Od Cienie

Dodane przez: cynamonowyduch, 15.11.2015, 12:18
Reklama:

Kiedy zapalają się pierwsze gwiazdy, a księżyca zaczyna powoli ubywać, one wychodzą ze swoich kryjówek. Najbardziej lubią noce jesienno-zimowe, wtedy ludzie najbardziej się niepokoją. Poza tym niknące światło księżyca migoczące na świeżo spadłym śniegu lub nurkujące w zamarzniętych kałużach jest mocniejsze i szybciej uderza do głowy. Buzuje niczym najlepszy francuski szampan. A kiedy tak rzadko odwiedza się ten dziwny, materialny świat by się pożywić, to smak jest tym, na co zwraca się szczególną uwagę.

Tak naprawdę nikt nie wie ani czym są, ani jak wyglądają. Nie wiadomo nawet czy są żywe, czy może stanowią odbicie nas samych. Według opowieści utkane są z nieco bardziej gęstego cienia, a kontury ich ciał rozmazują się niczym snujący się dym. Podania nie mówią nic o kończynach tych stworzeń, może mają długie, smukłe palce zakończone szponami, a może nie mają w ogóle rąk? Co dziwniejsze, nie wspominają też o twarzach, choć w kilku z pojawiają się wzmianki o ich oczach… błyszczących, mieniących się niczym dobrze wypolerowane opale. Podobno ten, kto w nie spojrzy, traci kawałek duszy.

Spadł świeży śnieg, sypki i biały jak cukier puder, skrzypiący pod nogami, lśniący zimno w blasku księżyca, którego wąziutki sierp zawisł na bezchmurnym już niebie. Leżący w łóżku chłopczyk wpatrywał się w niego jak zahipnotyzowany. Jego jasne włosy kleiły się od mokrego od potu czoła, ciałem wstrząsały dreszcze. Oparł się wygodniej o poduszki i przymknął powieki. Wiedział, że sen pierzchł na dobre, minie sporo czasu nim wróci. Ciemność pokoju niepokoiła go, ale z jakichś przyczyn bał się wyciągnąć rękę, żeby zapalić wiszącą nad nim lampkę w kształcie uśmiechniętego księżyca. Spojrzał na szyby, które trzaskający mróz pokrył fantastycznymi wzorami. Normalnie lubił im się przyglądać, ale teraz, kiedy ubywało księżyca i noce wydawały się obumierać, albo przynajmniej zapadać w sen, lodowe szlaczki nabierały złowrogiego charakteru. Przestawały być malowanymi zwierzątkami i fantastycznymi roślinami. Stawały się pisanymi w obcym języku opowieściami, których treści żaden rozsądny człowiek nie chciałby poznać.

Chłopiec westchnął głęboko. Dziś śniło mu się, że jakieś dziwaczne stwory zeszły z nieba, zza kurczącego się księżyca i rozbiegły po pokrytym śniegiem świecie. Przemykały od drzewa do drzewa, zaglądały do dziupli śpiących wiewiórek, sięgały pod klosze ulicznych latarni, które od razu przygasały, a ich światło stawało się zimne jak lód skuwające kałuże. Nie widział dokładnie kształtu tych istot, a może po prostu nie potrafił go zapamiętać? Przez chwilę wydawało mu się, że przypominają puszyste kłębki waty, tylko zrobione z cienia, potem przez moment stały się długie i drżące jak płomień świecy, by w jednej chwili zmienić się w kropelkę tuszu wpuszczoną do szklanki z wodą. Były wszędzie, wciskały się do każdej dziury, wślizgiwały się do domów, myszkowały po ciemnych pokojach. Zatrzymywały się przy śpiących ludziach. Przystawały obok nich i chłopiec nie mógł oprzeć się wrażeniu, że im się przyglądają, czekają na coś z wielką niecierpliwością. Przysiadały u stóp łóżek, część na wezgłowiach, a kiedy śpiący, jakby wyczuwając ich obecność, zaczynali kręcić się niespokojnie w pościeli, odrywały się od nich malutkie, czarne kłaczki skrzętnie przez te dziwadła zbierane.

Chłopiec szczelniej otulił się kołdrą. Próbował przypomnieć sobie dalszą część tego snu, choć czuł, że byłoby lepiej, gdyby o niej na dobre zapomniał. Wydawało mu się, że usłyszał szczęknięcie klamki, a drzwi do jego pokoju uchyliły się odrobinę. Szyby w oknach zadrżały leciutko, poruszyła się firanka, skrzypnęła deska w podłodze. Nie działo się nic niezwykłego, a mimo to chłopiec był zlany potem i nie mógł opanować drżenia. Z niepokojem spojrzał na niebo, na księżyc, którego cieniutki pasek powoli niknął za napływającymi chmurami. Bardzo chciał sprawdzić czy wszystko jest w porządku, zapalić lampkę i rozgonić cienie, ale lęk trzymał go w łóżku, sprawiał, że bał się wychylić spod kołdry choć mały palec. Co jeśli te dziwaczne stwory były prawdziwe i czają się pod parapetem? Choć nie wyglądały bardzo groźnie, to bał się ich. Dziwnych, zmiennokształtnych, zupełnie nie z tego świata. Usłyszał cichutkie skrobanie tuż obok nocnej szafki. Ale przecież tam nic nie było! Nic nie czaiło się w niezbyt gęstym cieniu. Wytężył mocno wzrok. Westchnął z ulgą. Pusto. Uspokojony nieco odważył się, wyciągnął rękę i pociągnął za sznurek lampki nad łóżkiem. Pokój zalało ciepłe światło. Uśmiechnął się leciutko do siebie, odrzucił kołdrę i delikatnie postawił stopy na chłodnej, drewnianej podłodze. Jeszcze raz spojrzał przez okno i spojrzał prosto w jasne, paciorkowate oczy, które wyglądały jak koraliki ze szlifowanego opalu… Lśniły niczym odbity od zamarzniętej tafli jeziora księżyc. Jęknął bezgłośnie. Błyskawicznie schował się pod kołdrą, zakopał pod nią z głową i do końca nocy nie odważył wystawić spod niej nosa. Wydawało mu się, że nie zapomni o tym przerażającym zdarzeniu do końca swoich dni, ale kiedy obudził się następnego ranka nie pamiętał już niczego. I nie pozostałby po tym spotkaniu żaden ślad gdyby nie ta dziwaczna, bolesna tęsknota, którą odczuwał zawsze na trzy dni przed nowiem, miesiąc w miesiąc, rok w rok…

Mówi się, że kto spojrzy im w oczy traci kawałek duszy, jaką część siebie, o której nigdy nie zapomina. Tęsknota za tym utraconym fragmentem budzi się zawsze na trzy dni przed nowiem, a chęć odzyskania tego, co zostało utracone bezpowrotnie uwiera boleśnie, choć poszkodowany nigdy nie zdaje sobie sprawy z tego, co sprawia mu taką przykrość. Podania mówią też, że z te maleńkie fragmenty tworzą cień, który pochłania co miesiąc księżyc, ale to bajdy. Ci, którzy znają prawdę wiedzą, że te cieniste stwory tworzą z nich siebie by kiedyś zejść na ziemię i już tu pozostać.

Źródło: Własne
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!