bo też taki miałem zamiar. Tylko, że wcale ich nie ominiemy, bo przylega do nich siatka. Będziemy musieli przejść przez te krzaki, ale to już jest pikuś.

Ponownie zapanowała cisza i gdyby dobrze się przysłuchać, to dałoby się usłyszeć ich własne myśli, a głównie myśli Normana. Już od początku sam pomysł tego przedsięwzięcia wzbudzał w nim mieszane uczucia. Zdawał się być bezmyślny i zupełnie nierealny. Będąc teraz skrytym w cieniu i planującym przedzieranie się w mroku przez chaszcze, by w końcu włamać się do szkoły, w której przebywał obecnie woźny, zdał sobie sprawę, że niewiele się pomylił oceniając cały ten plan.

- No to jak? Idziemy? - zadał pytanie Talar, który najwidoczniej nie zamierzał zmienić już swojej decyzji, czekając tylko na potwierdzenie ze strony Normana. Raz jeszcze zaległa cisza i chociaż trwała ona zaledwie kilka sekund, to i tak obaj wówczas nie mieli wątpliwości, co należy teraz wykonać. Dla formalności Cichy odpowiedział:

- Idziemy.

I ruszyli przed siebie.

Droga jaką pokonali, biegnąc skuleni, jakby pod ostrzałem artyleryjskim, zajęła im jakieś dziesięć sekund. Talar nie wahając się ani sekundy dłużej, wkroczył w krzaki, które pochłonęły go jednym haustem, zupełnie jakby były stworzone do łykania ludzi. Na samym skraju krzewy były na tyle przerzedzone, że wejście do nich nie sprawiało większego problemu. Mimo to Norman zatrzymał się, czując wzrastającą niepewność. Wiedział, że musi ruszyć dalej, jednak widok chaszczy poskręcanych w chaotyczny sposób i pogrążonych w mroku był dla niego odpychający. Podświadomość nastolatka, będącego w swoim mniemaniu dorosłym mężczyzną, obudziła nagle mroczne, irracjonalne obawy, zupełnie jakby duży Norman stał się małym Normankiem, spod łóżka którego każdej nocy wypełzały długie, szponiaste łapska, ociekające ciemną breją, gotowe pochwycić go żelaznym uściskiem i zabrać w nieznane. Stojąc w miejscu, jak betonowy słup, zdał sobie jasno sprawę z tego, że jest przestraszony, a jego odwaga i męstwo były stanowczo przez niego wygórowane.

- Cichy, idziesz czy co? - Spośród gęstwiny krzewów dobiegł głos Radka, zupełnie jakby to krzaki przemówiły jego głosem. - Pośpiesz się, bo jeszcze cię ktoś nakryje.

Słowa te podziałały jak zimny prysznic, wyrywając Normana z odrętwienia. Jego oczy nabrały większego wyrazu, tak jakby właśnie wyszedł z jakiegoś transu. Zbierając całą siłę woli postanowił udowodnić sobie, że nie jest tylko lękliwym małolatem, ale młodym mężczyzną gotowym stawić czoła każdej przeszkodzie. Nie kwapiąc się na odpowiedź, skulił się i wszedł w krzaki. Odgarniając rękami gałęzie, brnął w głąb chaszczy, starając się nie spoglądać za siebie, bo wiedział, że gdyby to zrobił, to zawróciłby, a wówczas nie znalazłby już siły w sobie, by ponownie tu wejść. Słyszał przed sobą chrzęst wyginających i łamiących się gałęzi, stwierdzając przy tym, że jego towarzysz znajduje się jakieś dziesięć metrów od niego. Z każdym kolejnym krokiem czuł, że krzaki naciskają na niego coraz bardziej. Nigdy wcześniej nie doznawał uczucia klaustrofobii, ale teraz, będąc pośród gęstej roślinności, okalającej go z każdej strony, poczuł, że myśli zaczynają wirować chaotycznie, a w klatce piersiowej, na którą naciskał coraz większy ciężar, serce gwałtownie zaczyna przyśpieszać. Uspokój się, uspokój się, tłumaczył w myślał sam sobie. Podczas gdy zagłębiał się w krzaki coraz głębiej i głębiej, w jego głowie pozostała tylko jedna logiczna myśl: "Trzeba się stąd jak najszybciej wydostać". Chociaż kierował się właśnie tą myślą, to nagle zwolnił i przystanął. Czuł jak jego niepokój staje się coraz większy, chociaż nie wiedział, co dokładnie go wywołało. Nasłuchiwał uważnie, wytężając słuch maksymalnie, ale wokół niego panowała niczym nie zmącona, martwa cisza. Wtem zdał sobie sprawę, co tak bardzo go przestraszyło: chodziło właśnie o tą ciszę, bo jej w ogóle nie powinno być. Jej miejsce miały zastępować odgłosy kroków i szelest gałęzi, pośród których przedzierać miał się Radek. Ten jednak nie dawał żadnych oznak swojej obecności, zupełnie jakby wyparował, a jedyną pozostałością po nim miało zostać absurdalne pytanie, czy on w ogóle kiedykolwiek znajdował się w tym miejscu.

- Talar? - drżącym głosem przemówił Norman. - Gdzie jesteś, Talar? Do cholery, odpowiedz, gdzie jesteś?! - Pytanie znikło w krzakach, wchłonięte jak woda w gąbkę, a jedyną odpowiedzią była tylko cisza. Co się z tobą dzieje? - zadał sam sobie pytanie, czując jak jego umysł powoli zbliża się do niebezpiecznej granicy dzielącej logiczne myślenie od histerii. Miał wrażenie, jakby zaczął cofać się w czasie, powoli wracając do okresu dzieciństwa, gdzie każda obawa nabierała monstrualnych rozmiarów, zdolnych zaćmić jego rozum i pogrążyć w cieniu szaleństwa; znaleźć się w miejscu, gdzie małe dziecko zagubione w mętnym cieniu zerka z trwogą na okalające go gęsto stare, sękate drzewa, z każdej strony wyciągające do niego swe długie, chwytliwe gałęzie i zupełnie jak szpony spod łóżka, gotowe siłą przygarnąć go do siebie i zanieść w miejsce, gdzie mogły się z nim na swój sposób pobawić. Na nic nie zdałyby się temu dziecku płacz i krzyk, bo i tak nikt by go nie usłyszał ani nie zobaczył, gdyż znalazłby się tam, skąd już nie da się wrócić i nikt nie wiedziałby, gdzie go szukać...

I nagle koszmar stał się rzeczywistością, kiedy na ramieniu Normana zacisnęło się ciężkie łapsko. "Nareszcie cię mam Normanku - zacharczała istota z koszmaru. - A teraz chodź się ze mną pobawić!". Z ust Normana Cichockiego wyrwał się paniczny wrzask, przeszywając powietrze, niczym błyskawica. Nie przestając krzyczeć, chłopak, jak w amoku, zaczął się szarpać, próbując uwolnić się z uścisku mocno wrzynających się w ciało szponów. Jak przez wodę do uszu jego dobiegały słowa stojącego za nim stworzenia. "...Cichy... - wołał przytłumiony głos. - ...Cichy, co z tobą, do cholery?". Nagle Normanowi zabrakło tchu i jego krzyk ucichł, a wówczas głos tajemniczej osoby dobiegł do niego wyraźniej:

- Zamknij się idioto! Pojebało cię czy co?!

Usłyszawszy te słowa, panika u Cichego powoli zaczęła blednąć. Żelazny uścisk zelżał, a długie, ostre szpony zamieniły się w zwykłe ludzkie palce. Norman spojrzał w tył, a jego oczy nadal duże jak spodki, ujrzały wykrzywioną w złości twarz Radosława Talarczyka.

- Po jaką cholerę drzesz tak gębę?! - rzucił gniewnie Talar.

- Ja... ja... - Cichy starał się odpowiedzieć, ale nie miał pojęcia, jak ma to zrobić. Poczuł się jak dzieciak, kiedy przerażenie zamieniło się w wstyd. Stali tak przez chwilę w kompletnej ciszy, otoczeni gęstwiną krzaków. Radek wpatrując się nieruchomo w twarz Normana, oczekiwał jakiegoś wytłumaczenia, ale ten nie wydusił z siebie nic więcej.

- Musisz się leczyć na łeb - powiedział już spokojniej Talar. - Mówię poważnie. A teraz chodź idziemy, bo na serio ktoś nas wyczai, a wtedy nie będzie już tak wesoło.

Nie mówiąc nic więcej, obaj ruszyli i trzymając się w miarę blisko siebie, krok po kroku przedzierali się przez chaszcze.

*****

Do uszu Zygmunta Czachora siedzącego w pomieszczeniu dla woźnych dobiega nagle odgłos krzyku, zagłuszając na krótki moment płynącą z radia pieśń. Starszy mężczyzna podnosi wzrok z nad gazety i spogląda w stronę okna, za którym panuje półmrok. Przez chwilę zdaje się być zaskoczony i zdziwiony, lecz nie odczuwa żadnego strachu. Nie tym razem, małe skurwiele, myśli, odkładając na stół gazetę. Wstaje nieśpiesznie z krzesła i spokojnie podchodzi do stojącej w kącie szafki.

- Dzisiaj, moje kochane dzieci, Czacha porozmawia z wami bardzo poważnie. - Otwiera drzwiczki, schyla się i wyciąga z wiaderka krótką siekierkę. Jego oczy pozostają beznamiętne, niczym dwie małe monety osadzone w czaszce. - I raz na zawsze wbije wam coś do głowy.

*****

Będąc w połowie drogi, srebrna poświata rzucana przez wyłaniający się nieśmiało zza chmur księżyc, wniknęła w głąb krzaków, dzięki czemu Cichy i Talar, widząc więcej szczegółów, mogli przyśpieszyć kroku. W pewnym momencie chaszcze zaczęły rzednąć, aż w końcu nagle się urwały i obaj wyłonili się z nich, przygarbieni jak sędziwi staruszkowie.

- Nareszcie - przemówił Norman, czując wyraźnie, jak strach, niczym para wodna, ulatnia się z niego. Radek spojrzał na niego wzrokiem wyrażającym lekką pogardę.

- Pamiętaj, że to jedyna droga powrotna - rzekł uszczypliwie Talar. - I nie licz na to, że będę trzymał cię za rączkę, kiedy będziemy wracać.

- O co ci znowu chodzi? - zapytał Norman wyraźnie poirytowany, chociaż dobrze wiedział, co ma na myśli jego kompan.

- Aa, nic takiego. Nie przejmuj się Cichy, przecież każdy ma chwilę słabości. - Słowa te przesiąknięte cynizmem, Talar wypowiedział równie spokojnie, co ksiądz tłumaczący dziecku, że Bóg jest miłosierny i wybacza ludziom wszystkie grzechy. Norman spojrzał spode łba na Radka chłodnym wzrokiem, czując napływającą złość, jednak wstyd nie był mu wówczas obcy. Z niechęcią zdał sobie też sprawę, że odczuwa winę, tak jakby dokonał jakiegoś okropnego czynu.

- Nie wiem o co ci chodzi - odparł wymigująco, gdyż tylko na to było go stać. - Idziemy czy nie?

- Oczywiście. - Talar odwrócił się i ruszył wzdłuż niedługiego kawałka ściany, nie osłoniętego już krzakami. Norman spojrzał kątem oka na zarośla, tak jakby chciał się upewnić, czy przypadkiem coś ze środka nie wyciąga rąk, by raz jeszcze zaprosić go do zabawy, ale szybko odwrócił wzrok i podążył za Talarem.

Towarzyszący mu blady cień przylepiony do ściany, zniknął w chwili, gdy ona się skończyła. Tuż za jej rogiem stał Radek z wymalowanym na twarzy szerokim uśmiechem. Jego ręka spoczywała na klamce drewnianych drzwi, uchylonych do wnętrza budynku. W jednym momencie ukrywana głęboko w myślach złudna nadzieja, że jednak szalony plan kradzieży dziennika nie wypali, prysnęła jak bańka mydlana. Talar pchnął drzwi do środka.

- Droga wolna. - Wyciągnął rękę gestem zaproszenia i zachichotał jak dziewczynka. Kurwa, cieszysz się idioto jak szczur na otwarcie kanalizacji, pomyślał Cichy widząc przesadną radość na twarzy kolegi. Norman nie do końca wiedział dlaczego, ale jego kumpel coraz bardziej zaczynał go drażnić. To przez ten cholerny stres, tłumaczył sam sobie.

- Głupi ma pierwszeństwo - próbował zażartować, starając się jednocześnie o uniknięcie wejścia do szkoły jako pierwszy. - Więc pójdę za tobą.

- Cichy, jest coś, czego się nie boisz? - zapytał ni to szyderczo, ni dokuczliwie Talar.

- Jak na razie widzę, że to ty pękasz - odparł szybko, puszczając kolejną uszczypliwość mimo uszu.

- Chciałbyś. - Radek bez najmniejszych oznak strachu, czy niepewności, przekroczył próg drzwi i zniknął w ciemności. Norman miał wrażenie, że przeżywa deja-vu, kiedy stojąc nieruchomo jak głaz i wpatrując się w czarną dziurę w ścianie, wahał się, czy iść dalej. Nie mogę ponownie się spalić, powiedział sobie w myślach i zrobił pierwszy krok. Był ciężki i z trudem noga oderwała się od ziemi, ale nim się zorientował, Normana pochłonął mrok. Po krótkiej chwili wzrok jego przyzwyczaił się do panującej ciemności i pośród niej poczęły wyłaniać się zarysy sali gimnastycznej. Światło księżyca, choć wyjątkowo słabe, przenikało przez szereg zabarwionych na pomarańczowo okien, ciągnących się wzdłuż ściany na wysokości jednego metra. Było ono blade, jakby właśnie konało i miało zupełnie zaniknąć, jednak pozwalało ujrzeć otaczającą go przestrzeń. Pod przylegającymi do ściany tarczami do koszykówki, Norman dostrzegł swego kompana, idącego pośpiesznie w stronę ściany, w której znajdowały się kolejne drzwi. Nie czekając ani chwili dłużej, ruszył za nim.

Wbrew obawom czuł się mniej zdenerwowany niż to zakładał. Co prawda stres nie opuścił go ani na chwilę, ale zaniknął ten irracjonalny strach, który wcześniej pojawił się w jego głowie zupełnie niespodziewanie, niczym wyskakujący z cylindra królik, z tym że to miłe zwierzątko znajdowałoby się w zaawansowanym stadium rozkładu.

- Oto chwila prawdy - przemówił stojący przy drzwiach Talar, kiedy dołączył do niego Cichy. Radek nacisnął klamkę i drzwi... nie poruszyły się. Świadomie bądź nie, Norman poczuł ulgę. Chyba właśnie takiej sytuacji oczekiwał, ale nie spodziewał się, że do niej dojdzie. No cóż, staraliśmy się, jak mogliśmy, pomyślał sobie Cichy. Ale tak to już bywa. Trudno, już nic tutaj nie poradzimy, więc idziemy do domu. Już miał to powiedzieć, kiedy Talar raz jeszcze szarpnął klamkę, tym razem wkładając w to więcej siły i napierając na drzwi drugą ręką. Te skrzypnęły i ustąpiły, dając za wygraną. Radek spojrzał widocznie zadowolony na swego kumpla , lecz napotkał twarz wyrażającą skromną ilość entuzjazmu, jeżeli w ogóle można tak było to nazwać.

- O co chodzi? - zapytał Talar. - Nie cieszysz się?

- A niby z czego mam się cieszyć? Że drzwi są otwarte? - Cichy nawet nie starał się kryć swojego niezadowolenia. - Ucieszę się, jeżeli nikt nas nie złapie i wyniesiemy ten pieprzony dziennik.

- No to nie ma na co czekać. Dziennik sam do nas nie przyjdzie - odparł takim tonem, jakby tłumaczył dziecku, że Ziemia jest okrągła. Mimo to Norman zauważył u niego zawahanie. Każdy ma chwilę słabości, pomyślał sobie, lecz zatrzymał tą uwagę dla siebie.

Talar powoli ruszył przed siebie, opuszczając tym samym salę gimnastyczną. Cichy nie ociągając się uczynił to samo i tak oto znaleźli się w korytarzu biegnącym w prawą stronę, wprost na szatnie, a następnie skręcającym w lewo. Podążając nim, po około dziesięciu metrach docierało się do szkolnego sklepiku, a po dodatkowych pięciu metrach napotykało się szare, metalowe drzwi. Z odległości takiej nie sposób było odczytać napisu na wiszącej na nich tabliczce, ale obaj dobrze wiedzieli, jak on brzmi. Spod drzwi pomieszczenia dla woźnego, wydobywała się cienka kreska światła.

- I co teraz? - zadał szeptem pytanie Norman.

- Jak to co? - odpowiedział równie cicho Talar. - Idziemy dalej.

- Ale przecież Czacha pewnie tam siedzi.

- No to chyba lepiej tam, niż żeby łaził po szkole, nie?

Cichy zdał sobie sprawę, że słowa jego kompana miały sens, lecz ani trochę nie zmniejszyło to jego niepokoju. To nie może być takie łatwe, pomyślał sobie, starając się zachować przytomność umysłu.

- No a jeżeli akurat łazi po szkole? - odparł po chwili namysłu i spojrzał na swojego przyjaciela. Znał go na tyle dobrze, że z łatwością mógł odczytać z jego twarzy jego nastrój i patrząc wtedy na niego był pewien, że to pytanie wyraźnie go sfrustrowało. Zdarzało się to wtedy, kiedy ktoś go denerwował albo nie potrafił sobie z czymś poradzić. W tamtej chwili Radosław Talarczyk najwyraźniej wykazywał oba te objawy.

- Kurwa, weź się już zamknij, bo zrzędzisz gorzej niż moja stara - wycedził głośniej aniżeli chciał i nie bacząc na reakcję swojego kumpla, ruszył pochylony tuż przy ścianie w stronę szarych drzwi. Szlag by cię trafił, Talar, pomyślał poirytowany i nadal pełen obaw Norman, i podążył za Radkiem.

W połowie drogi między szatniami a pomieszczeniem dla woźnego, Talar zatrzymał się i spojrzał na Normana.

- Słyszysz to? - wyszeptał Radek. - Mówiłem ci, że ten kuternoga siedzi w tej swojej izolatce.

Cichy zmarszczył brwi, jak to miał w zwyczaju robić, kiedy dziwił się czemuś, bądź został zaskoczony, lecz po chwili dotarło do niego znaczenie słów kumpla. Od strony drzwi dobiegały jakieś dźwięki. Po krótkiej chwili Norman rozpoznał w tych dźwiękach melodię. Ledwo dosłyszalne nuty zakłócały ciszę, wibrując ulotnie pośród korytarzy. Nie sposób było określić, jaka to piosenka, ale była ona bardzo spokojna i powolna. Dla Cichego jednak nie była ona wcale relaksująca, wręcz przeciwnie - była ona dobitnym dowodem świadczącym o powadze sytuacji.

- Teraz albo nigdy - wyszeptał dziarsko Talar. - Idziemy.

Talar ruszył pochylony wzdłuż ściany, a tuż za nim, nie ociągając się, podążył Norman. Sam sobie się dziwił, z jaką łatwością to uczynił, ale ostatecznie wiedział, że innego wyjścia nie ma. Zaszli już tak daleko, że teraz głupotą byłoby odwrócenie się na pięcie i opuszczenie szkoły. Musimy zrobić, co do nas należy, pomyślał Cichy stąpając konspiracyjnie przez ciemny, nieskończenie długi korytarz. Smętny mrok rozjaśniał zaledwie mizerny blask księżyca, zerkającego ostrożnie w głąb oszklonego korytarza znajdującego się obok sklepiku, i dzielącego jedną część szkoły z drugą. Z każdym krokiem zbliżali się do szarych drzwi, spod których złowieszczo skrzyła się jasna kreska. Melodia stawała się coraz głośniejsza, jednak nadal nie dało się określić jej szczegółów. Z resztą to i tak nie miało teraz znaczenia. Liczył się teraz tylko cel ich zadania. Musieli wykonać je jak najszybciej, nie zważając na gwałtownie rozrastający się w ich głowach strach, jednak zachowując przy tym szczególną ostrożność. Norman nie wiedział, jak bardzo obecna sytuacja wpływa na rozum Radka, ale jego emocje wzburzone były jak oceaniczne wody podczas szaleńczego sztormu. Ciśnienie momentalnie podskoczyło mu, kiedy w korytarzu rozległ się pisk. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że to tylko szurnięcie podeszwy o linoleum.

Po krótkiej chwili, która dla Cichego zdawała ciągnąć się w nieskończoność, dotarli pod drzwi sklepiku. W tym samym momencie melodia urwała się jak zdmuchnięty płomyk i po raz kolejny zapanowała cisza. Obaj przystanęli, zupełnie jakby z końcem piosenki zaprzestali tańca. Talar spojrzał za plecy na Cichego i skinął głową na znak, by szli dalej. Ruszyli ponownie. Omijając sklepik skierowali się w stronę długiego, oszklonego korytarza. Zanim do niego doszli, powietrze znów poczęło drgać, subtelnie poruszane przez melodyjny dźwięk, dobiegający zza szarych drzwi.

Korytarz nasiąknięty był przygnębiającą, księżycową łuną. Za szeregiem złączonych ze sobą okien, nieruchomo tkwiły niewielkie tuje, zupełnie jak wbici w ziemię martwi wartownicy. Talar i Cichy przyśpieszyli kroku, przechodząc do szybkiego marszu. Nie rozmawiali ze sobą, ale obaj dobrze wiedzieli, że każda sekunda jest na wagę złota i należy się śpieszyć.

*****

Mężczyzna w niebieskim uniformie kroczy powoli poprzez cień, wyraźnie utykając na lewą nogę. Krótka, strażacka siekierka zwisa z dłoni, dyndając jak wisielec na wietrze. Dociera na koniec sali gimnastycznej i zatrzymuje się tuż przy ścianie. "A więc tędy przychodzicie, wy małe skurwiele." Chwyta klamkę, zamyka drzwi i zasuwa skobel. Odwraca się nieudolnie i kieruje się w stronę, z której przyszedł. Niepełnosprawność nie pozwala mu iść szybko, ale jemu wcale się nie śpieszy. Spokojnie przemierza całą salę, wychodzi z niej i zamyka za sobą drzwi. Wolną ręką wyciąga z kieszeni klucze i odnajduje ten z napisem S.G. Wtyka go do zamka i dwukrotnie przekręca. Dzisiaj, moje kochane robaczki, pan Czacha zapozna was z nową kończyną, myśli sobie, zaciskając pięść na trzonku siekierki. Pomarszczoną twarz wykrzywia zawistny grymas, nadając jej diaboliczny wyraz.

*****

Po krótkiej przeprawie przez korytarz, Cichy i Talar znaleźli się w holu. Na wprost nich znajdowały się szerokie drzwi wejściowe z oknami po obu stronach, dzięki czemu cała ta przestrzeń była oświetlona mglistą poświatą. Księżyc jest dziś po naszej stronie, przemknęła przez głowę myśl Normanowi.

Po lewej stronie znajdowało się wejście do sali, obok której na samym początku swej wędrówki obaj przechodzili, a tuż obok było wejście do ubikacji. Zazwyczaj tętniący życiem budynek szkoły, sprawiał teraz wrażenie grobowca: pustego, cichego i mrocznego. Jedynym elementem, który nie pasował do tego tła, była ich obecność w tym miejscu. Ich i woźnego. Strażnik grobowca... - mimowolnie pomyślał Norman i przeszedł go dreszcz.

Po ich prawej stronie, w zasięgu około dziesięciu metrów, znajdowały się drzwi, na których wisiała duża, złota tabliczka z wydrukowanym na nich napisem SEKRETARIAT. Obok niego biegł dalej korytarz doprowadzający do kolejnych klas i schodów prowadzących na pierwsze piętro, one w tamtej chwili nie miały jednak najmniejszego znaczenia. Liczyło się tylko pomieszczenie ze złotą tabliczką, a przede wszystkim znajdujący się w jego środku dziennik.

Cichy i Talar jednocześnie spojrzeli sobie w oczy i przytaknęli głowami, zupełnie jakby czytali w swoich myślach. Ruszyli w stronę sekretariatu. Z każdym krokiem ciśnienie zwiększało swoją moc, napierając na klatkę piersiową Normana, tak jakby coraz głębiej zanurzał się on w wodzie. Miał wrażenie, jakby szedł po poruszającej się w tył taśmie, poruszając nogami, lecz stojąc nadal w miejscu. To było jednak złudzenie. Pod drzwiami, za którymi znajdował się cel ich wędrówki, znaleźli się po zaledwie kilku sekundach. Zatrzymali się u ich stóp, spoglądając na nie z mieszanymi uczuciami. Była tu i radość, i strach, niepewność i zadowolenie. Wszystko to mieszało się ze sobą, tworząc chaotyczne emocje.

- Wchodzimy? - wyszeptał drżącym głosem Norman.

- Teraz albo nigdy - odpowiedział bez namysłu Talar.

Radek położył na klamce dłoń delikatnie, tak jakby obawiał się, że może się nią poparzyć. Stal była jednak chłodna i zupełnie nieszkodliwa. Spoczywała w bezruchu, czekając na czyjś dotyk. Prosiła się, by ją dotknąć. Delikatnym ruchem Talar nacisnął klamkę, wstrzymując przy tym oddech. Ta powoli opadła i zatrzymała się w miejscu, po czym Radek pchnął drzwi. Te jednak, zupełnie jak na sali gimnastycznej, ani drgnęły. Chociaż Norman stał za swoim kumplem, to miał pewność, że na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i zapewne niepewność. Wcale go to nie zdziwiło, gdyż to samo poczuł. Na ich drodze pozostała tylko jedna przeszkoda i wszystko zależało właśnie od niej. W tym miejscu znajdował się cel ich wyprawy i punkt kulminacyjny całego planu. Radek raz jeszcze nacisnął klamkę i przyłożywszy bark do drzwi, pchnął je z całej siły. Nie było żadnej reakcji.

- Ani mnie nie wkurwiaj! - przemówił głośno do drzwi. Szarpnął jeszcze kilka razy, ale skutek był taki sam.

- Pokaż. - Cichy wcisnął się przed swego kompana. - Może trzeba w drugą stronę... - Zacisnął dłoń na klamce i pociągnął do siebie. Nic. Szarpnął mocniej, ale drzwi nie kwapiły się poruszyć nawet o jeden milimetr. Stały nieugięcie, niewzruszone na żaden nacisk, zupełnie jakby były głazem zasłaniającym wejście do pradawnej komory. Norman schylił się i zaczął przyglądać się zamkowi. Nie było w nim jednak nic nadzwyczajnego. Ot zwykła dziurka od klucza. Mimo to badał ją wzrokiem, tak jakby chciał prześwietlić ją na wylot. Wiedział jednak, że jest to bezużyteczne i zdawał sobie sprawę, że nadeszła chwila, kiedy ich zamiary i jakiekolwiek wysiłki okazały się być zbyteczne. Całe to ryzykowne przedsięwzięcie w jednej chwili okazało się jednym wielkim niewypałem. Strach, który dotychczas gościł w głowie Normana, ulotnił się, a jego miejsce zajęła złość. Był zły na siebie, na Talara, na szkołę, na wszystko. Czuł, że odebrano mu coś dużego. Coś, co cenił najbardziej. Odebrano mu nadzieję, ale przede wszystkim wolność. Od tej pory stał się skazańcem, wyrzutkiem, któremu narzuca się wolę, a on nie ma nic do gadania. Stał się niewolnikiem...

Nagle Cichy usłyszał głośne chrupnięcie. Brzmiało to jak pękająca gałąź...

- Mówiłem wam robaczki, że w końcu wbije wam coś do głowy!

Norman odruchowo odskoczył na bok, przewracając się, i spojrzał za siebie. Ujrzał mężczyznę w niebieskim uniformie, górującego nad klęczącym Radkiem, który pustym wzrokiem patrzył na swojego przyjaciela. Ostrze siekiery prawie w całości pogrążone było w głowie Talara. Gęsta, szkarłatna breja wyciekała z jego głowy zalewając całą twarz. Norman poczuł, jak drętwieje mu całe ciało. Jego genitalia momentalnie się skurczyły, a niestrawiony w żołądku pokarm podszedł do gardła. Strach, który jeszcze przed chwilą przestał dawać o sobie znać, teraz powrócił w zwielokrotnionej sile, zaciskając szpony na jego klatce piersiowej. Z jego ust wydobył się zdławiony krzyk, gdyż kurcząca się krtań nie pozwalała na więcej.

- Coś was mało dzisiaj jest. - Mężczyzna zaczął szarpać trzonkiem we wszystkie strony. Dało się słyszeć pękające kawałki czaszki i bulgot miażdżonego przez ostrze mózgu. - Ale nic nie szkodzi. Lepiej tyle niż nic, co nie, robaczku?

Umysł oszołomionego Normana powoli zaczął zwiększać swe działanie. Racjonalne myślenie poczęło zastępować szok i zdał sobie sprawę, że musi coś zrobić. Musi uciekać.

- Kurwa, co z tą siekierą? - przemówił do siebie woźny, szarpiąc nią zawzięcie. Głowa Radka pokryta ciemnoczerwoną mazią wykrzywiała się chaotycznie, tak jakby chłopak opętańczo rozglądał się we wszystkie strony.

Norman odczołgał się na plecach i z trudem podniósł się na nogi. Był przerażony i nie do końca panował nad swoimi kończynami. Zmusił je jednak do ruchu i choć był on bez składny, to zdołał się poruszać. Przebierając nerwowo nogami, ruszył wzdłuż korytarza biegnącego obok sekretariatu.

- Poczekaj chwilę. - Zza pleców Cichego dobiegł mrożący krew w żyłach, dziwnie radosny głos woźnego. - Jeszcze nie zapoznałem cię z moją nową kończyną. - Mężczyzna wybuchnął gromkim śmiechem, który rozszedł się pośród korytarzy głośnym echem. Norman przepełniony paniką przejął władzę nad nogami i ruszył pędem w stronę schodów. Jezu, to nie może się dziać na prawdę, to nie może być prawda! - krzyczał w myślach, modląc się, by zaraz się obudził. Koszmar jednak nie chciał się skończyć. Miał trwać nieskończenie. Trwać aż do jego śmierci. Dotarł do schodów i przeskakując kolejne stopnie, popędził na pierwsze piętro. W połowie drogi dotarł do niego krzyk psychopaty:

- Nie uciekaj robaczku! Czacha i tak cię znajdzie!

Cichy dotarł na pierwsze piętro i zatrzymał się. Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Gdzie uciekać? - zapytał się w myślach, totalnie zdezorientowany. Rozglądnął się, szukając odpowiedzi na swoje pytanie i zdał sobie sprawę, że jest w potrzasku i jest osaczony jak zwierz podczas nagonki. Chociaż korytarz był znacznie mniejszy niż hol na parterze, to tutaj również znajdowały się dwa okna. Były one niewielkie, lecz pozwalały rozgonić mrok na tyle, że Norman zdołał dostrzec drzwi prowadzące do klas. Zdawał sobie sprawę, że jedyną możliwością było ukrycie się w jednej z nich. Był to głupi pomysł i niósł ze sobą duże ryzyko - w końcu oszalały woźny miał zamiar go szukać, a jedynym miejscem, gdzie Norman mógł się schować była jedna z opuszczonych sal. Wtem w głowie Cichego zaświtał pewien pomysł. Może się uda... - pomyślał i ruszył w stronę jednej z klas.

*****

Zygmunt Czachor krok po kroku, mozolnie wspina się po schodach. Jedna ręka przesuwa się po poręczy, druga mocno zaciska się na trzonku siekierki. Krew kapie z jej ostrza, zostawiając na stopniach pojedyncze plamki.

- Idę po ciebie, skurwielu - szepta w mrok. Czuje, jak rozpiera go duma. Nareszcie mi się udało, myśli sobie i jego twarz wykrzywia obłąkańczy uśmiech. Pokonuje ostatni stopień i stawia stopy na podłodze pierwszego piętra. Staje w bezruchu, tak jakby musiał zaczerpnąć oddechu, lecz nie czuje żadnego zmęczenia. Jego serce bije dziko, pompując intensywnie krew do mózgu i pobudzając go do działania. W podnieceniu rozgląda się wokół siebie. Przez okna przenika blade światło, częściowo oświetlając szeroki korytarz. Widzi wysokie drzwi przylepione do ścian jak szare, kiczowate obrazy. Woźny zdaje sobie jasno sprawę, że za jednymi z nich znajduje się uciekinier. Zaczyna mu to przypominać zabawę, w której główną wygraną można zdobyć dzięki wybraniu odpowiedniej bramki.

Nagle dostrzega, że jedne z drzwi wyróżniają się z otoczenia: są troszeczkę uchylone. Przygląda się dokładniej i stwierdza, że się nie pomylił. Dziękuję za koło ratunkowe, myśli rozbawiony i z głową pochyloną niczym szarżujący drapieżnik, rusza w stronę drzwi.

*****

Norman ujrzał ciemną postać, która pojawiła się równie szybko, co znikła. Dziurka od klucza, przez którą starał się cokolwiek dostrzec, nie pozwalała na wiele, lecz nie miał wątpliwości, że obraz, jaki mu się ukazał, był prawdziwy. Cienista postać prawie niezauważalna pośród otaczającego ją mroku, przesuwała się w lewą stronę. Mimowolny uśmiech przypominający bardziej skurcz policzków, pojawił się na zdrętwiałej ze strachu twarzy Normana. No idź tam chuju, błagał w myślach, zerkając nadal przez dziurkę. Szok i przerażenie plądrowały jego umysł. Miał ochotę usiąść w kącie, skulić się w kłębek i płakać, ale nikła nadzieja nie pozwalała mu zwariować. Starał się myśleć przytomnie, gdyż tylko w taki sposób mógł uniknąć popadnięcia w paranoję. Wiedział, że ma jeszcze szansę, by uciec. Nie była ona zbyt wielka, ale jednak istniała i tylko to teraz się liczyło.

Minęło kilka sekund... Albo kilkadziesiąt... Sam nie wiedział, gdyż czas zdawał się biegnąć dziwnym, giętkim jak guma torem. Ciężko było go sprecyzować, a od niego zależało bardzo wiele, może nawet wszystko. Jego plan był prosty, ale niegłupi: miał zwabić oszalałego woźnego do klasy naprzeciw tej, w której on sam się znajdował. Kiedy Czacha znalazłby się już w sali, to Norman opuściłby swoją i uciekł na dół, do wyjścia. Kucając teraz pod drzwiami, z okiem przylepionym do dziurki od klucza, zdał sobie sprawę, jak wielkie groziło mu ryzyko. Nie miał pojęcia, gdzie teraz jest woźny. Mógł być w klasie, ale równie dobrze mógł stać za drzwiami, z siekierą gotową, by jej użyć. Norman czuł chaos w głowie, lecz jakaś część jego mózgu zdawała się pracować normalnie, pozwalając na racjonalne myślenie. Wiedział, że jeżeli nic nie zrobi i pozostanie w klasie, to obłąkany woźny znajdzie go i zabije. Mógłby próbować z nim walczyć, ale ani trochę nie wierzył, że mógłby tym coś wskórać. Muszę uciekać, pomyślał przerażony, podejmując tym samym ostateczną decyzję.

Położył dłoń na klamce i delikatnie nacisnął ją. Nie stawiała żadnego oporu i opadła do samego końca. Drzwi uchyliły się o centymetr... dwa... trzy... Norman pchnął je bardziej zdając sobie sprawę, że musi zrobić to jak najszybciej... I wtedy drzwi zaprotestowały, wydając przeciągły skrzyp, zupełnie jakby je to zabolało. Cichemu zaparło dech w piersi i zastygł w bezruchu. O kurwa! - krzyknął w myślach i jednym ruchem odepchnął drzwi. Nie zastanawiając się nad niczym, rzucił się do ucieczki, nawet nie oglądając się za siebie. Dopadł schodów i przeskoczył naraz kilka stopni. Wielkim susami pokonał je wszystkie i znalazł się na parterze. Nie bacząc na nic, popędził w stronę korytarza prowadzącego do sali gimnastycznej...

Nagle jego noga uderzyła w coś i Cichy runął na ziemię jak długi. Dało się słyszeć dudnięcie, kiedy jego głowa bezlitośnie zderzyła się z podłogą. Norman poczuł niewyobrażalny ból, lecz nawet nie zdążył krzyknąć; z jego gardła dobiegł tylko zdławiony jęk. Otworzył oczy i ujrzał okna i drzwi holu, które dwoiły się i wirowały, zupełnie jakby były złudzeniem optycznym. Po krótkiej chwili obraz zaczął się normować, lecz ból nadal rozsadzał mu czaszkę. Nagle do oczu napłynęła gęsta ciecz i Cichy przetarł ją dłonią. Dotknął czoła i poczuł głębokie rozcięcie na łuku brwiowym, z którego ciekła ciepła krew. Norman dźwignął się na łokcie i jego twarz wykrzywił grymas ogromnego cierpienia, kiedy poczuł, jak jego mózg przeszywa sopel lodu. Z wielkim wysiłkiem zdołał go przezwyciężyć i udało mu się usiąść. Krew nadal ściekała mu po twarzy, nie pozwalając widzieć na lewe oko, drugim jednak widział normalnie. Spojrzał przed siebie i dostrzegł na ziemi ciało Talara. Wierny towarzysz niejednej libacji leżał teraz na ziemi martwy i nieruchomy jak kłoda, z rękami i nogami wykrzywionymi pod dziwacznym kątem. W miejscu głowy znajdowała się ciemna breja, z której wystawały odłamki czaszki. Wpatrywał się mglistym i osłupiałym wzrokiem w zmasakrowane zwłoki przyjaciela, podczas gdy jego umysł usilnie starał się nie zaakceptować prawdy. Takie rzeczy nie mają miejsca w normalnym świecie, tylko w filmach, czy książkach, a przecież on i Talar byli prawdziwi, więc jak to możliwe, że jeden z nich leżał teraz na podłodze w kałuży własnej krwi, z głową rozłupaną jak skorupka orzecha? Jeszcze dwadzieścia minut temu razem skradali się korytarzami, pełni strachu i jednocześnie zapału, będącymi nieodzownymi elementami szalonej przygody, a teraz jeden z nich patrzył na drugiego, tak jakby oczekiwał, że leżące na ziemi zwłoki ożyją i z uśmiechem oznajmią, że to tylko żart, bo przecież takie rzeczy nie mogą mieć miejsca w normalnym świecie.

Do uszu oszołomionego Normana dobiegł nagle przytłumiony dźwięk i w jednej chwili Cichy oprzytomniał. Z wielkim trudem dźwignął się na nogi, starając się utrzymać równowagę. Czuł mdłości, pulsowanie w skroni i nadal kręciło mu się w głowie. Przetarł dłonią zalane krwią oko i spojrzał w stronę schodów. Nie zobaczył tam nikogo, ale nie miał wątpliwości, że za moment pojawi się na nich oszalały Zygmunt Czachor. Woźny z pewnością opuścił już salę i udał się w pogoń za nim, by dopaść go i zrobić to samo, co zrobił z Talarem.

Nie czekając ani sekundy dłużej Norman odwrócił się i ruszył do oszklonego korytarza łączącego dwa skrzydła szkoły. Musiał dotrzeć do sali gimnastycznej jak najszybciej. W tamtej chwili tylko to się liczyło.

Chociaż starał się, to nie potrafił iść szybko, stawiając kroki niepewnie, zupełnie jakby był odurzony sporą ilością alkoholu.

Dotarł do korytarza i ruszył wgłąb niego. Mijał kolejne okna otaczające go z obu stron i ciągnące się nieskończenie w przód. Wbrew wrażeniu, korytarz jednak miał swój koniec i Norman dostrzegłszy go, zmusił się do przyśpieszenia kroku, przechodząc w powolny i niezdarny bieg.

Nagle szklane ściany skończyły się i Cichy znalazł się przy szkolnym sklepiku. Szeroki, kwadratowy korytarz pogrążony był w głębokim cieniu. Norman chcąc dostrzec więcej, odruchowo przetarł dłonią oko i skrzywił się z bólu. Ciepła posoka sącząca się z rozciętego łuku brwiowego skutecznie blokowała możliwość widzenia przy tak nikłej ilości światła.

Po jego prawej stronie, tuż przy ziemi majaczyła cienka, jasna kreska. Zza drzwi pomieszczenia dla woźnego dobiegał melodyjny dźwięk, unoszący się w ciemności jak opar nad bagnem. Był cichy i spokojny, co zwiększało nierealność sytuacji. Zdając się na swoją pamięć i ograniczone pole widzenia, skierował się w stronę sali gimnastycznej.

Szedł powoli, wyciągając przed siebie rękę jak lunatyk. Z każdym krokiem ciemność zdawała się gęstnieć, lecz nadal dało się dostrzec zarysy korytarza. Bardziej czując niż widząc, zdał sobie sprawę, że minął sklepik, i wodząc ręką wzdłuż ściany, skręcił w lewo i brnął przed siebie. Próbował walczyć z ciemnością, ale jedno oko pozwalało zaledwie na ujrzenie tak nikłych szczegółów, że równie dobrze można by uznać je za urojenia.

Nagle jego dłoń natrafiła na wybrzuszenie na ścianie i zrozumiał, że dotarł do szatni. W jednej chwili dostrzegł wyraźnie zarysy drzwi, tak jakby mogły się one pojawiać tylko dzięki ich dotknięciu. Czując ulgę i szczęście w najczystszej postaci, na jego zakrwawionej twarzy pojawił się uśmiech, a do oczu mimowolnie zaczęły napływać łzy.

Cichy skręcił w prawo i krok po kroku zbliżał się do drzwi sali gimnastycznej. Było ciemno jak w trumnie zakopanej głęboko pod ziemią, ale on widział te drzwi. Stały tam i czekały, by ktoś je otworzył. Zbliżał się do nich, przyciągany błogą siłą, czując jak strach zamienia się w radość, a nadzieja w pewność siebie. Nie czuł tylko, że popadł w traumatyczny szok...

W końcu zatrzymał się u ich stóp i wyciągnął rękę, by uchwycić klamkę, lecz natrafił jedynie na płaskie drewno. Nawet się nie zmartwił, że tak się stało. Przecież z tych emocji każdy ma prawo się pomylić, nieprawdaż? - wytłumaczył sobie, ze spokojem poszukując dłonią klamki. Nagle natrafił na nią i jego poturbowaną twarz rozświetlił większy, idiotyczny uśmiech. Pora do domu, pomyślał i szarpnął drzwi do siebie. Drewno drgnęło, skrzypnęło i... zapadła cisza. Cichy spojrzał spod zmarszczonych, zakrwawionych brwi na dłoń obejmującą klamkę. Patrzył tak przez chwilkę, tak jakby oczekiwał jakiegoś wytłumaczenia od drzwi. Przepraszam Normanku, ale nie pamiętasz, że mnie trzeba mocniej szarpnąć? - przemówiły do niego i jego czoło znowu się wygładziło, a idiotyczny uśmieszek powrócił na swoje miejsce.

Cichy zacisnął mocno dłoń i pociągnął dla pewności z całej siły, żeby przypadkiem nie musiał powtarzać tej czynności. Tym razem drzwi skrzypnęły znacznie głośniej... Poza tym nie stało się nic nowego. W jednej chwili Norman poczuł, jak jego świat lega w gruzach. Uczucie nadziei wyparowało jak kropla wody na rozgrzanym do czerwoności piecu. Zaczął szarpać klamkę jak opętany. Drzwi stękały ochryple, zupełnie jakby doznawały cierpienia, ale były nieugięte jak wzorowy żołnierz poddawany w niewoli okropnym torturą. Łzy, które wcześniej powoli zbierały się ze szczęścia, teraz wylały się z oczu jak woda zza pękniętej tamy. Norman odsunął się trochę od drzwi i zaczął je kopać, nie zważając nawet na to, że mogą one otwierać się tylko w jego stronę. To i tak się nie liczyło. Musiał je kopać, wyżyć się, dać im to, na co sobie zasługują. Uderzał nogą nieprzerwanie, dysząc przy tym jak rozjuszony byk. Nagle zaczepił stopą o klamkę, stracił równowagę i runął na ziemię. Wrzasnął przeciągle, tak jakby doznał strasznego bólu, lecz zrobił to, by upuścić z siebie wściekłość. Chciał krzyczeć dalej, lecz nagle do jego świadomości dotarło, w jakiej obecnie znajduje się sytuacji. Jezu... - pomyślał i zerwał się z ziemi jakby była ona rozpalona. Czuł w głowie kłębowisko myśli i nie potrafił je okiełznać. Uspokój się, ty ciulu! - wrzasnął w myślach na siebie, starając się skupić. Był przerażony i zszokowany, lecz stopniowo zaczął nad sobą panować. Co ja teraz, kurwa, zrobię? - zadał sobie pytanie, lecz wiedział, że na to pytanie nie ma odpowiedzi. Powtarzał sobie w myślach, że nie ma innego wyjścia oprócz sali gimnastycznej. Nie ma nic innego, to jedyne wyjście... nie ma nic innego... nie ma nic innego...

Nagle w jego głowie pojawiło się pewne słowo i rozbłysło ono jak wybuch bomby w ciemną noc. Jedno krótkie, ale przesiąknięte nadzieją słowo: okno. Chociaż wszędzie panowała ciemność, to w oczach pojawiły się radosne ogniki, nawet w tym, które zalane było krwią. Norman odruchowo przetarł je delikatnie, tak by nie naruszyć brwi. Poczuł, że rozmazana na powiekach i policzku krew, zastygła, co mogło świadczyć, że rana zaczyna krzepnąć. Był też prawie pewien, że krew już nie przeszkadza widzieć na lewe oko. Jedynie śladowa ilość światła ograniczała orientację w przestrzeni.

Muszę dojść do okien, pomyślał sobie, obierając za cel oszklony korytarz. Karcił się w myślach za swoją głupotę, o to, że nie pomyślał wcześniej o oknie, ale robienie sobie wyrzutów nie było teraz najważniejsze. Teraz liczyło się tylko dotarcie do korytarza.

Doszedł do szatni i skręcił w lewo. Złota kreska niczym latarnia morska, lśniła w oddali. Na jej widok żołądek Normana skurczył się, kiedy pomyślał sobie, dla kogo przeznaczone jest pomieszczenie, z którego wydobywało się światełko. Mimo wszystko szedł dalej, skradając się przy ścianie jak poprzednio, z tym, że teraz nie było przy nim Radosława Talarczyka. Jego szalony kumpel znajdował się teraz po drugiej stronie szkoły i był w tej chwili tylko stygnącym truchłem... Cichy wzdrygnął się i odegnał od siebie tą myśl. W tej chwili musiał myśleć wyłącznie o sobie i o tym, jak się wydostać ze szkoły.

Im bliżej znajdował się drzwi woźnego, tym zarysy korytarza stawały się ostrzejsze. Kiedy dotarł do sklepiku, ponownie dotarła do jego uszu cicha melodia. Ostrożnie wychylił głowę zza rogu i spojrzał w stronę korytarza. Cichy znajdował się pod takim kątem, że w głąb niego mógł zajrzeć jedynie na pierwsze trzy metry. Na ten widok jednak serce Normana zabiło żywiej, a do głowy uderzyło większe ciśnienie. Ujrzał okno. Okno! W tamtej chwili nadzieja przepełniła go, spychając przerażenie na dalszy plan. Miał ochotę rzucić się do biegu, by dotrzeć tam jak najszybciej, ale zdołał się powstrzymać. Musiał zachować ostrożność, ale nie mógł pozwolić sobie na marnowanie czasu, dlatego ruszył dalej.

Wyłonił się zza rogu i mimowolnie będąc pochylonym, skierował się w stronę oświetlonego korytarza.

Krok po kroku zbliżał się do jego wlotu, nieruchomo wpatrując się w pierwsze z brzegu okno. Było ono dwuskrzydłowe i wysokie na półtora metra. Przejście przez nie nie mogło sprawiać najmniejszego kłopotu i na samom tą myśl Norman przyspieszył. Po chwili pojawiło się drugie okno. Kolejny krok i dostrzegł trzecie. Czwarte, piąte... Szóstego już nie ujrzał... Ujrzał natomiast Jego. Stał tam pogrążony w półcieniu, nieruchomy jak skała i chociaż nie widział jego oczu, to wiedział, że są one bezduszne i martwe jak oczy śniętej ryby. Wpatrywał się w Normana i czekał na jego reakcję. Lodowaty dreszcz przebiegł po całym jego ciele, jeżąc wszystkie włoski. Dla Cichego czas zatrzymał się w miejscu, zupełnie jakby ktoś włączył pauzę w filmie, w którym on jest jednym z głównych bohaterów. Metaliczna poświata wnikała wgłąb korytarza, tworząc grobowy klimat, spotęgowany przez głęboką ciszę. Jedynie serce Normana ją zakłócało, waląc w piersi z zatrważającą siłą, tak jakby chciało wyrwać się na zewnątrz i uciec jak najdalej od tego miejsca. Mimo to Cichy stał nieruchomo jak wbity w ziemię pal i bezmyślnie wpatrując się w stojącą w mroku postać, czekał na dalszy przebieg wydarzeń.

*****

Nie masz dokąd uciec, skurwielu? - myśli Zygmunt Czachor, rozbawiony jak przedszkolak, który w ręce zamiast łopatki do piasku, trzyma zakrwawioną siekierę. Wpatruje się w stojącego kilkanaście metrów od niego chłopaka i zastanawia się, dlaczego tych bękartów przyszło dzisiaj tak mało. Zawsze nachodzili go w dużych grupach, osaczając go zewsząd niczym wataha wilków. Wydzierały się i szydziły z niego, doprowadzając go do obłędu, a on w zupełności nic na to nie mógł poradzić. Dzisiaj jednak coś się zmieniło. Szczęście uśmiechnęło się do niego i nareszcie udało mu się dopiąć swego. Nieraz miał wątpliwości, czy sytuacje do jakich dochodziło były prawdziwe czy tylko rodziły się w jego głowie, jednak dzisiaj wszystko się wyjaśniło. Małe skurwiele były jak najbardziej prawdziwe i złapanie ich nie było wcale niemożliwe. Skoro dopadł jednego i zrobił z nim to, na co zasługiwał, to mógł też złapać resztę i z każdym po kolei poważnie porozmawiać. Na samom tą myśl twarz woźnego wykrzywia się w groteskowym uśmiechu, ukazując poczerniałe zęby. Mężczyzna w niebieskim uniformie machinalnie unosi siekierkę na wysokość piersi i zaciska na niej drugą dłoń. Stoi tak przez chwilkę, po czym rusza wgłąb korytarza.

*****

Ujrzawszy ruszającą w jego stronę mroczną postać, Norman odniósł wrażenie, jakby przerwany film ponownie zaczął posuwać się do przodu. Poczuł, że opuszcza go odrętwienie, a na jego miejsce brutalnie wdziera się panika, plądrując umysł do granic wytrzymałości.

Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, odwrócił się na pięcie i puścił się biegiem w stronę drzwi, spod których skrzyła się jasna kreska. Zrobił to machinalnie i instynktownie, zupełnie jak szczur uciekający z tonącego statku.

Chociaż obłąkany woźny znajdował się dość daleko za nim, to Norman czuł na swoim karku jego zimny, śmierdzący oddech i palce muskające jego szyi, tak jakby chciały go delikatnie połaskotać. Mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że to jest tylko urojenie wywołane paniką i odległość jaka dzieliła go od napastnika jest większa niż zasięg jego rąk.

Dopadł do drzwi prawie uderzając w nie barkiem i dłonią począł szukać klamki. Znalazł ją bez problemu i jednym gwałtownym ruchem otwarł drzwi, wdzierając się błyskawicznie do środka. Światło poraziło jego oczy, lecz nie zwracał na to żadnej uwagi. Z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi i rozejrzał się po pomieszczeniu. Pod ścianą stała metalowa szafka, obok której leżały różne przedmioty. Na środku znajdowało się krzesło i drewniany stolik, na blacie którego leżała gazeta i niewielkie radyjko, wygrywające jakieś smętne nuty. Norman bez większego namysłu doskoczył do stolika i gwałtownymi szarpnięciami począł przesuwać go pod drzwi. Radio spadło na podłogę, lecz powolna melodia nieugięcie wyciekała z jego głośnika.

Cichy docisnął stół do drzwi z całej siły, po czym ponownie rozglądnął się po pokoju. Robił to chaotycznie, biegając wzrokiem od kąta do kąta, sam nie wiedząc czego szuka. Wtem ujrzał tuż obok okna małą, przyczepioną do ściany półeczkę. Znajdował się na niej staroświecki telefon z okrągłą tarczą numerową. Norman w przypływie desperackiej nadziei doskoczył do aparatu i podniósł słuchawkę, przykładając ją do ucha. Kolejną dawką rozpaczy okazał się fakt, że ze słuchawki nie dobiega żaden dźwięk. Cichy raz za razem naciskał górny przycisk, lecz odpowiedź była nadal taka sama: kompletna cisza. Z rozgoryczeniem uświadomił sobie, że telefon jest bezużyteczny i cisnął słuchawkę na widełki...

Z ust Normana wyrwał się krzyk, kiedy w pomieszczeniu rozległ się łomot. Drzwi zatrzęsły się pod wpływem uderzenia i lekko uchyliły się, blokowane przez stół.

- Widzę, że masz ochotę na zabawę, robaczku - dotarł zza drzwi charkoczący, ale radosny głos.

Przez krótką chwilę zapadła cisza, przerywana tylko sączącą się z radyjka piosenką. Norman stał pod ścianą sparaliżowany, wpatrując się w drzwi tak, jakby to one były napastnikiem. W jego głowie rodziła się dziecinnie naiwna myśl, że może mężczyzna da mu jednak spokój i odejdzie, kiedy z korytarza dobiegły kolejne słowa:

- No to się zabawimy!

Drzwi zadudniły i przesunęły się o kolejne centymetry, lecz nadal blokowane były przez stół. W pomieszczeniu rozlegał się łoskot, kiedy obłąkany Zygmunt Czachor zanosząc się szaleńczymi, nieartykułowanymi dźwiękami, z pasją dobijał się do drzwi.

Norman raz jeszcze wyzbył się odrętwienia i rozglądnął się po pomieszczeniu, lecz nie miał pojęcia, co ma zamiar uczynić. Błądził tak wzrokiem, czując jak opadają z niego resztki sił, nie potrafiąc przy tym pozbyć się wrażenia, że opuściła go wszelka nadzieja...

Wówczas do jego świadomości dotarł fakt, że znajduje się zaledwie metr od okna i jego wymizerowaną twarz rozświetlił nikły uśmiech. Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej wyciągnął ręce i próbował uchwycić klamkę, lecz w jej miejscu Norman ujrzał tylko pusty otwór. Wsadził w niego palec i spróbował pociągnąć go do siebie tak, żeby choć odrobinę otworzyć okno, lecz ten wysunął się z niego, nawet nie wywierając na nie najmniejszego wpływu.

Drzwi trzęsły się, raz za razem uderzane z zewnątrz. Pośród rumoru do uszu Cichego dobiegały bliżej nieokreślone słowa przeplatane szaleńczym śmiechem. Czacha nawet na chwilę nie ustępował, zaciekle torując sobie dostęp do środka pomieszczenia. Stolik coraz bardziej ulegał i Norman zdał sobie sprawę, że nie pozostało mu wiele czasu. Jego wzrok padł na stojące na środku krzesło. Nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robi, Cichy chwycił je i jednym zamaszystym ruchem wyrżnął nim w okno. Szyba eksplodowała, wyrzucając odłamki szkła na wszystkie strony. Poczuł jak kilka z nich odbija się od jego głowy, jednak nie zwrócił na to uwagi. Chociaż uderzenie było potężne, to w ramie okna pozostały spore odłamki ostrej jak brzytwa szyby, sterczące jak kły w paszczy potwora...

Nagle rozległ się gromki huk. Stół, który do tej pory bronił dostępu do wnętrza pomieszczenia, dał za wygraną i drzwi stanęły otworem. Norman oniemiały i sparaliżowany strachem spojrzał w ich stronę i ujrzał posępną postać, posuwiście wyłaniającą się z mroku. Światło powoli ukazywało jej oblicze, zupełnie jakby z głębin niezbadanego oceanu wynurzała się pozbawiona duszy, mroczna istota. Na pooranej głębokimi zmarszczkami i wykrzywionej grymasem nienawiści twarzy perliły się krople potu, a rozwichrzone i przerzedzone włosy opadały na rozpalone czoło wilgotnymi pasemkami.

- No i co, skurwielu? - wycedził woźny. - Dalej masz ochotę na zabawę?

Czacha uniósł siekierkę i postawił krok do przodu. Norman zadrżał i już chciał odwrócić się i uciekać, ale jasno zdał sobie sprawę, że nie ma takiej możliwości. Został sam na sam z psychopatycznym mordercą i nie miał drogi ucieczki. Postało mu tylko jedno: walka. W chwili, kiedy o tym pomyślał, poczuł, że jego ręka coś trzyma. Spojrzał na nią i ujrzał swoją dłoń zaciskającą się na oparciu krzesła.

To był impuls. Zrobił to tak machinalnie, jakby to było mrugnięcie powieką. Po prostu uniósł krzesło i wkładając w to wszystkie siły, rzucił nim w mężczyznę. Drewniany mebel poszybował w powietrzu i z impetem ugodził woźnego w klatkę piersiową i głowę. Wyglądało to dość zabawnie, bo mężczyzna nawet nie zareagował i nie starał się uniknąć ciosu, ale ani jemu, ani Normanowi nie było do śmiechu. Zamiast tego powietrze w pokoju zadrżało pod wpływem krzyku Czachy, który jedną ręką chwycił się za twarz. Cichy stał i wpatrywał się w niego, nie wiedząc, co będzie dalej. Krzyk ucichł, lecz spod zasłaniającej twarz ręki dobiegał charkot świadczący o bólu. Po chwili ręka opadła i Czacha uniósł głowę. Z nosa sączyła się struga krwi zalewając całe usta i brodę.

- Zapłacisz mi za to, mały skurwielu! - ryknął i nieudolnie skoczył w stronę Normana, biorąc przy tym dynamiczny zamach. Ostrze siekiery przecięło powietrze niczym błyskawica. Dosłownie ułamek sekundy dzielił Cichego od śmierci, lecz zdołał wykonać instynktowny unik, upadając jednak przy tym na podłogę. Siekierka wyrżnęła w półkę na ścianie, a ta, razem z telefonem, rozłupała się na drobne kawałeczki. Norman leżąc na plecach próbował odczołgać się do tyłu, lecz nie zdołał tego uczynić, kiedy poczuł jak w dłoń wbija się ostry odłamek szyby. Skrzywił się, lecz nawet nie krzyknął, zupełnie jakby jego ciało uodporniło się na ból. Mimo, iż zdawał sobie sprawę w jakiej znajduje się sytuacji, leżąc tak u stóp opętańca zawzięcie wymachującego toporkiem, zdołał jednak sięgnąć drugą ręką i wyciągnąć szkło z dłoni, która momentalnie zalała się czerwoną posoką. Na Normanie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia i chociaż rana była dość głęboka, to bez namysłu użył tej ręki i niezbyt pewnym uściskiem pochwycił leżący na ziemi długi odłamek szyby. Kątem oka dostrzegł, że mężczyzna ponownie bierze zamach, lecz dziwnym trafem ruch ten wydawał się, bądź był naprawdę dość ślamazarny, zupełnie jakby obraz ten ukazał się w spowolnionym tempie. Ruch Normana natomiast był zadziwiająco szybki. W jednej chwili leżał oparty na łokciach, a w następnej znalazł się w pozycji siedzącej, podczas gdy jego ręka przecięła powietrze i zanurzyła długi odłamek szyby w udzie górującego nad nim Zygmunta Czachora. Woźny ryknął na całego gardło i jego ciałem wstrząsnął gwałtowny spazm. Nie przerywając krzyku upuścił siekierę i obiema rękami chwycił się za udo, padając po chwili na kolana. Ciemna plama kwitła na niebieskich spodniach, a po dłoniach mężczyzny poczęła ściekać krew.

Norman odruchowo obrócił się z pleców na brzuch i zaczął pełznąć w stronę szafki, próbując jak najszybciej oddalić się od Czachy. Czołgał się po podłodze nie zwracając uwagi na raniące jego ręce okruchy szkła. Znajdujący się za nim woźny przestał krzyczeć, ale nadal głośno i dziko dyszał.

Nagle Norman dostrzegł leżący na podłodze, tuż obok szafki stary, rdzewiejący sekator. Był długi i dość gruby, zapewne też musiał sporo ważyć. Znajdował się jakieś dwa metry od niego i w tamtej chwili, bez najmniejszych wątpliwości miał służyć tylko w jednym celu: miał stać się bronią. Cichy kiedy tylko go ujrzał, wiedział, że musi on znaleźć się w jego ręce i nie tracąc ani chwili, przyśpieszył w miarę swoich możliwości, sunąc po podłodze niczym wąż.

Sekator i rękę Normana dzieliła odległość niespełna metra, kiedy poczuł ciężkie łapsko zaciskające się na jego łydce.

- Gdzie, skurwielu?! - zacharczał głośno Czacha. - Jeszcze z tobą, chuju, nie skończyłem!

Woźny zwiększył uścisk i stękając i skrzecząc, począł ciągnąć nogę Normana w swoją stronę. Cichy zaczął się szarpać, próbując wyrwać ją z jego dłoni, ale ten zawzięcie tarmosił ją, tak jakby chciał wyrwać mu nogę.

Wtedy Norman odwrócił się w stronę mężczyzny i, dokładnie przymierzając, kopnął drugą nogą w jego twarz, wkładając w to wszystkie swoje siły. Głowa Zygmunta Czachora wygięła się nienaturalnie do tyłu i usłyszał, jak coś w jego ciele pęka. Przez myśl przeszło mu, że właśnie skręcił kark tego szaleńca, po sekundzie ujrzał jednak tylko wypływającą z jego rozdziawionych ust gęstym strumieniem krew, pośród której dostrzec można było odłamki zębów. Purpurowa ciecz coraz bardziej zalewała twarz woźnego, przeobrażając ją w zdeformowaną, oślizgłą maskę rodem z koszmaru, jednak mimo to dało się rozpoznać zmieniające się grymasy, co tylko dowodziło, że Czacha nadal żyje i nie ma zamiaru dać za wygraną. Mimo potwornego bólu mężczyzna ani na chwilę nie zmniejszył uścisku na nodze Normana, jednak przestał ją tak bardzo szarpać.

Cichy ponownie począł się czołgać wprzód i chociaż twarda ręka zaciskała się na jego kostce, to zdołał przemieścić się o kolejne centymetry. Słyszał za sobą bulgoczące dźwięki, które dobiegały z ust Czachy i zapewne miały być słowami, lecz zrozumieć można było zaledwie kilka z nich. Norman jednak nie zwracał uwagi na ich sens i znaczenie, gdyż w jego głowie świtała tylko jedna idea: musiał dosięgnąć sekatora. Nie myślał o niczym innym, tak jakby to narzędzie było jedyną możliwością, jedyną rzeczą, dla której warto żyć.

Rączka sekatora była już na wyciągnięcie dłoni. Norman wiedział, że jeżeli woźny go nie puści, to dalej już nie będzie w stanie się przemieścić. Wiedział też, że Zygmunt Czachor nie zamierza pozostać w bezruchu i w każdej chwili może on się zmobilizować, a wówczas zrobi wszystko, żeby tylko zabić Normana. Nie mógł na to czekać.

Wyprężył się jak tylko potrafił i wyciągając rękę maksymalnie do przodu, poczuł, że jego palce sięgają sekatora. Samymi opuszkami zacisnął je na rączce i pociągnął do siebie, lecz one tylko się po niej ześlizgnęły. Bulgot zza pleców dobiegał nieprzerwanie, kiedy woźny próbował krzyczeć, a kiedy próbował zaczerpnąć powietrza, to krztusił się własną krwią. Mimo to ręka nie zwolniła uścisku z nogi Cichego. Norman spróbował sięgnąć sekatora raz jeszcze i kiedy koniuszki jego palców pochwyciły go, uczynił to, co poprzednim razem. Przez chwilę nie było żadnej reakcji, lecz nagle sekator drgnął. Cichy widząc to, poczuł przypływ nikłej nadziei. No chodź tu, skurwielu, przemówił w myślach do narzędzia. Wówczas życzenie spełniło się i Norman zdołał pełną dłonią pochwycić gumową rączkę. Przyciągnął do siebie sekator, chwytając go jeszcze mocniej, tak jakby się bał, że może mu uciec, i odwrócił głowę w stronę woźnego. Ujrzał mężczyznę z rozwichrzoną czupryną i twarzą zmasakrowaną i zakrwawioną tak, że z trudem można było poznać, jaki w danej chwili ma wyraz. Trzymając wciąż Normana za nogę, począł się dźwigać pomagając sobie drugą ręką. Z jego ust wydobył się dziwny dźwięk, skrzek, który brzmiał jak słowo: "zabiję".

Cichy bez chwili namysłu zamachnął się i ujrzał, jak długie, metalowe narzędzie ogrodnicze zderza się z czaszką Zygmunta Czachora. Odgłos jaki przy tym padł był dziwnie znajomy: brzmiał jak rozbijające się o ścianę jabłko. Dało się też słyszeć chrupnięcie pękającej gałązki... Szaleniec ze zmasakrowaną twarzą wydał głośny, ale krótki krzyk i padł na ziemię, puszczając nogę Normana. Obiema rękami zakrył głowę i skulił się, jęcząc przeciągle, kwiląc i łkając. Spomiędzy palców poczęła sączyć się krew, zalewając całe dłonie.

Norman trzymając nadal sekator wstał i zachwiał się jak pod wpływem wiatru. Jego ciało zdawało się być za ciężkie, by mogły utrzymać je nogi. Spojrzał na leżącego na ziemi pokiereszowanego mężczyznę. Na podłodze wokół jego głowy rozlana była gęsta, ciemna krew, zupełnie jakby to była jakaś aureola. Drżał na całym ciele, tak jakby wystawiony był na mroźny wiatr. Nagle spomiędzy zakrywających jego głowę palców łypnęło na Normana oko. Było całe czerwone, tak jak i twarz, lecz wyróżniało się. Było żywe i wpatrywało się w niego, zupełnie jakby go podglądało. Chociaż było mętne, to płonął w nim żar, podniecany szaleństwem i mściwością. Zdawało się z niego naśmiewać, kpić, szydzić...

Norman nie mógł dłużej wytrzymać. Wzniósł do góry sekator i spojrzał na leżące u jego stóp ciało żywego mężczyzny tak, jakby był pogańskim kapłanem składającym ofiarę w krwawym rytuale. Ostrze sekatora opadło niczym gilotyna i zagłębiło się w żebra jak ciepły nóż w masełko. Woźny głośno zacharczał, lecz nie zdołał krzyknąć. Zaczął wić się targany spazmami, ale nie trwało to długo. Krew, która wyciekała z jego ran, rozlewała się teraz po całej podłodze, tworząc dużą kałużę.

Norman raz jeszcze spojrzał na ciało woźnego i bez namysłu odwrócił się. Był obolały, osłabiony, zamroczony i w całkowitym szoku, nie do końca zdając sobie sprawy, do czego właśnie doszło. Ja chcę do domu, mimowolnie powiedział sobie w myślach. Nie licząc nieprzerwanie grającego radyjka, w pomieszczeniu panowała cisza, mimo to Norman słyszał w głowie dziwne hałasy: krzyki, płacze, szaleńcze śmiechy. Wszystko to mieszało się i kłębiło w jego głowie, która zdawała się pęcznieć i pęcznieć...

Żelazne szpony zacisnęły się na nodze Normana. Z jego ust wyrwał się krzyk, zachwiał się i już miał runąć na ziemię, lecz jakimś cudem uniknął tego. Cichy spojrzał w dół i ujrzał pokiereszowaną twarz, która zwrócona była w jego stronę. Spuchnięte i pęknięte wargi wykrzywiały się w groteskowym uśmiechu, ukazując czarne, bezzębne wnętrze ust, ociekających lepką, bordową mazią. Mężczyzna począł bulgotać, niepewnie trzymając kostkę Normana, tak jakby był żebrakiem błagającym o kilka groszy.

Cichy wyszarpnął nogę z dłoni woźnego i odstąpił o krok. Patrzył na niego z niedowierzaniem, dziwiąc się, że on jeszcze żyje. Stał tak przez chwilę oniemiały i odrętwiały i po chwili zastanowienia obszedł mężczyznę, zatrzymując się przy wybitym oknie. Ten próbował odwrócić się w jego stronę, ale wbity w żebra sekator nie pozwalał mu na to. Wówczas Norman schylił się, sięgając po siekierkę i podniósł ją. Spojrzał na jej ostrze oblepione zaschniętą krwią, a następnie na woźnego.

- No i co teraz powiesz? - przemówił do leżącego na podłodze Zygmunta Czachora. - Czas na zabawę, co nie, robaczku?

Siekiera poszybowała w górę, po czym błyskawicznie opadła w dół. Zatopiła się w plecy, tuż poniżej barków, z taką łatwością, jakby była stworzona tylko i wyłącznie do zabijania ludzi. Chrzęst, tryśnięcie krwi i cisza. Mężczyzna nawet nie zdążył wydać dźwięku, a odgłos ostatniego tchnienia był po prostu świstem powietrza wydostającego się z dziury w plecach. Cichy wyrwał ostrze z ciała i raz jeszcze zadał cios. Tym razem trafił w przedramię, które pękło jak zapałka i zapewne odpadłoby, gdyby nie trzymający je rękaw. Wyciągnął ostrze i z zamachem zatopił w ciało. Wyciągnął i zatopił, wyciągnął i zatopił... Siekiera wznosiła się i opadała, jak wielki tłok w silniku, rozrywając mięśnie i miażdżąc kości. Norman nie zwracał uwagi na to, czy woźny żyje czy nie. Robił to automatycznie, jak nakręcona kluczykiem pozytywka. Krew tryskała na wszystkie strony, ochlapując też twarz Cichego, ale on się tym nie przejmował. Miał ważniejsze sprawy na głowie. W pewnym momencie Norman uniósł siekierę nad głowę i zastygł na chwilę w tej pozycji. Przyjrzał się dokładniej ciału, które leżało na podłodze i stwierdził, że nie ma pojęcia, co to jest. Sterta parującego mięsa owiniętego w zakrwawiony, niebieski materiał, przypominało bardziej gówno dinozaura z "Parku Jurajskiego" niż zwłoki człowieka. Norman uśmiechnął się na tą myśl i przerywając chwilę bezruchu opuścił siekierę w dół. Tym razem ostrze nie zatopiło się w ciele. Tym razem przeszło ono na wylot, przecinając szyję szybkim, miękkim ruchem, tak jakby ogrodnik ściął dojrzały już kwiat. Odcięta głowa, przypominająca bardziej gnijącą brzoskwinię, potoczyła się po podłodze jak bila po stole bilardowym i znieruchomiała pod ścianą. Jej zmaltretowana twarz zwróciła się w stronę Cichego, tak jakby woźny miał jeszcze coś do powiedzenia. Oczy skierowane w jego stronę były puste i martwe, lecz nadal patrzyły wprost w niego. Tego już za wiele, pomyślał Norman i podszedł do głowy. Wziął głęboki zamach i jednym, wprawnym ruchem zmiażdżył ją. Jasna papka bluznęła w jego stronę i osiadła na ubraniu i twarzy. Cichy odrzucił siekierę i otarł się rękawem. Cholera, jeszcze tego mi było trzeba, pomyślał i zemdlał.

W szkole zapadła kompletna cisza. Jedynie kojąca uszy melodia grała nieprzerwanie.

Podpis:

Sonny Boy

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Super!!!!!!!!!!!!
Odpowiedz
"SAMOM" - to mnie najbardziej rozbroiło :D Nie bylam w stanie dalej czytać :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje