Historia

Banda kumpla, Felka

gaary 3 3 lata temu 6 170 odsłon Czas czytania: ~20 minut

„Banda kumpla, Felka”

– Jeśli za trzy minuty się tu nie pojawi, jutro się nim zajmę jak należy. Benek, na pewno nie pomyliłeś godziny? Powiedziałeś mu, o której ma tu być?

– Od czterech lat chrzest wygląda dokładnie tak samo. Podałem godzinę i miejsce jak należy. Młody wszystko wie, a nie ma go, bo pewnie sika po majtkach.

– Może i sika, może i jest tchórzem, ale teraz to już żadne usprawiedliwienie, powiedział, że przyjdzie, że chce przejść chrzest, więc albo się tu za chwilę zjawi, albo jutro pożałuje każdej kropelki szczyn wylanej w imię strachu. Rozumiecie? Żaden młokos nie będzie sobie pozwalał na gównoprawienie.

Czwórka siedemnastolatków stała na skraju leśnej drogi rozmyślając czy Franek pojawi się i wykona powierzone mu zadanie. Chłopak był od nich cztery lata młodszy, w zeszłym tygodniu skończył trzynaście lat - wiek próby, której banda kumpla, Felka poddaje każdego aspiranta do wyrobienia karty członkowskiej. Jest w tym kupa frajdy, bo częściej niż rzadziej chrzest kończy się płaczem i ucieczką. Nie wiem cóż w tym przyjemnego, ale kto zaprzeczy, że nastolatkowie lubią patrzeć na słabość innych. Ostatnie trzy próby skończyły się niepomyślnie. Paweł i Wojtek nie weszli nawet do lasu, a Kamil mimo, że zdał test, zakończył go w stanie kompletnej trwogi, na tyle silnej, by zaspokoić potrzeby śmiechu Felka na najbliższy kwadrans. Następnym w kolejce, który miał spróbować to zrobić był Franek. I oto nadszedł ten dzień, a właściwie noc, bo do zadania należało podejść o godzinie trzeciej trzydzieści, w środku nocy, pomiędzy jednym a drugim dniem. Pozostała jeszcze minuta zapasu, gdy na horyzoncie od głównej drogi pojawił się cień jakiejś postaci. Felek spojrzał na elektroniczny zegarek z podświetlanym wyświetlaczem, który miał na nadgarstku, a następnie przerzucił wzrok na zbliżającą się wolnym krokiem postać, uśmiechnął się lekko. Rozpoznał Franka. Wiedział, że zabawa się zaczyna. Chłopak zszedł z asfaltowej drogi na boczną dróżkę leśną, tę samą na której czekała na niego czwórka jego starszych kolegów. Szedł spokojnym krokiem, nie wyglądał na przestraszonego.

– Czy on gwizda, chłopaki? – zapytał Benek.

W okolicy panowała głucha cisza, cała czwórka wytężyła swój słuch.

– Niech mnie chuj... Gwizda – potwierdził Felek. – Smarkacz chyba myśli, że wybiera się na przyjemny spacerek.

– Na spacerek i owszem, ale czy przyjemny...!? – Benek zaczął się śmiać, a w ślad za nim reszta.

Franek rzeczywiście gwizdał. Sprawiał wrażenie pewnego siebie i rozluźnionego. Jak na swój wiek był wysokim i postawnym chłopakiem, ale jakie to miało mieć znaczenie w konfrontacji z ciemnym, wilgotnym i zimnym lasem w środku nocy.

– Cześć chłopaki! Co was tak rozbawiło? – zagadał gdy tylko zbliżył się do grupki.

Śmiechy powoli dogasały. Chłopaki zwrócili się w kierunku Franka.

– Mamusia cię puściła o tej godzinie? – zapytał Benek.

– Nie ma o niczym pojęcia, gdyby było inaczej na pewno by się nie zgodziła… ale to nieważne. Jestem tak jak prosiliście, gotowy na wykonanie zadania.

Miny wszystkich spoważniały. Felek długo walczył o to, aby moment chrztu nabrał wymiaru sakralnego. Teraz wszystko miało pójść już według ustalonego planu. Bez miejsca na żarty i uszczypliwości. Cała banda doskonale to wiedziała i doskonale potrafiła się do tego przystosować.

– Chłopcze, ty jako aspirant chcesz dołączyć do naszej grupy. My zebrani tutaj jej przedstawiciele w składzie: ja – szef bandy, oraz trzej moi najwierniejsi kompani: Benek, Guma i Czacha, przygotowaliśmy dla ciebie rutynowy test, którego powodzenie lub niepowodzenie zadecyduje o tym czy nadajesz się na jednego z nas. – W tym miejscu zatrzymał się na chwilę i spojrzał na Franka, jakby chciał sprawdzić czy wszystko gra i czy młody nie ma przypadkiem jakichś pytań. Nie miał, więc czytał dalej. – Zgodnie z planem i formułą zaakceptowaną przez najważniejszych członków bandy, termin twojej próby właśnie się zaczyna, na tydzień po trzynastych urodzinach, o godzinie trzeciej trzydzieści w nocy, w miejscu, w którym się znajdujemy. Czy wszystko się zgadza, czy masz jakieś pytania?

Franek spojrzał na niego pewnym wzrokiem.

– Żadnych pytań, wszystko jasne.

– Pytam pozostałych obecnych tutaj, czy są jakieś pytania?

Kumple Felka odpowiedzieli chórem unosząc wysoko podbródek:

– Wszystko jasne. – Pewnie godzinami to powtarzali, aby teraz mogło wyjść tak równo.

– Rozumiem, że formuła zadania jest ci znana?

– Tak, oczywiście.

– Trzymaj więc. Rozpoczynamy zabawę – powiedział podając chłopakowi otwartą puszkę piwa. Franek chwycił puszkę, ale nie bardzo wiedział po co mu ją wręczono.

– Po co mi ona?

– To jeden z elementów chrztu. Zanim wejdziesz do lasu, musisz wziąć przynajmniej łyk trunku, który jest na pierwszym planie loga naszej bandy.

– Dlaczego wcześniej o tym nie mówiliście? Ani Kamil, ani Paweł nie musieli tego pić.

Felek spojrzał na Benka porozumiewawczo, później przelotnie na Gumę i Czachę.

– To nowy pomysł, ma zaledwie kilka dni. W każdym razie już obowiązuje i albo się napijesz albo oblewasz – powiedział z uśmiechem.

Franek skrzywił twarz, przyłożył puszkę do ust i wziął jeden, dwa, trzy, cztery łyki. O trzy więcej niż od niego oczekiwano. Przetarł twarz rękawem i oddał piwo.

Był już gotów.

– Dobra, możesz wchodzić.

Nic więcej już nie odpowiedział. Pewnym krokiem ruszył w mrok lasu. Po momencie kompletnie zlał się z cieniami panującymi wewnątrz i stał się nie widoczny dla czekających na skraju ścieżki chłopaków.

– Ale będą jaja. Dobra chłopaki, wsiadamy na skutery i jedziemy na drugą stronę.

– Felek, nie myślisz, że wypił za dużo? – z niepokojem zapytał Guma.

– Daj spokój od tego się nie umiera, przynajmniej fizycznie. Zresztą sami tego chcieliście. Zobaczycie, będzie ubaw. Dużo lepszy niż ostatnio.

– Skoro tak mówisz. – Guma uśmiechnął się, ale wyglądał tak, jakby robił to z trudem.

Cała czwórka odpaliła silniki i ruszyła dokoła lasu, do miejsca, w którym ścieżka Franka się kończyła, tam znów mieli się spotkać.

Dwa kilometry sześćset metrów. Tak długi odcinek miał do pokonania trzynastolatek. Trasa wiła się po lesie, znał ją bardzo dobrze. Nie jedną godzinę spędził z kolegami w tej okolicy bawiąc się w chowanego, podchody czy małą wojenkę. Ale jeszcze nigdy nie był tu nocą. Za dnia nie ma nic strasznego nawet w najstarszych i najbardziej powykrzywianych drzewach, po zmroku, gdy jesteśmy pozbawieni tego, zmysłu, któremu najbardziej ufamy sytuacja diametralnie się zmienia. Wyobraźnia bierze górę. Do tej pory strach i żywy lęk każdego chłopaka kończącego lub poddającego próbę był właśnie jej skutkiem. Ponoć gdy człowiek wyostrza zmysły, sam jest w stanie stworzyć więcej bodźców niż w rzeczywistości do niego dociera. Franek na pewno walczył z tym dzielnie, był odważnym chłopakiem, o czym może świadczyć pewność siebie i rozluźnienie z jakim do zadania podszedł.

– Dojdę do grobu żołnierza, przejdę po kładce nad rzeką, później koło starej leśniczówki i pod tunel, stamtąd widać już światła drogowych latarni, a ścieżka prostą linią prowadzi do wyjścia. – Tak wyglądał ułożony w głowie Franka plan. Stara leśniczówka, tunel, grób żołnierza i kładka - Felek dobrze przemyślał jak powinna wyglądać trasa, by wystarczająco chłopaków nastraszyć.

Szedł powoli, nigdzie mu się nie spieszyło. Niebo zdobiły liczne chmury, a księżyc w pierwszej kwadrze, nawet jeśli zdołał się przez nie przedrzeć, to nie dawał wiele światła. Należało się skupić, by nie zgubić ścieżki. W każdym z czterech punktów kontrolnych, Felek zostawił fant, który trzeba było ze sobą zabrać, a następnie mu zaprezentować na dowód swojej obecności w tamtym miejscu. Wszędzie mógł dojść ścieżką, problem pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby ją stracił i to nie tylko dlatego, że nie odnalazłby fantów…

Początek trasy nie sprawił Frankowi żadnych problemów, co prawda raz usłyszał dobiegający gdzieś z głębi lasu niepokojący dźwięk, ale zaraz po tym uznał, że to musiało być jakieś zwierzę spłoszone obecnością chłopaka bardziej niż ten mógłby się spłoszyć jego.

– Bułka z masłem – powiedział sam do siebie półszeptem, i możnaby pomyśleć, że wywołał tym wilka z lasu, w przenośnej formie powiedzenia oczywiście.

Do tej pory nie skupiał się szczególnie na okolicy. Zamazane kontury drzew, gałęzi, krzaków, liści i z wielkim trudem przedzierające się przez to światło wrześniowej nocy tworzyło wyjątkowo okropny spektakl cieni. Wystarczyło się mu poddać, by popaść w paranoję. Franek nie chciał tego robić, ale w tym momencie serce mimowolnie zabiło szybciej, a on sam stanął w miejscu. To już nie była gra słabego światła, widział bardzo wyraźnie. Ścieżką z naprzeciwka ktoś szedł, równie wolnym krokiem, jak on sam przed chwilą. Kołysał się to na prawo, to na lewo, stawiając krok po kroku. Franek zamarł, przez chwilę nie potrafił nic zrobić. Był twardym realistą i to tym bardziej napędziło mu stracha, bo wiedział, że to nie mogą być głupie i naiwne przywidzenia. Postać sunęła w jego kierunku. Chłopak zastanawiał się czy został już dostrzeżony, podjął decyzję by zejść ze ścieżki i schować się. Tak zrobił z nadzieją, że obcy minie go nic nie zauważając. Przykucnął za jakimś zwalonym konarem, gęsto porośniętym śmierdzącym mchem. Serce waliło mu w klatce piersiowej z głuchym łoskotem obijając się o żebra. Wydawało mu się to tak głośne jak dzwony wieży kościelnej bijące na poranną mszę. Chwycił się za pierś, tak jakby chciał zdusić ten hałas, a obcy był coraz bliżej. Poruszał się powłócząc nogami, nie stawiał kroków, po prostu pociągał jedną nogę za drugą. Franek wychylił się bardzo ostrożnie zza pnia drzewa, by na niego spojrzeć. Nie wiele brakło by krzyknął, w ostatniej chwili się powstrzymał i jedynie z głośnym świstem zabrał powietrze, natychmiast zasłaniając usta dłonią i ponownie chowając się za przewrócony pień. Ten mężczyzna nie był sam, ciągnał coś za sobą. Coś co wyglądało zupełnie jak ludzkie ciało. Trzymał je oburącz za kostki, tułów i głowa sunęły po ziemi. Franek widział to wystarczająco wyraźnie. Ubrany na czarno wielki mężczyzna taszczył za sobą najprawdopodobniej zwłoki kobiety. Długie włosy plątały się ze zeschłymi liśćmi, a głowa raz po razie z okropnym trzaskiem uderzała o większy lub mniejszy znajdujący się na ścieżce kamień.

Co miał teraz zrobić? On, trzynastolatek, który miał tylko przejść na drugą stronę lasu, pewny siebie i odważny. Co teraz miał zrobić?

Mężczyzna zaciągnął swój łup dalej, na tyle daleko, by Franek mógł przestać go słyszeć, ale to nic nie zmieniało, to nie znaczyło, że gość zniknął. Został w głowie trzynastolatka, kulącego się teraz za drzewem, w środku nocy i w środku lasu. Jego serce wciąż się nie uspokoiło, płakał już od dobrych kilku minut, bał się choćby podnieść wzrok, całe ciało drżało, a w głowie autorytarne rządy przejęło przerażenie.

Zastanawiające czy Felek i jego kumple kiedykolwiek przypuszczali, że uda im się chrzest aż tak dobrze.

– Muszę coś zrobić! Nie mogę tu zostać – mówił w myślach sam do siebie.

Wszystkie jego bariery przed poddawaniem się naiwnym lękom wobec mroku lasu padły ofiarą tego co zobaczył. Teraz wystarczył już najmniejszy szmer albo minimalny ruch powietrza spowodowany delikatnym wiatrem, by wyobrazić sobie wszystko co być może i nierzeczywiste, ale i przez to najokropniejsze. Nie mógł tam dłużej wytrzymać. Wstał w końcu i najwolniej jak potrafił wrócił na ścieżkę, rozglądając się przy tym setki razy.

– Co dalej? W którą stronę? Z powrotem, do wyjścia? NIE! On tam poszedł.

Zdecydowanie szybszym krokiem niż poprzednio poszedł dalej, przed siebie, w głąb lasu. Nie wiem co by było gdyby zawrócił, ale podjęta decyzja zdecydowanie nie mogła być nazwana dobrą. Do najbliższego wyjścia z lasu miał jeszcze jakieś dwa kilometry. Dwa tysiące metrów pełnej trwogi wędrówki z sercem na ramieniu i żołądkiem w przełyku, jako towarzyszy. Las zdawał się teraz dużo bardziej ponury i groźny. Drzewa nie zawsze były drzewami, częściej przypominały prehistoryczne stwory próbujące w brutalny sposób odebrać ci życie. Franek popadał w obłęd. Widział jak się do niego zbliżają.

Cienie, Drzewa, Nieme Potwory.

– Chcą mnie zabrać ze sobą. Boże, chcą mnie zabrać. – Wszędzie widział sięgające po niego ręce. Długie szponiaste dłonie ułożone z powykrzywianych gałęzi dębów i ciężkie grube łabska grabów. Chciały go dotknąć, zrobić mu krzywdę, był tego pewien.

Czy to możliwe, że wyobraźnia stała się tak śmiałym narzędziem w jego umyśle? Czy impuls, który rozbudził w nim lęk doprowadził go do tych wizji? Nieważne co to było. Liczyło się tylko to, że te drzewa naprawdę żyły, wyrastały spod ziemi, by go do niej zaciągnąć. Dziesiątki, niektóre może nawet setki lat rosły tylko po to, by w tym momencie stanąć przed nim i spróbować odebrać życie, odebrać śmiałość.

Nie potrafił tego znieść, zaczął biec z trudem walcząc o to by nie stracić ścieżki. Ostatnie czego chciał to zgubić się tam, zostać w ICH towarzystwie, u nich w gościnie. Wpadał w pajęczyny, a drobne gałązki rozcinały jego skórę na twarzy i starających się je odegnać dłoniach. Każda kolejna rana napędzała jego strach jeszcze bardziej, a strach napędzał jego nogi. Biegł coraz szybciej, oddychał coraz ciężej, ale nie mógł się zatrzymać. Do końca świata albo dłużej będzie biegł i biegł, chyba, że wcześniej uda mu się wydostać z tego przeklętego lasu. Wciąż miał go przed oczami i cały czas wydawało mu się, że biegnie tuż za nim, po niego.

– Widział mnie i wie, że ja jego też. Po co w ogóle wychodziłem z domu…? – Znów zaczął płakać, ale nie przestawał biec. Tak długo, aż znalazł się przy wąskiej kładce przerzuconej nad rzeką nie zatrzymał się ani razu. Biegł przed siebie, co chwila spoglądając w tył.

– On tam był. Jest za mną. Goni mnie, bo wie, bo widział.

Cienie wciąż za nim podążały. Przelotnymi spojrzeniami widział go z tyłu, za sobą – mężczyznę ubranego na czarno, szedł wlokąc nogi, szedł po niego.

Chłopak zatrzymał się tuż przy mostku i schował za wielkim kamieniem obok ścieżki. Z olbrzymim trudem walczył o to, by uspokoić oddech i nie dać nikomu ani niczemu znaku, że być może jest tam gdzie jest. Rozglądał się nerwowo. Zdało mu się jakby drzewa nagle się uspokoiły, ale nie mógł pozwolić by jego czujność tak łatwo została uśpiona. Na pewno tylko na to czekają. Po podążającej za nim postaci nie było śladu. Ciemne kontury lasu plątały się ze sobą, mieszały i krzyżowały, ale na pewno żadne z nich nie przypominały ludzkiej sylwetki. Świat jakby ucichł, złowrogie drzewa i zmówiona przeciwko chłopakowi natura również zamarły w bezruchu, a Franek na powrót znalazł się w ciemnym lesie, o godzinie trzeciej trzydzieści w nocy, tylko po to, by wypełnić powierzone mu przez starszych kolegów zadanie.

– Nie, nie mogę tak myśleć. On tam był, to na pewno. Muszę jak najszybciej się stąd wydostać.

Kładka była na tyle wąska, że nie mógł przez nią przebiec. Nie mógł przez nią nawet swobodnie przejść. Musiał zrobić to na czworakach, nogi i ręce mocno zaplatając od spodu. Nie łatwo było mu utrzymać równowagę. Ciało drżało ze strachu, a dłonie się pociły. Ale zrobił to, nawet szybciej niż zwykle, gdy popołudniami chodził po niej tam i z powrotem dla przyjemności. Po drugiej stronie ścieżka ciągła się dalej. Był jakieś trzysta metrów od grobu nieznanego żołnierza i kolejne sześćset od starej leśniczówki. Rozejrzał się dokoła, nic nie dostrzegł, nie poruszyła się najmniejsza gałąź. Westchnął głęboko i postawił pierwszy wolny krok, po trzech kolejnych zaczął biec. Wolał zrobić to jak najszybciej. Powoli znów popadał w stan paniki, przewijające się w szybkim tempie obrazy sprawiały wrażenie jakby okolica rzeczywiście się poruszała, gałęzie znów zaczęły chłostać go po twarzy, a on na powrót przypomniał sobie z jeszcze większą mocą niż dotychczas, dlaczego to się dzieje, dlaczego musi biec i wydostać się stamtąd jak najszybciej. Zaczął liczyć kroki, może po to by zająć czymś myśli, a może by podświadomie przyspieszyć czas. Widział już majaczący w oddali nagrobek żołnierza. Była to dwuipółmetrowa płyta z litego kamienia. Zbliżał się do niej, rosła z każdym krokiem.

– Stój chłopcze! – Ktoś krzyknął zza jego pleców.

Czy na pewno to słyszał, a może tylko mu się wydawało.

Tak… wydawało, Nic nie słyszał.

– Stój! – Głos się nasilił i dobiegł jakby z bliższa.

Franek zacisnął zęby, nawet nie odwrócił wzroku. Wtedy zobaczył ją przed sobą, pojawiła się nie wiadomo skąd i była nie wiadomo kim. Starsza kobieta, niziutka i zgarbiona, owinięta wielką chustą narzuconą na głowę i zasłaniającą całe plecy. W rękach trzymała wielką świecą. Blask płomienia rzucał światło na jej twarz. Rozchodziło się ono pomiędzy zmarszczkami i odbijało ognikami w starych oczach ciemnomlecznego koloru. Wyglądała jak postać z koszmaru. Stara, nawiedzona wiedźma, mieszkająca w samym centrum lasu, żywiąca się próchnicą i ściółkowym robactwem. Nie wiem na ile arogancki jest ludzki umysł, ale to, że właśnie takie były pierwsze spostrzeżenia chłopaka na jej temat wskazuje na to, że nad wyraz arogancki.

Zatrzymał się z ledwością wyhamowując i unikając zderzenia z dużo niższą od siebie staruszką. Tym razem nie był w stanie powstrzymać krzyku. Wrzasnął na tyle głośno by zbudzić niedźwiedzia z trzeciej fazy głębokiego zimowego snu.

– Ciiii… Czemu tak wrzeszczysz?! – zapytała go spokojnym, skrzekliwym głosem.

Franek objął ją całą przerażonym wzrokiem, ale nie był w stanie nic powiedzieć. W samym środku lasu, wydawać by się mogło stupięćdziesięcioletnia staruszka ze świecą w rękach przestraszyła go tylko nieco mniej niż taszczący za sobą zwłoki mężczyzna.

– Przychodzę tu co noc. Zawsze o tej godzinie. Mój syn zginął o czwartej nad ranem. Muszę wtedy być z nim. Codziennie.

– Pani syn? – Franek zapytał równie słabym i równie drżącym głosem co jego rozmówczyni.

– Tak. Dawno temu miałam syna. Zginął będąc jeszcze bardzo młodym.

– Chodzi o niego? – Chłopak wskazał skinieniem głowy pomnik nieznanego żołnierza i jednocześnie zaczął się zastanawiać jak to możliwe, żeby jego matka wciąż żyła. Wojna skończyła się przecież siedemdziesiąt lat temu. Musiałaby mieć dobrze ponad sto lat. Przebiegł go po plecach dreszcz i pomyślał, że chce stamtąd jak najszybciej odejść, przestać z nią rozmawiać, przestać patrzeć na jej rzadkie siwe włosy, zdające się srebrzyście połyskiwać w blasku świecy i oglądać jak jej zapadnięta szczęka porusza się w rytm wypowiadanych słów.

– Co ja tu jeszcze robię. To wszystko jest chore, to musi być zwykły sen – przekonywał sam siebie w myślach.

Staruszka spojrzała na grób.

– Mój syn był dużo młodszy i nie walczył na wojnie. Pokój w świecie bożym niech przyświeca wiecznym żywotom tych, którzy tam polegli, ale mój syn został zamordowany. – Zrobiła krótką przerwę, Franek spoglądał na nią na wpół z przerażeniem, na wpół z odrazą. Po chwili ciągnęła dalej. – To się stało tutaj. Jakiś psychopata zabił najpierw kobietę w średnim wieku, a później jego. Biedak wyszedł do lasu w środku nocy. O niczym nie wiedziałam, wymknął się z domu. Miał przejść jakiś test, by dostać się do podwórkowego gangu. To miała być tylko zabawa. – Staruszka spojrzała Frankowi głęboko w oczy. – Od tamtej chwili jestem tu każdego dnia, by zaświecić świeczkę w miejscu, w którym się to stało. A ty, co tutaj robisz o tej godzinie, sam? Wiesz co chłopcze, bardzo mi przypominasz mojego małego Frania…

Zabił kobietę, a później małego chłopca? Przecież to się właśnie dzieje. Bardzo mi przypominasz mojego małego Frania…?! Frania? Ja jestem Franek

Spojrzał za siebie, czy go tam nie ma. Cień potężnej ludzkiej sylwetki zamajaczył w oddali. Widział go tak jak przedtem, po raz pierwszy. Szedł w jego kierunku, powłócząc nogami i kołysząc się z prawa na lewo.

Krzyk! Musiał go usłyszeć i przyprowadzić w to miejsce. Franek po raz ostatni ze strachem spojrzał na starszą kobietę, minął ją i nie patrząc na nic pobiegł ścieżką przed siebie.

– Nie możesz uciec. To przeznaczenie. On i tak cię złapie.

Czy ona naprawdę to powiedziała, czy jej głos rzeczywiście dopadł go jeszcze zanim dostatecznie się oddalił. Może to tylko jego kolejny wymysł. Jak wiele z tego wszystkiego może być prawdą? Jak bardzo mu ulży, gdy wszystko okaże się koszmarnym snem?

Zaczynały mu się plątać nogi, zmęczenie dawało się we znaki. Coraz więcej łez napływało do jego oczu. Nie był w stanie ich opanować. To był tylko chłopiec. Trzynastoletnie dziecko. Jego oddech przyspieszył niebezpiecznie, płuca nie wyrabiały normy, której żądało ciało. Był w amoku, biegł jak szalony. Na granicy świadomości jego organizm walczył o to, by nie stracić przytomności. Wystające z ziemi korzenie robiły wszystko by się przewrócił, a porastające okolice ścieżki krzaki ostrężyn chciały jak najlepiej zadbać o to, by nawet jeśli uda mu się stamtąd uciec, na długo zapamiętał trud jakim to przypłacił. W tamtym momencie Franek nie czuł już bólu. Nie czuł nic poza panicznym, obłędnym strachem i przeciwstawiającej się temu woli przetrwania… w jakikolwiek sposób, za wszelką cenę.

Stara leśniczówka, widział ją kątem oka. Wiedział, że to jeszcze kawałek, że musi minąć jeszcze tunel i będzie wolny, prawie wolny.

– Nigdzie nie uciekniesz. Nie możesz tego zrobić. Nie jeśli mam już dla ciebie świecę.

Znów ją usłyszał, ten sam skrzekliwy głos, lecz tym razem dużo donośniejszy. Zobaczył rozjaśniające okolicę światło. Stała tam. Mała, zgarbiona postać ze świecą trzymaną w obu rękach.

– Jakim cudem? Jak mogła się tu dostać w takim tempie.

– CHA CHA CHA CHA – zaczęła się śmiać. Głośno i tubalnie, tak jak nigdy jeszcze nikt spośród tych, których Frankowi było dane słyszeć.

Nie przestawał biec. Zbliżał się do niej, stała przy leśniczówce, zaraz obok drzwi... Nie, była przy oknie... Zaraz, zaraz, czy to nie ona klęczała po drugiej stronie ścieżki...? Tak na pewno… O nie! Jest ich więcej, jest wszędzie. Jak to możliwe?! Uśmiecha się do mnie, śmieje się ze mnie… zbyt głośno, by to mogło być prawdziwe.

– Nie uciekniesz. Zostań tutaj ze mną! On jest już tuż tuż – powiedziała zdawać by się mogło szeptem, ale Franek słyszał ją bardzo wyraźnie. Słyszał ją wewnątrz, tak jakby zawładnęła jego myślami. Mówiła bez przerwy, a jej śmiech roznosił się echem w głowie chłopaka, odbijał między jedną, a drugą krawędzią mózgu. Nie mógł tego znieść. Nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Nigdy wcześniej nie spotkało go nic podobnego... a staruszka nie przestawała mówić. Minął już dziesiątki jej postaci poustawianych wzdłuż ścieżki niczym koszmarny szpaler. Każda z nich miała mu coś do powiedzenia. Próbował się od niej odganiać, machając na oślep rękami, trochę tak jak wcześniej, gdy osłaniał twarz przed zawistnymi gałęziami. Był już nie daleko tunelu. Wiedział, że zaraz za nim las się kończy. Stamtąd widać już ulicę i tam ten horror musi się skończyć. Przyspieszył jeszcze bardziej. Wskrzesił resztkę sił, rezerwy, które organizm przechowuje właśnie na takie okazje. Adrenalina buzowała we krwi, a szepty i śmiech staruszki wypełniały jego myśli.

– Jest tuż za tobą. Spójrz… Już cię ma – mówiła nieprzerwanie, raz po razie zadając tą myślą Frankowi cios po ciosie.

Odwrócił się. Miała rację. Człowiek, który zamordował kobietę był tuż za nim. Chłopak nie potrafił już szybciej pobiec, mimo to ciemna postać z każdym krokiem traciła do niego dystans.

Słyszał jego ciężki oddech, niemal czuł go na swoich plecach.

Wreszcie dopadł tunelu. Minął go błyskawicznie. On był o krok za nim. Wystarczyłoby, żeby się rzucił i miałby chłopaka. Sprowadziłby go na ziemię, a tam z łatwością zrobił to samo co tej kobiecie wcześniej. Franek po raz ostatni ukradkiem spojrzał za siebie. Mężczyzna był wielki, przewyższał go wzrostem dwukrotnie i stawiał dwa razy dłuższe kroki. Musiał mieć dobre trzy metry i barki szerokości małej ciężarówki. Światła samochodowe i latarnie już bardzo wyraźnie rozświetlały mroki lasu. Ścieżka się kończyła, ale on był zbyt blisko. Zabrakło naprawdę niewiele… ale on był zbyt blisko... Dorwał Franka w ostatniej chwili. Felek wraz z kumplami stali na skraju lasu, tak samo jak na początku próby, ale po przeciwnej jego stronie. Franek był na tyle blisko by wyraźnie ich widzieć. Jak zwykle śmiali się do siebie i pili piwa. Nie sądził, że kiedykolwiek tak bardzo się ucieszy na ich widok. Nie miał pojęcia, że łysa głowa Czachy i obwisły brzuch Benka będą dla niego miłym widokiem. Teraz poczuł minimalną ulgę.

– Pomocy! Chłopaki, tutaj jestem! – Z trudem wykrzykiwał każde słowo, ale robił to najgłośniej jak tylko umiał i uwierzcie mi, było naprawdę głośno. Felek i reszta ani drgnęli, choć niemożliwym było by go nie usłyszeli.

– Pomocy! – Franek wrzasnął jeszcze raz.

Nikt nie zareagował, za to chłopak poczuł jak coś bardzo ciężkiego pada na jego plecy i przewraca go. Mężczyzna w czarnym stroju przygniótł go ciężarem własnego ciała. Wycieńczony, przerażony i zdezorientowany chłopak nie miał sił by się bronić, prawdę mówiąc to wątpię nawet by po tym co przeszedł miał na to jeszcze ochotę. Jedyne co zdołał zapamiętać to okropny smród przepoconego, olbrzymiego męskiego ciała zmieszany z nieprzyjemnym zapachem ziemi i błota. Cała reszta zaraz po tym, gdy oberwał wielką jak bochen chleba pięścią w sam środek twarzy, stała się dla niego tajemnicą.

– I jak?

– Nie ma po nim śladu – odpowiedział Guma, zdejmując jednocześnie kask i zsiadając ze skutera.

– Co robimy, chłopaki? Dochodzi piąta, zaczyna już świtać. Powinien tu dawno być – zauważył Czacha. Wyglądał na przestraszonego, nerwowo palił papierosa i co chwila spoglądał na Felka.

– Na pewno już dawno wrócił do domu. Przestraszył się i zwiał. Można było się tego spodziewać. – Felek starał się uspokoić resztę chłopaków, ale chyba robił to z marnym skutkiem.

– A co jeśli nie? Co jeśli wciąż tam jest? – Cała trójka patrzyła na swojego szefa pytającym wzrokiem.

Chłopak nic nie odpowiadał.

– Niepotrzebnie mu to dawaliśmy… – wyszeptał Benek, tak jakby się bał, że ktoś go usłyszy.

– Nie próbujcie zrzucać tego na mnie! Jasne?! To była nasza wspólna decyzja, każdemu z was cieszyła się morda, gdy podsunąłem ten pomysł. Nikt nie protestował.

– Ile tego tam było? – zapytał Guma.

– Cała torebka. Tak jak ustaliliśmy… Ale miał wziąć tylko łyk. Młody wydoił prawie pół puszki.

– Myślicie, że to mogło go załatwić? – Czacha nie krył już przerażenia.

– Nie… To na pewno nie. Może w ogóle nie zadziałało. Spokojnie chłopaki. Na pewno wszystko będzie dobrze. Spokojnie…

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Świetne, poziom znacznie przewyższa większość historii dostających się na główną. Nastrojowa narracja, niby przeciętny pomysł a jednak ujęty tak, że czytałam z zapartym tchem. Zakończenie również udane - to niedopowiedzenie czy Franka wykończyły prochy i stres czy jedynie stracił przytomność... lubię taką nutkę niepewności :) Życzę kolejnych tak fajnych opowiadań.
Odpowiedz
Dziękuję i zapraszam do przeczytania moich pozostałych opowiadań.
Odpowiedz
Czyli w tym piwie były jakieś proszki na halucynacje? Końcówka trochę zastanawia, ale i tak świetna historia.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje