Historia

Wciąż patrzą 19

kuro 10 3 lata temu 3 819 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Ludzka psychika jest w stanie wytrzymać dużo, choć w większym stopniu odporność na skrajne emocje zależy od charakteru. Kiedy jeszcze byłam w stanie racjonalnie myśleć i wykorzystywać wiedzę w codziennej praktyce, wiedziałam, że natłok emocji może spowodować załamanie nerwowe. Przestrzegałam reguły: olewać to, co da się olewać. Teraz ta myśl jest jedynie majaczącym w odmętach pamięci faktem, bo niby jak miałabym ignorować te głośne krzyki wokół? A ten smród? Gdybym była w stu procentach pewna prawdziwości tego wszystkiego, podeszłabym do jednej z pielęgniarek i zapytałabym, czy też to czuje. Ale wiem, że jestem jedyną osobą w tym cholernym domu wariatów, która doświadcza czegoś takiego.

Nie przestają krzyczeć.

Do wschodu słońca, siedziałam w kącie pokoju. Zwracałam zawartość żołądka co kilka minut, dopóki po prostu zabrakło mi tego, czym mogłabym zwymiotować.

Okropny smród.

Odseparowanie się od cienia skutkowało jego zniknięciem. I naprawdę nie wiedziałam wtedy, czy najgorsze w tym wszystkim jest hałas i odór, czy to, że zostałam w ciemności całkowicie sama. W pewnym sensie te świecące oczy dodawały mi otuchy. Upewniały w przekonaniu, że nie jestem ostatnią istotą na ziemi.

Zasłaniałam dłońmi uszy, by nie słyszeć. Zatykałam nos, by nie czuć. Budowałam wokół siebie wielki, solidny mur stabilności, ale on upadł, kiedy nastał ranek i do mojego pokoju weszła jedna z pielęgniarek. Zastała mnie roztrzęsioną, przerażoną, szaloną. Nie mogłam odpowiedzieć nawet na najprostsze pytanie typu: „Jak brzmi twoje imię” i dlatego wylądowałam w tym miejscu:

- Jak to się stało? – Edmund poprawia swoje okulary. Jego wzrok jest chłodny bardziej niż zwykle. Chciałabym skłamać prosto w twarz, ale nie mogę skupić myśli.

Ciągle krzyczą.

- Czy to nawrót stanu depresyjnego?

- Nigdy nie miałam stanu depresyjnego. – szepczę, a przynajmniej tak mi się zdaje. Przez odgłos pisków, próśb, jęków nie jestem w stanie wychwycić nawet własnego głosu. Okazuje się, że wypowiedziałam zdanie głośno.

- Hanno, chcę ci pomóc.

Podnoszę wzrok. Gabinet jest wypełniony ciepłymi promieniami jesiennego słońca. Na drewnianej komodzie dostrzegam świeży bukiet kwiatów. Powinnam czuć ich słodką woń. Powinnam rozkoszować się tym zapachem, ale jedyne, co wychwytuje mój nos, to ten wstrętny zapach.

- Myślę nad przydzieleniem cię do specjalnej grupy. Będziesz miała zajęcia w tych samych godzinach, co inni pacjenci. Przykro mi to mówić, ale jestem zmuszony, by przestać traktować twoją osobę w sposób specjalny. – ledwo słyszę, co mówi. – Dam ci najlepszego terapeutę. Zwiększę odrobinę dawkę leków uspokajających. Wszystko będzie dobrze. Stany lękowe przejdą.

Zaciskam szczękę tak mocno, że moje dziąsła krwawią, a szkliwa zębów pękają. Nie. Nie. Nie. Naprawdę jest mi obojętne to wszystko. Pieprzyć terapeutów. Pieprzyć leki. Pieprzyć... niech tylko przestaną krzyczeć. Błagam.

Zostaję pozbawiona kontroli nad swoim ciałem. Zapominam, że mam udawać „normalną”. Kulę się na krześle, przejęta falą okropnego bólu.

Wciąż krzyczą.

- Hanno. – jego głos brzmi spokojnie. Zbyt spokojnie jak na kogoś, kto obserwuje cierpiącą osobę.

Zanurzam palce we włosach i zaciskam dłonie w pięści. Niech przestaną. Nie wytrzymam tego dłużej...

- Hanno, popatrz na mnie.

Z trudem podnoszę głowę. Ten hałas mnie paraliżuje. Jest tak głośno. Tak głośno.

- Nie wiem, co chcesz osiągnąć tymi symulacjami. Jeśli chodzi o te tabletki, to nie dostaniesz ich.

- Jebać tabletki. – wykrztuszam. Ból skupia na sobie całą moją uwagę. Nawet nie potrafię zdenerwować się na tego dupka, za posądzanie mnie o takie rzeczy. Po prostu... nie wytrzymam dłużej. Chcę ciszy.

Moje uszy chyba zaczynają krwawić.

Widzę, jak Edek wzdycha. Wstaje. Mija mnie. Zjawia się pielęgniarz z wózkiem. Przez chwilę boję się, że mają zamiar zamknąć mnie w izolatce. W tamtej izolatce, gdzie śmierdzi trupami, a krzyki są najbardziej wyraźne, ale odrzucam tę myśl. Przecież nie naraziliby się na gniew mojego ojca. Nie zrobią mi nic złego. W końcu ja mam pieniądze, ja mam władzę. Tak, tak, tak. Jestem bezpieczna.

Pielęgniarz chwyta moje ramiona, by przetransportować mnie na wózek. Możliwe, że robi to delikatnie, jednak jestem tak osłabiona, że odczuwam wszystko tysiąc razy mocniej. Chyba połamał mi kości. Chyba się wykrwawiam. Chyba umrę.

Usiłując wstać, opieram się o wypolerowany, drewniany blat biurka. Przed moimi oczami gaśnie cały świat tylko po to, by znów rozbłysnąć. I wtedy to zauważam.

Uśmiecham się lekko.

Wypowiedzenie Aleksego leży tuż obok mojej chudej dłoni. Widzę jego zdjęcie. Widzę jego brązowe włosy i zniewalające oczy. Pewnie dziś ma odebrać resztę swoich rzeczy z psychiatryka. Dziś jest dniem, w którym bezpowrotnie odejdzie, a ja nie będę w stanie go zatrzymać. Mam ochotę podrzeć kartkę, spalić wszystkie jego dokumenty. Chciałabym móc zrobić coś, co zatrzymałoby go przy mnie.

Aleksy, czy byłbyś w stanie teraz mnie uratować? Teraz kiedy jestem zbyt słaba, by oddychać, kiedy potrzebuję cię bardziej, niż kiedykolwiek kogokolwiek wcześniej potrzebowałam?

Oddałabym wszystko, aby tu był. Oddałabym swoje serce. Swoje płuca. Swój mózg. Oddałabym całe swoje życie, ponieważ to jedyne, co posiadam na własność.

Kilka kroków w bok. Opadam na wózek. Pozwalam krzykom rozerwać głowę.

- Powiedz Helenie, żeby podała jej laudanum.

- Czy na pewno...?

- Skoro nic innego nie pomaga, z pewnością pomoże właśnie to.

- Dobrze.

I wyjeżdżam z gabinetu Edmunda.

Kiedy pokonuję kolejne metry białych korytarzy, usiłuję odnaleźć w pamięci moment, w którym stałam się tak żałosna i słaba. Jak to możliwe, że jestem bardziej szalona niż te kilka tygodni wcześniej? Nie mogę siebie znieść, tak samo, jak nie mogę znieść tego, co dzieje się wokół. To mnie przytłacza. Zabija.

Smród po raz kolejny uderza w moje nozdrza, powodując atak mdłości. Obrzydzenie szarpie moim ciałem, ale w ostatniej chwili, powstrzymuję się od odruchu wymiotnego. Oddychaj przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta, przez usta.

Na moim języku osiada gorzki zapach śmierci.

Krzyki nie ustają nawet na moment. Rozbrzmiewają tak głośno, tak głośno. Tak głośno, że nie potrafię skupić się na niczym innym niż na bólu, który bezustannie narasta. Nie wytrzymam. Nie dam rady. Nie słyszę nawet własnych myśli. Nie mogę już...

Boli...

Zaczynam odczuwać ukojenie, kiedy uświadamiam sobie, że zaraz zostanę naćpana. Niedługo wszystko zniknie. Po laudanum zawsze znika. Zawsze. Położę się w ciepłym łóżku i zasnę, a gdy się obudzę, wszystko będzie dobrze. Wszystko.

Wszystko, wszystko, wszystko, wszystko.

Pisk. Krzyk. Płacz.

I już wiem, że kiedy się obudzę, wcale nie będzie lepiej. Kiedy ten koszmar się skończy?

Drzwi się otwierają, wjeżdżam do pokoju. Pielęgniarz pomaga mi usiąść na łóżku. Widzę, jak porusza ustami, ale nie potrafię usłyszeć jego słów. Kiwam bezsensu głową, by sprawiać wrażenie, że rozumiem.

Mężczyzna wychodzi.

Siedząc na skraju materaca, zaczynam drżeć. Cierpienie wypełnia każdą komórkę mojego ciała. To jak samodestrukcja. Ten ból. Ten okropny ból pochodzi z rodzaju takich, które nigdy nie ustępują, a kończą się dopiero wtedy, kiedy wydam ostatnie tchnienie. Boję się, że umrę właśnie w taki sposób. Umrę. Umrę zbita przez własne lęki. Niedorzeczne. I czemu są takie głośne? Tak cholernie głośne... Mam ochotę położyć się na zimnej podłodze, chwycić swoją głowę i krzyczeć razem z nimi. Mam ochotę stać się częścią tego hałasu, by nie czuć się tak cholernie słaba, tak beznadziejna i samotna. Mam dość. Nie chcę tego strachu. Nie chcę się bać. Nie, błagam. I czemu tak śmierdzi? Tak mocno śmierdzi... Przesiąkłam tym zapachem.

Kulę się na łóżku, zaciskając palce na białym prześcieradle.

Łzy moczą moje policzki. Nie wytrzymam. To koniec. Teraz nie mam szans na wyjście z psychiatryka. Jestem wariatką. Jestem obłąkana. Niech zapadnie cisza, przynajmniej na ułamek sekundy. Błagam. Błagam.

Wstaję. Gdybym miała dość siły, uderzyłabym pięścią w ścianę, albo rozbiła coś, cokolwiek, ale ledwo trzymam się na nogach, dlatego jedyny sposób, by się wyładować, to trzaśnięcie drzwiami. Chodzę po pokoju, zataczając wielkie koła, po czym chwytam klamkę. Otwieram i zamykam. Kolejne kilka kół. Ciągle krzyczą.

Idę w stronę wyjścia, ponownie otwieram drzwi, jednak tym razem nie zamykam ich od razu. Przez pięć uderzeń serca wpatruję się w grupę pielęgniarzy, którzy szarpią szurniętą Zośkę. Opiekunki usiłują ją uspokoić, zapewniają, że wszystko będzie dobrze, że nic złego się nie stanie, ale ona krzyczy. Krzyczy tak głośno. Jej głos gubi się w morzu innych głosów, które słyszę, jednak nie mam problemu z odróżnieniem go. Nie wiem, gdzie ją zabierają, nie wiem czemu, nie wiem, czy wróci do swojego pokoju, ale widząc to zdarzenie, uświadomiłam sobie coś istotnego.

Właśnie staję się taka jak ona. I jeśli czegoś nie zrobię, popadnę w prawdziwy obłęd.

Wycofuję się powoli. Zamykam drzwi.

Zbieram myśli, choć to prawie niemożliwe przy tym hałasie i smrodzie. Wydaje się, że odczuwam teraz wszystko mocniej. Bardziej wyraźnie. Bardziej... realnie. Nie wiem, czy spowodowane to jest moim osłabieniem przez wszelkie zewnętrzne bodźce, czy może to strach powoduje, że zaczynam rozumieć.

Łączę wątki.

Analizuję.

Moja głowa pęka, a wszystkie zmysły rozsadza odór śmierci.

Podchodząc do szafy, wyjmuję z nich trampki. Nie myślę trzeźwo. Chyba w ogóle nie myślę. Kieruje mną instynkt, a instynkt mówi, że muszę tam iść. Za wszelką cenę muszę dostać się na tamto piętro.

To szaleństwo.

Ale takie szaleństwo jest lepsze, niż zostanie w pokoju i naćpanie się leków, by po przebudzeniu oszaleć całkowicie.

Wkładam buty. Przejście do innego bloku w dzień, kiedy wszyscy są czujni i wypełniają dosłownie każdy milimetr budynku, nie jest łatwe. Prawdopodobnie nie jest nawet możliwe, ale moja desperacja urosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Zrobię wszystko, by tylko pozamykać ryje tym, którzy krzyczą. I nieważne czy są martwi.

Chwilę patrzę na kurtkę, zastanawiają się, czy na zewnątrz jest zimno, ale przecież nie mogłabym jej wziąć. Samo to, że mam na nogach buty jest dziwne, a gdybym założyła jeszcze kurtkę...

Zamykam oczy, usiłując znaleźć swój spokój, który gdzieś wyparował. Zaczynam się trząść, kiedy dźwięki przybierają na sile. Daję sobie osiem sekund, zanim robię krok w stronę drzwi. Jeden głęboki wdech i wychodzę.

Mijają mnie różni ludzie. Wariaci, personel, lekarze, terapeuci, krewni, którzy wpadli zobaczyć swoich rodzinnych popaprańców. Zatrzymuję się na środku salonu, nieco zdezorientowana. Kompletnie nie wiem, co mam zrobić, by niezauważona wyjść z budynku. Jedyna myśl, jaka panoszy się w mojej głowie to: zrobić zamieszanie. Nic innego nie jestem w stanie wymyślić.

Opieram się o ścianę, kiedy stanie w miejscu okazuje się okropnie wyczerpujące. Wiem, że chwyciłam absurd, wiem, że moje zachowanie jest kompletnie niewytłumaczalne i cholernie nielogiczne. Nie wiem, co się ze mną dzieje.

Muszę coś zrobić. Może powinnam zrzucić kogoś ze schodów? Albo polać się keczupem i udawać, że podcięłam sobie żyły?

Nie.

Nie, nie, nie. Przecież nie chcę, żeby zamknęli mnie w izolatce. Rozglądam się nerwowo. I wtedy dostrzegam przycisk alarmu pożarowego, znajdującego się w pokoju personelu. Alarm bez wątpienia wywołałby panikę, której tak bardzo teraz potrzebuję, jednak wszędzie są ludzie, a to nie pozwala mi działać.

Alarm to moja ostatnia nadzieja.

Alarm, potrzebuję cię.

Muszę tam wejść. Skup się Hanno. Wymyśl coś.

- Ugryzła mnie! – męski głos przebija się przez morze hałasu. Spoglądam za siebie, wbijam wzrok w szurniętą Zośkę, która biega kompletnie nago po korytarzu i nikt nie potrafi jej pochwycić. Cały personel zmierza w tamtą stronę. Wszystko dzieje się szybko i nie zauważam nawet tego, że nikt nie może mnie teraz powstrzymać przez wślizgnięciem się do pomieszczenia i wciśnięciem guzika.

Przez naprawdę długą chwilę nie jestem w stanie pojąć, jak to jest, że zbieg okoliczności często pomaga mi w osiągnięciu celu. Przez moje plecy przebiega dreszcz, kiedy tylko pomyślę, że to może być sprawka upiornej dziewczynki.

Tak.

Wolę myśleć, że mnie pojebało i powiedzieć do siebie coś w stylu – „ta psycholka się czasami przydaje. Ale tylko czasami.”

***

Wbiegam na górę po schodach, tracąc oddech po każdym kolejnym metrze. Dźwięk alarmu sprawił, że wszyscy w pośpiechu zostali ewakuowani na zewnątrz. To było łatwiejsze, niż się spodziewałam. Ludzkie odruchy są prostymi mechanizmami, gdzie nawet najdrobniejszy szczegół może przyczynić się do uczucia niepokoju, a co za tym idzie – chęci ratowania własnego życia. Już po kilku minutach od rozbrzmienia dzwonków, droga do budynku obok była wolna. Zdaję sobie sprawę z tego, jakich kłopotów narobiłam. Pewnie zaraz pojawi się straż pożarna, a Edek wpadnie w szał, kiedy się dowie, że wszystkiemu winna jestem ja, ale aktualnie gówno mnie to obchodzi. Muszę po prostu dostać się tam na górę.

Biegnę w stronę duszącego fetoru i niewyobrażalnie głośnych krzyków, tylko po to, by upewnić się w przekonaniu, że jestem wariatką.

Łapię strzępki tlenu i pokonuję ostatnie dwa stopnie. Dysząc ciężko, opieram się o barierkę. W życiu nie biegłam tak szybko, w życiu nie byłam tak bardzo przerażona, jak teraz. Stoję na samym środku pomieszczenia, z którego wydobywa się najsilniejszy zapach, jaki dotąd czuła i słychać najgłośniejsze krzyki. Słońce odbija swoje promienie w białych ścianach. To dodaje mi odwagi w pewien sposób.

Skrawkiem papierowej sukienki, zatykam usta. Wciskam materiał w dziurki nosa, by zagłuszyć w ten sposób obrzydliwy smród. Zaczyna drżeć, ale nie pozwalam histerii przejąć kontroli i robię krok naprzód.

W chwili, kiedy moja stopa dotyka podłogi, nastaje cisza.

Cisza. Kompletna, zupełna cisza.

Nawet zapach znika.

Zdezorientowanie mąci mi w głowie. Już wszystko się uspokoiło. Wszystko wróciło do normy. Potrafię usłyszeć teraz swój oddech. Słyszę nawet odgłosy ludzi na zewnątrz, którzy wciąż ewakuują się z budynków.

Mam ochotę się odwrócić i odejść. Myślę sobie: Hej, skoro wszystko już jest OK, to nie mam powodu, by brnąć dalej i zbliżać się do tej dziury w suficie. Może po prostu sobie pójdę... – ale doskonale wiem, że nie mogę teraz zawrócić, bo mimo iż krzyki ustały, to jestem zbyt daleko by się cofać. A poza tym to nucenie, które teraz słyszę, nie pozwala mi choćby myśleć o odejściu z tego miejsca.

Przełykam strach, podchodząc do otworu, a krzyk przerażenia zastyga w moich płucach.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/12208-Wciaz-patrza-20

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Nie wiem czy robisz to świadomie, ale zachowanie głównej bohaterki zaczyna mi w pewnym sensie przypominać motyw z Wyspy Tajemnic z Dicaprio, co mi się bardzo podoba.
Odpowiedz
Niestety nie mogę potwierdzić ani odrzucić myśli, że zachowania są podobne, ponieważ nie oglądałam filmu, ale przyznam, że po przeczytaniu opisu mój zamysł jest bardzo podobny. Nie wzoruję się na niczym, a jedynym tworem, z którego czerpię inspiracje to piosenka :D Hanna po prostu zachowuje się tak, jak uważam, że powinna się zachowywać.
Odpowiedz
Bohaterka zachowuje się jak schizofreniczka paranoidalna która bardzo chce uwierzyć, że nią nie jest. Na dodatek Ty jako autorka starasz się nam wmówić, że ona nie jest chora, tylko, że wiele wskazuje na to, że jednak jest (takie mam odczucie). Ciekawi mnie czy robisz to spontanicznie, czy jednak masz zarysowany pewien schemat. Nie komentuje Ci zbyt często opowiadań (to chyba mój trzeci wpis), bo zaglądam tu co pare tygodni by mieć pare cześci do nadrobienia. Dlatego postaram się rozpisać, bo i Twoja praca zasługuje na to. Masz na pewno ciekawą wyobraźnię i talent do pisania. Widać że Twój styl pisania dopiero się formuje, nie masz wyrobionego takiego jakby "charakteru" w tym. Jednakże potrafiłaś mnie wciągnąć w powieść o gatunku którego nie trawię (pytanie więc co w ogóle tu robię heh), co dowodzi temu, że musisz się dalej rozwijać, iść w tym kierunku i wykorzystywac wolny czas na rozwój. Stephen King mówił, że aby wyćwiczyć w sobie zdolności dobrego pisarza, trzeba 4 godziny dziennie czytać i drugie tyle pisać, czyli wychodzi normalny ośmiogodzinny dzień pracy, więc wiadomo, że takie coś odpada, chyba, że w skróconej formie. Sam też trochę pisałem, chociaż głównie jednak czytam, więc spodziewaj się ode mnie co jakiś czas dogłębnej analizy i oceny Twojego tekstu :)
Odpowiedz
Alonso Mati W sumie z moim pisaniem jest tak, że robię wszystko odruchowo i, może to zabrzmieć dziwnie, ale nie mam wpływu na wydarzenia. Ja je tylko przekazuje dalej. Nie znam końca opowieści, a siadając przed laptopem do pisania, wątki same się snują. Poza tym nie ukrywam, że to sprawia mi niezwykłą przyjemność, ale tak - masz rację. Wszystko jest spontaniczne (za co trochę mi wstyd) Co do codziennego pisania i czytania, niestety to niemożliwe. W moim grafiku brakuje miejsca na takie rzeczy, choć staram się zawsze skrobnąć jakieś małe, przyjemne opowiadanko ;) Wiele osób twierdzi, że czyta się mnie szybko i przyjemnie (chyba że kłamią) ale mój styl jest chaotyczny i często poplątany, nad czym staram się panować, choć myślę, że tematyka psychiatryka pasuje do tego chaosu. I dzięki za komentarz! Każde słowo pochodzące od czytelnika ma wielkie znaczenie z dwóch prostych powodów: a) Motywuje b) Pokazuje, że moja praca nie jest kompletnie bez sensu. Czekam więc na kolejną analizę :D I może warto wrócić do pisania, hymmm? Nigdy nie wiadomo, jakie rzeczy zaistnieją w głowie piszącego.
Odpowiedz
Czemu w takich momentach? Genialne opowiadanie!
Odpowiedz
Boskie
Odpowiedz
Świetne, czekam na następna część :3
Odpowiedz
Jak zawsze super :) Umiesz trzymać napięcie. Już nie mogę doczekać się 20 rozdziału. Mam nadzieję że będzie w niedzielę.
Odpowiedz
Mega!! Co część to lepsza :) Nie wiem jak dam radę dotrwać do kontynuacji ;)
Odpowiedz
Super:D juz nie moge sie doczekać kolejnego rozdziału ^^
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje