Historia

Czas Z część 16

gabriel grula 13 3 lata temu 5 589 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577

Nawet nie zauważam kiedy, dochodzę do ostatniej posesji osiedla Zalesie.

Myślami uciekłem tak daleko, że szedłem niczym w transie.

Spoglądam na leżącego przy drzewie martwego ptaka. Tuż obok dostrzegam kolejnego i jeszcze jednego. Każdy ma lekko rozchylony dziób.

Zdaje się, że wiem przed czym uciekały poprzedniego dnia szczury. Pozostaje mieć nadzieję, iż nie wszystkie ptaki padły ofiarami tego chemicznego gówna. A jeżeli właśnie zaczął się proces końca wszelkiego ziemskiego życia?

Póki co, nie słyszę śpiewu żadnego z nich. Nieco uspokaja mnie widziany kilkadziesiąt minut temu orzeł. Oczywiście nie oznacza to, że w dalszym ciągu żyje.

Zatrzymuję się spoglądając w las. Powiew wiatru zwiewa z koron drzew biały osad. Uformowana w ten sposób chmura, unosząc się w powietrzu, przemierza kolejne metry w końcu powoli opada, ginąc w gęstym poszyciu.

Poszczególnie rosnące drzewa, przy zwróceniu na nie baczniejszej uwagi tworzą ścieżkę. Na jej ściany składają się nie tylko grube pokryte osadem konary, ale i krzewy, wśród których rozpoznaję miedzy innymi charakterystyczne paprocie.

Kieruję wzrok najpierw ku wierzchołkom drzew, następnie w gęstwinę leśną.

Cisza, zewsząd osacza mnie idealna, doprowadzająca do dzwonienia w uszach cisza.

Odwracam głowę w stronę ulicy.

Na jej końcu widzę stojące, patrzące w moim kierunku zwierze.

Jego posiadające jasny odcień szarości futro, zlewa się z niesamowitą, spowijającą wszystko dookoła bielą otoczenia.

Nieco skracając dzielący nas od siebie dystans, oceniam, iż mam do czynienia z wilkiem.

Nie wiem jakie są zamiary zwierzęcia. Wilki żyją w stadach. Skoro jest jeden, znakiem tego, że gdzieś w pobliżu znajdują się jego pobratymcy.

Do tej pory siły przyrody i natury sprzyjały nam ludziom. Ale wszystko kiedyś kończy się, a przynajmniej ulega zmianie.

Zbliżam się niepewnym krokiem. Mam co prawda pistolet i maczetę. Ale osiem sztuk amunicji może nie wystarczyć na liczącą kilkanaście osobników wygłodniałą watahę.

Do obserwującego mnie osobnika dołączają jeszcze dwaj, więksi przedstawiciele tegoż samego gatunku.

Nie widząc innej możliwości skutecznego przeciwstawienia się, sięgam po broń. Maczetą może odgonił bym jednego, góra dwóch z nich, reszta dopadłaby mnie rozszarpując na strzępy.

Dzieli nas od siebie niespełna trzy metrowa odległość.

Patrzą na mnie zimnym, morderczym wzrokiem. Doskonale wiem jak to jest ze zwierzętami.

Potrafią wyczuć moment słabości, bezwzględnie wykorzystując go.

Staram się tłumić lęk, zastępując go gotowością nawet na śmiertelne w skutkach starcie. Pistolet trzymam w taki sposób aby był doskonale widoczny. Niech wiedzą, że tanio skóry nie sprzedam i nie będę jedyną ofiarą walki. Staram się postępować w myśl wpajanych mi od dzieciństwa słów Taty.

- „Pamiętaj” – powiadał – „Bohater i tchórz czują dokładnie ten sam rodzaj strachu. Różnica polega na tym, że bohatera strach motywuje do działania, tchórzowi zaś, karze uciekać.”

Cały czas nieruchomo niczym posągi stoją w miejscu, bacznie obserwując każdy mój ruch.

Ich ślepia są dzikie, pewne swego. Jeden z ssaków zaczyna warczeć szczerząc przy tym kły.

Są jak maszyny do zabijania, wymagające przełączenia włącznika pozwalającego na bezpośredni atak.

Czuję to. Wiem, iż tylko trzymana w reku broń hamuje ich przed rzuceniem się na mnie.

Nie spuszczam z nich wzroku. Nawet kiedy już odchodzę, nie decyduję się na odwrócenie plecami. Byłoby to zbyt ryzykowne.

Ostatecznie oddalam się na tyle bezpiecznie, by odetchnąć z ulgą.

Gdyby nie broń, stał bym się najprawdopodobniej kolejnym z posiłków.

Nagle, kilka metrów ode mnie, wychodzi z lasu licząca kilkanaście osobników wataha wilków.

Wszystkie stają przede mną, szczerząc kły. O ile tamte w głównej mierze tylko mi się przyglądały, tak te zjawiły się tutaj we wiadomym celu.

- „Już po mnie. Nie mam nawet tylu naboi” – myślę.

Mimo wszystko staram się zachować zdrowy rozsądek i przynajmniej pozory pewności siebie.

Niestety, one doskonale wiedzą, a na pewno czują, że w tym konkretnym starciu mają przewagę.

Cztery z nich wychodzą do przodu, zbliżając się do mnie.

Prostuję rękę z nerwowo trzymaną bronią. Doskonale wiem, że będzie z tego lipa. Huk wystrzałów przyczyni się do przyciągnięcia uwagi wszystkich zainfekowanych z okolicy. Choć jak do tej pory nie zauważyłem ich zbyt wielu, to tak naprawdę nie wiadomo skąd w przeciągu pięciu minut potrafi zjawić się ich kilkuset.

Pobliskie krzaki wydają szelest. Biały osad, który szczelnie otulił każdą z gałązek opada, lądując na grzbiecie przechodzącego pod nimi stworzenia.

Jak się okazuje zwierze nie jest jedno.

Najpierw uginają mi się nogi w kolanach, następnie zaś chwilowa radość wywołana ujrzeniem przyjaciela znika, będąc zastąpioną lękiem o jego życie, a na pewno zdrowie.

Moim oczom ukazuje się As. Idzie w towarzystwie dwóch doskonale zapamiętanych przeze mnie rottweilerów, owczarka niemieckiego, doga i kilku innych różnej wielkości oraz ras psów.

Choć wiem, że bulterier jest predysponowany do wszelkiego rodzaju walk, obawiam się o niego.

Wilki całą swą uwagę przenoszą na stające w mojej obronie psy.

Chcę zbliżyć się do swego przyjaciela, przynajmniej go pogłaskać, niestety spóźniam się.

Jako pierwsze do ataku ruszają dwa rottweilery i dog. Dopadając swych rywali wdają się z nimi w walkę na śmierć i życie.

W mgnieniu oka wokół mnie rozgorzała istna bitwa. Trudno jest mi w tym całym zgiełku oraz zamieszaniu dostrzec Asa. W powietrze wzbijają się znaczne ilości pyłu, z którego co chwila wyłaniają się walczące sylwetki zwierząt.

Zamiast przyjaciela wychwytuję wzrokiem trzy najpierw napotkane bestie. Teraz biegną z pomocą swym pobratymcom.

Nie mogąc w jakikolwiek inny sposób pomóc psiakom. Staję naprzeciw biegnącej trójki kierując pistolet w ich stronę.

Tymczasem już widzę, szybkim krokiem zmierzającą w naszą stronę pierwszą, dość liczną grupę zainfekowanych.

Ogólny zgiełk jest tak głośny, że nie sposób jest go nie usłyszeć w promieniu kilkuset metrów.

Strzały pistoletu i tak nic tu nie zmienią.

Pozwalam wilkom nieco się zbliżyć, następnie naciskam spust.

Trzy następujące po sobie wystrzały, rozrywają po kolei klatkę piersiową każdego ze zwierząt.

Te padają bez życia tuż pod moimi nogami.

Opuszczam broń, następnie odwracając się w stronę walczących. Nagle duży ciężar spada mi na plecy, niemalże ścinając z nóg.

Próbuję obrócić się by móc zobaczyć przyczynę stracenia równowagi.

Okazuje się to jednak niezmiernie trudnym zadaniem, ponieważ siedzący na moich plecach oponent, cały czas przygniatając ciężarem swego ciała, próbuje zatopić kły w mojej szyi.

As uderza w niego niczym pocisk w cel.

Błyskawicznie obracam się na plecy. Obaj zaciekle walczący rywale toczą bój nie dalej niż dwa metry ode mnie.

Zza paska spodni wyjmuję maczetę, zaraz wybebeszę tego zdziczałego skurwiela.

Za późno. Bulterierowi udaje się na tyle zmylić rywala, by szybkim ruchem wbić swe kły w jego szyję. Ten wyjąc, próbuje wyrwać się ze śmiertelnego uścisku.

As cały czas, wisi wczepiony w najczulszy punkt rywala.

Wilk mimo, iż jest dużo większy, nie może już nic zrobić.

Coraz większym strumieniem lejąca się z przebitej tętnicy krew, burzy całą biel najbliższych kilku metrów drogi.

W końcu As zwalnia uścisk swych szczęk, odskakując nieco od śmiertelnie rannego rywala.

Teraz dopiero z rozszarpanej rany tryska fontanna krwi. Zwierze odbiega, przewracając się dopiero w oddalonych kilkanaście metrów od placu boju krzakach.

Pysk mojego przyjaciela wygląda strasznie. Mimo nastawienia psychiki na tryb walki, rozpoznaję w oczach czworonoga przyjaciela. Natychmiast podbiega do mnie, machając krótkim ogonkiem. Udaje mi się dwukrotnie go pogłaskać. Bulterier natychmiast dokonuje zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni i odbiega w stronę lasu, znikając ostatecznie z pola widzenia.

Spoglądam w stronę walczących zwierząt.

Psy doskonale radzą sobie z wilkami. Mimo odniesionych ran oba duże rottweilery nie tracą nic ze swej zaciekłości. Podobnie jest z pozostałymi psiakami. Nawet dwa słaniające się na łapach jamniki robią co mogą by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

Tymczasem z każdej z uliczek zaczynają wychodzić dziesiątki żywych trupów. Zdaje się, że nie wróży to nic dobrego dla obu z walczących stron.

Biegnę za Asem. Mój przyjaciel co kilka metrów zatrzymuje się, spoglądając w moją stronę. Mam wrażenie, iż sprawdza czy za nim idę.

Kilkadziesiąt metrów dalej staje w miejscu, pozwalając abym zbliżył się do niego. Dwukrotnie szczeka i najszybciej jak potrafi z powrotem biegnie w stronę placu boju.

Walka nie ustaje. Świadczą o tym cały czas niosące się po leśnej głuszy, tworzące jeden wielki zgiełk odgłosy szczekania, warczenia, wycia, skomlenia.

As poprzez swoje zachowanie wyraźnie dał mi do zrozumienia bym jak najszybciej stamtąd odszedł.

Wykonuję kilka głębokich wdechów, a następnie idę przed siebie.

Nie umiem zbyt dobrze poruszać się po lesie. Gubi mnie wrodzony brak orientacji. Odgłosy walki coraz bardziej oddalają się, ostatecznie całkowicie niknąc.

Każdemu ze stawianych kroków towarzyszy na przemian szelest leśnego poszycia, to znów trzask pękającej gałęzi, gałązki lub patyka.

Co z tego, że jestem niewyczuwalny skoro nie sposób bym był nieusłyszany.

Spoglądam w górę. Tą część lasu porastają w większości stare drzewa. Ich rozłożyste korony są tak gęste, a zarazem rozłożyste, że nie prześwituje przez nie nawet kawałek nieba. O świecącym słońcu, świadczy jedynie jasna poświata.

Jak najszybciej muszę stąd wyjść. Las jest pułapką. W zaistniałej sytuacji, nie było jednak możliwości bezpiecznego oddalenia się w jakakolwiek z innych stron.

Jedynie stąd nie wyłazili zainfekowani.

Słysząc trzask pękającego patyka, zatrzymuję się. Ma on swoje źródło kilkanaście metrów ode mnie w krzakach po prawej stronie.

Całą swą uwagę koncentruję na tamtym właśnie miejscu.

Cisza, nic się nie dzieje.

Jestem jednak pewien, że się nie przesłyszałem.

Tym razem mam wrażenie jakby coś przebiegło tuż za moimi plecami. Nerwowo odwracam się.

- Ja pierdolę – szepcze przez zaciśnięte zęby. Autentycznie czuję się jak zwierzyna, na którą z każdej strony czai się stado wygłodniałych drapieżników.

Gdybym przynajmniej mógł ich wyczuć, miałbym to odczucie względnego panowania nad sytuacja. W obecnej sytuacji kompletnie nie wiem czego mogę się spodziewać. Modlę się tylko w myślach aby truposze nie uległy jakimś mutacjom pozwalającym stać się łowcami doskonałymi.

Znów kątem oka dostrzegam ruch z prawej strony.

Szybka koncentracja uwagi. I znów nic!

- „Spokojnie, bez paniki, spokojnie” – powtarzam w myślach, wykonując głębokie wdechy powietrza.

Serce zupełnie jednak nie chce współpracować z rozumem. Tłucze jak oszalałe, o mało nie wyskakując z piersi.

Niewykluczone, że to moja rozbuchana wyobraźnia podsuwa mi jakieś urojenia.

Cały czas mam wrażenie, iż jestem obserwowany.

Zważywszy na okoliczności ostatnich tygodni jest to jednak standard. Jakby nie patrzeć człowiek nie zalicza się ani do łowców, ani drapieżników tego, nie waham się użyć słów „post apokaliptycznego” świata. Jesteśmy raczej w większości przypadków bezradną zwierzyną.

Delikatny powiew wiatru porusza liśćmi, oraz co mniejszymi gałązkami. Rozlega się szelest, przez który przebija dźwięk zaciekle uderzającego w drzewo dzięcioła.

Odgłos kilku gatunków leśnego ptactwa nieco mnie uspokaja.

Przy okazji rozwiane zostają moje obawy, co do wyginięcia tak dzielnie walczących z truposzami kilkanaście dni temu ptaków. Jednak są, jednak żyją.

Szczury uciekały, ponieważ nie mogły wiedzieć, które osobniki przeżyją, a które nie. Instynkt kazał więc uciekać wszystkim.

Biel otoczenia nadaje temu miejscu niemalże surrealistyczny, niespotykany w żadnych innych okolicznościach wygląd.

Przede mną znajduje się kilka rzędów drzew. Za ostatnim z dębów rośnie dziki krzew.

Nigdy nie interesowałem się botaniką, dlatego nie jestem w stanie określić gatunku rośliny. To właśnie wśród gęsto rosnących łodyg, pokrytych świeżo co zakwitłymi, obecnie białymi liśćmi, zauważam poruszający się kształt.

Powoli, stawiając każdy z kroków bardzo ostrożnie, ruszam właśnie w tamtą stronę.

Wyjmuję broń, zawczasu odbezpieczając ją.

Jeszcze tylko rząd kilku drzew i odkryję przynajmniej jednego właściciela obserwujących mnie zewsząd oczu.

W miarę skracania dystansu kontur staje się coraz bardziej wyrazisty, podobnie jak wyraźnie oddzielający się od bieli otoczenia brązowy kolor, zdaje się sierści zwierzęcia.

Bezgłośnie dochodzę do zarośli, stając w miejscu. W prawym ręku ściskam wilgotną dłonią rękojeść pistoletu, lewą natomiast decyduję się na wykonanie szybkiego ruchu mającego odchylić roślinne pnącza.

Jeszcze dwa głębokie wdechy i ruszam.

Raz, dwa, trzy…

Dwa szybkie kroki pozwalają mi stanąć naprzeciwko skubiącej w leśnym poszyciu sarny.

Zwierze zaskoczone moja obecnością błyskawicznie unosi łeb, wlepiając we mnie ciemne źrenice oczu.

Ledwo łapie oddech. Tyle nerwów, tyle stresu, wszystko po to by przyłapać sarnę na procederze skubania trawy. W zasadzie zwierze wygląda normalnie, jedynie nozdrza tak jak ma to miejsce w przypadku Asa są wyraźne zaczerwienione. Jest to zapewne jakiś rodzaj podrażnienia wywołanego uczuleniem. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

W momencie kiedy opuszczam broń, zwierze zrywa się do szybkiego galopu znikając w głębi lasu.

Każda z potrąconych gałęzi, bądź którakolwiek z uderzonych roślin, strąca z siebie białą warstwę. Ta opadając na ziemię znajduje dogodne miejsce w leśnym mchu.

Takie sytuacje rozkładają mnie na łopatki. Choć z drugiej strony lepiej dmuchać na zimne, niż nagle być zaskoczonym przez niedźwiedzia lub jakiegoś innego drapieżnika.

Szczerze powiedziawszy na samym początku wyprawy nie brałem pod uwagę większości zagrożeń. Liczyłem się tylko z zainfekowanymi. Tymczasem nawet przez myśl mi nie przeszło, że nawet bez truposzy świat pełen jest innych, równie niebezpiecznych i śmiertelnych dla człowieka gatunków zwierząt.

Wszystko jednak dobre co się dobrze kończy. Poprawiam nieco uwierający miecz samurajski jednocześnie stawiając kolejne kroki w kierunku mającym, jak sądzę, doprowadzić mnie do wyjścia z lasu.

Chcąc jak najszybciej stanąć na betonowej bądź piaszczystej nawierzchni, idę szybko, zupełnie nie zwracając uwagi na trzask leśnej ściółki. Jest on niestety nieuniknioną konsekwencją każdego kolejno wykonywanego kroku.

Już czuję ściekające mi po plecach zimne stróżki wody podczas zażywania prysznica. Wyobrażam sobie miny Magdy, Moniki, Marzeny, Damiana, widzących mnie wczołgującego się do schronu.

Czysto teoretycznie rozważam także wszelkie możliwe opcje wyjścia z lasu. Najlepiej by było gdyby udało mi się wyjść…

Widząc bardzo liczną otaczająca mnie zewsząd grupę zainfekowanych, zatrzymuję się nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę.

Znów przez ostatnie piętnaście minut zamyśliłem się, tracąc kontakt z rzeczywistością.

Straciłem czujność, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Być może zainfekowani nauczeni przeszło miesięcznym doświadczeniem, coraz bardziej doskonalą się w sztuce zastawiania pułapek.

Udało im się zupełnie mnie zaskoczyć. Dosłownie wyrośli mi spod ziemi.

Stoją w promieniu niespełna stu metrów wokół, z głowami skierowanymi w moją stronę. Gdybym chociaż na chwile wyostrzył zmysł słuchu, zorientował bym się w panującej dookoła ciszy.

Wszystkie ptaki jakby na ustalony sygnał ucichły.

Powiedzieć, że się wpieprzyłem to zdecydowanie za mało.

O dziwo żaden nie wydaje jakiegokolwiek dźwięku. Raz na jakiś czas, któryś otwiera dawne usta, wysuwając zakończony dwiema szyszkami język.

Powoli odwracam się za siebie. Dostrzegam małą lukę . Skurwysyny nie zdążyły mnie jeszcze całkowicie otoczyć. Nie ma innej opcji jak szybki odwrót.

Zainfekowani zaczynają powoli zbliżać się w moją stronę, zacieśniając otaczający mnie pierścień.

Nie zwracając uwagi na wydobywające się spod podeszwy butów trzaski, najszybciej jak potrafię biegnę przed siebie.

Truposze podążają za mną. Jestem jednak od nich szybszy.

Las zostaje wypełniony charczeniem i powarkiwaniami, słysząc przemieszczającą się zdobycz nie zamierzają wypuścić jej ze swych zgniłych łap.

Pchany wolą życia nie zamierzam poddawać się.

Zza naprzeciw rosnącego drzewa, wychodzą wprost na mnie dwaj zainfekowani.

Przekładam pistolet do lewej dłoni, prawą wyjmując maczetę.

Póki co, powinienem sobie jakoś utorować przy jej pomocy przejście.

Dwa zadane na pełnej prędkości biegu ciosy, odcinają pierwszemu z intruzów połowę głowy, drugiemu zaś, akurat wystający z ust paskudny język.

Prawie metrowy blado czerwony, zwieńczony dwiema szyszkami narząd spada na ziemię, brudząc ją na jaskrawo żółty kolor. Właściciel odciętej części ciała przewraca się, natychmiast popadając w serię drgawek.

Nie odwracając się, biegnę przed siebie.

Zainfekowani starają się mnie otoczyć. Widzę kilku z nich idących szybkim krokiem wzdłuż rosnących po obu stronach drzew. Udaje mi się jednak nieco zostawić ich w tyle.

Odczuwam pierwsze objawy zmęczenia. Zaczynają boleć mnie nogi. Dolegliwość objawia się coraz bardziej piekącymi udami. Każdy z kolejnych oddechów staje się coraz płytszy, a zarazem coraz mniej dotleniający organizm.

Słony smak w ustach świadczy o spływających po twarzy kroplach potu. Jeżeli którejkolwiek z nich uda się dostać do oczu, natychmiast pojawia się poprzedzone nieprzyjemnym pieczeniem łzawienie.

Po raz kolejny nerwowo spoglądam do tyłu, nikogo nie dostrzegam.

Logicznym jest jednak, że pościg nie został zgubiony, a jedynie nieznacznie oddaliłem się od niego. Przecieram kciukiem najpierw jedno, potem drugie oko.

Widzę kilkudziesięciu, idących wprost na mnie odmieńców.Pojawili się nagle, wychodząc zza gęsto rosnącego krzewu. Oddzielające ich odległości są zbyt małe by prześlizgnąć się w sposób zupełnie niepostrzeżony. Może gdybym szedł asfaltem, a najlepiej trawnikiem, dałoby radę jakoś ich ominąć, lecz ta cholerna ściółka uniemożliwia bezdźwięczne poruszanie się.

Przypominam sobie o kostkach toaletowych.

Szybko zdejmuję plecak, wyjmuję z bocznej kieszonki dwa chemiczne zapachy. Pozwalam truposzom zbliżyć się na odległość mniej więcej czterech metrów i rzucam każdą z nich w przeciwną stronę.

Nozdrza zainfekowanych, momentalnie zdają się wychwytywać zapach, gdyż jeden przez drugiego starają się dopaść odpowiednio zielony i niebieski antybakteryjny środek.

Zyskuję nieco czasu, a przede wszystkim miejsca na bezpieczne ominięcie zwyrodnialców.

Co najmniej trzech słyszy stawiane przeze mnie kroki, lecz intensywny zapach kostki zdaje się w dużo większym stopniu absorbować ich uwagę.

Sprawdza się najgorszy scenariusz, las jest ich pełen. Teraz już się nie kryją. Dookoła łazi ich mnóstwo. Zlokalizowanie i namierzenie mnie nie stanowi dla nich w tej chwili problemu. Po raz pierwszy zdaję sobie sprawę jak czują się nieszczęśliwcy momentalnie wyczuwani przez ten nowy śmiertelnie groźny dla człowieka gatunek.

Egzekucja jest tylko kwestią minut. Nie mam pojęcia, w którą stronę, a przede wszystkim gdzie biegnę. Zgubiłem się.

Docieram do niewielkiej polany ze stojącym na środku bunkrem. Kojarzę to miejsce. Będąc nastolatkami przychodziliśmy tutaj, głównie w celu… nie ma co owijać w bawełnę, upicia się do nieprzytomności.

Wynika z tego, że jestem w drugim końcu lasu. Aby tutaj dojść potrzebowaliśmy średnio trzech godzin w jedną stronę.

Dlatego jak już decydowaliśmy się na przyjście, to obowiązkowo zabieraliśmy ze sobą namioty.

Jednego dnia droga w tą. Mile spędzona noc. I poranny, koszmarny powrót na kacu do domu.

Mniej więcej pamiętam dokładny rozkład pomieszczeń zaniedbanego bunkra. Problemem jest jednak swoboda w dostaniu się do niego. Znów przydałby mi się pomocny zmysł węchu. Tymczasem w ślad za mną na polanę wchodzi kilku truposzy.

Skurwysyny nie dają mi wytchnienia.

Nie tracąc czasu biegnę dalej. Niespełna minutę później, znów zewsząd otoczony jestem drzewami.

Zainfekowanych jest coraz więcej, wyłażą zewsząd. Nic nie jest w stanie mi pomóc. Ostatkiem sił przyspieszam. Dwie minuty później, nie mam już jednak siły nawet oddychać. Przed oczami pojawiają mi się setki mrugających punkcików, natomiast suchość w ustach jest tak duża, iż za możliwość zaczerpnięcia choćby łyka wody oddałbym naprawdę wiele.

Nie mam sił. Tak naprawdę to wcale nie biegnę, a tempo mojego przemieszczania się jest wolniejsze od osaczających mnie powoli zewsząd zainfekowanych.

Wycieńczone zmysły podsuwają mi dziwne obrazy.

Konary brzóz, dębów, jesionów połączone są różnej długości i grubości pnączami. Przebłyskujące w niektórych miejscach promienie słoneczne, nadają im wygląd kojarzący się z wielkim, żywym witrażem.

Kilka metrów dalej leśny szczaw wspólnie z paprociami porasta duży kamień, oraz przewrócone drzewo. Z wielkiej grudy ziemi zwisa mnóstwo różnej długości korzeni. Każdy z nich przywodzi mi na myśl mackę ośmiornicy, gotową pochwycić w swe objęcia śmiałka bezmyślne podchodzącego zbyt blisko.

Wszystko są to jednak przebłyski, krótkie flesze myśli, obrazów, spostrzeżeń, skojarzeń, wniosków.

Tak to koniec! Już po mnie! Jakiś czas temu schowałem maczetę. I tak nie mam siły zadać nią choćby jednego cięcia. Tragiczną chwilę śmierci mogą odwlec cztery pociski. Ostatni piąty, zarezerwowany jest dla mnie. Zmęczenie wchodzi w ostatnią fazę. Zataczam się słysząc jedynie ciężko, a zrazem zachłannie wykonywane oddechy.

Nie zważając na nic, wbiegam w rosnącą kępę krzaków. Nawet nie wiem, w którym momencie kończy mi się grunt pod stopami.

Spadam, turlając się wzdłuż stromego zbocza. Resztkami świadomości rejestruję wirujący dookoła świat. Odnoszę wrażenie jakbym był na kręcącej się z ogromną prędkością karuzeli. Jest mi jednak wszystko jedno. I tak nie mam sił na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Pchany siłą grawitacji staczam się w dół.

Czuję uderzające w twarz gałęzie. Kują, raniąc każdy fragment twarzy. Instynktownie zamykam oczy.

W końcu zatrzymuje się, spoczywając plecami na ziemi. Ostatkiem sił otwieram oczy. Liczę się z widokiem wstrętnych, znienawidzonych twarzy powykrzywianych w geście triumfu. W końcu dopadli nową ofiarę.

Obraz przed oczami na przemian dwoi mi się i troi.

Biel, wszędzie dostrzegam biel. Na wprost, z lewej strony, tak samo z prawej. Nawet nad głową. Wszędzie biel.

Wraz z którymś z kolei oddechem tracę przytomność.

Cdn.

Jeżeli podobał Ci się tekst polub fanpejdż:

https://www.facebook.com/pages/Czas-Z/1430189543949970

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Jesteś moim Bogiem w kwestii pisania :(. Tak potwornie wciąga! Czekam z niecierpliwością na następna część. ;)
Odpowiedz
To jest genialne!
Odpowiedz
Dziękuję za wszystkie komentarze jak i uwagi :)
Odpowiedz
Zajebiste :-)
Odpowiedz
Ogólnie to bardzo dobrze,ale co do wilków mam pewne zastrzeżenia-Wilki(te żyjące w watahach)przeważnie nie są agresywne dla ludzi,chyba że tak zwani "Odszczepieńcy" to co innego,ale jeśli uznałeś że infekcja świata przez nieumarłe "armie" to zmieni to spoko-nigdy nie wiadomo.Poza tym to bez zastrzeżeń :D
Odpowiedz
Cóź, nie wziąłeś pod uwagę jednej rzeczy- mogły przecież być skurwysyńsko głodne?! Wtedy agresja była by jak najbardziej na miejscu.
Odpowiedz
Artur Momro W sumie to święta racja-o tym nie pomyślałem,przecież podczas "Apokalipsy Zombie" raczej za wiele do jedzenia by nie miały ^^
Odpowiedz
Artur Momro Dokładnie. To jest zupełnie inny, nieznany nam świat.
Odpowiedz
Gabriel to co zrobiłeś z moją psychiką w tej części przechodzi ludzkie pojęcie ☺ wprowadziłem takie napięcie, że nie można było się oderwać!! A akcja z Asem i jego kolegami REWELACJA!!!! Czekałem kiedy w końcu poświęcisz Asowi wiecej miejsca w opowiesci ☺ czekam jak zwykle na dalszy ciąg!! REWELACJA!!!
Odpowiedz
Dzięki. Kontynuacja już niebawem
Odpowiedz
Super jak zawsze. Kocham twoją opowieść. Kiedy kolejna część?
Odpowiedz
Części ukazują sie w czwartek lub piątek co tydzień
Odpowiedz
Prawdopodobnie w piatek :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje