Historia

Psy z Orphosis

pariah777 5 8 lat temu 6 131 odsłon Czas czytania: ~17 minut

– Mam nadzieję, że daleko nie uciekł – odezwał się mężczyzna w baseballówce, nie odklejając przy tym wzroku od migającego za oknem leśnego krajobrazu. – Lepiej przyspiesz.

– Raczej nie zdążył narozrabiać. Policja by wiedziała – odpowiedział drugi.

– A skąd wiesz, że nie wie?

– Przecież mamy tam swoich ludzi.

– Tak nam powiedzieli. To nie musi być prawda. Równie dobrze możemy właśnie jechać na miejsce naszej egzekucji.

Kierowca spojrzał podejrzliwie na swojego towarzysza.

– A mają powody, by nas tak załatwić? – zapytał, nie starając się nawet ukryć niepokoju.

– Czasy, w których ich potrzebowali, już minęły.

Po tych słowach zapadła druzgocąca cisza. Oboje myśleli dokładnie o tym samym – o tym, o czym myślał wtedy prawie każdy, kto był uwikłany w projekt Orphosis. Nadchodził koniec. Organizacja się sypie, a pierwszymi ofiarami zawsze są pionki, tacy jak oni. „Dziś szukają zaginionego Psa. Jutro przepadnie paru żołnierzy. Pojutrze zaczną mordować ludzi z zewnątrz, bo będzie to konieczne. Za tydzień pozbędą się najmniej ważnych członków personelu. A za miesiąc po Orphosis nie pozostanie żaden ślad” – taki scenariusz lęgł się w głowach dwóch młodych Łowców.

Zatrzymali się na widok pierwszego napotkanego gospodarstwa. Wysiedli z auta, jednocześnie sięgając po broń, i rozejrzeli się po okolicy. Na podwórku biegało parę kur, od strony stodoły rozległo się ujadanie psów. Nie było śladów krwi ani rozczłonkowanych ciał, jak to sobie wyobrażali.

– Pukamy? – zapytał Łowca w baseballówce.

– Obejdźmy tę ruinę dookoła najpierw. Idź od lewej, ja od prawej, spotkamy się na tyłach.

– Dobra – odrzekł, po czym się rozdzielili.

Nie zauważyli nic nadzwyczajnego. Zwykły dom na odludziu, gdzie zapewne mieszkała para staruszków, która już przywykła do kiepskich warunków i pogodziła się ze swym losem.

– Wchodzimy? – zapytał Łowca, wskazując na tylne wejście do budynku.

Drugi tylko wzruszył ramionami, wspiął się po betonowych schodkach i pchnął drewniane drzwiczki.

Znaleźli się w kuchni. Panował tam niewyobrażalny smród, a na stole leżał spleśniały, niedojedzony chleb. Zepsute resztki żywności pochowane po szafach nie zwiastowały niczego dobrego, dlatego od tamtego momentu nie spuszczali palców ze spustów.

– Halo!? – zawołali, lecz odpowiedziało im jedynie echo.

Przeszli na korytarz. Odór zgnilizny stał się jeszcze silniejszy. Dochodził zza zasłony, która, jak przewidywali, prowadziła do sypialni.

– Ty pierwszy – rzucił w stronę swojego partnera Łowca.

Mężczyzna w baseballówce przytknął rękaw bluzy do twarzy, próbując w ten sposób załagodzić smród, i odchylił firankę.

Widok ich nie zaskoczył. Rozkładające się ciało staruszki nie wyglądało co prawda przyjemnie, ale nie było przynajmniej tym, czego się w głębi duszy obawiali. Jej wnętrzności, na całe szczęście, pozostały na miejscu.

– Przyczyny naturalne?

– Nie do końca. Spójrz na obdrapane łóżko. Musiała być częściowo sparaliżowana, czy coś w tym stylu. – Skinął głową w kierunku stojącego obok prowizorycznego wózka inwalidzkiego.

– Czyli nie mieszkała sama... – skonstatował Łowca.

– Ktokolwiek się nią opiekował, musiał nagle przestać to robić. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego?

– Chodźmy sprawdzić – odrzekł, zasuwając zasłonę.

Na końcu korytarza znajdowały się uchylone drzwi, za którymi ciągnęły się schody do piwnicy. Łowcy spojrzeli po sobie, po czym ruszyli w tamtą stronę. Jeden z nich wyciągnął małą latarkę z kieszeni spodni i zaczął schodzić jako pierwszy.

Na dole czekała ich odpowiedź na pytanie „Dlaczego?”. Tuż przy ostatnim schodku leżało ciało starca.

– Biedaczek – mruknął Łowca w baseballówce.

Wokół głowy trupa utworzyła się ciemnoczerwona kałuża zaschniętej krwi, która wyciekła z rozłupanej czaszki.

– Musiał spaść ze schodów. To smutne.

– Skutki życia na pieprzonym odludziu. Tak czy owak, Psa tutaj nie ma. Zmywamy się.

– Jak myślisz, ile będą tutaj gnić, nim ktoś ich odkryje? – zapytał Łowca, nie mogąc oderwać wzroku od truchła.

– Te okolice są cholerną dziczą. Całe to zadupie mogłoby wymrzeć, a nikt by tego nawet nie zauważył. Sądzisz, że najbliżsi sąsiedzi, mieszkający paręset metrów stąd, zaglądają tutaj? Ci, co mogli, wyjechali, a ci, co zostali, tylko czekają na śmierć – odrzekł ze smutkiem jego partner.

Wyszli z domu i ruszyli przez podwórze w stronę samochodu.

– Sprawdzimy jeszcze dwa najbliższe gospodarstwa i będziemy mogli... – zwrócił się do swojego towarzysza, lecz nie dane mu było dokończyć.

Z jego klatki piersiowej wytrysnął strumień czerwieni oraz kawałeczków mięsa. Rozdziawił usta i wytrzeszczył oszczy, a następnie runął na ziemię. Jego partner natychmiast sięgnął po broń i zbadał wzrokiem otoczenie. Przestał myśleć. Szkolono go do tego, by w takim momencie zachowywać się według schematu. Jeśli uzbrojonych przeciwników jest więcej niż pięciu, ma strzelić sobie w głowę – za żadne skarby nie może trafić żywy w ręce wroga. A jeśli jest ich mniej, to powinien sobie poradzić, zakładając, że wrogowie nie są wyszkoleni tak dobrze jak on. Łowca jednym spojrzeniem omiótł podwórze i od razu zdał sobie sprawę ze swojej tragicznej sytuacji. „Jak mogłem tego nie zauważyć?”, rozległo się w jego umyśle pytanie, które jednak nie doszło do świadomości, bo ta była zajęta czym innym.

Parę metrów przed nim, czyniąc sobie z jego samochodu zasłonę, stał staruszek ze strzelbą. Za nim czaił się młodzieniec. Od strony stodoły pędziła na niego trójka uzbrojonych w widły rolników. Widział też, jak zza domu wybiega dwójka kobiet. Został otoczony. W ręce miał rewolwer sześciostrzałowy. Zanim staruch ze strzelbą przeładował, Łowca podjął odważną decyzję – będzie walczył.

Ryk rewolweru wzniósł się ponad okrzykami rolników, a tuż po nim nastąpił wrzask mężczyzny, który, z dziurą między oczami, upuścił broń i padł na trawę za samochodem. Jeden za jednego, pomyślał Łowca, po czym błyskawicznie odwrócił się w stronę nadbiegającej od strony stodoły trójki. Była parę metrów od niego, kiedy w jej stronę posypał się grad strzałów, kosząc rolnika za rolnikiem aż ciało ostatniego, wciąż ściskającego desperacko widły w dłoniach, padło tuż przed Łowcą.

Wciąż jeszcze pozostawała kwestia dwójki kobiet. Wiedział, że są już niebezpiecznie blisko i zaraz to odczuje na własnej skórze, ale to były tylko dwie wątłe starsze panie. Nim do niego doskoczyły, wziął zamach, by rozprawić się z ostatnim liczącym się w tej potyczce wrogiem – chłopakiem czającym się za samochodem. Młodzieniec podniósł strzelbę i zajął miejsce staruszka, ale, na szczęście dla Łowcy, posługiwał się bronią tak nieudolnie, że zanim przeładował, został ogłuszony. Oberwał rączką rewolweru, którym cisnął Łowca, wiedząc, że i tak wystrzelał już wszystkie sześć naboi.

W tym samym momencie, kiedy słychać było, jak lecąca broń roztrzaskuje czaszkę chłopaka, na Łowcę rzuciła się jedna z kobiet.

– To mój syn, ty kurwo! – wykrzyczała.

Co dziwne, nie była uzbrojona – pewnie nie zakładano, że będzie walczyć. Tak więc Łowca z łatwością uwolnił się z jej słabego uścisku i zdzielił ją prosto w twarz. Kobieta zatoczyła się w tył.

Jej miejsce zajęła druga osoba, która wcześniej również wybiegła zza domu. Wtedy Łowca zdał sobie sprawę, iż popełnił błąd – zmyliły go długie włosy. To, co stanęło tuż przed nim, nie było kobietą. Wychudzone ciało, wygłodniałe oczy i ostre pazury – było Psem. Przez chwilę trwali w bezruchu naprzeciwko siebie, mierząc się nawzajem wzrokiem. Potem rzucili się do walki.

Łowca był za wolny. Nie szkolono go w walce wręcz – jego jedyną szansą była gra na czas. Z początku starał się unikać pazurów tnących zarówno skórę jak i powietrze z taką samą łatwością, ale ostatecznie postanowił przejść do desperackiej ofensywy, kiedy zauważył z przerażeniem w oczach, iż jego obrona jest bezskuteczna. Nieważne, co robił, i tak każdy cios Psa dosięgał celu. Naparł zatem całą swoją siłą na wroga, po czym pchnął, w nadziei, że zwali go z nóg. Nic z tego. Pies w decydującym momencie odskoczył, przez co ociekający krwią Łowca padł na ziemię.

Miał pewność, że to już koniec. Brakło mu siły by wstać, a i rany poczynione przez pazury były śmiertelne, więc tylko spojrzał w kierunku swojego towarzysza, który leżał parę metrów dalej z broczącą krwią dziurą na wysokości płuc. Uśmiechnął się, widząc, że tamten wciąż żyje, a nawet się rusza. Trzymał też coś w ręce. Łowca zmrużył oczy i dostrzegł, iż to rewolwer. Wtedy zrozumiał, dlaczego Pies zwlekał z zadaniem ostatecznego ciosu.

– Tylko spróbuj się ruszyć... – warknął postrzelony Łowca.

– Strzelaj. Zdechniesz tak czy tak – odburknął mu niespodziewanie Pies.

„On mówi!”, pomyśleli obaj ledwo żywi mężczyźni. Zaraz gdy zdziwienie minęło, zorientowali się, że zostali okłamani. Perfidnie okłamani przez tego, kto ich wysłał na tę misję. To, z czym przyszło im się mierzyć, było czymś więcej niż tylko zbiegłym człowiekiem wychowanym w zwierzęcych warunkach, by mógł zabijać jak zwierzę – bez skrupułów, bez powodu, na rozkaz, jak pies. Stąd też wzięła się nazwa tej „jednostki”, hodowanej w ramach projektu Orphosis, „Psy”.

– Czym ty jesteś? – syknął poszarpany pazurami Łowca.

– Pierwszym uciekinierem. Tylko tyle wiem – odrzekł beznamiętnie wychudzony mężczyzna.

– Dlaczego... nas zaatakowałeś? – wycedził drugi Łowca, trzymający broń.

– Przeczuwałem, że wyślą za mną kogoś. Postanowiłem się bronić właśnie w tym miejscu, z pomocą miejscowej ludności. Teraz mam zamiar udać się do najbliższego miasta, bo zanim wyślą wam wsparcie, musi trochę minąć, a ja wtedy zdążę się gdzieś zaszyć.

„Zdecydowanie nie jest Psem”, pomyśleli równocześnie.

– Teraz was zostawię, na łasce tych, których wasza organizacja skrzywdziła. Może nie tak bezpośrednio, jak mnie, ale niemal równie okrutnie – kontynuował. – Nie radzę strzelać – zwrócił się do Łowcy z rewolwerem. – To dobrzy ludzie, bądźcie grzeczni, a opatrzą wam rany i poślą z powrotem.

Odwrócił się na pięcie i odszedł, jak gdyby nigdy nic. Łowca nie strzelił. Zamiast tego zamknął oczy w nadziei, że nigdy więcej nie będzie musiał ich otwierać. Drugi zrobił to samo. Za dużo bólu. Za dużo cierpienia. Mieli dosyć.

Tymczasem w kompleksie budynków, który nosił tę samą nazwę, co projekt, któremu był oddany – Orphosis – nic nie wskazywało na to, że zaraz nastąpi pełna mobilizacja. Dyspozytorka spojrzała na zegar. Potem na leżącą na jej biurku kartkę zapełnioną rządkami cyfr. Odszukała palcem numer, a następnie sięgnęła po telefon.

– Łowco numer 143, czy wszystko jest w porządku? Nie otrzymaliśmy jeszcze raportu – odezwała się, kiedy po paru sygnałach ktoś odebrał.

Nie uzyskała odpowiedzi. Nie minęło kilka sekund, a ten ktoś się rozłączył, nie odzywając się ani jednym słowem.

– Kurwa... – warknęła, po czym wybiegła ze swojego pokoju i pomknęła w kierunku gabinetu zarządcy.

– Łowca numer 143 i jego partner, 178, nie odpowiadają. Znaczy się, chyba zostali przechwyceni, a w każdym bądź razie ich telefon – spróbowała złożyć składny meldunek mężczyźnie w garniturze, siedzącemu za biurkiem.

– Przyjąłem, odejdź.

Kiedy wyszła, wykonał trzy telefony do trzech różnych osób. Minutę później te osoby stanęły przed nim, zasapane i przerażone.

– O co chodzi? – zapytał najstarszy, noszący fartuch lekarski zaplamiony krwią.

– Okłamałeś mnie, doktorku... – odezwał się spokojnie mężczyzna zza biurka. – Po raz pierwszy coś wymyka się z naszego ośrodka, a ty mi próbujesz wmówić, że to zwykły Pies. Uwierzyłem ci i posłałem za nim Łowców. A teraz najprawdopodobniej są martwi.

Zapadła cisza. Dwójka pozostałych, która się jeszcze nie odezwała, wpatrywała się ze współczuciem w przerażonego naukowca.

– Powiedz mi, przyjacielu, co tak naprawdę spierdoliło ci z twojego laboratorium, co? – dokończył po krótkiej przerwie.

Doktor przełknął ślinę, wziął głęboki oddech i spokojnie odrzekł:

– Był eksperymentem. Miał stać się lepszą wersją Łowców.

– Dlaczego o tym, kurwa mać, nic nie wiedziałem!? – wydarł się mężczyzna w garniturze.

– Nie było potrzeby, by kogokolwiek informować. Eksperyment nie zapowiadał się obiecująco...

– Kretynie! I po jaką cholerę kłamałeś, że to zwykły Pies uciekł!? Na miłość boską... Jeśli to, co stworzyłeś, nam spierdoli i dotrze do ludzi, to mamy przejebane! – Ciężko westchnął, a następnie spojrzał na dwójkę pozostałych mężczyzn. – Zbierzcie ludzi. Łowców. Wyposażcie, jakby szli na pieprzoną wojnę. A następnie poślijcie w miejsce, gdzie ktoś odebrał ten cholerny telefon.

Przytaknęli. Obaj wiedzieli, co taki rozkaz oznacza.

„Czy ja nie żyję?”, pomyślał Łowca, kiedy świadomość powróciła do pulsującego bólem ciała. Powoli rozwarł powieki. Dostrzegł zarys krzesła, na którym siedział, oraz więzy, którymi był unieruchomiony. U jego stóp jarzyły się dwie świeczki. Ich słaby blask tylko uwydatniał panującą dookoła ciemność. Gdzieś coś się poruszyło. Wytężył słuch – niespokojne oddechy, pociąganie nosem, szuranie krzeseł. „Gdzie ja jestem?”, zadał sobie pytanie. Miał wrażenie, że obserwuje go mnóstwo ludzi. Fakt, że był całkowicie nagi, tylko pogarszał sprawę.

– Czym jest Orphosis? – dobiegło go pytanie zza pleców.

„Przesłuchanie”, pomyślał. „Powinienem strzelić sobie wtedy w łeb”.

– Pierdol się – odparł, starając się ukryć swoje męki wywołane głębokimi ranami po pazurach.

W sali, która, jak się domyślał, musiała być dość spora, zapanowało wzburzenie. Ludzie coś szeptali między sobą.

– Jeśli nie będziesz współpracował, zabijemy cię – rzekła kobieta, stojąc tuż za nim.

To ją pozbawił syna, ciskając rewolwerem. Poznał po głosie. Wspominając to, poczuł namiastkę satysfakcji.

– Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? – zapytał Łowca, krzywiąc się z bólu.

– Odpowiedzi. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, co przeżywaliśmy tutaj! – wrzasnęła, a zawtórował jej pomruk aprobaty ze strony publiczności. – Mieszkamy tutaj, bo gdzie indziej mamy się podziać? Kto mógł, to wyjechał, ale my zostaliśmy. A teraz co!? Odkąd na wschodzie rozciągnęli ten płot, nic już nie jest normalne!

Wiedział, o jaki płot chodzi. Wysoki, pod napięciem, odgradzający tajemnicze budynki projektu Orphosis od ciekawskich oczu miejscowych.

– Jeśli sądzisz, że powiem ci cokolwiek, to się, kurwa, mylisz – burknął. – Opowiedzieliście się po złej stronie – zwrócił się do ludzi, których nawet nie widział. – Ściągnęliście na siebie kłopoty.

– Co masz na myśli? – w głosie kobiety zabrzmiał strach.

– Gdzie jest to coś? – zapytał.

– Jakie „coś”? – odrzekła, nie do końca rozumiejąc.

– Pies. Nie, w sumie nie Pies. Ten szajbus, który mnie prawie zabił.

Przez moment w sali zapadła całkowita cisza. To kobieta ją przerwała niepewnym głosem.

– Powiedział, że ściągnie pomoc. Poprosił o jedzenie i mapę, po czym wyruszył przez las w kierunku najbliższego miasta. Oczywiście pieszo, bo drogi są dziwnym trafem nieprzejezdne i nikomu się nie spieszy, by to naprawić.

Łowca wybuchnął szaleńczym śmiechem. Choć rany zapiekły go żywym ogniem, nie potrafił się opanować.

– Po jakiego chuja nas w ogóle zaatakowaliście!? – wysapał wreszcie.

– To Marek spanikował i wystrzelił. Ten wasz zbieg powiedział, że to wy jesteście odpowiedzialni za to wszystko, co spotkało tę wieś. Na starego uparciucha podziałało to jak płachta na byka. Nasz plan nie zakładał walki... ale sytuacja nie pozostawiła nam wyboru – tłumaczyła się.

– Wystąpiliście przeciwko Orphosis – oświadczył niespodziewanie poważnym tonem – spotka was kara za to. Mogliście nam po prostu oddać tego dzikusa.

– Nie paktujemy z wrogiem! – wykrzyknął ktoś z publiczności.

– Nie damy się tak poniżać! – odezwał się inny mężczyzna.

– W dupie was mamy! Chcemy żyć w normalnych warunkach! Oddajcie nam prąd!

– Zamknąć mordy! – ryknęła kobieta. – Czym jest to całe Orphosis? – zapytała łagodnie, gdy znów nastała cisza.

Łowca się uśmiechnął.

– Odebrałaś telefon? – zapytał.

Znał procedury i miał pewność, że dzwonili do niego.

– Co to ma za znaczenie? – rzekła zaniepokojona.

Z jej tonu wywnioskował odpowiedź. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Orphosis to fabryka najemników. Najlepsza na świecie. Jeśli ktoś jest dobry, zostaje Łowcą. A jeśli nie, to przerabiają go na Psa i sprzedają do krajów Trzeciego Świata. Oczywiście biorą tylko ochotników, gotowych zaryzykować. A ich nie brakuje. Wolą powojować sobie przez pięć lat a potem żyć w luksusie niż zapieprzać w fast foodzie do końca życia – zaczął przemawiać nieskrępowanie, uśmiechając się. – Oczywiście Orphosis potrzebował jakiegoś miejsca do wybudowania, że tak to nazwę, centrum dowodzenia. Padło na okolice waszej wsi. I powiem szczerze, łatwiej by było, gdybyście się wszyscy stąd wynieśli.

– Nie mogą nas się po prostu pozbyć... To wbrew prawu... – mruknęła kobieta.

– Mogą. Mają kontakty wszędzie. Gdyby Orphosis upadł, straciłoby na tym wiele szych. I choć koniec tej organizacji jest bliski, to wierzcie mi, że koniec tego zadupia nastąpi prędzej.

– W jaki sposób? – zapytała cicho, ledwie dobywając z siebie głos.

„Ona wie”, pomyślał. Wnioskował to z jej zachowania. Nikt inny na sali się nie bał. Tylko ona.

– Gdybyście oddali nam tego gnojka uciekiniera, być może byłaby wtedy szansa na współpracę. Gdybyście mu nie pomogli, pewnie dalej byście tutaj mogli sobie powoli gnić w tej dziczy, z dala od miasta i pomocy służb. Ale teraz... sama wiesz.

– Dlatego odpowiadasz tak ochoczo na moje pytania? – zapytała.

Kiwnął głową.

– Kiedy? – ledwie starczyło jej sił na wypowiedzenie tego słowa.

– To zależy, jak długo byłem nieprzytomny.

– Godzinę – odpowiedziała.

– To dużo czasu nie zostało.

Wypowiadając to ostatnie słowo, nie mógł ukryć w swoim głosie smutku. Miał być bogaty. Szczęśliwy. Uświadomił sobie, że nigdy nie będzie. Że zaryzykował i przegrał.

– O co chodzi? – wyszeptała cicho jakaś kobieta z tłumu.

– Co z nim zrobimy? – rzucił pytanie któryś z mężczyzn.

– Będziemy się bronić! – krzyknął inny. – Nieważne, kogo nam tu przyślą!

Na sali zawrzało. Ludzie coś mówili, wrzeszczeli, ruszali się. Tylko Łowca i kobieta stojąca tuż obok niego trwali w bezruchu. Kiedy gdzieś na zewnątrz rozległ się przytłumiony warkot silnika, oni jako jedyni wiedzieli, co to oznacza.

– Gdzie jest mój...

– Zmarł – odpowiedziała, nim Łowca zdążył dokończyć.

Rozległ się huk. Eksplozja rozerwała drzwi sali, torując drogę światłu do wnętrza sali. Łowca ujrzał, jak bezbronni, starzy i żałośni mieszkańcy odwracają się w tył lub zatykają uszy. Niektórzy zaczęli nawet recytować modlitwy. Nie przestawali, gdy pierwsza seria z karabinu przecięła tłum na wylot, rozrywając zwiotczałe ciała. Wraz z drugą rozległy się krzyki oraz wrzaski, a do budynku, wśród unoszących się kłębów pyłu, wbiegli uzbrojeni żołnierze. Łowcy. Strzelali w biegu, precyzyjnie eliminując cel za celem, z chłodną precyzją rozłupując głowy starców nabojami. Kobieta stojąca przy skrępowanym Łowcy odleciała w tył, kiedy jeden pocisk oddzielił jej rękę od reszty ciała, a drugi prześliznął się przez jelita, siejąc krwawe spustoszenie. Nagi mężczyzna, obserwując tę masakrę, był pewien, że zaraz skończy jako jeden z tych, którzy przemieniali się w krwawą papkę na jego oczach. Żaden zbłąkany nabój go jednak nie trafił. Wszystkie przelatywały obok, w bezpiecznej odległości. Odetchnął, kiedy strzały ucichły, a stojący wciąż przy wejściu Łowcy zaczęli ostrożnie iść ku niemu.

– Numer 143? – wykrzyknął któryś z żołnierzy.

Nagi mężczyzna kiwnął głową.

– Gdzie jest zbieg? – w sali rozległ się władczy głos, który z pewnością nie należał do zwykłego Łowcy.

Po chwili, wymijając rozczłonkowane ciała, na przód oddziału wysunął się człowiek odziany w garnitur, który kompletnie nie pasował do przesiąkniętej krwią scenerii.

– Nie ma go tu, prawda? – zapytał, trącając butem przypadkowe truchła.

Nikt nie odpowiedział.

– To gdzie, kurwa, jest!? – wykrzyknął w stronę Łowcy noszącego numer 143.

– W drodze do miasta – odparł mu tamten. – Podburzył tutejszych ludzi przeciwko Orphosis i uciekł. Mój partner zginął podczas zasadzki, a ja zostałem schwytany.

– Trzeba było od razu się ich stąd pozbyć, jeszcze w czasie budowy kompleksu... A teraz co my zrobimy!?

– Znajdziemy go... – odezwał się stojący tuż przy wejściu doktor. – Wytropimy. Musimy.

– Nie – rzekł po dłuższym namyśle zarządca. – Nie będziemy go poszukiwać po lasach, to za duże ryzyko. Wpierw ogarniemy ten syf – wskazał na wszechobecne ludzkie szczątki – i znajdziemy sposób, by świat raz na zawsze zapomniał o istnieniu tej wsi.

– Przekażę moim ludziom – odrzekł jeden z położonych wyżej w hierarchii Łowców, po czym obrócił się na pięcie i odszedł.

– A co ze zbiegiem? – zapytał doktor.

– Rozegramy to mądrzej – odparł mężczyzna w garniturze.

Łowca numer 143 został nazwany Bohaterem z Zadupia. Oprócz tytułu za swoje poświęcenie otrzymał również dożywotni zapas pieniędzy. Coś w rodzaju emerytury, gdyż rany, które odniósł, nie pozwalały na dalszą służbę w szeregach Łowców. Został zatem odesłany z powrotem do domu jako jeden z tych, którym się poszczęściło i przetrwali pobyt w organizacji.

– Wyeliminowaliśmy zbiega! Tak jak przewidywaliśmy, że w końcu to zrobi, podjął pierwsze działania przeciwko Orphosis, co nie uszło naszej uwadze. Dzięki temu go wyśledziliśmy!

Z szeregu Łowców wystąpił jeden mężczyzna, po czym stanął dumnie przy mównicy.

– Ten oto człowiek – kontynuował zarządca – wypełnił zadanie, które mu powierzyłem. Zamordował zbiega we śnie, w jego własnym mieszkaniu, gdzie się ukrywał od ponad tygodnia na terenie Warszawy.

Na sali wśród pracowników projektu Orphosis zawrzało.

– I w ten sposób zdusiliśmy zagrożenie, które mogło doprowadzić nas do upadku! Orphosis jest znów bezpieczny! – ogłosił zarządca i zszedł z mównicy.

Uścisnął dłoń Łowcy, który rzekomo zabił zbiega, a następnie wyszedł tylnym wyjściem. Nawet po tym, jak opuścił salę, brawa nie ustawały.

Na korytarzu czekał na niego doktor.

– Mam nadzieję, iż wiesz, co robisz – rzekł lekarz.

– On się nie ujawni. Jestem pewien, że chce o nas zapomnieć bardziej niż my o nim – odpowiedział bez wahania mężczyzna w garniturze. – Musimy dbać o nastroje naszych ludzi.

– Ciekaw jestem, gdzie on jest i co robi... – westchnął starzec.

– Jest martwy. Tego się trzymaj – odrzekł oschle zarządca i ruszył w kierunku swojego gabinetu.

Łowcy numer 143 nie było dane usłyszeć tej kłamliwej mowy. Przebywał w tamtym czasie w swoim nowym domu, przeglądając poradniki o wystroju wnętrz. „Czas zacząć nowe życie”, stwierdził, zostawiając myśli o uciekinierze, który go niemal zabił, daleko za sobą. Chwilę potem odłożył swoją lekturę, nałożył na siebie płaszcz i wyszedł na miasto.

Czuł się niczym nowo narodzony. Jak dobrze było znów poznać smak frytek z McDonald's – w Orphosis takich luksusów nie było. „Nie było też kasjerów, patrzących się wrednie, jak człowiek je”, pomyślał, kiedy zauważył, że jeden z pracowników go od dłuższej chwili obserwuje. I wtedy zalała go fala dreszczy. Serce na moment przestało bić, po czym zaczęło walić jak oszalałe.

Oczy kasjera za ladą było mu znajome. Te same wygłodniałe oczy, z którymi kiedyś się mierzył na pewnym podwórku. „Zbieg”, pomyślał Łowca. Miał ochotę wstać i wyjść z lokalu, ale mięśnie nie reagowały na żadne polecenia. Powoli powędrował wzrokiem w kierunku tacki ze swoim jedzeniem i zrozumiał. Został otruty. Uciekinier, widząc to, posłał Łowcy uśmiech, a następnie szybko wyśliznął się z budynku, zrzucając służbowe ubranie.

Z kieszeni wyjął listę z numerami. Część była przekreślona, część nie. Wziął do ręki pisak i dołączył numer 143 do tej pierwszej grupy.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Jeśli się podobało, to zapraszam na mój nowy profil autorski! Szymon Sentkowski
Odpowiedz
Świetne.
Odpowiedz
Może nie straszne, ale zdecydowanie jedna z najciekawszych i najbardziej wciągających jaką kiedykolwiek czytałem na tej stronie :D
Odpowiedz
Przypomina to troche Supernatural, poczatek 3 sezonu :)
Odpowiedz
Świetne opowiadanie :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje