Historia

Ofiara Myszki Miki

gali44 0 8 lat temu 131 234 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Nazywam się Noah Lacarthy i pochodzę z Los Angeles. W czasie mojej młodości interesowałem się zjawiskami paranormalnymi. Jednak nie ograniczałem się tylko do prostych badań na temat

duchów, upiorów, zaginięć i niewytłumaczonych morderstw. Generalnie, było to tylko moje hobby, przyszłość zaś, wiązałem z dziennikarstwem, które studiowałem. Być może moja ciekawość zaprowadziła mnie w wakacje 2005 roku do Japonii.

Otóż jeszcze w Los Angeles, zaciekawiła mnie historia pewnego filmu, o dziwnej nazwie "Suicide Mouse". Dowiedziałem się, że przedstawia on Myszkę Miki, kultową postać Disneya, idącą przez ulicę w jednym kierunku. Mysz miała smutną, zamyśloną minę, nie była podobna do tej, którą znałem od małego. Całej scenie towarzyszyły dziwne odgłosy, bełkotu, przeraźliwych krzyków i teoretycznie, nic nieznaczącej ciszy. Jak sama nazwa filmu wskazuje, Myszka Miki popełnia samobójstwo.

To jest w tym wszystkim, wydawać by się mogło, najdziwniejsze.

Doszły mnie słuchy, że ludzie, oglądający ten filmik mają później koszmary, są zaniepokojeni, smutni, a wręcz przygnębieni. A niekiedy do takiego stopnia, że decydują się sami popełnić samobójstwo. Ponoć jedną z pierwszych ofiar był pracownik Disneya, który po obejrzeniu filmu, majaczył oraz zachowywał się dziwnie i agresywnie. Istnieje pogłoska, że sam Walt Disney stworzył ten materiał w latach 30., na potrzeby amerykańskiej armii. Posłużył on Amerykanom za narzędzie tortur, w czasach II wojny światowej i zimnej wojny. Głównie na Pacyfiku, choć niewykluczone jest użycie seansu przeciwko hitlerowcom. Ofiary

tej metody natychmiastowo były skłonne do współpracy, Ci, którzy niezdecydowali się na ten krok, zazwyczaj tracili zmysły, po wielu dniach oglądania "Suicide Mouse". Na początku próbowałem zaczerpnąć wiadomości od informatora, który miał wtyki w amerykańskim rządzie. Jednak była to bardzo pilnie strzeżona tajemnica, lub "Suicide Mouse" to tylko dzieło jednego ze znudzonych internautów, który wymyślił całą historyjkę, gdyż niczego się nie dowiedziałem. Mimo to, nie poddałem się. Czytałem, poszukiwałem, węszyłem gdzie się dało. Muszę przyznać, że ciekawość wzięła górę i sam oglądnąłem film, który być może zabił dość sporo ludzi i może sprawić jeszcze wiele szkód. W Internecie napotkałem przynajmniej trzy wersje tego filmu, choć pozostałem wierny jednej, którą teraz można znaleźć choćby

na YouTube. Film ten wywołał we mnie dziwne uczucie, nie tyle co strach, ale... niepokój. Nie żaden przygnębiający smutek, tylko właśnie to. Jednak to mnie przyciągnęło jeszcze bardziej i zaintrygowało.

Lecz moje "śledztwo" wydało owoce w lipcu 2005 roku, kiedy to wyjechałem do Japonii. Niby na wakacje, aczkolwiek miałem w planach odwiedziny u niejakiego pana Fukuzawy, mieszkającego

w prefekturze Miyagi, na obrzeżach Sendai. Człowiek ten, miał wtedy 90 lat i był weteranem II wojny światowej. Dowiedziałem się, że został jeńcem wojennym w czasie walk o Guadalcanal,

w 1942 roku. Jako młody porucznik armii imperialnej, został wzięty na przesłuchanie. Ponoć oglądał "Suicide Mouse" i to wiele razy. Bez własnej woli. Dostałem tę informację, już podczas pobytu w Tokio. Jednak niezwłocznie udałem się do Sendai. Tam powitał mnie syn pana Fukuzawy, Natsume, mający wtedy 49 lat. Jako, że Japonia jest gościnnym narodem, zostałem wpuszczony do domu, po przedstawieniu się.

- Amerykanin - tymi słowami zostałem powitany przez Keichi`ego Fukuzawę, weterana wojny na Pacyfiku. Wyraził się on w sposób nieco pogardliwy, przynajmniej ja tak to odebrałem.

Po wyjaśnieniu powodu mojej wizyty, 90-latek zażyczył sobie, bym opuścił jego dom, co uczyniłem. Zaś jemu synowi przekazałem swój adres w Los Angeles, adres e-mail i numer telefonu.

- Może pan dzwonić i pisać o każdej porze. Nie ukrywam, że zależy mi na tym - zakończyłem.

Niestety, mój pobyt w Japonii, zakończył się w niezbyt oczekiwany przeze mnie sposób. Liczyłem na jakieś drogocenne informacje. Po pewnym czasie od powrotu, zdecydowałem się

na zaniechanie mego "śledztwa", w sprawie "Suicide Mouse".

Jednak pięć lat później, w 2010 roku, stało się coś niespodziewanego. Keichi Fukuzawa zmarł. Nie, to nie to. Niespodziewany, był jego list, którego skromnym adresatem byłem ja. Stary Japończyk zdecydował się, na łożu śmierci napisać do mnie w sprawie, o której niemalże już zapomniałem. List otworzyłem od razu, a serce zaczęło bić mi mocniej.

"Panie Lacarthy

Przyznam, że w owym czasie zachowałem się w stosunku do pana niestosownie. Jednak proszę o zrozumienie. To, co stało się podczas wojny, wciąż pozostaje dla mnie traumatycznym przeżyciem. Wszystko zaczęło się podczas walk w rejonie wysp Salomona, na Guadalcanal, kiedy to Amerykanie przeszli do kontrofensywy, a naszym zadaniem, po raz pierwszy, było się bronić. Niestety ja, dostałem się do niewoli dość wcześnie, bo już we wrześniu 1942 roku, wraz z mymi towarzyszami. Na początku przewieźli nas do jakiejś bazy, która mieściła się na Guadalcanal. Jacyś amerykańscy oficerowie spierali się o nas. Jeden z nich był zdania, aby przenieść nas w bezpieczniejsze miejsce, by zapobiec uwolnieniu jeńców. Mimo tego, pozostaliśmy. Jednak miejsce, w którym nas przetrzymywano, nie należało do najprzyjemniejszych. A ja, jako porucznik armii imperialnej, trafiłem na przesłuchanie

w pierwszej kolejności. Niestety trafiłem na krewkiego skurczybyka, który miał przyjaciół w Pearl Harbor. No właśnie, miał... Przez pewien okres czasu, odreagowywał na mnie swoją

wściekłość. Ja oczywiście nie zamierzałem mu nic zdradzić. Jednak okazało się, że prawdziwa tortura dopiero na mnie czekała. Mój przesłuchujący omal nie wyszedł z siebie, dowiedziawszy się, że "przejmuje mnie" inny oficer śledczy, który załatwi sprawę bardzo

szybko.

- Obejrzysz sobie film, żółtku - zapowiedział mój nowy oprawca.

Zdziwiła mnie ta informacja. Spodziewałem się raczej kolejnych złamań, po uderzeniach metalowym prętem. Przesłuchanie miało się rozpocząć nazajutrz.

Wtedy też zaprowadzono mnie do innej celi, niż wcześniej. Bowiem była ona mniejsza i pozbawiona dopływu jakiegokolwiek źródła światła. Choć na początku nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Jednak wciąż zastanawiałem się, co szykują dla mnie Amerykanie. Byłem pewien, że nic im nie powiem. W końcu nadszedł czas próby. Wywleczono mnie z celi, trochę poobijanego, lecz mimo tego starałem się iść dumnie, jak przystało na porucznika japońskiej armii. Wydaje mi się, że prowadzono mnie długim, podziemnym korytarzem. W końcu dotarłem do pomieszczenia, które miało stanowić kaźnię dla mego umysłu. Pokój ten był co najwyżej dwa razy większy od mojej nowej, małej celi. Po otworzeniu drzwi ujrzałem drewniane krzesło, stojące na środku. Było ono wielkie i dziwaczne, wyglądało jakby samo w sobie stanowiło narzędzie

tortur. Jednak dwóch Amerykanów tylko przywiązało mnie do niego, za pomocą grubych, skórzanych pasów, w taki sposób, że nie mogłem się swobodnie poruszać. Byłem unieruchomiony. Nie mogłem poruszać nawet głową. Z początku czułem też chłód, panujący w pomieszczeniu. Powodował on ciarki na plecach, potęgujące niepokój. Wielkie, stalowe drzwi zostały zamknięte głośno, a w pokoju zapadła taka cisza, że słyszałem jedynie krew, krążącą w mojej głowie.

Nagle na ścianie przede mną pojawił się obraz, który był wyświetlany za pomocą projektora, ustawionego za mną, czego wcześniej nie zauważyłem. Podejrzewałem, że pokażą mi jakieś

makabryczne materiały filmowe, pochodzące z frontu, obnażające okrucieństwo naszej armii. Jednak mym oczom ukazała się zupełnie inna scena. Pokazywała ona zamyśloną Myszkę Miki, idącą po pustej, ponurej ulicy. Była to ta sama postać, niczym nie różniąca się od tej, stworzonej przez Disneya. Moje zdziwienie rosło z każdą sekundą materiału. Przez trzy minuty mysz chodziła cały czas przed siebie, sprawiając wrażenie smutnej, wręcz przygnębionej. Tłem dla niej, było miasto i szare kamienice, wyglądające na puste, pozbawione życia. W dodatku z prowizorycznych głośników, wydobywał się słabej jakości dźwięk. Na początku słychać było fortepian, na którym ktoś grał. Były to melodie pełne powagi i napięcia. Pomyślałem sobie wtedy...

Czy to ma mnie przestraszyć?

Po 180 sekundach filmu, pokazał się ciemny obraz. Nie było na nim nic widać. Słyszałem jedynie szum, który bardzo powoli ucichł. W całym pomieszczeniu zapanowała ciemność. Nie taka zwykła, lecz wszechobecna czerń, w której nie mógłbyś zobaczyć własnych myśli. Czułem wtedy bicie swojego serca. Lecz cały ten proces trwał tylko minutę. Potem znów zastałem Myszkę Miki, w tej samej sytuacji co wcześniej. Jednak tym razem, po chwili, był

słyszalny jakiś niezrozumiały bełkot. Były to głosy człowieka, który postradał zmysły, cierpiał z jakiegoś powodu. Słysząc to, czułem się strasznie przybity. W tej samej chwili Miki się uśmiechnął.

Uśmiechnął się.

Tajemniczo, skromnie, lecz szczerze. Zauważyłem też, że prócz myszy, zmieniło się nieco otoczenie. To znaczy domy stawały się coraz bardziej ponure i zniszczone. Nagle Miki wyszczerzył swe zęby i uniósł głowę, patrząc przed siebie. Jego oczy zmieniły kolor z czarnego, na biały. Bełkot zaś przeobraził się w przeraźliwy krzyk, niemający końca. Wtedy wyraźnie się zaniepokoiłem, a me serce zaczęło bić szybciej. Zaś twarz myszy wyglądała przerażająco. W tamtym momencie się nie bałem, ale czułem coś... innego, jakby niepokój. W późniejszym czasie krzyk zmienił się w kolejny bełkot, którego słów nie mogłem

rozszyfrować, potem znowu krzyk i krzyk i ten potworny krzyk. Zaś twarz Mikiego ulegała coraz to gorszym zmianom. Wyraźnie było widać jego przygnębienie i zatracenie, choć wciąż szedł naprzód. W pewnym momencie przyspieszył nagle swój chód, krzyk stawał się coraz głośniejszy, wszystko nabierało dynamiki, również moje bicie serca. Nagle Myszka Miki pada na ziemię, zaś koło niej leży nóż.

Następuje chwila ciszy.

Nagle przerwał ją trzask pioruna i pojawienie się kogoś w rodzaju diabła, nad ciałem nieszczęsnej myszy. Stało się to tak gwałtownie, że aż krzyknąłem, a serce niemal wyskoczyło mi z piersi. Diabeł ze skrzyżowanymi rękami na piersi, skrzydłami i maniakalnym uśmiechem, zniknął niemal tak szybko jak się pojawił. Otoczenie wokół bohatera disneyowskiej bajki było zdewastowane. Kamienice były zniszczone, szyby powybijane. Posępnego efektu dodawał również czarno-biały obraz, stanowiący źródło smutku i rozpaczy.

Znów nastąpiła grobowa cisza.

Film skończył się obrazem, uśmiechniętej twarzy Mikiego na szarym tle. Pod tym widniał napis w języku rosyjskim. Niestety nie znałem tego języka, więc nie umiałem go przetłumaczyć.

Po chwili materiał zaczął się jeszcze raz. Wszystko przebiegało w taki sam sposób. Już wiedziałem co się święci. Amerykanie chcieli mnie zniszczyć psychicznie. Co wtedy odczuwałem? Na początku złość. Jakiś zwykły filmik, przypominający słaby horror, wywołał

w żołnierzu armii japońskiej strach. Potem mnie to śmieszyło i przez parę godzin oglądania tego materiału czułem jedynie obojętność.

W końcu, nadszedł koniec seansu, a dwóch amerykańskich żołnierzy zaprowadziło mnie do pokoju, w którym siedział mój nowy śledczy.

- Nie wyglądasz zbyt dobrze? Wyobrażasz sobie co będzie z tobą za parę dni?

Wyraźnie próbował mnie przestraszyć, lecz jasne było, że mu się nie uda.

Następne dni mojej niewoli wyglądały idealnie tak samo. Noc w ciemnej celi, kilkugodzinny seans i groźby ze strony śledczego. Przez cały czas nie miałem dostępu do światła, co źle się odbijało na mej psychice. Jednak okres mojej obojętności się zakończył, a w me serce wkradł się stały niepokój i strach. Ciągłe oglądanie samobójstwa w wykonaniu Myszki Miki, doprowadzała mnie samego do szaleństwa. Obłędu. Najgorsze były noce w celi. Miewałem halucynacje, koszmary. Dlatego też, bałem się zasnąć, choć wydawać by się mogło, że jeszcze bardziej nie chciałem się budzić. Czasem miewałem myśli samobójcze, lecz nawet nie miałem siły, ani sposobności, by tego dokonać. Psychiczne znęcanie i męki trwały, a ja miałem się coraz gorzej. Mimo to, nie chciałem tego pokazywać, by nie dać satysfakcji śledczemu. Cała ta gehenna trwała do końca listopada, kiedy to jeden z japońskich oddziałów, zaatakował posterunek, w którym mnie przetrzymywali. Była to jedna, z ostatnich akcji ofensywnych,

japońskich wojsk na Guadalcanal. Miałem szczęście, jednak moim towarzyszom go zabrakło, bowiem udało się uratować tylko mnie. Już w miesiąc później byłem w Sendai, moim rodzinnym miasteczku, gdzie zaopiekowała się mną rodzina, głównie siostra. Wiele miesięcy zajęło mi jako takie dochodzenie do siebie. Pamiętam moment, gdy w 1954 roku, ujrzałem plakat z Myszką Miki na jednej z ulic. Było to pierwsze spotkanie oko w oko ze źródłem mych

wojennych cierpień. Od razu zacząłem płakać i zdarłem plakat z muru. Moja siostra musiała mnie odciągać, gdy zacząłem walić pięściami z całej siły w ścianę budynku, dziwnie podobnego do tego z filmu. Teraz zapewne zareagowałbym podobnie. Nawet do dnia dzisiejszego mam koszmary, związane ze zdarzeniami z końca 1942 roku i nie życzę tego nikomu.

Dlatego zwracam się do pana, z prośbą. Niech me świadectwo będzie jedynym źródłem informacji dla pana. Proszę już więcej nie zajmować się tą sprawą, gdyż może się to skończyć źle. Zapewne nie tylko ja stałem się ofiarą Myszki Miki. Nie chciałbym, żeby kogokolwiek spotkało to ponownie.

Keichi Fukuzawa"

Po przeczytaniu listu, miałem mieszane uczucia. Lecz w duchu cieszyłem się, że udało mi się doprowadzić te sprawę do końca, o ile można to tak nazwać. Miesiąc po tym, do Stanów przyjechał Natsume, syn starego Fukuzawy. Miałem nawet przyjemność porozmawiać z nim szczerze. Okazało się, że jego ojciec zmarł pół roku temu, a przez ten czas, jego syn zastanawiał się nad sensem wysłania listu, który był pisany na łożu śmierci, przez japońskiego weterana. Obiecałem mu też, że sprawę Suicide Mouse, uznam za zamkniętą.

Tak oto, udało mi się zakończyć pewien rozdział w moim życiu. Choć byłem już zupełnie innym człowiekiem niż pięć lat temu, to i tak czułem satysfakcję. Lecz była ona zmieszana

z niepokojem. Bowiem co jakiś czas czułem się dziwnie, niekiedy ogarniało mnie niewytłumaczalne przygnębienie. Do tej pory mam problemy z pamięcią i koncentracją. Byłem niemalże pewien, że miało to związek z filmem, w którym kultowa postać Disneya, wesoła i sympatyczna Myszka Miki popełnia samobójstwo.

No cóż... Każdy z nas, porywając się na coś musi myśleć o konsekwencjach tego czynu. Czy jest to uczestnictwo w wojnie, czy obejrzenie filmu, którego nie powinno się oglądać.

Ciekawy jest też pewien zbieg okoliczności, który dostrzegłem, podczas pobytu Natsume w Stanach. Bowiem urodził się on 15 grudnia 1966 roku. W tym samym dniu zmarł Walter Elias

Disney, czyli człowiek, który uśmiercił Myszkę Miki, wydawać by się mogło, najsympatyczniejszą postać w historii filmu.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje