Historia

Wciąż patrzą 14

kuro 15 4 lata temu 4 810 odsłon Czas czytania: ~16 minut

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Ranek przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Nawet nie pamiętam, jak zostałam ściągnięta z łóżka. Nie mam pojęcia, kiedy na moim ciele wylądowało czyste ubranie. Nie wiem, czemu w ogóle pozwoliłam dwóm pielęgniarkom doprowadzić siebie do stanu pozornej normalności. Chciałabym móc zacząć na nie krzyczeć. Chciałabym być wściekła, jak zawsze, kiedy przychodzą zabrać mnie na grupową terapię. Chciałabym zachowywać się jak ja.

Ale nie mogę.

Chmury w moich oczach towarzyszyły mi przez cały czas. To, co miało miejsce tej nocy, zjadło odrobinę mojej stabilności emocjonalnej. Myślę, że świat postanowił uderzyć w słabą stronę wrażliwej Hanny z największą siłą, jaką posiada i zmiażdżyć świadomością, że ponownie została sama w chwili, w której rozpaczliwie pragnie obecności kogoś zaufanego. Dużo bym dała, by porozmawiać z Aleksym. Chcę zapytać go jak się czuje, ponieważ z każdą sekundą nabieram pewności, że uśmierciłam jego podstawę psychiczną i roztrzaskałam morale. Jednak spotkanie go jest niemożliwe. Aleksy ma wolne, zjawi się w ośrodku dopiero jutro.

Jedynym plusem, jaki teraz dostrzegam to to, że mam nową papierową sukienkę. To pocieszające.

Okłamuję siebie.

Resztki snu usiadły na moich powiekach, machając nogami i nucą usypiającą melodię. Ciągle nie mogę pozbyć się odrętwienia. W dodatku moja twarz jest opuchnięta. Czuję dotyk dłoni kobiet, które przeszukują po kolei każdy skrawek mojego ciała. Znoszę to dzięki zacieraniu zmysłów snem.

Zaciskam palce mocno, póki nie poczuję, jak paznokcie wbijają się w moją skórę.

- Proszę wstać.

Wstaję.

- Proszę podać rękę.

Podaję rękę.

- Trochę zaboli.

I rzeczywiście trochę boli, kiedy igła wkłuwa się w skórę. Nieprzyjemne uczucie zmusza mnie do zaciśnięcia zębów. Nienawidzę dożylnych leków. Są mocne. Zbyt mocne, ale przecież o to właśnie chodzi. Zawsze przed terapią nam je dają. Jeśli któryś ze świrów zacząłby siać zamieszanie, inni poszliby w jego ślady. Przez kilka mililitrów otumaniaczy, ryzyko zajścia takiego zdarzenia wynosi zaledwie ułamek procenta, ponieważ każdy jest zbyt naćpany, by myśleć o czymś innym niż o teletubisiach na jednorożcu.

To właśnie strategia zakładów psychiatrycznych.

Czuję jak krew rozprowadza środek po ciele. Robię się słaba w zaledwie kilka sekund. Dłonie są obce, nawet kiedy na nie patrzę i widzę, że należą do mnie. Mój umysł zwalnia. Świat się wyłącza.

- A teraz – mówi jedna z pielęgniarek, chwytając mnie za bark. – pójdziemy na mały spacer.

Słyszę ciche skrzypnięcie. Przed oczami pojawia się jakiś błysk. Szum. Korytarz pełen ludzi. Lekki napad paniki odbiera mi możliwość normalnego oddychania, kiedy wyobraźnia podsuwa nieprzyjemne wizje. Uczucie spadania zawraca w mojej głowie, tylko po to, by ponownie wbić mnie w ziemię.

Chaotycznie kręcę głową, usiłując ocucić umysł, co okazuje się fatalnym posunięciem. Zamiast rozjaśnić myśli, całkowicie pogrążyłam się w mroku. Jestem zdana na kompletnie obce mi osoby. Wstrzymuję oddech.

Wokół mnie jest tyle głosów, że wyrażenie tego w sposób słowny jest niemal niemożliwe. Burza dźwięków pochłania mnie całkowicie, lecz po dłuższej chwili wszystko wraca do normy. Opadam na krzesło, kompletnie pozbawiona sił. Spoglądam na pozostałych zgromadzonych rozbieganym wzrokiem. Zaczynam żałować, że nie mogę wyrwać się z tych dołujących spotkań. Gdyby nie przysłali po mnie tych kobiet, mogłabym zatuszować swoją nieobecność. Niestety oszukanie ich nie wchodzi w grę. One robią to, co robią zawsze. Ubierają, naklejają naklejkę z imieniem, czeszą, prowadzą do salonu i pilnują do momentu, aż nie usiądę w kręgu razem z pozostałymi i nie rozpocznie się terapia. To okrutne zmuszać wariatów do spędzania czasu z innymi wariatami. Przez te pieprzone dwie godziny będę się gapić na twarze, które obmyte są z wszelkich emocji. Zostanę skazana na słuchanie poruszających historii, całkowicie pozbawionych sensu, ociekających szaleństwem. Naprawdę, wolałabym siedzieć w izolatce, niż z nimi.

Spoglądam na zgromadzonych. Jestem w bloku, przeznaczonym dla „ciężkich” przypadków, ale wbrew pozorom nie każdy pacjent zatracił się w obłędzie. Są tu też ludzie, którzy ciągle próbują walczyć. Te osoby są dopiero zabijane przez swoje lęki. Ciche. Skryte. Zupełnie niewidoczne.

Ostatnie świry zajmują miejsca. Patrzę na wychudzone sylwetki, na pogniecione papierowe sukienki, na zmęczone oczy, zastanawiając się, czy właśnie tak będę kiedyś wyglądać. Teraz moja szansa na wyjście stąd zgasła, pozostawiając mnie w kompletnej ciemności.

- Dobrze. – mówi terapeuta. – Zaraz zaczynamy. Najpierw zrobimy małe ćwiczenia.

Całą uwagę skupiam na mężczyźnie, trzymającym obie ręce w górze. Pielęgniarz, który stoi przy nim, usiłuje zmusić go, do siedzenia spokojnie. Wiem, że ten facet jest tu od kilku tygodni. Podtrzymuje niebo, by nie spadło na ziemię.

Kołysząca się kobieta, która siedzi obok, co chwile uderza o mój bark. Ma lęk separacyjny. Można powiedzieć, że skupiła się tak bardzo na sobie, że zobaczenie pozostałych ludzi stało się niemożliwe. To straszne być zamkniętym we własnym umyśle przez całe życie

Ktoś kicha, ktoś kaszla. Słychać nerwowe przebieranie palcami i tupanie. Nie jestem w stanie skoncentrować się na własnych myślach ani na słowach terapeuty. Wokół mnie jest zbyt dużo porytych ludzi. Spoglądam w lewo, zauważając dziewczynę, z którą próbowałam się kiedyś zaprzyjaźnić. Miałam nadzieję, że już wyszła. Jest tu bardzo długo. Kiedy przyjechałam do ośrodka, już tu była. Potrzebowałam wtedy kogoś, z kim mogłabym porozmawiać, więc uczepiłam się jej. Nie była zainteresowana. Olała mnie, a ja jak zwykle zachowując się niedojrzale, postanowiłam poszukać o niej informacji. Została zgwałcona. Zaszła w ciążę. Nie pozwolono jej usunąć zarodka. Próbowała zabić to dziecko, kiedy tylko je zobaczyła. Ma manię prześladowczą i wpada w głębokie stany lękowe.

Nagle odwraca wzrok, a nasze oczy spotykają się. Natychmiast zrywam kontakt, zasłaniając twarz włosami. Patrzę na białe końcówki. Chyba jest źle. Chyba straciłam nawet pozory, że wszystko ze mną w porządku. Nie ma sensu się okłamywać. Stoję na klifie, a szaleństwo spycha mnie w dół. Jeśli spadnę, roztrzaskam swoją nadzieję na normalne życie. Nigdy stąd nie wyjdę.

- Hanno. – czyjaś dłoń ląduje na moim ramieniu. Odwracam się powoli, a moje serce bije szybko na samą myśl, że Aleksy z jakiegoś powodu przyszedł do psychiatryka i będę mogła z nim porozmawiać, ale kiedy spoglądam w górę, wyzbywam się całej nadziei.

Edmund odchrząkuje. Nie wiem, czy prawidłowo odczytuję wyraz jego twarzy, ale... chyba jest jakby zadowolony? Przypominam sobie, kiedy ostatni raz go widziałam.

- Cieszę się, że twoje postępowanie się zmieniło, ale wiedz, że mimo wszystko nie zapomnę o całej sprawie.

Marszczę brwi. Nie mam pojęcia, o czym mówi.

- Słucham?

- Chciałem powiedzieć ci przed terapią. Nie zmieniam twoich leków. Pozostajesz przy starej racji.

Nie mogę uwierzyć. Kompletnie o tym zapomniałam. Przecież miałam dostawać dodatkową porcję na uspokojenie.

Mrugam kilka razy, zanim do mojego mózgu docierają wszystkie informacje. Zastanawia mnie, co takiego zrobiłam, że cofnął decyzję. Edek uśmiecha się do mnie lekko, co niezmiernie mnie dziwi, ponieważ nigdy nie widziałam, by ten pedantyczny dupek się śmiał. Klepie mój bark, odwraca się i odchodzi. Zostaję tu, na tym pieprzonym krześle, pogrążona w zdumieniu, śledząc go wzrokiem. I właśnie w tej chwili zauważam coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Klucze, które ukradłam... jakimś niewyjaśnionym, kurwa, mistycznym sposobem znajdują się teraz w jego dłoni. Przecież je zgubiłam. Gdyby nawet ktoś je znalazł, zgłosiłby to, gdzie były. Powinna wybuchnąć panika, powinni szukać winnego. I nawet jeśli miałby zapasowy zestaw...

Nie rozumiem.

Pielęgniarka, która stoi za mną, nachyla się lekko w moją stronę. W pierwszej chwili jej nie zauważam. Dopiero kiedy się odzywa, dociera do mnie, że słyszała słowa Edka.

- Widzi Pani? Wystarczyło jedynie posprzątać bałagan, za jaki była pani odpowiedzialna. Pani Zofia mogła wrócić do swojego pokoju, z czego bardzo się cieszyła. Wszystko jest już dobrze, więc odrzucamy zmartwienia. No już. Po terapii wyświetlimy film o słoniach afrykańskich. Może to panią zainteresować.

Ściska moje ramie w geście dodania otuchy.

Marszczę brwi. Za mówienie do mnie jak do dziecka, zabijam tę kobietę w myślach w najbardziej okrutny sposób, jaki potrafię. Jej słowa rozmazują się i plączą przed moimi oczami, tworząc bezkształtną masę. Nie wiem, czy bardziej wkurwia nie to, że cały psychiatryk myśli o mnie, jak o wpadającej w histerię dziewczynce, czy to, że w mniemaniu kobiety słonie afrykańskie są dla mnie atrakcyjne. Przez natłok głupich myśli, gubię gdzieś to, co jest najistotniejsze w całym zdaniu.

„Posprzątać bałagan”

Otwieram szarzej oczy. Moje serce zaczyna tłuc się po wolnej przestrzeni między żebrami. Jego bicie słychać w całym wszechświecie.

Czyli zdemolowany pokój psycholki sam się posprzątał?

Staram się ukryć przerażenie, które wpełza do mojego wnętrza przez gardło, ale w tej samej chwili moje oczy napotykają na swojej trasie JĄ. Siedzi naprzeciwko. Ma gładko uczesane włosy, spięte w nienaganny kok. Na sukience nie widać nawet ani jednej plamy. Jest nieskazitelnie czysta. Pielęgniarka, która robi za jej niańkę, pilnuje, by ślina nie wydostała się z ust, i nie skapywała na podłogę. Widzę szurniętą Zośkę. Widzę, ale to nie ona. Dziwnie jest patrzeć na tę kobietę bez złośliwego uśmiechu, nie słyszeć jej śmiechu. Pewnie jest na prochach. Pewnie dali jej silne leki. Pewnie to ma pomóc.

Jej głowa ucieka co chwilę w tył. Ledwo utrzymuje się na krześle. Ręce zwisają luźno po bokach, pokazując światu siniaki i rany na skórze. Ten widok jest tak okropny, że nie mogę oderwać wzroku nawet na sekundę. Nie potrafię nie patrzeć na Zośkę, nawet kiedy ona spogląda na mnie.

Wstrzymuję oddech. Kobieta porusza ustami, ale nie słyszę brzmienia słów. Jest zbyt daleko. Wpatruje się we mnie przez chwilę, po czym opada na krzesło. Chyba jest zmęczona. Zmęczona tym wszystkim, tak samo, jak ja. Przyłapuję siebie na współczuciu wobec niej.

- Zaczynamy. – mężczyzna poprawia okrągłe okulary i zerka w stronę

personelu psychiatryka, który właśnie wychodzi z salonu, zostawiając go z grupą szaleńców.

- Na poprzedniej wizycie skończyliśmy na rozpoznawaniu swoich emocji. Teraz zaczniemy w ten sam sposób. Proszę zamknąć oczy i posłuchać swojego serca. Zaraz opowiemy sobie nawzajem o tym, co czujemy.

Słucham mężczyzny, marszcząc brwi. Jest w wieku około czterdziestu lat i wciąż nie zauważył, że to, co robi, jest cholernie głupie. Każąc wykonać tutejszym taką prostą czynność, to jak próbować chodzić po wodzie.

Patrzę po świrach. Zamykają oczy, stosując się do polecenia terapeuty. Niektórzy wykonują chaotyczne ruchy, ale bez sprzeciwu robią to, co zostało im polecone. Tylko ja wciąż trwam z otwartymi oczami i obserwuję tych wszystkich pieprzonych debili.

Wzdycha przeciągle. Decyduję się pozwolić powiekom opaść, kiedy ostatni wariat zamyka oczy. Tłumacząc sobie, że nie mogę być wiecznie wrogo nastawiona, usiłuję ignorować to, jak irracjonalnie się teraz zachowuję. Może takie „ćwiczenie” w czymś mi pomoże? Może dzięki temu wyjdę z psychiatryka?

Mam ochotę jebnąć się w łeb.

- Musicie wydobyć ze swojej duszy to, co wam teraz towarzyszy.

Co mi towarzyszy. Co mi towarzyszy? Jesteśmy kurwa w psychiatryku, co mogę odczuwać, oprócz strachu i odurzenia przez leki? Zaraz wyjdę z siebie. Nienawidzę tych pierdolonych ćwiczeń. Są chujowe. Niepotrzebne, ale mimo wszystko, wykonuję je. Zagłębiam się w swoje emocje. Przeszukuję monochromię, która zalęgła się w moim wnętrzu jakieś piętnaście lat temu, odnajdując zaginione wspomnienia. Zadaję sobie pytanie: co czuję, a odpowiedź jest prosta. Strach. Muszę jednak podkreślić, że to nie jest ten rodzaj strachu, kiedy leżę w łóżku sama, przekonana o istnieniu potworów z mojej głowy. Ten strach jest inny. Boję się, ponieważ dużo rzeczy dzieje się wokół bez mojego pozwolenia. Nie rozumiem tych rzeczy. Nie chcę ich zrozumieć.

Niespodziewanie w mojej głowie rozbrzmiewa ciche nucenie.

Czekam, aż zostanę sparaliżowana przez narastający lęk, ale nic podobnego się nie dzieje. Chyba zaczęłam przyzwyczajać się do tego śpiewu. Melodia jest teraz nieco inna, niż pamiętam. Zbyt cicha, by przerazić. Zbyt spokojna, by zatrzymać akcje serca.

Chwila ciszy zostaje przerwana przez kilka chrząknięć. Parę uderzeń wytrąca mnie z równowagi. Kilka szeptanych słów wpada do mojej głowy. Postanawiam ignorować wszystko i pozwolić, by destrukcyjne uczucia zabrały mnie ze sobą.

Jestem masochistą.

Rozkoszuję się we własnym bólu.

- Proszę otworzyć oczy. Kto chce pierwszy opowiedzieć o swoich uczuciach?

Trwam w kompletnym bezruchu. Mam wrażenie, że mój mózg odizolował się od świata. Wciąż wywlekam na zewnątrz kolejne wspomnienia i katuję nimi swoją duszę.

Nie zamierzam przestać.

- Ja chcę! – rozpaczliwy krzyk.

- Helena, mam zawał!

- Gdzie moje nogi? Ktoś ukradł mi nogi!

- Spokojnie. Zaraz wszyscy będą...

Wokół panuje okropny hałas. Niektórzy śpiewają, jedni płaczą, drudzy się śmieją. Czyli typowy przebieg terapii na tym oddziale.

A ja nie zamierzam tam wracać. Chcę zostać w tych czterech białych ścianach mojego umysłu i nigdy nie musieć wracać do rzeczywistości. Niestety, kiedy już zaczynam odpływać, dwa słowa, które rozbrzmiewają echem, otwierają mi oczy szeroko.

- Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą. Wciąż patrzą.

Panika staje się dla mnie tlenem.

Obraz rzeczywistości, w której ląduję, wprawia mnie w obłęd. Nie mogę oddychać. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę zrobić absolutnie nic, ponieważ zostałam złapana w sidła chwili, w której wszystko wokół uległo deformacji. Wszystko zniknęło. Wszystko... Jestem w pustce.

Siedzę na krześle, obserwując płytkie ruchy klatki piersiowej kobiety. Zośka oddycha szybko i nierównomiernie. Prawie całkowicie zsunęła się z krzesła. Jej bezwładne ciało zawisło pod dziwnym kątem. Patrząc na nią, mam wrażenie, że umiera. Jeszcze chwila, a jej serce przestanie bić.

Ten widok jest przerażający, jednak to, co znajduje się zaraz obok niej, jest jeszcze bardziej niepokojące. Czarna sylwetka przycupnęła obok krzesła. Długie kończyny zawinęła pod siebie i przebiera nerwowo kościstymi palcami. Drapanie wbija się w mój mózg.

Usiłuję na nią nie patrzeć, ale odwrócenie wzroku w stronę nicości powoduje jeszcze większy strach. Pośrodku nieskończoności jestem ja, całkowicie sparaliżowana, pieprzona psycholka, która zdaje się zaraz kopnąć w kalendarz i cień. A kiedy wydaje mi się, że gorzej być nie może, nucenie rozbrzmiewa w przestrzeni.

Zaraz zwariuję.

Wbijam paznokcie w skórę ud tak mocno, że krew zabawia sukienkę. Wyładowuję cały strach właśnie przez taką czynność, ponieważ na nic innego nie mogę sobie pozwolić. Nie mogę wykonać nawet najdrobniejszego ruchu.

Cień nagle unosi ręce do góry i powoli kładzie dłonie na klatce piersiowej kobiety. W jednej chwili wszystko przestaje mieć dla mnie znaczenie. Skupiam się jedynie na swojej bezradności, która rozpruwa mi brzuch. Chcę uciec. Nie mogę na to patrzeć.

Przestaje oddychać.

Czy ona...?

Gdybym mogła wypowiedzieć choćby słowo, błagałabym, by zostawił kobietę przy życiu.

Klatka piersiowa Zośki zaczyna powoli pękać, zupełnie jakby była małą, porcelanową laleczką. Z niewielkiego otworu płynął strużki czarnej cieczy, rozlewają się po podłożu, tworząc czarną kałużę. Śledzę ruchy potwora. Obserwuję, jak dźwiga swoje ciało i staje na prostych nogach, które są niewyobrażalnie cienkie. W wyprostowanej pozycji wzrost „tego” wynosi ponad trzy metry.

Nachyla się powoli. Sięga w stronę ciała, zanurzając rękę w otworze. Nie jestem pewna, czy przypadkiem nie śnię, kiedy widzę, jak ten wielki potwór znika we wnętrzu małego otworu. Wniknął w nią.

Niedowierzanie dusi mnie w objęciach.

I nagle znów wszystko się zmienia.

Nie wiem, co się stało. Nie wiem, czemu się stało i jakim cudem. Mam wrażenie, że przekroczyłam jakąś umowną granicę między normalnością a szaleństwem.

Mrugam kilka razy i stwierdzam, że znów jestem w tym samym pomieszczeniu, w którym odbywała się terapia. Oddycham głęboko, dziękując w myślach, za koniec tej halucynacji. W pierwszej chwili nawet nie zauważam, że siedzę tu sama. Inni pacjenci gdzieś zniknęli. Mogłaby się nabrać na to, że jestem w psychiatryku, który znam, gdyby nie fakt, że wystrój wygląda dokładnie tak, jak na starej fotografii, pokazującej to miejsce w czasach poprzedniego wieku.

Chyba umrę.

Lekko poruszam ręką, by sprawdzić, czy mogę w pełni kontrolować swoje ciało. Po chwili namysłu wstaję. Robię krok do przodu i rozglądam się. Nie mam pojęcia, czemu mój mózg postanowił przenieść mnie w czasie. Czemu moja psychoza rozgrywa się akurat tutaj? Psychoza. Tak. Na pewno mi odbija. To chwilowe.

Potrząsam głową.

Kieruję się w stronę wyjścia. Zerkam na korytarze, poszukując drzwi, za którymi powinien być mój pokój. Zaciskam zęby do granic wytrzymałości dziąseł. Nie. Nie mogę tam pójść. Najlepiej będzie, jeśli wyjdę na zewnątrz. Muszę szybko się stąd wydostać.

Wychodzę na hol, urządzony w przytulny, wiktoriański sposób. Mijam parę pluszowych miśków i drewniany pociąg. Zabawki. Dlaczego są tu zabawki? Głęboki wdech pozwala mi iść naprzód. To tylko moja wyobraźnia. Przecież to takie oczywiste. Mój mózg odwala. Mała psychoza. Zaraz przejdzie. Otulam ciało ramionami, usiłując zatrzymać drżenie.

Zamarzam w jednej pozycji, kiedy głośny dźwięk kroków wypełnia przestrzeń. Ktoś zmierza szybko w moją stronę. Strach przetrzymuję mnie w miejscu. Przeraża mnie fakt, że w moim umyśle jest jeszcze ktoś oprócz mnie.

Przylegam do ściany, z szeroko otwartymi oczami, kiedy obok pojawia się malutka dziewczynka w niebieskiej sukience. Jasne loki rozlewają się po jej ramionach. Biega, rozglądając się. Mogłabym wysunąć wniosek, że szuka kryjówki, ale gdyby rzeczywiście tak było, nie uśmiechałaby się. Nie jest w prawdziwym zagrożeniu.

- Szukam!

Chichot rozlega się po piętrze. Słyszę kolejne kroki. Idą tu. Jestem przerażona. Dziewczynka kucnęła za wielką doniczką dokładnie obok poręczy schodów. Przez myśl przechodzi mi, że również powinna się schować, ale na to jest zbyt późno, bo przede mną pojawia się wysoki mężczyzna w okrągłych okularach i połowiczną siwizną. Zatrzymuje się ułamek sekundy, po czym odchodzi.

Tak po prostu.

Odszedł.

Zbierając resztki odwagi, decyduję się pójść za nim. Czy on mnie nie...

- Izabelo, gdzie jesteś?

Cichy śmiech odbija się echem w mojej głowie. Ja i mężczyzna odwracamy się w tej samej chwili. Widzę, jak dziewczynka wybiega zza kwiatka.

- Izabelo!

Facet zaczyna biec, przenikając przez moje ciało. W tej chwili zaczynam pojmować, w jakiej sytuacji się znalazłam. Oni mnie nie widzą. Niewiara wypełnia moje usta.

Idę za nim.

Dziecko zniknęło z pola mojego widzenia. Mężczyzna również jej nie widzi. Zaczyna chodzić, wołając jej imię, a ja kojarzę fakty.

Bawią się w chowanego?

Nagle słyszę skrzypnięcie otwieranych drzwi. Patrzę w tamtą stronę. Tam jest.

- Znalazłem cię!

Widzę, jak dziewczynka śmieje się i wyrywa z objęć, kiedy ten facet ją podnosi. Słyszę, jak mówi do niego tato. I z niewiadomych mi przyczyn żal ściska moje serce.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/11879-Wciaz-patrza-15

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Kawał dobrej roboty, wchłonąłem wszystkie czternaście części dzisiejszego popołudnia, dzieki Tobie zapomniałem o męczącej mnie gorączce. Będę czekał na następne (nawet nie waż się kończyć histori:) z niecerpliwością, mam potrzebe śledzenia dalszych losów bohaterów, a nawiązując do tego - świetnie rozbudowałaś wątek Aleksego. Jedyne co mi przeszkadzało w czytaniu i do czego mógłbym się przyczepić, jest rażąca ilość powtórzeń niektórych słów, np wszyscy tam "prychają", jakby byli chorzy na grype a nie na głowe. Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Cieszę się, że pomogłam Ci w jakiś sposób zapomnieć o chorobie. I dzięki za uwagę. Obiecuję, że postaram się nie wpieprzać tego słowa zbyt często i wiem, że mam z "prychaniem" problem ;D Szybko zdrowiej!
Odpowiedz
Jak zwykle świetnie;) Gratuluję wyobraźni i nie mogę się doczekać kolejnych części. Szczerze się przyznam, że gdy siedziałam sama w pokoju, myślałam, że za mną stoi „to coś”, a to się często nie zdarza. Jeszcze raz gratuluję!
Odpowiedz
Ps. Moj telefon szfankuje przy pisanu nie przejmowac sie bledami i literowkami:)
Odpowiedz
Dziekuje ci ze piszesz. Juz raz napisalam ze dzieki tobie polubilam czytanie, prosze pisz pisz nieprzestawaj:) oby kiedys ten trud zostal doceniony masz talet i niezla wyobranie:)ja chyba jutro zaczne rysowac Hanne:) moze ci sie kiedys przyda pozdrawiam i czekam na wiecej:)
Odpowiedz
Dzięki za ciepłe słowa :D Koniecznie wyślij mi zdjęcie rysunku ;)
Odpowiedz
Nieomieszkam :) ale chwile to zajmie:) musi byc perfekt jak twoje opowoadanie:)
Odpowiedz
Anna Pijanowska A więc czekam! :D
Odpowiedz
Uwielbiam. Po prostu uwielbiam to jak piszesz! Kiedy podali te leki Hannie, niemal czułam jakbym to ja je zażywała. Naprawdę wielki plus za taką fabułę. Nie mogę się doczekać więcej i już czekam na następna niedzielę :). Ślę dużo weny twórczej!
Odpowiedz
Wena twórcza dotarła ! :D
Odpowiedz
Kolejna świetna część,jak dla mnie jedna z 4 najlepszych serii na tej stronie,tylko szkoda że części ukazują sie co tydzień(za długo)^^
Odpowiedz
Jakie inne serie masz na myśli? Chętnie poczytam
Odpowiedz
Michał Banan Grzyśka Z serii dwa lata później.. Wszystko od MrocznegoWilka, i całe wagary razem z prequelem, Czas Z
Odpowiedz
Kiedyś trafiłam na to opowiadanie, pierwszy odcinek mnie mocno zniechęcił i nie chciałam czytać kolejnych. Tydzień temu zobaczyłam wpis na facebooku o odcinku 13, postanowiłam dać szansę i przeczytać całość. Zdecydowanie myliłam się z początkową oceną, faktycznie WP1 jest najsłabsze, ale w kolejnych wkręciłam się tak mocno, że dzisiaj z niecierpliwością odświeżałam Twój profil od 12:00 :) Pasta kojarzy mi się mocno z Silent Hill, nie mogę się doczekać kolejnych odcinków.
Odpowiedz
Dzięki za komentarz. Przyznaję, wiele osób twierdzi, że opowiadanie przypomina Silent Hill, co jest dziwne, bo nie wzoruję się na tej produkcji, ale bardzo ją lubię ;D Co do pierwszej części WP - będę szczera, nie miałam zamiaru pisać kontynuacji. Nie miałam w planach tworzyć Hannę i Aleksego, ale zachęciły mnie do tego komentarze. Cieszę się, że postanowiłaś czytać kolejne części. Mam nadzieję, że przypadną Ci do gustu. ^^
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje