Historia

Pętle mostu groszowego, część druga

johny 0 3 lata temu 3 684 odsłon Czas czytania: ~8 minut
Ta historia posiada kilka części:
Część 1 Część 2 Część 3 Część 4 Część 5

Wpis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5495

JESTEŚ JAK PAPIER W OBLICZU OGNIA

– Nie chcę tam wracać. Nie dam rady. Nie potrafię. Nie zmuszajcie mnie. – Karol mówił ze wzrokiem skierowanym na własne buty. Siedział na łóżku z podłączoną kroplówką. Razem z nim w pomieszczeniu znajdowali się jego rodzice, lekarz i komisarz Węgrzyński.

– Nadmiar stresu źle wpłynął na organizm państwa syna. Przeżył szok, przez najbliższe dni może spać dłużej niż zazwyczaj, a nawet chodzić we śnie. Dożylnie podaliśmy mu mieszankę minerałów i witamin na wzmocnienie. – wyjaśnił lekarz.

– Dziękujemy. Naprawdę bardzo panu dziękujemy. – odpowiedziała matka Karola.

– Mamo, przecież ja tego nie zrobiłem… – powiedział chłopak. Patrzył jej w oczy.

– Synku, oczywiście, że nie. Nie myślimy tak, to po prostu… to bardzo straszne…

– Nigdy nie słyszałem o podobnym wydarzeniu. W cywilizowanym kraju, w czasach pokoju… – rozmyślał głośno ojciec. – Do cholery jasnej, jak można zamordować trzydzieści dwie osoby, w dodatku dzieci? W jedną noc! Czy nikogo tam wtedy nie było? Żadnego pijaczyny, bezdomnego? Gówniarze nie wracali z klubu? Skąd oni wszyscy tam się w ogóle wzięli? Przecież niektórzy mieszkają paręnaście kilometrów od miasta!

– Proszę się uspokoić, panie Lewarek. – powiedział stary glina. – Czy pan myśli, że ja spotykam się z takimi sytuacjami na co dzień? W całym kraju wrze, każda gazeta i stacja telewizyjna nieprzerwanie nadaje o naszej sprawie. Za niedługo o tych biednych dzieciach będzie tak głośno jak o polskich oficerach w czasie odkrycia zbrodni katyńskiej.

Nastała cisza.

– Złapiecie ich? – wyszeptała matka Karola.

– Nie wiemy nawet, czy możemy mówić o ‘nich’. To mogła być jedna osoba. – odpowiedział Węgrzyński.

– Urzędowe pierdolenie. To chyba, kurwa, oczywiste, że musiała to zrobić jakaś grupa! – krzyknął ojciec wstając. Matka złapała go za rękę. Komisarz podniósł wzrok.

– Ostatni raz przywołuję pana do porządku, panie Lewarek. Niech pan pomyśli o swoim synu. Już dość stresu przeżył w ostatnim czasie. Jak my wszyscy zresztą. – Ojciec Karola spojrzał ze skruchą na chłopca i usiadł łapiąc żonę za rękę.

– Przepraszam. – powiedział cicho.

Ponownie nastała cisza.

– Czy oni… czy on… czy zabiją mnie? – spytał Karol po chwili. Kątem oka zauważył, że po usłyszeniu tego zdania do oczu jego matki napłynęły łzy.

– Nie wiem, młody. Nikt tego nie wie. – odparł glina.

– A dlaczego ja? Dlaczego nie Tomek? Dlaczego nie Anastazja? Dlaczego nie ktoś inny?

– Właśnie tego staramy się dociec. Odpowiedzi może być wiele: morderca, lub mordercy nie wiedzieli, że chodzisz do tej klasy, nie udało im się ciebie odnaleźć, zrobili z tego swój psychopatyczny żart, zrobili to bo taką mieli zachciankę i jeszcze… to wszystko mogło być zbiegiem okoliczności. Padło na trzydziestu dwóch uczniów, los chciał, że wszyscy chodzili do jednej szkoły i… wiem, to brzmi absurdalnie. Nie jestem w stanie wymyślić nic innego. – Nikt nie był zachwycony słowami Węgrzyńskiego. – Posłuchajcie mnie wszyscy bardzo uważnie. Karol będzie musiał spędzić u nas bardzo dużo czasu. Niech się państwo nie boją, będzie go można odwiedzać codziennie.

– Trafi do aresztu? – przestraszyła się matka.

– Nie, musimy go wypytać o wszystko, co pamięta z ostatniego czasu. O dziwne zachowania wśród znajomych, o podejrzane postaci na terenie szkoły, w mieście. Po prostu o wszystko. Przesłuchania będą trwały… nie mam zielonego pojęcia jak długo. Karol, na pewno musisz przygotować się na to, że dzisiejszą noc całą spędzisz rozmawiając ze mną i z panem psychologiem, który powinien przyjechać do nas z Warszawy za około dwie godziny. Czy zrozumiałeś? – Wszyscy byli wpatrzeni w chłopaka. Poczuł się bardzo nieswojo, wciąż myślał, że to on jest winny temu wszystkiemu. Że szukają dowodów, żeby wsadzić go do więzienia na dożywocie. Albo nawet przywrócić karę śmierci. Specjalnie dla niego.

– Zrozumiałem, proszę pana. – odpowiedział. Spojrzał na rodziców. Ojciec starał się zachować nieugięty wyraz twarzy, lecz po jego czole spływały krople potu. Oczy matki wciąż łzawiły.

– W takim razie muszę państwa poprosić o udanie się do domu. Proszę się niczym nie martwić, synowi nic się tu u nas nie stanie. – Węgrzyński wstał, tym samym dając znak chłopakowi i jego rodzicom, że czas opuścić pomieszczenie. Stojąc w drzwiach ojciec odwrócił się.

– Przepraszam, Karol. No wiesz, za te narzędzia. Nie myśl o tym, niepotrzebnie na ciebie nakrzyczałem. – Ojciec i matka Karola opuścili pomieszczenie, chwilę później weszła sekretarka.

– Pytają, czy można odwozić ciała.

– Niech odwożą i niech zrobią to jak najszybciej. Przed nimi dużo cięcia. – pani Jadzia, bo tak miała na imię, kiwnęła głową i opuściła pomieszczenie. Stary glina głośno westchnął.

– Dużo cięcia. Tak, bardzo dużo…

ZBLIŻA SIĘ ŚMIERĆ

Była siódma trzydzieści. Karol spał na krześle przy małym stoliku, na którym leżało pełno notesów, długopisów, papierów i przeróżnych innych dokumentów. Węgrzyński siedział przed nim pijąc kawę. Całą noc chłopak był przesłuchiwany. Do pokoju wszedł lekarz psycholog.

– Widzę, że śpi. Jednak my musimy porozmawiać. – powiedział na wstępie. Był niski, chudy, w wieku Węgrzyńskiego, bez zarostu, z wielkimi zakolami, w okularach.

– Chciałbym jeszcze raz panu podziękować za to, że pan przyjechał aż ze stolicy. – rzucił stary glina.

– Dziękować pan nie musi, to przecież moja praca. Podsumowałem wszystko, co chłopak mi powiedział, lecz nie mogę nic z tego wywnioskować.

– Cholera jasna… A kiedy rozpoczyna pan leczenie chłopaka?

– Karol nie jest chory. To nie jest leczenie. Po prostu układam w jego głowie myśli tak, żeby nie czuł się winny i żeby nie odczuwał tak dużego stresu. A zacząłem to robić już na pierwszej rozmowie.

– To dobrze. On musi być silny, będzie w tym siedział tak długo, aż dowiemy się, dlaczego przeżył. On jest mostem. Mostem między nami a mordercami.

– Mówimy o morderstwie… Ja pomyślałem o innej rzeczy, panie komisarzu. – twarz psychologa posmutniała jednocześnie stając się bardzo poważną.

– O jakiej? – spytał zdziwiony glina.

– Nie pomyślał pan o tym, prawda? – ciągnął lekarz.

– Ale o czym? – Węgrzyński starał się zrozumieć grę, w którą grał z nim rozmówca.

– O zbiorowym samobójstwie. – nastała cisza.

– To niemożliwe. Moi ludzie cały wczorajszy dzień rozmawiali z rodzicami zmarłych. Co prawda niektórzy mówili, że przez ostatni czas mieli problemy rodzicielskie, ale to były błahostki. Papierosy. Późne powroty do domu. Bałagan w pokoju. – glina wydał się lekko poirytowany tym, co powiedział niski mężczyzna siedzący przed nim. Po chwili jednak, poczuł, że słowo ‘samobójstwo’ zaczęło wiercić w jego głowie głęboki tunel. Co, jeśli to faktycznie to?

– Czytał pan kiedyś książkę Jory’ego Lettucemana zatytułowaną ‘Nakaz śmierci?’

– Nie przypominam sobie, ale raczej nie… – komisarz zamyślił się.

– Opowiada ona o sekcie, która początek swego istnienia ma w dziewiętnastym wieku, w Anglii. Psychopaci w białych maskach działali na psychikę młodych ludzi, podawali im narkotyki, zapraszali ich na spotkania i mroczne rytuały. Celem ich działania było wywołanie u dzieci skłonności autodestrukcyjnych. Ofiary ludzi o białych twarzach dokonywały strasznych rzeczy. Kaleczyły swoje ciało, obcinały sobie kończyny, spotykały się w kanałach, gdzie siadały w kółku i wyrządzały sobie krzywdę w formie zabawy. Dochodziło nawet do kanibalizmu i autokanibalizmu. – psycholog opowiadał o wszystkim z dziwnym spokojem. Staremu glinie nie podobało się to.

– I co w związku z tym, panie doktorze? Sądzi pan, że martwi uczniowie zostali zmuszeni przez angielską sektę do odebrania sobie życia?

– Nie. Po prostu tak mi się skojarzyło. No nic, będę się zbierał, muszę uzupełnić raport. – lekarz opuścił pomieszczenie.

– Angielska sekta. – powiedział głośno glina. Pomyślał chwilę nad słowami psychologa. Spojrzał na śpiącego Karola. Nagle wstał, wyszedł z pomieszczenia i udał się do sekretariatu, gdzie przy komputerze siedziała sekretarka. – Pani Jadziu.

– Witam pana, panie Węgrzyński, czy mogę w czymś pomóc? – odpowiedziała uśmiechnięta.

– Proszę znaleźć dla mnie pewną książkę, muszę ją przeczytać, to ważne, chodzi o sprawę mostu groszowego. – Pani Jadzia poszperała w komputerze.

– Jaka to książka? – zapytała.

– ‘Nakaz śmierci’ Jory’ego Lettucemana.

NOWY WRÓG

‘Maski miały symbolizować, że wiedzą, że odnajdują się we wszechświecie. Rozumieją, że zło istnieje, że płynie w powietrzu wraz z wiatrem, światłem i dźwiękiem. Biały kolor pokazywał, że każdy człowiek jest niewinny, rodzi się dobry. Zło po pewnym czasie wchodzi w każdego, w jednego bardziej, w jednego mniej. Czasem atakuje, obiera cel losowo. Lecz gdy trafi na osobę, która w owe zło nie wierzy, uderza ze zdwojoną siłą.’

Policjant zdjął okulary i przetarł oczy.

Cholera, co to byli za psychopaci… Nie powinienem tego czytać, nabawię się tylko jakiś manii…

Mimo wszystko wrócił do lektury. Ciekawość wygrała.

‘Biali modlili się do źródła wszelkiego zła, którym według nich był Nul – niewidzialny, niesłyszalny i niewyczuwalny kłąb złej energii. Jedni nazywali go demonem, inni siłą sprawczą. Ofiary, które zmuszali do obrzydliwych czynów były formą podarku dla Nula. Dzięki temu, ludzie z sekty byli bezpieczni od jego ataków. Takie były ich wierzenia. Prawda jest dość oczywista. Myśląc, że są bezpieczni od siły złego demona, czynili tylko to, czego on tak naprawdę chciał. Czynili zło.’

To wszystko to jakaś bujda. Pierdolony Nul i pierdoleni sadyści o białych mordach. Szlag by to wszystko…

– Panie komisarzu, chłopak się obudził. – w drzwiach gabinetu Węgrzyńskiego stał stróż nocny. – Akurat przechodziłem i zobaczyłem, że drzwi są otwarte, zajrzałem tylko do środka… Podniósł głowę i spojrzał na mnie. Zapytał, kiedy będzie mógł iść do domu. Poprosił, żeby pana zawołać. – Glina westchnął, odłożył książkę i zdjął okulary.

– Już idę, dziękuję. – stróż skinął głową i wrócił do pracy. Węgrzyński dźwignął się z krzesła i ruszył do drzwi. Wciąż przecierał oczy, które były czerwone ze zmęczenia i bardzo go bolały. Czuł się, jakby był pijany. Szedł korytarzem wolnym krokiem, dźwięk jego butów na wypolerowanej podłodze rozchodził się echem. Przeszedł obok uchylonych drzwi Sali konferencyjnej.

Stuk.

Zatrzymał się. W pomieszczeniu, obok którego przed chwilą przeszedł coś spadło na podłogę. Coś małego, jakby długopis. Policjant odwrócił się, złapał klamkę i powoli otworzył drzwi. Wszedł do środka wolnym krokiem. Faktycznie, koło jednego z krzeseł leżał długopis. Pochylił się i złapał go. Czarny, plastikowy. Dalej klęcząc, przyglądał się krzesłom. Wszystkie były już zniszczone po wieloletnim okresie używania. Pod kilkoma przyklejone były gumy do żucia. Poczuł ból w kolanach, nie był już tak sprawny jak kiedyś. Wstał i spojrzał na okno.

Drzwi prawie wypadły z zawiasów, gdy Węgrzyński uderzył w nie przy upadku. Po chwili dopadł do niego stróż nocny. – O boże, wszystko w porządku? Zawróciłem i przybiegłem jak tylko usłyszałem ten trzask! – Wołał pracownik. Komisarz podniósł się z grymasem bólu na twarzy. Był cały spocony. – Co się stało, jest pan cały? – glina nie odpowiadał. Wszedł do pokoju i rozejrzał się.

– Potknąłem się, to nic… Dziękuję za troskę. Proszę teraz wracać do pracy. – odparł zimno. Stróż posłusznie ruszył tam skąd przyszedł.

No i mam swoją manię. Pierdolona książka… Muszę się wyspać. To wszystko przez zmęczenie…

Wariował lub nie, ale wiedział, że w oknie ujrzał białą twarz, której później już tam nie było.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/11854-Petle-mostu-groszowego-czesc-trzecia

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje