Historia

Obserwator

pawelkumiega 6 6 lat temu 5 213 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Patrzę na zegarek leżący na stoliku obok łóżka. Jest 3:31. Od ponad trzech godzin TO siedzi w kącie naprzeciw okna. Leżę obok ogarnięty paraliżującym strachem. Przez lekko poszarpane ubrania widać rany zadane parę godzin temu. Czuję intensywne pieczenie, ale nie zwracam na nie uwagi. W pewnym momencie siedzący w mojej sypialni stwór, robi coś co przeszywa moje ciało falą dreszczów. Od kilku godzin skulony w kącie PATRZYŁ na mnie, teraz uczynił coś co było gorsze od tortur zadanych mi dzisiejszej nocy. On się uśmiechnął.

*************************************

Wszystko zaczęło się zaraz po ślubie. Swoją żonę poznałem przez znajomych: oklepana historia- najpierw parę drinków, później wymiana numerów i jakoś się potoczyło. Pół roku później byliśmy już po ślubie i rozglądaliśmy się za przytulnym gniazdkiem. Dzieci póki co się nie spodziewaliśmy, więc szukaliśmy czegoś małego. Wybór padł na lekko zaniedbany dom na obrzeżach miasta. Skuszeni bardzo okazyjną ceną (można powiedzieć, że mieliśmy niebywały fart) dokonaliśmy szybkiego zakupu. Wcześniej jeszcze popytaliśmy o przyczynę niskiej ceny całego budynku. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że każdy poprzedni właściciel nie wytrzymywał w nim długo, ponieważ rzekomo dochodziło w nim do dziwnych zjawisk. Z racji tego, że i ja i żona, jesteśmy raczej racjonalistami puściliśmy to mimo uszu i byliśmy gotowi do przeprowadzki do wymarzonego własnego domu. Na całość składał się parterowy budynek o dużych oknach oraz leżący lekko na uboczu budynek gospodarczy. W trakcie 2 tygodni proces przeprowadzki był już ukończony, a sami byliśmy niebywale szczęśliwi, że wreszcie znaleźliśmy swoje miejsce w świecie.

Ta pozorna sielanka nie trwała długo. W trakcie jednej z pierwszych nocy doświadczyliśmy po raz pierwszy rzeczy, o których mówił nam sprzedający dom. Ciężko to wytłumaczyć, ale wciąż odczuwaliśmy dziwną atmosferę panującą w niektórych pomieszczeniach naszego nowego domu. Niektórych, bo nie wszystkich; szczególnie dziwnie czuliśmy się w pokoju, który urządziliśmy na naszą sypialnię. Wieczny i dojmujący chłód jaki panował w pomieszczeniu sprawiał, że nie mogliśmy spać w nocy. Wezwaliśmy specjalistę, który orzekł, że z ogrzewaniem w naszej sypialni jest wszystko w porządku. I faktycznie w ciągu dnia temperatura utrzymywała się na podobnym poziomie, dopiero w nocy gwałtownie spadała. Sprawiało to, że zaliczaliśmy kolejne nieprzespane noce, w trakcie których doświadczaliśmy coraz dziwniejszych ‘zjawisk’, jeśli można je tak nazwać. A to słychać było szmery za ścianą, a to kapanie wody. Sytuacja zaczęła robić się coraz dziwniejsza, gdy odkryliśmy w naszej sypialni, pod warstwą tapety, czarne plamy na ścianach- jakby pleśń. Coraz częściej zastanawialiśmy się nad zmianą pokoju sypialnianego, gdy wreszcie dziwne wydarzenia w naszym nowym domu zdecydowanie przybrały na sile. Zaczęliśmy odczuwać obecność. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało wydawało nam się, że przez całą noc jesteśmy obserwowani. Obserwowani przez coś co nie było człowiekiem. Tego byliśmy pewni.

Tej nocy nie zapowiadało się na jakiekolwiek zmiany. Tak jak zwykle przygotowaliśmy dodatkowe koce, by przeszywające zimno panujące w naszej sypialni, dało się w jakiś sposób znieść. Jako że obydwoje byliśmy zmęczeni pracą, więc szybko zasnęliśmy. Obudziłem się dopiero wtedy gdy z moją wybranką zaczęło dziać się coś niedobrego. Zaspany i na wpółprzytomny wyciągnąłem z przyzwyczajenia rękę by objąć ją i się przytulić. Z zaskoczeniem zorientowałem się, że miejsce gdzie powinna się znajdować jest puste. Podniosłem głowę i spojrzałem na elektroniczny zegarek leżący na stoliku nocnym obok naszego łóżka. Wskazywał równą północ. Dziwne, pomyślałem i wytężyłem wzrok aby poszukać mojej żony. Spostrzegłem ją stojącą na środku pokoju, z opadniętymi ramionami i pochyloną głową. Księżyc dość intensywnie świecił, więc oświetlał znaczną część pomieszczenia. Wtedy zarejestrowałem jeszcze jedno: moja żona, którą znam być może lepiej niż samego siebie, bełkotała coś pod nosem. Wygrzebałem się spod warstwy kocy i podszedłem bliżej. Gdy byłem już na tyle blisko, usłyszałem wreszcie co mówiła. Odliczała. Recytowała kolejne liczby; była akurat na liczbie 16. Gdy po jakimś czasie wreszcie rozbudziłem się na tyle by pojąć co się wokół mnie dzieje, wiedziałem już, że moja żona lunatykuje. Mając na uwadze opinie, by nigdy nie budzić lunatyka, zdecydowałem się poczekać na rozwój wypadków. Nie mam pojęcia od jakiej liczby odliczała, ale wiem jedno- zatrzymała się na ‘10’. W tym momencie uniosła głowę. W jasnym świetle księżyca zobaczyłem jej twarz w całej okazałości. Kruczoczarne, najczęściej związane z tyłu włosy, opadały teraz na jej twarz. Usta wykrzywione były w grymasie pogardy pomieszanej z bólem. Najgorsze były oczy; patrzące przed siebie, jednocześnie puste, bez wyrazu. W tym momencie moja żona, która zdawała mi się wtedy całkiem obcą osobą, wypowiedziała 2 słowa, które spowodowały, że na jedną chwilę moje serce stanęło. Gardłowym głosem powiedziała: ‘Już niedługo’, po czym kilkukrotnie zamrugała i wróciła do łóżka, z łatwością wślizgując się pod grubą warstwę kocy i kołdrę. Kilka minut stałem oniemiały, jednocześnie przerażony dziwnością całej sytuacji, której byłem świadkiem ale i też niesamowicie zaintrygowany. Tymczasem moja żona, tym razem już cienkim głosem zapytała co robię o północy na środku pokoju. Odpowiedziałem jej, że zaraz wracam i tak też zrobiłem, jednak do rana miałem kłopoty z zaśnięciem. Najwidoczniej sama zainteresowana nie miała pojęcia o całym wydarzeniu, nie zarejestrowała go. ‘Najczęściej tak bywa z lunatykami’- odpowiedziałem sobie w duchu.

Byłem ciekawy czy sytuacja powtórzy się następnej nocy. Wieczorem chwytałem się najróżniejszych zajęć by tylko opóźnić moment pójścia do łóżka. Za wszelką cenę chciałem nie spać tym razem- ciekawość wzięła górę. Co jakiś czas zerkałem niecierpliwie na zegarek, a gdy wreszcie wybiła północ, stało się to czego oczekiwałem. Moja żona wstała powoli i wolnym krokiem ruszyła przed siebie. Gdy wreszcie doszła na środek sypialni, odwróciła się na pięcie i jak się pewnie domyślacie rozpoczęła odliczanie. Liczyła od ‘20’. Ja tymczasem leżałem w całkowitym bezruchu, uważnie przyglądając się temu co widzę. Tym razem zatrzymała się na liczbie ‘9’ po czym tak jak poprzedniej nocy wróciła z powrotem do łóżka, na swoje miejsce.

Gdy rozmawiałem z nią następnego dnia, wydawała się nieświadoma swoich nocnych wojaży. Ja sam nie zamierzałem jej o tym mówić, nie chciałem jej niepokoić.

*********

Tak jak można przypuszczać, sytuacja powtarzała się co noc od dziesięciu dni. Ja również budziłem się punkt o północy i patrzyłem z lekkim niepokojem na własną żonę, która zachowywała się tak dziwnie. Wątpliwości i wyrzuty sumienia zaczęły mnie coraz bardziej przytłaczać, tak że przez cały dzień myślałem tylko o tym. Wiedziałem jednocześnie, że tej nocy powinienem oczekiwać czegoś nowego, tej nocy moja żona ukończy przerażające odliczanie.

Chłód w sypialni był nie do zniesienia. Przyrzekłem sobie, że położę się trochę wcześniej aby o północy być gotowym na kolejny ‘spektakl’.

Gdy się obudziłem popatrzyłem na zegar- było kilka minut po północy. Spóźniłem się, spóźniłem się ten ostatni raz! Wyciągnąłem rękę- żony już nie było w łóżku. Wytężyłem słuch: odliczanie wciąż trwało. Znalazłem odpowiednią pozycję do obserwowania i nasłuchiwałem.

‘10, 9, 8, 7, 6…’

Zimno panujące w pokoju dawało o sobie znać. Wydawało mi się że przy wydechu pojawia się para wodna; musiało być tylko kilka stopni na plusie…

‘5, 4, 3, 2, 1…’

Nie zauważyłem jednej istotnej różnicy. Jak zwykle opuszczone ręce były schowane do tyłu. W dłoni mojej żony widniał przedmiot, który nawet teraz, w środku nocy potrafiłem bez problemu rozpoznać.

Księżyc… Cholerny księżyc, przy którym nie da się spać…

Moja żona trzymała w ręku nóż. Nóż, w którym rozpoznałem swoją własność, a właściwie wspólną. Wysłużony przez lata użytkowania nóż kuchenny.

W momencie ukończenia odliczania z gardła mojej ukochanej wydobył się chrapliwy okrzyk. Przerażony zerwałem się z łóżka. Serce w jednym momencie waliło jak młotem, w drugim zatrzymywało się na parę sekund. Ogarnięty panicznym strachem patrzyłem na całą sytuację, nie mogąc się zdecydować na żaden ruch. Po chwili stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Moja żona, moja własna żona, która w tamtym momencie nie była na pewno sobą, uniosła prawą rękę w której trzymała nóż. Zręcznym ruchem przyłożyła go sobie do klatki piersiowej. Chciałem zareagować, lecz dalej stałem jak wryty, mimo własnej woli. Moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa; jedyne co mogłem zrobić w tamtej chwili to krzyknąć. Na nic się to zdało, wciąż patrzyła na mnie pustym wzrokiem, trzymając nóż zaraz przy samym ciele. Jej ręka drżała, zdawało się jakby coś co opętało ją w tamtym momencie, walczyło z jakimś oporem; z oporem który długo nie wytrzyma.

Staliśmy tak chwilę, choć zdawało mi się że minęła co najmniej godzina. Przez mój umysł przechodziły najróżniejsze myśli. W końcu zdecydowałem że muszę zareagować w jakikolwiek sposób. Skoczyłem parę kroków do przodu by wyrwać jej nóż z ręki, nim zrobi sobie krzywdę. W tej chwili, jej nieruchoma dotychczas ręka ruszyła. Kierowała się w dół, nóż który wbijała sobie w ciało pozostawiał krwawą linię. Cała sytuacja działa się tak szybko, że zorientowałem się że nic nie mogę zrobić. Teraz patrzyłem na własną żoną opętaną jakimś demonem, wciąż trzymającą nóż w prawej ręce, niemiłosiernie krwawiącą. W bladym świetle księżycowej nocy, widziałem jak nóż zagłębia się w ciele na co najmniej kilka centymetrów i wciąż porusza się coraz niżej. Przez moje ciało przeszła ciepła fala przerażenia. Poczułem jak tracę władzę w nogach, czułem że za chwilę zemdleję. Nie stało się to jednak; odsunąłem się tylko parę kroków w tył i oparłem się o łóżko. Widziałem teraz swoją małżonkę niemiłosiernie okaleczoną: krwawy pas ciągnął się od mostka do samego brzucha. Skóra rozłaziła się na całej długości a krew, która w tym świetle przybrała barwę praktycznie czarną, tryskała strumieniami. Cała sytuacja trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund, mnie jednak wydawało się, że o wiele dłużej. Chciałem krzyczeć, wezwać pomoc lub wyrwać ją z morderczego transu. Nie mogłem zrobić jednak nic, na wpół przytomny ze łzami w oczach oglądałem ten spektakl bestialstwa. Tymczasem to COŚ (bo w tamtym momencie to już nie była moja ukochana) zaczęło rozciągać skórę porozcinaną na całej długości klatki piersiowej. Krew była dosłownie wszędzie, ale nie to było najgorsze. Ze środka zaczęło coś wychodzić.

Wydawało mi się, że patrzę na węża zrzucającego własną skórę. Ze środka ciała mojej zony wyłonił się zarys jakiejś postaci. W tym momencie zemdlony padłem na podłogę; tego było już za wiele dla mnie. Odwróciłem wzrok w drugą stronę, byle nie patrzeć na śmierć ukochanej, na ten makabryczny widok. Z ulgą przyjąłem do wiadomości, że powoli tracę przytomność.

*******************************

Zaraz gdy się ocknąłem popatrzyłem na zegarek. Jest 3:15. Przez kilka dobrych minut starałem się przypomnieć co się stało. Wszystko wydaje się pieprzonym koszmarem… Nie, to nie może być prawda… Przez moje ciało przechodzi fala bólu. Dopiero teraz dociera do mnie, że koszula nocna jest potargana i leżę cały pokryty krwią. Nie mam pojęcia czy to moja krew, wiem tylko jedno nie to nie był koszmar. Rozglądam się po pokoju. Widząc rozrzucone po całym pomieszczeniu, krwawe szczątki czuję drętwienie i paraliżujący mnie powoli strach. Wreszcie zauważam jeszcze jedno: odkąd się obudziłem byłem obserwowany; obserwowany przez coś co najwyraźniej wyszło z ciała mojej żony, coś co uwolniła powolnym ruchem kuchennego noża. Żółte ślepia w ciemnym kącie wpatrują się teraz we mnie. W lichym świetle księżyca, który już się przemieścił i nie świeci centralnie w okno, nie widzę całej postaci. Wytężając wzrok udaje mi się tylko zauważyć, że to COŚ siedzi skulone w kącie i obserwuje każdy mój ruch, każdy oddech. Doskonale wie, że zdaję sobie sprawę z jego obecności. Poi się moim panicznym strachem.

Powoli czuję ulatujące ze mnie życie. Najwidoczniej w czasie gdy straciłem przytomność, stwór musiał mi zadać rany, zabawił się ze mną. Leżąc teraz w kałuży ciepłej jeszcze krwi, przez głowę przechodzą ostatnie myśli.

Kim, a właściwie czym TO jest? Dlaczego wybrało nas? Jaki związek ma to z naszym nowym domem?

Na te pytania już nie poznam odpowiedzi. Ostatkiem sił rzucam wzrok na rozrzucone fragmenty ciała mojej żony, jednak nie czuję w tym momencie już niczego. Ani bólu, ani żalu. Jedynie paniczny strach. Czując, że zbliża się koniec, patrzę kątem oka na zegar znajdujący się na stoliku. Jest 3:31. To COŚ siedzące tam najwyraźniej też o tym wie. I uśmiecha się. Jedyną rzeczą jaką mam teraz przed oczami są te białka oczu i żółte zęby.

Po chwili znów tracę przytomność. Tym razem już na zawsze.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Fajna historia, szkoda żony, no i uważam,że mogliby tego uniknąć gdyby sie tak szybko nie pobrali ;)
Odpowiedz
Ewentualnie gdyby wyprowadzili się zaraz po opadającej temp w pokoju
Odpowiedz
Niby dlaczego nie wolno budzić lunatyków? Oni normalnie śpią - tyle tylko, że organizm nie nakłada "blokady" na mięśnie. Nic się złego nie stanie, jeśli taką osobę obudzicie; najprawdopodobniej będzie zaskoczona i tyle. Pozdrawiam, była lunatyczka
Odpowiedz
Nie można ich budzić jedynie w sytuacjach zagrażających życiu, ja też kiedyś lunatykowałem i mama opowiedziała mi,ze któreś nocy( byliśmy na wsi u dziadka) wszedłem na dach domu po drabinie i łaziłem sobie brzegiem dachu, ale nie odważyli sie mnie wybudzić, bo mogłoby mnie to za bardzo zaskoczyć,zachwiałbym sie si spadł z wysokości 2 piętra.
Odpowiedz
Słabe :/
Odpowiedz
Uważajcie na te tytuły, bo to już chyba trzecie opowiadanie o takim samym tytule i mogą się mylić. Co do historii - bardzo fajna, 8/10
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje