Historia

Na skraju światła

henry starfish 4 4 lata temu 3 685 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Późne sierpniowe popołudnie, drobna brunetka wyszła z niewielkiego domu oddalonego od reszty wiejskich zabudowań i skierowała się w stronę przystanku PKS-u, dojazd do miasta zajmie jej niecałą godzinę, będzie, więc miała sporo czasu dla siebie, miała w planach odwiedzenie biblioteki i samotną kolację w ulubionym tanim bistro.

Alicja była wzorową studentką psychologii. Choć mieszkała w akademiku unikała go jak ognia, ze względu na niekończące się imprezy. Wolała spędzać czas w bibliotece, wciąż poszerzając swoją wiedzę. Dzięki ciężkiej pracy zyskała uwielbienie profesorów. Tak zapoczątkowała znajomość z Adamem, świeżo upieczonym doktorantem. Chłopak szukał kogoś do pomocy przy zbieraniu materiałów do swojej pracy doktorskiej, jeden z profesorów zaproponował mu współpracę z wiecznie żądną wiedzy Alą.

Dziewczyna wysiadła z autobusu na Wrocławskim dworcu. Miała ze sobą niewielką torbę na ramię. Planowała spędzić w mieście kilka dni. Pracę zaczynała dopiero o północy, jako „tej nowej” najczęściej przypadały jej nocki.

Wsiadła do tramwaju i po paru minutach znalazła się na Kaszubskiej, gdzie mieszkała jej przyjaciółka z roku. Wystukując kod na domofonie otworzyła drzwi klatki samotnego apartamentowca otoczonego przez zabytkowe zaniedbane kamienice. Wjechała windą na 10 piętro i skierowała się ku drzwiom mieszkania koleżanki.

- Cześć Ala! Gośki nie ma, jutro rano wraca ze spływu. – Przywitała ją w drzwiach zadbana kobieta koło pięćdziesiątki – Proszę wejdź. Zjesz obiad?

- Dziękuję pani Zosiu, jadłam przed wyjazdem – studentka nie chciała nadużywać gościnności tej przemiłej kobiety – Zostawię tylko rzeczy i jadę do biblioteki. Przywiozłam świeże jajka i chleb. Moja mama sama piekła, ostatnio trochę eksperymentuje w kuchni.

- Ojej, dziękuję kochana. Ależ ten chleb pachnie! Na pewno nie chcesz zostać?

- Nie, dziękuję raz jeszcze. Chcę jeszcze dzisiaj skoczyć do czytelni. Zainteresowała mnie jedna książka i nie mogę się doczekać aż dostanę ją w swoje ręce. – Powiedziała Ala kierując się w stronę pokoju koleżanki.

- Żeby ta moja Gośka tak chciała się uczyć – Pani Zosia nie mogła wyjść z podziwu - gdybyś nie pomagała jej w nauce to nie wiem, co by z niej było. Zdolna jest, ale leniwa.

- Ale zdolna – odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna – Dziękuję jeszcze raz za gościnę, zwłaszcza, że Gosia jeszcze nie wróciła.

- Przestań, głupia. A kogo ja goszczę? Twoją torbę? – Zaśmiała się kobieta – No leć już do tej swojej biblioteki.

Dziewczyna wyszła z budynku, kątem oka dostrzegła mężczyznę w długim płaszczu do kostek i staroświeckim kapeluszu. Miała wrażenie, że się jej przygląda. Odwróciła głowę w jego stronę, lecz mężczyzny już nie było. Wydawało mi się, nikt normalny, czy nie, nie ubrałby się w środku lata w coś takiego. Pomyślała.

Ruszyła szybkim krokiem w stronę uniwerku, z torebki rozległy się dźwięki rockowej piosenki, sięgnęła po komórkę, dzwonił Adam

- Siema, młoda! – Przywitał ją wesoły głos przyjaciela – Jak tam dojechałaś?

- Tak, dzięki, wszystko w porządku.

- Super, gotowa na romantyczny weekend w opuszczonym biurze?

- Chciałbyś – Dziewczyna roześmiała się i zawiesiła połączenie, kiedy Adam wybuchł gromkim śmiechem.

Mimo różnicy wieku, nawiązała się między nimi przyjaźń. Kiedy tylko dziewczyna obroniła licencjat, Adam, w podzięce za wcześniejszą pomoc, bez wahania polecił ją w swojej pracy, w biurze telefonu zaufania. W ślad za rekomendacją Adama na biurko kierownika posypały się pozytywne opinie profesorów uniwersytetu.

Zarząd bez wahania postanowił zatrudnić studentkę. Proces rekrutacji zakończył się w błyskawicznym tempie, dziewczyna przeszła jak burza przez żmudne, dla tak wielu aplikantów, szkolenie i już po paru tygodniach rozpocząć pracę na telefonie z bardzo dobrymi wynikami.

***

Zapadała noc, półmrok rozświetlały uliczne latarnie. Alicja wyszła z biblioteki i skierowała się w stronę przystanku. Pomimo piątkowego wieczoru na ulicy nie było żywej duszy. Przegapiłam tramwaj? Niemożliwe, przecież znam rozkład na pamięć. Podeszła do rozpiski, żadnych zmian. Wszystko OK. Jednak nienaturalna cisza panująca wokół wywoływała w niej lekki niepokój.

Nagle zauważyła ruch po przeciwległej stronie ulicy. W cieniu wąskiej alejki stał ten facet. Staroświecki kapelusz, długi płaszcz, to musiał być on. Ten sam, który obserwował ją pod domem koleżanki.

Zboczeniec, jak nic. Pomyślała studentka. Nie miała zamiaru, utwierdzić go w przekonaniu, że się boi.

- Ej zboku! – Krzyknęła, – Co się gapisz? Spadaj.

Mężczyzna chwilę stał w tej samej pozycji, w pewnym momencie poruszył się gwałtownie, jakby miał zerwać się do biegu.

Po skórze Alicji przeszły ciarki, mimo upału poczuła chłód przeszywający jej ciało. Nie boje się ciebie. Pomyślała, tramwaj zaraz tu będzie. Nawet, jeśli czegoś spróbujesz, będziesz musiał przejść przez barierkę, to da mi chwilę, żeby pobiec z powrotem do biblioteki.

Dziewczyna zebrała się w sobie. Oparła ręce na biodrach i pochyliła się lekko do przodu, przybierając najbardziej bojową postawę, na jaką mogła się teraz zdobyć. Uliczne światła zamigotały, wtórując jej złości, bądź strachowi.

- Daj mi spokój! Zajmij się swoimi sprawami! – Krzyknęła mając nadzieję, że „swoje sprawy” w mniemaniu tego dziwaka nie oznaczają jej osoby.

Mężczyzna stał niewzruszony. Alicja wstrzymała oddech, żeby stłumić szybkie kołatanie serca w klatce piersiowej.

Po chwili, dziwak uniósł powoli rękę, uchylił kapelusza i skłonił się lekko. Dziarskim ruchem odwrócił się na pięcie i ruszył szybkim krokiem znikając w cieniu wąskiej uliczki.

W tym samym momencie tramwaj pełen imprezowiczów wjechał na przystanek. Ala westchnęła i wsiadła do zatłoczonego wagonu. Ścisk i zaduch były nie do zniesienia. Wokół słychać było głośne rozmowy, przerywane wybuchami śmiechu, krzykami i piskami rozbawionego tłumu. W centrum tramwaj opustoszał, cały ten motłoch dosłownie wylał się na ulicę, zabierając ze sobą odór alkoholu i kebabu z sosem czosnkowym, zgodnie obierając jeden kierunek. Rynek, czekały tam na nich niezliczone puby bary i kluby.

Dziewczyna usiadła na obskurnym plastikowym krzesełku i wyjrzała przez okno. W stronę przystanku biegł mężczyzna w długim prochowcu i kapeluszu, takim samym, jaki nosił podejrzany typ, z którym Alicji przyszło się zmierzyć niecały kwadrans temu. Nie, niemożliwe, żeby to był ten sam facet, nie dostał by się tu tak szybko. Kapelusznik przebił się przez tłum i dopadł do drzwi na moment przed tym jak zatrzasnęły się z hukiem. Tramwaj ruszył. Mężczyzna usiadł na krzesełku parę rzędów przed brunetką, nie zwróciwszy na nią uwagi.

To raczej nie ten sam. Pomyślała Ala. Niech się gotuje w tym płaszczu, jeśli ma taką ochotę. Nic mnie to nie obchodzi, dopóki zachowuje się normalnie.

Tramwaj sunął powoli przez cichą dzielnicę mieszkalną. Studentka czujnie wpatrywała się w rondo kapelusza, tkwiącego na głowie mężczyzny, który siedział przed nią. Niespodziewanie rozległ się głośny pisk hamulców, motorniczy zaklął jeszcze głośniej. Pojazd zatrzymał się z hukiem, dało się słyszeć charakterystyczny dźwięk wyładowania elektrycznego i głuchy trzask. Coś uderzyło w dach. Światła w wagonie zgasły. Kierowca wyskoczył z tramwaju jak oparzony, rzucił wiązanką przekleństw. Mówił coś szybko ledwo łapiąc oddech, odpowiadał mu szum krótkofalówki. Hamowanie było tak gwałtowne, że dziewczyna niesiona siłą pędu poleciała do przodu, rozbijając sobie boleśnie kolano o siedzenie naprzeciwko, zaliczyła też kilka drobnych siniaków i zadrapań. Sycząc z bólu wdrapała się z powrotem na swoje krzesło. Głowa motorniczego pojawiła się w drzwiach.

- Proszę zostać na miejscach - powiedział zdecydowanym tonem – Drzewo zwaliło się na tory przerywając linie wysokiego napięcia, kable walają się wszędzie, nie jest bezpiecznie.

Alicja odkleiła wzrok od puchnącej w zastraszającym tempie nogi, w szoku nawet nie zauważyła, że w tramwaju zapanowała ciemność, jedynym źródłem światła była odległa uliczna latarnia. Uniosła powoli głowę i napotkała spojrzenie mężczyzny w kapeluszu, był blady jak ściana, w jego oczach widać było przerażenie.

A temu, o co chodzi?

***

Pomoc drogowa przyjechała w ciągu kilku minut. Pośpiesznie zmontowano chybotliwą kładkę, po której Ala i dziwak w kapeluszu mogli opuścić torowisko. Krępy mężczyzna pomógł jej dokuśtykać do przeciwległego chodnika.

- Krzysztof Jarzyna – przedstawił się – Kierownik ekipy.

- Panie Krzysztofie, kiedy można się spodziewać jakiegoś transportu zastępczego? Muszę się dostać do pracy, to tylko jakieś trzy przystanki, ale z tym kolanem raczej się nie dokuśtykam.

- O Jezusie, dziecko – powiedział kierownik – A gdzie ty pracujesz?

- Telefon zaufania, mamy biuro na Racławickiej.

- Nie mam dla ciebie, dobrych wiadomości, jeżeli cokolwiek się ruszy to za pół godziny, Musieliśmy zamknąć całych Powstańców. Najlepiej, żebyś zamówiła taksówkę, gdzieś przecznicę dalej.

- Na taksówkę, mnie nie stać, ale zadzwonię do kolegi z pracy, może mnie poratuje.

- Dobrze, zostań na razie tutaj, przy nas nic ci nie grozi, będziemy mieć na ciebie oko. – Krępy mężczyzna puścił do dziewczyny oczko – Dobra, wyłączamy prąd, żeby pozbierać to dziadostwo. Gotowa?

Alicja kiwnęła głową i usiadła na krawężniku. Kierownik oddalił się w stronę tramwaju wydając komuś polecenia przez krótkofalówkę. Po chwili wszystkie uliczne latarnie zgasły, okna kamienic dookoła ziały czernią.

Dziewczyna wyciągnęła komórkę i wybrała numer Adama, sygnał zajętości. Sprawdziła czy ma zasięg. Pięć kresek. Spróbowała jeszcze raz, lecz bez skutku. Pewnie ma rozładowany telefon. Wybrała numer pani Czesi, weteranki bura, mąż odbierał ją z pracy o północy, może oni… Numer zajęty.

Nie miała pojęcia, z kim jeszcze może się skontaktować, postanowiła czekać.

Usłyszała krzyki, facet w kapeluszu kłócił się z kimś przez telefon.

- Wymknęło się z pod kontroli! Pogasili światła! – Pauza, osoba z którą rozmawiał coś mu odpowiadała, – Do jakiej spawy ty mnie przydzieliłeś? Jestem nowy! NOWY!... Nie wiem czy dam rade… Nie mów do mnie Feluś! Jak cię zobaczę w biurze to… O! Jak się zwracam do szefa?! … Przyślij mi lepiej wsparcie!... Jak to niemożliwe?! Zamknięte?... Nawet my?... Jezu, chłopie, w co ty mnie wpakowałeś?... Chcę natychmiastowego przeniesienia!... Dobrze, tylko dzisiaj… Jutro rano oczekuje nowego przydziału!... Tak, zostanę. Nie spodziewaj się cudów… Na razie.

Dziwak w kapeluszu był wściekły. Spojrzał na Alicję gniewnym wzrokiem. Dziewczyna nie miała pojęcia, o co może chodzić. To tylko awaria prądu a on robi komuś awanturę o wyłączane światła. Nagle uderzyła ją pewna myśl. Czy sprawą, do której kapelusznik był przydzielony była… ONA?

Z zamyślenia wyrwał ją głos mężczyzny.

- Musisz pójść ze mną, jesteś w niebezpieczeństwie. – Powiedział zdecydowanym tonem.

Gdzie może być bezpieczniej, niż pod nosem ekipy pomocy drogowej? Pomyślała brunetka. O co mu chodzi? Co mi się może stać? Odwróciła głowę w stronę ciężarówek, które przyjechały na miejsce zdarzenia, ludzie uwijali się w ukropie wokół tramwaju. Światło kogutów! Było jakby przytłumione, nie docierało już na chodnik, było słabe, jakby cała scena rozgrywała się kilkadziesiąt metrów od Alicji.

- Chodź, sama widzisz, co się dzieje. – Kapelusznik wyciągną do niej rękę.

- Nie! – Prawie krzyknęła. Może czymś ją naćpał, tyle się słyszy. Odtrąciła dłoń mężczyzny, dźwignęła się z trudem na nogi, kolano dokuczało jej coraz bardziej. Nie da rady mu uciec. – Ratunku! On chce mnie porwać! – Zawołała w stronę robotników. Nikt nie zareagował. – Hej! Ktokolwiek! Pomocy!

- Nie usłyszą cię, jest za ciemno. – Spokojnym tonem powiedział mężczyzna – Proszę, zaufaj mi. Jestem Feliks – Przedstawił się, uśmiechając się niepewnie. Ten dziwaczny ubiór nie pasował do niego, nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Mógł być nawet w jej wieku, niemodny prochowiec i kapelusz, ta ciemność. To wszystko mogło go postarzeć o ładnych parę lat.

Cała ta sytuacja była zbyt dziwaczna, Alicja odsunęła się od mężczyzny parę, kroków i znów krzyknęła w stronę ekipy.

- Mówiłem, że cię nie usłyszą – Powiedział zniecierpliwiony Feliks – Światła samochodów przygasły jeszcze bardziej. Studentka poczuła przeszywający chłód. Przecież jest środek lata! Bijemy rekordy temperatur! Może to jakiś hipnotyzer, wpływa na wszystkich wokół, zastawiając na nią pułapkę w jej własnej głowie. Zdecydowanym ruchem wyciągnęła komórkę. Ponownie wybrała numer Adama, zajęte, pani Czesia, zajęte. Wybrała numer policji. To samo!

- Możesz dzwonić, do gdzie chcesz. – Powiedział kapelusznik – Nie dodzwonisz się do nikogo, do mamy, taty, na policje, pogotowie, nigdzie.

Haker! Pieprzony haker i hipnotyzer! Mimo przyśpieszonego tętna Alicja czuła narastający chłód, ciemność zdawała się gęstnieć coraz bardziej. To było absurdalne! Nie mogła uwierzyć w ani jedno słowo tego całego Feliksa, starała sobie to wszystko jakoś wytłumaczyć, nawet mimo tego, że jej konkluzje były bez sensu i tak miały więcej wspólnego z rzeczywistością. Panicznie wybierała kolejne numery w telefonie.

- Odmawia współpracy – Dziewczyna szybko uniosła głowę, kapelusznik znów rozmawiał z kimś przez telefon. Wpatrywał się w mrok ze zmartwieniem i strachem wypisanym na twarzy – Dobrze, spróbuję jeszcze raz ale… Naprawdę, nie mogę dłużej zostać, nie dam rady się wyrwać, boję się, Edek… Dobrze, dzięki, cześć.

Feliks zwrócił się do dziewczyny – Posłuchaj, naprawdę, nic ci nie zrobię, widzisz przecież tę ciemność. Pomogę ci się dostać do pracy, przesiedzisz sobie całą noc w bezpiecznym biurze a rano wrócisz do swoich spraw i już nigdy mnie nie zobaczysz, dobra?

W głowie Alicji kotłowała się tylko jedna myśl. Jego telefon działa. Dlaczego jego telefon działa? To muszą być jakieś sztuczki.

- Nie! – Krzyknęła – Zostaw mnie w spokoju! Odejdź!

- Próbowałem – Powiedział smutnym głosem dziwak – Zostałem dłużej niż mogłem. Na mnie czas, żegnaj. – Uniósł w górę rękę, uchylił kapelusza i ukłonił się lekko. Szybkim ruchem odwrócił się i ruszył powoli, lecz zdecydowanie, w stronę, w którą oboje jeszcze przed chwilą zmierzali tramwajem.

Alicja nie poczuła jednak ulgi. Ciemność gęstniała z każdym krokiem oddalającego się mężczyzny, paraliżujący chłód przeszył ciało dziewczyny. Szepty, wszędzie dokoła niezrozumiałe szepty, nieludzkie poskrzekiwania i wywołujące ciarki skrobanie. Migające światło kogutów na samochodach ekipy wydawało się odległe jak latarnie morskie na pełnym morzu. Gdzieś w ciemności zamajaczyła postać mężczyzny w kapeluszu.

- Czekaj! Nie zostawiaj mnie samej! – Krzyknęła w otchłań, jej głos był stłumiony, sama ledwo go rozpoznała w szumie coraz bardziej natarczywych szeptów. Kapelusznik nie słyszał, nie mógł.

Przymknęła oczy.

Zimno, tak bardzo zimno. Gdzie jest? Kim była zanim tu się znalazła. Jej rzeczywistość to nieprzenikniony mrok i szepty. Skrobanie, obślizgłe lodowate ciałka skrzeczących nieustannie istot otulały ją coraz ciaśniej, wczepiały się szponkami w ubranie, rozrywały skórę ostrymi jak brzytwa pazurkami.

Jak długo tu jest? Lata? Dziesiątki lat? Już niedługo, jeszcze stulecie, może dwa i niezrozumiałe szepty staną się jasne, już rozróżnia pojedyncze słowa. Ból. Cierpienie. Tęsknota.

Boli. Rozszarpywana skóra tak bardzo boli.

Tak, cierpi i tęskni, za życiem, którego już nie pamięta.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Nie rozumiem :v
Odpowiedz
Było fajnie, był klimat, a zakończenie takie... meh. Mogło być lepsze.
Odpowiedz
Dobre jest. Przydało by się jakieś rozwinięcie czy może 2 część. Hejterzy lepiej byście nie napisali.
Odpowiedz
"Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, szef wszystkich szefów" Opowiadanie miało potencjał, ale został on zmarnowany.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Czas czytania: ~3 minuty Wyświetlenia: 5 033

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje