Tulpa

Dodane przez: marcinov123, 9.08.2015, 08:40
Panopticum
Reklama:

- Kawy, detektywie?

Kiwnął głową. Przyglądał się półce z książkami, głównie dotyczącymi psychiatrii. Gabinet był ciasny, poza fotelami i biurkiem niewiele mogło się zmieścić. Lekarka włączyła elektryczny czajnik stojący na parapecie. Potem usiadła przy biurku i nasypała kawy do kubków. Dochodziła dwudziesta, ale na zewnątrz od kilku godzin było już ciemno. I padał śnieg. To była śnieżyca jakiej miasto od dawna nie zaznało. Wiatr wył jak potępieńcza dusza przewalając tumany śniegu. Doktor Fitzpatrick zalała kawę i podała mu kubek. Była zmęczona, miała ciemne kręgi pod oczami i rozczochrane włosy.

- Kiedy będzie można z nią porozmawiać? - spytał Gordon, ruchem głowy wskazując drzwi, za którymi znajdował się oddział.

Lekarka gestem poprosiła go, żeby spoczął. Gordon usiadł, a mebel niebezpiecznie zatrzeszczał pod jego stu dziesięcioma kilogramami. Poprawił marynarkę zasłaniając kaburę. Wiedział, ze pani doktor średnio toleruje widok broni u siebie w szpitalu.

- Sprawa jest nieco skomplikowana - umilkła na chwilę i popatrzyła na okno, w które co chwila uderzały drobiny śniegu - na tyle skomplikowana, że nie liczyłabym w najbliższym czasie na zeznania ze strony Alice.

Gordon zasępił się. Też był zmęczony. W ciągu ostatniej doby spał może dwie godziny. Żołądek bolał go już od czarnej jak smoła kawy. Pulsowało mu w skroniach, a twarz pokrywała kilkudniowa szczecina. Wyglądał niewiele lepiej od tych, których ścigał na co dzień.

- Nie rozpozna nawet zdjęć? Wie pani, wystarczy tylko kiwnięcie głową. Cokolwiek. Musimy ustalić kto jeszcze mógł być zamieszany. Nie będę jej pytał o...

Przerwała mu ruchem ręki.

- Nie rozumie pan, detektywie. Mała jest w stanie katatonii. Widział ją pan zresztą. Nie rusza się, nie mówi, reaguje na bodźce bólowe, kiedy włoży się jej jedzenie do ust przełyka. Tyle. Nie daje sobie tylko odebrać misia.

Kiwnął głową. Kiedy wynosił małą z piwnicy upuściła maskotkę, a kiedy próbował go podnieść przeorała mu twarz paznokciami. Brudny, pluszowy królik bez jednego oka. Cuchnący stęchlizną,

szary od brudu. Tuliła go do piersi z całej siły, nawet przez sen.

- Ona jest w swoim świecie, daleko stąd. Daleko od.. tego wszystkiego. To mechanizm obronny, który zastosowała... - Fitzpatrick zaczęła monolog, ale nagle umilkła patrząc na detektywa - dorwiecie ich, prawda? Tych, którzy to zrobili?

Dostrzegł, jak zacisnęła dłonie w pięści. Pokazał jej kilka zdjęć z materiałów dowodowych.

Zdjęć zrobionych polaroidem w piwnicy, gdzie porywacze przetrzymywali dziewczynkę. Milczał przez moment. Śnieżyca za oknem przybrała na sile.

- Nie - powiedział w końcu.

Lekarka popatrzyła na niego zdziwiona.

- Ktoś zrobił to już za nas...

***

Przeszedł pod policyjna taśmą i machnął odznaką dwóm mundurowym. Wpuścili go na schody prowadzące do drzwi wejściowych. W środku niewielkiego domku roiło się od policjantów i techników. Co chwila błyskały flesze, szeleściły plastikowe torebki na materiał dowodowy. W powietrzu unosił się zapach kawy z termosów. I było zimno. Nie działało ogrzewanie. Na całe szczęście.

W lecie smród krwi stałby się nie do zniesienia. Dom składał się z parteru, poddasza i niewielkiej piwnicy, gdzie dwa dni temu znaleźli trupa jednego z porywaczy i ocalałą dziewczynkę. Zwłoki drugiego leżały w kuchni. Niewielki, wynajęty na trzy lata domek jednorodzinny.

"Ci panowie zawsze byli spokojni, nigdy nie robili awantur. Jeden mówił, ze pracuje za miastem, drugi zdaje się był na rencie. Myśleliśmy, ze to, wie pan, pedały - ale mówili, że są braćmi" - przypomniał sobie zeznania sąsiada, zasuszonego staruszka z początkami demencji.

"Nie pedały, trochę gorzej, pedofile"- chciał mu wtedy powiedzieć, jednak ugryzł się w język.

Skierował się od razu w stronę zejścia do piwnicy, ale ktoś zawołał go po imieniu. Odwrócił się. Niski, siwiejący technik zmierzał w jego stronę z aparatem w dłoniach. Gordon kiwnął mu głową. Znali się z Henrym od czasów, kiedy pracował jeszcze w pieszym patrolu.

- Jest coś dziwnego, stary- zaczął technik bez zbędnych ceregieli - coś naprawdę dziwnego.

Zamienił się w słuch.

- Znaleźliśmy dwanaście łusek. Głównie w piwnicy. Dwie na schodach. Strzelał Smith, ten, który leżał w kuchni.

Gordon skrzywił się na samo wspomnienie zmasakrowanego ciała męzczyzny.

- Wyczołgał się po schodach, widać to zresztą po smugach krwi. W kuchni strzelił jeszcze dwa razy. Jedna kula utkwiła we framudze drzwi kuchennych. To w zasadzie jedyna, która udało nam się znaleźć. Myślałem, ze technicy spieprzyli robotę, dlatego sam zacząłem szukać. I nic. Chociaż sprawdziłem całe pomieszczenie, centymetr po centymetrze.

- Może amunicja hukowa?

Technik pokręcił głową.

- Zwykłe pestki. 9 milimetrów. Pełnopłaszczowe. W sumie mieli dwie sztuki broni, ale denat na dole nie zdążył nawet wyciągnąć swojej. Magazynek jest pełny. Strzelał tylko ten - ruchem głowy

wskazał na biały odrys sylwetki na posadzce - tak czy siak, sprawa wygląda nietypowo. Zazwyczaj jak pada tyle strzałów pociski albo są w trupie, albo w ścianach, jak goście pudłują.

- A trupa poza nimi nie ma, ściany są czyste - mruknął Gordon.

- To wygląda naprawdę ciekawie...

Miał rację. Ślady jasno sugerowały coś, co teoretycznie nie miało prawa się stać. Wszystko wskazywało na to, że ktoś wszedł do środka, praktycznie wyrywając drzwi z zawiasów. Przyjął na siebie cały magazynek, a potem, jakby nigdy nic, zatłukł dwóch rosłych facetów na śmierć. A wszystko musiała widzieć dziesięcioletnia dziewczynka, porwana przed kilkoma tygodniami i trzymana w piwnicy...

Gdzieś na zewnątrz przeraźliwie zawył wiatr.

***

Lekarka przez dłuższą chwilę milczała. Sarah Fitzpatrick współpracowała z Gordonem od kilku lat. Była również biegłym sądowym, więc często mijali się na rozprawach. Nigdy nie wiedział jej równie zszokowanej, jak wtedy kiedy zobaczyła zdjęcia zrobione przez porywaczy. Uprowadzili dziecko z placu zabaw na terenie sierocińca gdzie mieszkała. Nikt nie zauważył kiedy. Zacisnął zęby na samo wspomnienie pustych oczu dziewczynki, kiedy znaleźli ją w piwnicy.

- Myśli pani, ze ona kiedyś wróci? Że będzie… normalna? - zakończył kulawo.

Fitzpatrick spojrzała mu w oczy z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Nie wiem - ucięła w końcu - po prostu nie wiem. Ciało szybko się wyleczy, ale... Czasami wychodzą z tego dość szybko, czasami w ogóle. Ludzki umysł jest silny detektywie. Silniejszy niż może się nam wydawać. Ale to, co spotkało tę dziewczynkę. Nie wiem czy kiedykolwiek wróci, stamtąd gdzie jest...

Upił łyk kawy.

- Mam dwa trupy. Możliwe że to porachunki z kimś jeszcze gorszym niż porywacze. Mała może nam bardzo pomóc. Jeśli cokolwiek zmieni się w jej stanie. COKOLWIEK. Urwał. Lekarka wyciągnęła paczkę papierosów i zapaliła jednego.

- To mogą być lata, detektywie. Lata! - powiedziała Fitzpatrick - Posługując się laicką terminologią, ona teraz śni, a jej sen jest dla niej bardziej prawdziwy niż rzeczywistość. Widział pan jej EEG?

- Myślę, że i tak mi nic nie powie.

- Ona cały czas ma odczyt podobny do tego, który my mamy w fazie REM. Jakby cały czas śniła. To normalne w niektórych przypadkach, ale u niej występuje wyjątkowo często. Jest w swoim świecie. I nie wiem, czy kiedykolwiek będzie chciała z niego wyjść.

- Jak bardzo mogą być prawdziwe jej sny?

- Myślę, że dla niej nasza rzeczywistość jest snem. Jest jak Alicja po drugiej stronie lustra. Wie pan, z tej książki, która...

Gordon skrzywił się. Ilustrowana wersja bajki leżała na brudnym materacu w piwnicy. Mógł tylko zgadywać, czy dziewczynka czytała ją w chwilach, kiedy porywaczy nie było w domu. Na samą myśl o zapłakanej dziewczynce, oglądającej w półmroku rysunki w książce i tulącej do piersi brudną maskotkę miał ochotę rozwalić komuś łeb.

Śnieżyca nieco ucichła. Zastanawiał się, czy w ogóle da radę wyjechać ze szpitalnego parkingu.

- Pójdę już - dopił kawę i wstał - ma pani numer, w razie czego proszę...

Zgasło światło.

Popatrzył na Fiztpatrick. W półmroku dostrzegł jak wstaje i podchodzi do szafki.

- To chyba korki. Tak się czasem dzieje, cała instalacja jest przestarzała.

Zapaliła latarkę i omiotła pomieszczenie snopem światła. Detektyw skrzywił się, kiedy zaświeciła mu w oczy.

- Zadzwonię za moment do konserwatora. Poradzi pan sobie?

Kiwnął głową i wyciągnął z kieszeni mała latarkę.

- Dziękuje za pomoc.

Kiedy podchodził do drzwi coś łupnęło tak mocno, że z sufitu posypał się tynk. Gdzieś zza drzwi rozległy się krzyki przestraszonych pacjentów. Fitzpatrick głośno zaklęła. Ruszył do drzwi święcąc sobie latarką. Wyszedł z gabinetu. Prawie zderzył się z czarnoskórym pielęgniarzem biegnącym korytarzem.

- Co się dzieje?

- Chyba coś wybuchło, nie wiem - rzucił i pobiegł dalej.

Gordon widział jak pielęgniarki wbiegają do sal żeby uspokoić pacjentów.

- Halo? Straż pożarna? - usłyszał jak Fitzpatrick mówi do telefonu.

Cofnął się do gabinetu.

- W której sali leży Alice?

Lekarka dyktowała już adres szpitala. Podniosła do góry rękę pokazując pięć placów.

Ruszył przed siebie. Miał złe przeczucia. Cholernie złe. Najgorsze jest to, ze zupełnie nie miał pojęcia czemu. Przyspieszył kroku. Sala numer pięć znajdowała się za rogiem długiego

korytarza. Coś znowu trachnęło. Jakby ktoś łamał deski. Zaczął bieg. Odruchowo odpiął klips kabury. Wypadł zza rogu. Znieruchomiał.

Przez kilka sekund działał sam instynkt. Poczuł, jak adrenalina wypełnia mu żyły, a wszystko wydaje się zwalniać. Stał w korytarzu, gdzie jedna ze ścian była praktycznie całkowicie

oszklona, i widać było padający śnieg. Był pomarańczowy w świetle lampy sodowej, stojącej między drzewami. Widział, jak cienie płatków śniegu przemykają po białej, szpitalnej piżamce. Dziewczynka stała odwrócona plecami, w połowie korytarza, niecałe dziesięć metrów od Gordona.

Nie była sama.

Wytrenowanym ruchem wyciągnął broń i wycelował przed siebie.

- Stój! Policja! - krzyknął.

Usłyszał stukot obcasów gdzieś za sobą - Fitzpatrick najpewniej biegła w jego stronę.

Alice stała nieruchomo jak posąg, trzymając za rękę mężczyznę w długim, czarnym płaszczu. Coś tutaj nie grało. Coś nie grało tak bardzo, że Gordonowi zrobiło się zimno.

- Odwróć się i trzymaj ręce na widoku!- krzyknął.

Alice miała jedenaście lat, była chuda, ale wysoka jak na swój wiek. Stała teraz nieruchomo,odwrócona plecami do niego. Widział, jak nieznajomy trzyma ją za rękę.

Jakby zatrzymali się w pół kroku słysząc jego krzyk. Szybko ocenił odległość między ramieniem mężczyzny a głową dziewczynki. Już wiedział, co jest nie tak.

Ruchem kciuka przełączył bezpiecznik pistoletu i oparł palec na spuście. Poczuł, jak włosy na karku stają mu dęba. Nieznajomy miał prawie trzy metry wzrostu…

- Stój, bo cię rozpierdolę! - krzyknął raz jeszcze, próbując ukryć drżenie w głosie.

Za nim, zza rogu korytarza wybiegła doktor Fitzpatrick. Krzyknęła, potknęła się i wylądowała na kamiennej podłodze. Kątem oka zobaczył, jak próbuje wstać, ale zamiera patrząc na Alice. Dziewczynka odwróciła się do Gordona. Uśmiechnęła się. Potem powoli podniosła rękę i pomachała do detektywa. Jakby chciała powiedzieć „do widzenia”.

Podniósł broń i zgrał przyrządy celownicze.

-Puść ją i połóż się twarzą do ziemi! Słyszysz?!

Dziewczynka i nieznajomy powoli ruszyli korytarzem. W półmroku dostrzegł, ze mała dalej ściska w ręce swojego pluszaka.

- Słyszysz, kurwa?! Stój bo strzelam! - oparł palec na spuście i przyklęknął na jedno kolano. Fitzpatrick chciała coś powiedzieć, ale tylko bezgłośnie otwierała i zamykała usta.

- Stój, kurwa! Słyszysz?! Stój! - dziewczynka i wielki facet w płaszczu szli dalej przed siebie. Do drzwi wyjściowych.

Nacisnął spust.

Huk wystrzału był tak głośny, że zaczęło mu dzwonić w uszach. Trafił go. Widział, jak dostaje w ramie, a strzępy materiału z płaszcza wzbijają się w powietrze. Zatrzymali się. Mężczyzna powoli odwrócił się, stając w świetle ulicznej latarni, wpadającym przez okno. Gordon przygryzł język, żeby nie wrzasnąć.

Mężczyzna uśmiechnął się. Uśmiechnął się na tyle, na ile pozwalały mu zaszyte dratwą

usta. Mimo, że czarne, długie włosy opadały mu na twarz Gordon zobaczył zasnute bielmem oczy. Zdawały się wpatrywać wprost w niego. Mężczyzna powoli uniósł rękę i pogroził mu palcem. Czarny, postrzępiony cylinder na jego głowie zakołysał się lekko.

- Stój bo… strzelam… - powiedział cicho.

Ręce trzęsły mu się tak bardzo, że nie był w stanie nawet wycelować.Alice popatrzyła mu prosto w oczy.

- Niech pan nie strzela w Kapelusznika - powiedziała, a jej dziecięcy głos zadźwięczał w powietrzu.

Odwrócili się i ruszyli przed siebie.

- Stój bo cię rozwalę, słyszysz?! Stój bo strzelam! - krzyczał Gordon trzymając giganta na muszce.

Tak bardzo trzęsły mu się ręce. Nie strzelił.

Widział,jak podchodzą do wyjściowych drzwi, a mężczyzna jednym ruchem ręki wyrywa je z zawiasów. Widział, jak Alice wychodzi pierwsza, na mroźne, zimowe powietrze. Olbrzym zgiął się w pół i przeszedł za nią.

Gordon tak bardzo nie wierzył w to co widział.

Kiedy Fitzpatrick położyła mu rękę na ramieniu podskoczył. Za nimi, wyglądając zza rogu korytarza stało kilkanaście osób. Głownie pacjenci.

- Musimy za nimi iść - powiedziała cicho, prawie bezgłośnie Fitzpatrick.

Czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Ruszyli do przodu, szybko. Po kilku krokach zaczęli biec. Wypadli w noc, w sam środek śnieżycy. Gordon światłem latarki omiatał chodnik i podjazd przed szpitalem. Nagle znieruchomiał. Świecił latarką w jedno miejsce. Gdzieś za nimi, w nocnej zamieci słychać było syreny nadjeżdżających radiowozów.

Fitzpatrick stanęła obok niego.

- To chyba właśnie dostaliśmy odpowiedź pani doktor… - powiedział chowając broń.

Lekarka nie bardzo rozumiała. Dalej trzęsła się jak osika. Popatrzyła na niego pytająco.

- Jak bardzo prawdziwe mogą być sny - powiedział świecąc latarką na chodnik.

Odciskom bosych stóp Alice towarzyszyły ślady wielkich buciorów nieznajomego.

Głęboko odetchnął, wciągając nocne powietrze.

Ślady urywały się po kilku metrach.

Jakby po prostu… Jakby…

- Oni zniknęli – powiedziała cicho doktor Fitzpatrick.

Panopticum
Źródło: Dzięki za pomysł MŚ ;)
Oceń:
7
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!