Historia

Wciąż patrzą 15

kuro 7 4 lata temu 4 508 odsłon Czas czytania: ~13 minut

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Stoję w miejscu jeszcze przez kilka uderzeń serca. Obserwuję tę niezwykle realistyczną scenę z ustami wypełnionymi szokiem. Nie wiem, co mam robić. Jak się zachować? Choć mnie nie widzą, czuję się źle wkraczając w ich prywatność. To takie... dziwne. Przykładam grzbiet dłoni do czoła, sprawdzając, czy ciepłota mojego ciała jest w normie. Takie halucynacje mogą być wywołane gorączką. Może po prostu jestem chora.

Słyszę, jak zaczynają rozmawiać. Mówią do siebie. Dziewczynka zawiesza ręce na szyi mężczyzny i wtula twarz w jego ramiona. Zanoszą się śmiechem, co jest dla mnie jeszcze bardziej obce. Pierwszy raz jestem świadkiem czegoś takiego. Czyli właśnie to nazywa się rodzicielską uwagą? Tak normalni rodzice spędzają czas ze swoimi dziećmi?

Przełykam gorzką ślinę i wyrzucam z głowy wszystkie niepotrzebne myśli. Nie. Nie, nie, nie. Nie mogę traktować tego jak prawdy. To zwykłe zwidy. Zaczynam przekonywać się do teorii psychiatrów, twierdzących, że moje szaleństwo jest skutkiem poczucia odrzucenia jako dziecko.

Ale przecież nigdy nie czułam się samotna.

Nigdy nie byłam samotna.

Nigdy nikogo nie potrzebowałam.

Jednak to, co teraz widzę, jest jednoznaczne. Mój mózg tworzy wizje, których podświadomie pragnę. Tak. Tak, tak, tak. To na pewno to. W głębi duszy pragnę być kochana przez matkę i ojca.

To brzmi niedorzecznie.

Przesuwam dłonią po włosach. Rozglądam się, szukając czegoś, co mogłoby mi pomóc zorientować się, gdzie aktualnie jestem. Znam ten teren, ale inny wystrój przeszkadza mi w przypomnieniu sobie, w którą stronę mam iść. Piękne wykładziny pokrywają błyszczące, drewniane podłogi. Barierki schodów zrobione zostały z porządnej stali, która odbija promienie słońca. Wszystko jest takie odległe i nieznane, choć sama jestem autorem tego, co widzę. Nie znoszę swojego umysłu.

Zmuszam się do oderwania wzroku od tego chwytającego za serce obrazka i odwracam się. Podchodzę do okna, kładąc drżącą dłoń na zimnym parapecie. Patrzę na krajobraz, od którego oddziela mnie porządna, gruba szyba. Pod wpływem nieznanych mi powodów, zostaję odurzona jakimś niezwykłym typem nostalgii, która wypełnia moją głowę. Zaczynam myśleć. Cofam się w czasie nawet rozumem, ulegając temu, co dzieje się wokół mnie.

Liście na drzewach skrzą się żywą zielenią. Moje oczy bolą od tego intensywnego koloru. Gdzieniegdzie widać już pierwsze kwiaty, wyciągające swoje szyje w stronę porannych promieni słońca. Jest tak pięknie. Wszystko kwitnie, wszystko zaczyna żyć. Spoglądając na otoczenie, stwierdzam, że nie znajduję się na terenie mojego bloku. Tworząc tę halucynację, mój mózg wziął pod uwagę to, że trzy nowe budynki nie zostały jeszcze wybudowane. Sprytna bestia, ale naprawdę wolałabym być teraz gdzie indziej. Czemu nigdy nie przenoszę się na Hawaje?

Wychylam się nieco, by zobaczyć resztę otoczenia. Okno ogranicza mój zasięg widzenia, ale udaje mi się dostrzec, że obok stoją dwa inne bloki. W myślach ryzuję plan psychiatryka. Po chwili jestem pewna, że jestem na terytorium samobójców. Blok D odsłonił przede mną oblicze swojej przeszłości, a ja nie mam pojęcia czemu akurat on.

W moich uszach zaczyna piszczeć. Głośny, nienaturalnie wysoki dźwięk przyprawia mnie o mdłości. Przyciskam dłonie do głowy, łudząc się, że jestem w stanie uciszyć ten cholerny hałas. Zaraz pęknie mi czaszka. Pisk narasta. Narasta. Narasta. Nie mogę się ruszyć. Odczuwam niemal fizyczny ból, słysząc to. Nie przypuszczałam, że psychozy potrafią przeobrazić się z niegroźnego złudzenia w czyste szaleństwo.

Kolory spływają ze ścian, tworząc rozległe kałuże. Wszystko robi się szare, monochromatyczne, przerażające. Chcę się ruszyć. Chcę móc stąd wyjść, ale strach osiedlił się w moich żyłach i przejął kontrolę nad ciałem. Odwracam się powoli i zmierzam w stronę schodów. Mężczyzna i dziewczynka gdzieś zniknęli. Przez monotonny pisk przebijają się strzępki ich rozmowy, chichot, wołania. Nagle obok mnie przebiega dziecko, potem biegnie ten facet, potem on ją podnosi, potem się śmieją.

To się dzieje cały czas.

W kółko to samo. Zupełnie jakbym oglądała film w przyspieszonym do maksimum tempie, który się zapętla. W dodatku wszystko ulega rozmazaniu, wszystko pęka, wszystko znika.

Zaraz się zrzygam.

Stawiam stopę na stopniu. Ten ruch wymaga ode mnie wielkich nakładów energii. Ledwo mogę oddychać. A dźwięki narastają. Narastają. Narastają. Muszę zejść z tego piętra, bo inaczej dostanę szału.

Moje ciało poddało się uczuciu bezwładności, kiedy wyrwana z objęć szaleństwa, zaczynam spadać. W ciemność. Całkowitą ciemność. Histeria trzyma mnie za gardło. To dzieje się szybko, zbyt szybko, bym mogła zareagować.

Zdzieram kolana i rozcinam skórę dłoni, lądując na drewnianych kantach schodów. Uderzam brodą o podłoże. Chyba łamię żebro. Ból staje się moim władcą, a metaliczny smak wypełnia moje usta. Przegryzłam język. Cholera. Przegryzła język.

Podnoszę się na rękach, usiłując ignorować to, jak bardzo cierpię. Oszołomienie pozwala mi na chwilę odpoczynku od bodźców zewnętrznych. Zagłębiam się w nicość, ale zostaję gwałtownie sprowadzona na ziemię, kiedy odzyskuję pełną świadomość. Drżę. Kurwa. W życiu nie czułam takiego bólu. Tak cholernie wyraźnego bólu, który wypełnia każdą komórkę mojego ciała. Zaraz rozlecę się na kawałki. Wypluwam krew. Rubinowe krople zabarwiają skórę moich dłoni. Strużka czerwieni spływa kącikiem moich ust. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi. Tyle krwi.

Spoglądam w górę. Od jasności wiosennego dnia oddziela mnie … tafla. Zupełnie, jakbym była pod wodą i usiłowała dostrzec, co znajduje się na powierzchni. Obraz jest zniekształcony, pełen groteskowych deformacji, ale scena, w której mężczyzna szuka córki, trwa nadal. Co chwilę wchodzi na piętro, szuka dziecka, łapie, podnosi. Wchodzi na piętro, szuka dziecka, łapie, podnosi. Wchodzi na piętro, szuka dziecka, łapie, podnosi. Wchodzi na piętro, szuka dziecka, łapie, podnosi. Wchodzi na piętro, szuka dziecka, łapie, podnosi. Wchodzi na piętro, szuka dziecka, łapie, podnosi.

Czy oszalałam?

Muszę wziąć się w garść, muszę się uspokoić. Muszę stąd wyjść, więc ciągle się trzęsąc, dźwigam ciało z podłogi. Ból paraliżuje moje zmysły, upośledzając zdolność do prawidłowego postrzegania rzeczywistości. Chyba mocno pierdolnęłam się w głowę. Tak. Zdecydowanie zbyt mocno. Ocieram brodę z krwi.

Pomarańczowe słońce rozchlapuje cienie na ścianach. Wszystko tonie w blasku zachodu. Światło wypełnia całe pomieszczenie. Zawiesza się na meblach, które wydają się nieco zniszczone i przestarzałe. Drobinki kurzu tańczą w powietrzu. Cisza. Milczenie zabija mnie strachem od środka.

Jestem na parterze. Przy schodach. Muszę znaleźć wyjście. To nie będzie trudne. Nie będzie. Teraz pójdę przed siebie i napotkam drzwi. Tak. Wszystko jest już dobrze.

O mało nie dostaję zawału, kiedy za moimi plecami rozlega się dźwięk. Cichy. Krótki. Tak wyraźny. Nie mam odwagi, by spojrzeć za siebie. Trwam w bezruchu, zamarznięta. Przerażona.

Skrzypnięcie.

Otwieram oczy szeroko.

Ktoś... ktoś jest za mną.

Oddech uwiązł w moich płucach. Zdaje się, że umieram na kilka sekund.

- Ja nie chcę. – mówi głos.

Szloch.

Szloch.

Szloch.

Słyszę, jak chodzi.

- Nie chcę.

Zaciskając zęby do granic możliwości dziąseł, postanawiam powoli się wycofać. W myślach robię krok naprzód. W myślach pokonuję kolejne metry, ale w rzeczywistości, wciąż tkwię nieruchomo.

- Nie.

Cichy płacz.

- Gdzie mama? Już nie chcę tu być. Nie chcę...

Wydaje mi się, że mija tysiąc lat, kiedy w końcu przekręcam głowę w stronę głosu. Robię to powoli, tak bym mogła odwrócić wzrok w razie, gdyby mój mózg wytworzył obok jakiegoś okropnego potwora. Jednak w miejscu odrażającej bestii, pojawia się coś kompletnie niedorzecznego. Chłopiec. Chudy, wysoki chłopiec. Chodzi w kółko. Chodzi w kółko przy schodach.

Ja pierdolę.

Cofam się kilka centymetrów, ciągle go obserwując. Słońce oświetla profil twarzy, rzucając cień na prawą stronę. W pierwszej chwili moje oczy nie potrafią dostrzec zmasakrowanego policzka, z którego spływa krwista ropa, ale kiedy tylko to zauważam, rzucam się w tył. Odskakuję, nie biorąc pod uwagę tego, że za mną stoi stolik. Potrącam go. Umieram, kiedy dźwięk tłuczonego wazonu zawisa w powietrzu.

Zaczynam trząść się jeszcze bardziej. Układam plan działania, obrony, przed tym dzieckiem, ale chłopiec zdaje się nie zauważać ani mnie, ani przewróconego stolika i stłuczonego wazonu. Nie zauważa niczego. Czy on też... czy on też mnie nie widzi?

- Nie chcę. – powtarza.

Pod jego nogami wala się kilka zniszczonych zabawek. Pociąg bez dachu, lalka z wydłubanym okiem, pluszowy królik z naderwanym uchem i brudnym futerkiem. Te szczegóły uderzają mnie w twarz. Zaczynam rozumieć, że to, co działo się na górze działo się o wiele wcześniej niż to, co widzę teraz. Kurz, podniszczone meble. Znów zrobiłam skok w czasie?

Nagle z krainy myśli wyrywa mnie wołanie. Kobiecy głos dobieg zza drzwi, które prowadzą na korytarz. Patrzę w tamtą stronę. Jest cichy. Zbyt cichy. Przerażający.

Kurwa, mózgu. Przestań.

Chłopiec przestaje chodzić. Zatrzymuje się, nasłuchuje, po czym puszcza się biegiem w stronę kobiecego głosu. Szarpie za klamkę drzwi i wbiega w ciemność, zostawiając mnie samą. I teraz nie wiem, co jest gorsze. Zostać tu i tkwić w szaleństwie przez całą wieczność, czy podążyć w ślady chłopca. Zostać, czy wejść do czarnego pomieszczenia... Naprawdę, chciałabym mieć jeszcze jakąś opcję, chciałabym móc pójść w przeciwną stronę, albo przynajmniej wyskoczyć oknem, ale nie mogę. Dlaczego?

Bo wszystko zniknęło.

Została tylko pustka, prowadząca w stronę drzwi.

Przesiąknięta paniką, podchodzę bliżej jedynego obiektu, jaki widzę. Czuję jak niepokój osiada na moich barkach, ciągnąc mnie w stronę obłędu. Nie mam wyjścia. Muszę to zrobić. Muszę tam wejść, bo tkwienie w pustej przestrzeni wydaje się mi bardziej przerażające niż cokolwiek innego, więc bez zastanowienia przechodzę przez próg.

Chłód jest tak bardzo odczuwalny, że moje dłonie robią się sine. Ostatnie strzępki ciepła zostają mi odebrane przez mróz, jaki panuje w pomieszczeniu. Po chwili przemyśleń mam zamiar się wycofać. Chyba jednak wolę pustkę. Wolę ciemność i ciepło niż ciemność i mróz, jednak cofnięcie swojego ruchu jest niemożliwe. Drzwi zniknęły. Za mną pozostała tylko ściana. Obdarta, brudna ściana, która uświadamia mi, że znalazłam się w całkiem innym miejscu, niż oczekiwałam.

Panuje półmrok. Jest spokojnie. Jest w chuj zimno. Obejmuję swoje ramiona, chcąc powstrzymać ciepło przed ucieczką w ciemność. Drżę. Drżę tak, jak nigdy jeszcze nie drżałam. Mam dość.

Wbijam paznokcie w skórę, kiedy obok rozlega się ten sam kobiecy głos. Wciskam się w kąt, chcąc mieć pewność, że nic nie zajdzie mnie od tyłu i nie spróbuje zasztyletować. Moje powieki są szeroko rozwarte, źrenice wbite w mrok. Kulę się z przerażenia, widząc, jak przedmioty same się poruszają. Jest tu kilka mebli użytkowych. Kilkanaście łóżek i mnóstwo zabawek. Zniszczonych zabawek. Okropnych zabawek. Strasznych, kurewsko odrażających zabawek.

- Doktorze! – cienki głosik rozrywa moje serce. – Mamy problem!

Śledzę lalkę, która sama przemieszcza się w przestrzeni. Lata. Ona lata.

O kurwa.

- Musimy zrobić operację!

Ja nie wiem, co mi dziś podali, ale nieźle kopie. To przez te leki. Jestem pewna. Cholerne leki. Ja pierdolę. Ja... Nie. To się nie dzieje naprawdę. Przecież to głupie. Tak. To głupie. Głupie. Głupie. Głupie.

Lalka powoli opada na podłogę. Obok niej dostrzegam błysk, który szybko znika, a potem twarzyczka bobasa zostaje poharatana. Różowiutkie usta przedziela jedno cięcie. Krągłe policzki przyjmują dwa ciosy. Po chwili twarz lalki przypomina jedynie kawałek pociętego materiału.

- I jak się czujesz? – pyta głosik. – Już lepiej, prawda?

Nie mogę oddychać.

- Marto! Chodź. Pora położyć się spać.

- Gdzie Adam?

- Adam jeszcze nie wrócił od doktora.

- Zaśpiewasz nam dzisiaj nową piosenkę?!

- Tak! Piosenka!

- Powinniśmy zaczekać na Adama, prawda ciociu?

- Ciocia Karina zaśpiewa nam piosenkę!

- A Adam?

- Właśnie. Gdzie Adam?

Wokół mnie rozlega się milion głosów naraz, ale milczenie nagle pochłania je wszystkie.

- Dzieci, połóżcie się do łóżek.

- Ale ciociu...

- Adam dziś nie wróci. Doktor musi go wyleczyć.

Kilka westchnięć. Chwila przepełniona dźwiękiem bieganiny, uderzeń małych, bosych stóp o drewnianą podłogę. Skrzypienie. Milion innych odgłosów.

A ja ciągle tkwię w miejscu, wciśnięta w kąt pomieszczenia.

Obserwuję, jak koce lewitują, jak łóżka uginają się pod ciężarem powietrza.

Czemu ich nie widzę?

- Dobrze. Spróbujcie teraz zasnąć.

- A piosenka?

- Właśnie!

Umieram. Moje serce nie wytrzymuje nadmiaru strachu i stresu. Dostaję zawału, krztuszę się niedorzecznością, zabija nie szaleństwo, kiedy rozlega się śpiew. Moją histerię potęguje fakt, że nie jest to nucenie. Teraz słyszę słowa. Słyszę je. Słyszę...

„Cicho dzieciaczki,

Cichutko śpijcie już,

Bo przyjdzie Zły Pan

I zabierze mi Was.

Śnijcie dzieciaczki,

Śpijcie sobie tu.

Nie oddam Was nikomu.

Nie stracicie przy mnie tchu.

Ułóżcie się wygodnie,

Zamknijcie oczka swe.

Jutro będzie inne,

Więc nie traćcie wiary tej”.

To wariactwo mnie pochłania. Nie wiem. Już nie wiem nic. Ta ciemność. Ta melodia. Ten mróz. Oszalałam. Ja oszalałam. Nie ma innego wytłumaczenia. Oszalałam. Nie wyjdę z psychiatryka. Nigdy z niego nie wyjdę. Boże. Co się dzieje. Czemu akurat ja? Nie. Nie. Nie. Nie chcę. Błagam.

Niech ktoś mi pomoże.

Zatykam uszy, ale to nie wiele mi pomaga. Głos kobiety zalewa mnie, otacza ze wszystkich stron. Niemożliwe, abym teraz się od niego uwolniła. Chcę powiedzieć temu wszystkiemu – „dość.” Chcę spokoju. Nie wytrzymam dłużej.

- PROSZĘ O SPOKÓJ!

Otwieram oczy.

- Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem; Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, a wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.

- Alleluja.

- Szybko! Łap ich!

- TO JA JESTEM WASZYM KRÓLEM.

- Ja chcę tylko lizaka. Wystarczy mi lizak.

- Mniej niż zerooo...

- Dajcie kaftany bezpieczeństwa!

Personel biega. Pacjenci krzyczą. Ktoś w kogoś czymś rzuca. Płacz. Piski. Chaos połknął moją rzeczywistość.

Potrzebuję chwili, by uświadomić sobie, że jestem już bezpieczna. Ciemne, zimne pomieszczenie zniknęło. Zniknęło wszystko. Wyrwałam się z tego szaleństwa. Jestem wolna. Jestem w psychiatryku, który pamiętam.

Moje odrętwiałe ciało zaczyna czuć. Dłonie robią się cieplejsze. Wzrok wychwytuje najdrobniejsze szczegóły. W powietrzu unosi się ten sam zapach środków czyszczących, który pamiętam.

Wróciłam. Jestem tu.

Zaczynam chichotać. Nieprawdopodobne. Co mi odbiło? Śmieję się, bo to jedyna rzecz, którą mogę teraz zrobić. To była niezła jazda.

Nie wiem, czemu wśród świrów wybuchło zamieszanie, ale tak naprawdę gówno nie to obchodzi. Stwarzają doskonałą sytuację, bym mogła po prostu pójść do swojego pokoju niezauważona i odpocząć. Prześpię się. Nabiorę sił. Będzie dobrze.

Pielęgniarze ciągnął kolejnych wariatów w stronę pokoi, ubierając ich w kaftany. Uspokajają, ale oni nie chcą być spokojni. Biorę głęboki wdech i gdy mam już zamiar zmyć się z tego przygnębiającego miejsca, kieruję swój wzrok przed siebie. Od dłuższego czasu czułam na sobie czyjeś spojrzenie, ale nie spodziewałam się, że ono należy właśnie do niej.

Już nie jest ledwo żywa. Nie ma podkrążonych oczu. Nie błądzi oczami. Teraz siedzi prosto. Wpatruje się we mnie z szeroki uśmiechem. Nawet z tej odległości zauważam, że jej źrenice są zwężone do granic możliwości.

- Poznałaś ich.

Nie wiem, jakim cudem udaje mi się usłyszeć to, co mówi.

- Mam nadzieję. Znów mam nadzieję.

Jej śmiech rozsadza moją głowę. Przełykam gulę, która urosła w moim gardle.

Wstaję i wycofuję się, ciągle patrząc na Zośkę, która śledzi każdy mój ruch. Chora dziwaczka. Chora...

Poznałam ich? Kogo? Miała na myśli te dzieci? Chodziło jej o nie?

Skąd wiedziała, czego dotyczyła moja halucynacja?

Zbieram oddechy. Muszę zamknąć się w pokoju. Muszę odizolować się od tej pojebanej rzeczywistości.

Zaczynam biec wzdłuż korytarza, zostawiając za sobą cały ten bałagan. Udaję, że nie widzę już nic. Nie czuję nic. Nie słyszę. I kiedy wydaje mi się, że zostałam mistrzem udawania, ktoś przytrzymuje mnie w miejscu. I nie jestem zdolna do wykonania najdrobniejszego ruchu.

Odwracam się.

- Co ty tu robisz? – przekrzykuję hałas.

Aleksy nie patrzy mi w oczy. Ciągle ściska mój nadgarstek. Milczy. Zauważam na jego twarzy wahanie. Walczy ze swoimi myślami, po czym spogląda na mnie i mówi:

- Wpadłem tylko na chwilę.

Mierzę go wzrokiem. Nie ma na sobie stroju pielęgniarza. Ubrany jest w czarne jeansy, koszulkę i kurtkę.

- Przyszedłem się pożegnać Hanno. Odchodzę.

Mój świat się zawala.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/11921-Wciaz-patrza-16

---------------------------------

Ogłoszenia parafialne, czyli OD AUTORA

Szybko lecą te części. Oj szybko. Już widać koniec? Nie, chyba jeszcze nie.Tak czy inaczej, chciałabym Wam podziękować za wszystkie komentarze, ponieważ jest to coś, co mnie motywuje i poprawia humor٩(◕ั ∀◕ั๑٩) A więc dzięki, dzięki, dzięki!

Wybiegając myślami w przyszłość, chcę uprzedzić, że w listopadzie będzie o jedną część mniej. Czyli w niedzielę na początku miesiąca nie zostanie dodany kolejny fragment. Dlaczego? Ponieważ zamierzam się świetnie bawić na Lubelskim Festiwalu Fantastyki (☆^ー^☆)

Jeszcze raz dzięki, że jesteście. (๑•͈ᴗ•͈)

/Kuro

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Świetne!
Odpowiedz
Za wcześnie zaczęłam czytać. Nie mogę się doczekać kolejnych części! Świetne i wciągające! ❤️
Odpowiedz
Mój Boże jak ja to kocham. Z każdą częścią coraz bardziej epicko *-*. Nie Aleksy, nie odejdziesz, przywiąże go do krzesła, ale niech nie odchodzi xD. Jednym słowem, nie mogę się doczekać wyjaśnień wszystkiego!
Odpowiedz
Szkoda będzie rozstać się z serią aż na dwa tygodnie, może udałoby Ci się dodać odcinek parę dni wcześniej lub później? :)
Odpowiedz
Pomyślę nad tym ;)
Odpowiedz
Adrian New Cóż... to wcale nie jest toksyczne, ponieważ w naturalnym systemie pojmowania świata przez ludzi nie istnieje coś takiego, jak "zło" czy "miłość". Oba pojęcia tworzone są na potrzeby rozwoju, a ich charakter kompletnie uległ internalizacji, której MY przeciwstawić się nie możemy. Wniosek z tego taki, że zdanie - "Nienawiść to zła cecha, Kocham swoją nienawiść" nie jest nawet prawdziwe, bo przecież nie da się podważyć, albo poprzeć czegoś, co nie istnieje. Skoro nie istnieje, nie może być głębokie. ;)
Odpowiedz
I znów nie mogę się doczekać nexta xD
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje