Historia

Moja siostrzyczka

niebiesky 6 4 lata temu 6 465 odsłon Czas czytania: ~13 minut

*Z dedykacją dla mojej Alicji, za pomoc w tworzeniu niniejszego opowiadania.

-Tak, słucham?

-Wpadnij do mnie do biura. Mam dla ciebie robotę –powiedział głos w słuchawce.

-Zatankuję i będę za pól godziny – odpowiedziałem.

Rozłączyłem się. Znów jakaś robota. Ostatnio naczelny zlecał mi tylko jakieś pierdoły w typie relacji z festynu dla dzieci. Oczywiście za to mi płacił, ale, cholera, chyba powinienem mieć szansę, aby się rozwijać i zostać pełnoprawnym dziennikarzem?

Zgasiłem papierosa, ubrałem się i wyszedłem z domu. Wsiadłem do samochodu. Na tylnym siedzeniu, jak zawsze zresztą, leżał mój plecak ze sprzętem. Dwa aparaty, statyw, kamera i pokrowiec z obiektywami. Podjechałem na stację benzynową. 4,49 za litr. Ostatnio trochę potaniało. Zatankowałem za pięćdziesiąt złotych, zapłaciłem i pojechałem do redakcji. Od razu poszedłem do pokoju oznaczonego numerem 103 – biuro redaktora naczelnego.

-Tym razem mam inną robotę. Usiądź – powiedział mój przełożony. Wyciągnął papierosy i poczęstował mnie jednym. Posłusznie usiadłem, po czym obaj zapaliliśmy.

-Słyszałeś o opuszczonym szpitalu psychiatrycznym pod miastem? – zapytał mnie.

-Kilka razy przejeżdżałem obok… – odparłem.

-No to będziesz miał okazję dowiedzieć się czegoś więcej – usłyszałem odpowiedź.

-W jaki sposób? – zadałem pytanie, chociaż chyba już znałem odpowiedź.

-Słuchaj. Szpital zamknięto w 1990 roku. Nic o nim nie wiadomo. Większość dokumentów nie jest w ogóle dostępna, wiesz, czasy komuny, nikt takich papierów chętnie nie udostępni.

-Można pogadać z okolicznymi mieszkańcami – odpowiedziałem naiwnie.

-No, w tym jest problem. Każdy sobie może powiedzieć, co chce. Jeden, że to nie był szpital, a drugi, że tam straszy. Ktoś taki jak okoliczni mieszkańcy? To nie jest wiarygodne źródło informacji.

-W sumie fakt – stwierdziłem. –W takim razie, co mam zrobić?

-Pojedziesz tam. Pogadasz z mieszkańcami, to jasne. Ale ich wypowiedzi traktuj z dystansem. Twoje główne zadanie jest nieco inne – musisz dostać się do tego szpitala. Wejść, porobić zdjęcia. Może znajdziesz też jakieś stare dokumenty. Tylko jest jeden mały problem… Może wiesz, a może i nie, ale obiekt jest zamknięty. Nie ma tam żadnego stróża, którego można by przekupić flaszką Żołądkowej, więc musisz znaleźć sobie jakieś wejście. Ale pamiętaj, nie możesz nic uszkodzić. Nie chcę, żeby pociągnięto mnie do odpowiedzialności za drzwi, które rozwalisz. Masz po prostu znaleźć sobie jakieś wybite okno, czy inną szczelinę, aby wejść do środka. – poinstruował mnie bardzo dokładnie.

-Jasne, szefie. Kiedy mam jechać? – zapytałem.

-Możesz nawet teraz. Chciałbym, żeby materiał ukazał się w przyszły czwartek. Także masz tydzień. Jeśli wszystko pójdzie jak należy, dostaniesz w tym miesiącu podwójną premię.

Podziękowałem za rozmowę i wyszedłem z budynku. Stwierdziłem, że od razu pojadę do tego szpitala na rekonesans. Może nawet uda mi się tam dostać, miałbym zdjęcia z głowy. „Na pewno nie będę dziś gadał z ludźmi” – mówiłem do siebie w myślach.

Nie minęła godzina, a ja byłem już na miejscu. Zostawiłem samochód przy wejściu do parku. Po chwili marszu spomiędzy drzew zaczęły wyłaniać się szare mury opuszczonego budynku. Podszedłem bliżej.

Elewacja była biała, pokryta brudem i popękana. W wielu miejscach odpadł już tynk, ukazując gołe cegły. Zabrałem się do robienia zdjęć. Obszedłem budynek dookoła. Wyglądał dość tragicznie – od frontu stały szare, dość szerokie schody, prowadzące do wejścia. Większość okien była zabita deskami, niektórych po prostu nie było. Na starych, grubych drzwiach wisiała żółta tabliczka, mówiąca, że obiekt grozi zawaleniem. Zdziwiłem się, ponieważ opuszczono go zaledwie 25 lat temu.

Nacisnąłem klamkę. Drzwi, jak mogłem się domyślić, były zamknięte. Nie miałem też możliwości wejścia przez okno. Wszystkie na parterze, jak i na pierwszym piętrze były zabite deskami. Dopiero wejście jakimś cudem na drugie piętro pozwoliłoby dostać się do wnętrza.

Przeszedłem na tył budynku. Szczęście mi dopisywało. Po kilku minutach znalazłem piwniczne okienko, które dawało możliwość wejścia. W ramie nie było szyby, więc podszedłem bliżej. Rozejrzałem się wokół, szukając wzrokiem jakichś ludzi, którzy mogli mnie zobaczyć, spacerując po parku.

Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, przeszedłem przez okno – na szczęście nie było umieszczone wysoko nad podłogą.

Trafiłem do chłodnej, ciemnej piwnicy. W powietrzu czuć było wilgoć. Szybko zrozumiałem, że nie mam tu, czego szukać. Sprawnie odnalazłem schody prowadzące na górę. Trafiłem na parter. Było tu dosyć pusto. Podłoga była usiana kurzem, kawałkami cegieł, oraz niezliczoną ilością fragmentów farby ze ścian.

Znajdowałem się po lewej stronie kondygnacji. Wyszedłem w klatki schodowej. Od razu stwierdziłem, że mam ciekawy kadr. Wyjąłem aparat, ustawiłem się i zrobiłem naprawdę mroczne zdjęcie. Przedstawiało ono korytarz, wiodący do kolejno oddalających się sal szpitalnych. Z prawej strony znajdował się ciąg zabitych deskami okien, przepuszczających bardzo niewiele światła. Z lewej natomiast – rząd popękanych, starych, zamkniętych drzwi, umieszczonych w równej odległości od siebie.

Sprawdziłem każde z pomieszczeń za drzwiami. W każdym z nich znajdowały się łóżka szpitalne. Większość z nich była zardzewiała, połamana, lub brakowało im niektórych elementów. W kilku pomieszczeniach dodatkowym wyposażeniem były nieduże metalowe szafki, w równie fatalnym stanie.

Niestety na tym poziomie nie znalazłem nic ciekawego. Zrobiłem tylko kilka zdjęć, a następnie udałem się na pierwsze piętro. Przy okazji zauważyłem, że wejście na piętro trzecie zostało zamurowane. Pozostało mi więc niewiele roboty tego dnia.

Kondygnacja druga była ciekawsza – tutaj na ziemi leżały porozrzucane drewniane elementy, kawałki plastiku, a nawet skrawki papieru. Ściany były w nieco gorszym stanie, do tego było tu ciemniej, niż na parterze – deski na oknach były zamontowane szczelniej, przepuszczając małą ilość promieni słonecznych. Dokładając do tego niesamowitą ciszę tam panującą, zacząłem czuć wręcz niepokój. Każdy mój krok wytwarzał dźwięk chrobotania, który, odbijając się od ścian kilka razy, przekształcał się w coś na wzór cichych jęków…

Nie robiłem jednak zdjęć. Zafascynowało mnie to piętro. Drzwi do sal znajdowały się nieco dalej ode mnie, przed nimi znajdowała się jeszcze dyżurka, oraz – jak się okazało po otwarciu pomieszczenia – izolatka, ze ścianami, sufitem i podłogą wyłożonymi miękkim, gąbczastym materiałem. Wszedłem do dyżurki – na ziemi znajdowały się papiery oraz kilka teczek, prawdopodobnie z dokumentami.

„Hmm, ciekawe, co w nich znajdę?” – zapytałem siebie w myślach, schylając się przy jednej z nich. W tym właśnie momencie usłyszałem trzask, a następnie szybkie kroki, dochodzące z drugiego końca korytarza, mniej-więcej z ostatniej sali. Szybko wyprostowałem się i zastygłszy w bezruchu – zacząłem nasłuchiwać. Dźwięk nie powtórzył się. Już miałem znów schylić się po teczkę, gdy usłyszałem bardzo szybkie kroki, wręcz czyiś bieg w moją stronę. Ktokolwiek, lub cokolwiek znajdowało się tutaj, teraz bardzo szybko się do mnie zbliżało. W panice rozejrzałem się za jakąś kryjówką. Rozpadające się biurko z pewnością nie było dobrym pomysłem, ale lepsze to, niż stanie na widoku. W ciągu sekundy znalazłem się za nim skulony. Dźwięki kroków zbliżały się, urywając przy wejściu do dyżurki, w której się znajdowałem. Nastała cisza.

Powoli wychyliłem się zza biurka. W pomieszczeniu, oprócz mnie, nie było nikogo. Wstałem i wyjrzałem na korytarz. Tam również ani żywej duszy. Minęła chwila, nim się otrząsnąłem. „Co to, kurwa, było?!” – myślałem.

Wróciłem do dyżurki. Ostatecznie uznałem to zdarzenie jako przejaw zmęczenia. „Miałem dziś trochę roboty, to pewnie dlatego” – uspokajałem się. Kolejny raz pochyliłem się, w celu podniesienia z ziemi teczki. Gdy to zrobiłem i się wyprostowałem, zacząłem ją przeglądać.

„Dokumentacja projektowo – kosztorysowa. Stadium: Projekt podstawowy. Inwestor: DOKP – Poznań. Projektant: mgr Inż. Arch. Zdzisław Kłopocki. Upr. Bud. Nr 2329/60”

Stwierdziłem, że to niepotrzebne mi bazgroły. Przerzuciłem kilkanaście pożółkłych, zakurzonych kartek w nadziei, że znajdę coś ciekawszego.

„Jako poziom 0,00 przyjęto poziom posadzki w pomieszczeniu rozdzielni równy rzędnej terenu 77,25m.”

Zamknąłem teczkę. Właśnie w tym momencie coś dotknęło moich pleców. Odwróciłem się…

Przede mną stał mały chłopiec. Na oko 6-7 letni. Miał na sobie szare, podarte ubranie, długie tłuste włosy i brudną twarz. Bez słowa spojrzał prosto w moje oczy, a do ręki włożył plik dokumentów. Gdy tylko go od niego wziąłem, malec odwrócił się i w ciszy wyszedł z pomieszczenia. W momencie, w którym zniknął za ścianą, otrząsnąłem się. Z plikiem kartek wybiegłem za nim. NIGDZIE GO NIE BYŁO. Zacząłem nerwowo sprawdzać, czy nie schował się w którejś z opuszczonych sal szpitalnych. Na próżno.

Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a moje czoło i dłonie zalał zimny pot. Skąd do cholery ten chłopiec się tu wziął, i jakim cudem zniknął?! Nie wiem dlaczego, ale wystraszyłem się nie na żarty. Nigdy nie reagowałem w ten sposób, ale, jak to mówią, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Po prostu zbiegłem do piwnicy, po czym wydostałem się z budynku i czym prędzej ruszyłem do samochodu. Dopiero w pojeździe zauważyłem, że arkusz, który dał mi ten chłopiec, przez cały czas mam w ręce. W drżącej ręce. Drżałem cały. Przyznam szczerze, wierzę w zjawiska paranormalne, lecz do tej pory nie miałem z nimi styczności.

Pojechałem do domu. Na dworze robiło się ciemno, gdy parkowałem mojego Passata w garażu. W ciągu kilku minut byłem już w swoim pokoju. Zapaliłem papierosa. Dym wypełnił moje płuca. Zacząłem się uspokajać. Położyłem spięty plik kartek ze szpitala na półce. „Na dziś dość!” – powiedziałem do siebie. Włączyłem komputer. W tym momencie dobiegł mnie odgłos czajnika, gotujące

go wodę na herbatę. Wstałem i poszedłem do kuchni.

Wlewałem właśnie wodę do kubka, gdy ze swojego pokoju usłyszałem dźwięk jakiegoś upadającego przedmiotu. Szybko odstawiłem czajnik i odwróciłem się. W drzwiach do kuchni stał on.

Chłopiec w szarym, podartym ubraniu… Spojrzał on na mnie i wypowiedział słowa, które przez kolejne dni nie dawały mi spokoju. „Moja siostrzyczka” – odezwał się, po czym pobiegł do mojego pokoju. Ruszyłem za nim, wpadając do pomieszczenia, w którym jeszcze przed chwilą siedziałem. Stało się to, czego chciałem najmniej, a właściwie – obawiałem się tego. Chłopca nie było. Chwyciłem się za głowę i usiadłem na łóżku. W mojej głowie kłębiły się setki myśli. Kim on do cholery jest, co robił w moim domu, dlaczego zniknął i wreszcie… co oznaczały jego słowa? Jaka siostrzyczka?!

Odsunąłem dłonie od twarzy i otworzyłem oczy. Na podłodze leżał otwarty arkusz, wręczony mi przez… to coś, co wyglądało jak chłopiec. Podniosłem go z ziemi, położyłem na biurku. Usiadłem i zacząłem czytać. Pominę nazwiska i nazwy miejscowości.

„Data przyjęcia pacjenta: 18.07.1973r. Wiek pacjenta: 7 lat.

Opis przypadku: Po przebadaniu pacjenta stwierdzono silny uraz psychiczny, spowodowany prawdopodobnie wstrząsem, jakiego doznał (patrz „Historia”). Pacjent nie utrzymuje kontaktu wzrokowego, nie porusza się, nie mówi. Odmawia przyjmowania posiłków, podawana jest mu kroplówka.

Historia, według ustaleń milicji obywatelskiej – w dniu 29.06.1973 roku około południa, pacjent bawił się ze swoją 4-letnią siostrą w ogrodzie za domem. Posiadał on przy sobie pistolet Tulski Tokariewa 7,62mm, który zabrał swojemu ojcu bez jego wiedzy i zgody. W pewnym momencie, prawdopodobnie dla zabawy, pacjent wycelował lufę broni w kierunku swojej siostry, po czym, prawdopodobnie przypadkowo, wystrzelił w jej kierunku. Pocisk przebił czaszkę dziewczynki na wylot, powodując natychmiastową śmierć. Gdy na miejscu zdarzenia pojawił się ojciec, bez słowa zabrał ciało swojej córki do domu. Następnie, w dniach od 30.06.1973r. do 16.07.1973r. pacjent zmuszany był „za karę” jeść w formie obiadu ugotowane części ciała swojej siostry, o czym był przez swojego ojca informowany. W tym czasie doszło do silnego urazu psychicznego, co nie musi być z pewnością uzasadniane. W dniu 17.07.1973 roku matka pacjenta sprzeciwiła się swojemu mężowi, po czym zwróciła się na posterunek MO w celu złożenia zeznań. Gdy milicjanci pojawili się na posesji, ojciec pacjenta oddał w ich kierunku strzał z w/w broni, po czym został zastrzelony. Również i tych wydarzeń pacjent był świadkiem. Ponieważ jego zachowanie wydawało się milicjantom odbiegające od normy, w dniu 18.07.1973 roku został on przyjęty do szpitala psychiatrycznego.

Adnotacja: W dniu 20.07.1973 roku lekarze prowadzący obchód stwierdzili, że w sali brakuje omawianego pacjenta. Jak się później okazało, uciekł on ze szpitala w niesprecyzowany sposób, a około ośmiuset metrów od placówki wybiegł wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Potrącenie okazało się śmiertelne.”

Popłakałem się. Zamknąłem arkusz i zwyczajnie się popłakałem. Byłem wstrząśnięty, że taka sytuacja mogła mieć miejsce. Tym bardziej, że jej ofiarą padło dziecko… Rozmyślałem chwilę nad tym wszystkim. Bardzo powoli, lecz z każdym momentem coraz szybciej, uczucie smutku zaczęło mnie opuszczać. Jego miejsce zajął strach… dopiero po dłuższej refleksji zorientowałem się, że wszystko to, co mnie dziś spotkało, musiało być z tym przypadkiem ściśle powiązane. Ten chłopiec, którego spotkałem dziś dwukrotnie, to on był „pacjentem”. To właśnie on musiał „za karę” jeść mięso ze swojej siostry” – wzdrygnąłem się, kiedy o tym pomyślałem. To właśnie on przypadkowo zabił swoją siostrzyczkę, i to właśnie on był świadkiem zastrzelenia jego ojca… I tak. To on był dziś w moim domu. On, albo jego dusza.

Nalałem sobie szklankę whisky i wypiłem na raz. Z kolejnymi dwoma zrobiłem to samo. Położyłem się spać, pełen obaw, smutku i lęku. Zasnąłem dosyć szybko. Gdybym nie był zmęczony, ta noc prawdopodobnie byłaby bezsenną.

W nocy śnił mi się koszmar. Widziałem chłopca, który strzela do swojej siostry. Potem to ja strzelałem do niego. Nie kontrolowałem swojego ciała, po prostu oddawałem kolejne strzały w jego stronę, a jego ciało upadało w kałużę krwi.

Obudziłem się z krzykiem i zlany potem. Rozejrzałem się po swoim wypełnionym mrokiem pokoju. Drzwi były otwarte. Stał w nich ten chłopiec. Spojrzał on na mnie, po czym nie ruszając ustami wypowiedział te same słowa, jakie usłyszałem od niego poprzednio. „Moja siostrzyczka” – powiedział smutno.

Zerwałem się z łóżka. Przez okno do pokoju wpadało światło. Był dzień, a w moim pokoju nie było nikogo, prócz mnie. Spojrzałem na zegarek. Była dziesiąta rano. Zważając, że zaczynałem pracę o siódmej rano – byłem, powiedzmy, w ciemnej dupie.

Już po kilku minutach jechałem do pracy. Właśnie przejeżdżałem przez niezabudowaną okolicę, z drzewami i krzakami po obu stronach szosy. W pewnym momencie, pokonując łuk drogi, na jej środku zobaczyłem człowieka. Gwałtownie zahamowałem, usłyszałem pisk opon i smród przypalonej gumy. Ten ktoś stał do mnie tyłem. Nie ruszał się. Zatrąbiłem. Postać nie zareagowała. Otworzyłem drzwi, wysiadłem i zawołałem:

-Zejdź z drogi, do cholery, spieszę się!

Wtedy postać się odwróciła. Zobaczyłem chłopca w szarym, podartym ubraniu…

Nie potrzebowałem więcej. Wskoczyłem do samochodu, wrzuciłem wsteczny i na najwyższych obrotach ruszyłem z miejsca. Odjechałem około 50 metrów, po czym zawróciłem. Pojechałem do pracy inną drogą. Mogłem tego nie robić.

Za to spóźnienie musiałem zostać po godzinach. Na szczęście niezbyt długo. Połowa ludzi przychodziła do pracy na siódmą, reszta w południe. Skończyłem jakąś godzinę po wyjściu z redakcji ostatnich pracowników, w tym woźnego. Po pracy miałem jedynie zamknąć dobrze drzwi i zanieść klucze na dół, do stróża.

Gdy zjeżdżałem windą na dół, z piętra czwartego na piętro zero, zauważyłem, że zatrzymam się jeszcze na piętrze pierwszym. „Kto do cholery jest na pierwszym piętrze i czeka na windę?” – pomyślałem nieco zdezorientowany.

Dotarłem do omawianego piętra. Winda zatrzymała się, po czym drzwi zaczęły powoli się rozchylać. Za nimi nie było nikogo. Jedynie pusty, ciemny korytarz. Zanim drzwi zaczęły ponownie się zamykać, usłyszałem cichy szmer z ciemnej pustki przed sobą. Zaraz po nim moich uszu dobiegł cichy, smutny głos. „Moja siostrzyczka” – powiedział ktoś skryty w mroku korytarza. W tym momencie winda zamknęła się i zjechała na parter.

Roztrzęsiony wszedłem do samochodu. Nie ruszałem z parkingu przez dobre piętnaście minut. Myślałem. Sam nawet nie wiem, o czym. Byłem zmęczony, nie tylko pracą, ale też ostatnimi wydarzeniami.

Wróciłem do domu. Na dworze było już ciemno. Nawet się nie myłem, po prostu rozebrałem się i położyłem na łóżku. Miałem nadzieję na chociaż chwilę snu. Poczułem, jak zamykają mi się oczy. Odpływam…

Ze snu wyrwał mnie dźwięk telefonu. „Numer prywatny” – informował mnie napis na wyświetlaczu. Niewiele myśląc odebrałem.

-Tak, słucham? – powiedziałem.

Usłyszałem dziwne trzaski i szumy.

-Halo? Kto dzwoni? – zapytałem.

-Moja siostrzyczka… - powiedział cichy głos w słuchawce.

Rozłączyłem się. Usiadłem na łóżku i patrzyłem w ciemność. W ten sposób spędziłem resztę nocy. Nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego ten cholerny twór mnie prześladuje. Bardziej skupiłem się na tym, co zrobić, by to się skończyło. I wymyśliłem. Równo o 6 rano wsiadłem do samochodu i zaspany ruszyłem do pracy. Pójdę do szefa i powiem mu. Powiem, że wypisuję się z tego chorego gówna. Niech dalej posyła mnie na festyny dla dzieci. W dupie mam poważne dziennikarstwo, jeśli ma to się odbyć kosztem przeżycia tak pojebanych wydarzeń. Nie obchodzi mnie, co powie!

W całym zdenerwowaniu nie zauważyłem, że mam czerwone światło. Przez pasy przebiegały właśnie dwie osoby – przodem chłopiec, a za nim dziewczynka. Nie wyhamowałem. Wpadła mi prosto pod maskę. Poczułem, jak przejeżdżam po niej kołami, nim do końca się zatrzymałem. Natychmiast wysiadłem z samochodu. Przy tylnych kołach leżało drobne, martwe ciało dziecka. Z moich oczu popłynęły łzy. Zacząłem chodzić w kółko, krzycząc. W tym momencie mimowolnie spojrzałem na chłopca, który zdążył w porę odskoczyć. Miał on na sobie szare, podarte ubranie i brudną twarz…

„Moja siostrzyczka…” – powiedział cicho.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Świetne.
Odpowiedz
Dziękuję! :)
Odpowiedz
całkeim fajne, ale liczyłam na sensowniejsze zakończenie, chyba że czegoś nie załapałam to niech mnie ktoś oświeci
Odpowiedz
Myślałem że chłopieb będzie chciał żeby ten gość mu w czymś pomógł ale i tak dobre ★★
Odpowiedz
I jak Wam się podobało? Warto było czekać? Jakiego zakończenia się spodziewaliście? Piszcie! :)
Odpowiedz
fajnie napisane, może nie idealnie, ale warto przeczytać
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje