Historia

Autentyczne przeżycia amerykańskiego ratownika górskiego VI

tłumacze straszne-historie.pl 13 3 lata temu 19 836 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Część 1: http://straszne-historie.pl/story/11660-Autentyczne-przezycia-amerykanskiego-ratownika-gorskiego

Część 2: http://straszne-historie.pl/story/11697-Autentyczne-przezycia-amerykanskiego-ratownika-gorskiego-II

Część 3: http://straszne-historie.pl/story/11708-Autentyczne-przezycia-amerykanskiego-ratownika-gorskiego-III

Część 4: http://straszne-historie.pl/story/12081-Autentyczne-przezycia-amerykanskiego-ratownika-gorskiego-IV

Część 5: http://straszne-historie.pl/story/12171-Autentyczne-przezycia-amerykanskiego-ratownika-gorskiego-V

Historie, które chce Wam dzisiaj opisać, będą zamieszczone trochę inaczej niż poprzednio – ułożone są w kolejności chronologicznej i są powiązane ze sobą. Ale przejdźmy do rzeczy.

Kiedy zaczynałem pracę w SARze nikt nie informował mnie o dziwnych rzeczach, które dzieją się w tych lasach. Chodziło pewnie o to, żebym nie spanikował i się nie zwolnił. Ale po kilku miesiącach służby, kiedy byłem jeszcze dość początkujący w tym fachu, kumpel i ja upiliśmy się na jednej z imprez i trochę się otworzył:

„ta! Dzieją się tam czasem popieprzone rzeczy! Dla mnie najgorsze są te przypadki, kiedy ludzie umierają, choć nie powinni. Wiesz o co mi chodzi? Albo kiedy znajdujemy martwych, a dosłownie kilka minut wcześniej, ktoś widział ich po raz ostatni. Jak ten gość, którego znalazłem jednej wiosny na bardzo uczęszczanym szlaku. Zdenerwowany turysta wpadł do kwatery i zgłosił, że na środku jednej ze ścieżek leży facet w wielkiej kałuży krwi. Pognaliśmy tam i znaleźliśmy go – leżał, nieżywy i całkiem zimny. Ale to w sumie nie powinno nikogo zaskoczyć – tył jego głowy wyglądał jak czerwona miazga. Miał dziurę w czaszce, przez którą wyciekał mu mózg. Gość sprawiał wrażenie starego, doszliśmy do wniosku, że po prostu upadł i uderzył głową o ziemię. Starzy ludzie często upadają, nic nowego. Ale w okolicy, w której go znaleźliśmy nie było żadnych kamieni. Ba, nawet wystających korzeni, czy większych gałęzi, o które mógłby się potknąć. Nie było też żadnego śladu krwi – po prostu umarł w miejscu, w którym leżało jego ciało. Więc może to morderstwo? Tak pomyśleliśmy. Ale to miejsce jest naprawdę popularne wśród turystów, niemożliwe, żeby ktoś nie usłyszał jak ktoś kogoś morduje. No i wtedy znaleźlibyśmy ślady krwi na około, rozpryski i tak dalej. Wszyscy, którzy widzieli miejsce wypadku zgodnie stwierdzili, że wygląda to tak jakby upadł i rozwalił głowę o kamień. No ale przecież tam nie było żadnych pieprzonych kamieni, więc o co rozbił sobie łeb?

Była też taka kobieta, którą znalazłem z pięć lat temu, w innym parku, na północy. Znaleźliśmy ją pomiędzy dużymi jałowcami, była owinięta wokół jednego z nich, wyglądała jakby go przytulała. Właśnie zaczynaliśmy ją podnosić, żeby przenieść ciało i wtedy pieprzona woda wytrysnęła z jej ust, jak jakiś wodospad, aż zachlapało mi buty. Jej ubrania były suche, włosy też – ale ilość wody w jej płucach i żołądku była po prostu niewyobrażalna. To było tak niewiarygodne… A co powiedzieli po sekcji? Przyczyną śmierci było utoniecie, kompletne przepełnienie płuc wodą. Mimo, że znaleźliśmy ją na terenie, gdzie od najbliższego zbiornika wodnego dzieliły nas kilometry! Żadnych kałuż, ani nic. Brak śladów innych ludzi. To znaczy – jest to możliwe, że było to morderstwo, ale kto by zrobił to w ten sposób? Strasznie dziwne to wszystko dla mnie”.

Trochę mnie to przestraszyło, ale byliśmy już ostro wstawieni i nie przejąłem się aż tak bardzo. Wydawało mi się też, że mój kumpel przez fakt upojenia trochę przesadza.

Ale idźmy dalej. Nie lubię zbytnio rozmawiać o tej sprawie. Była ona naprawdę okropna i starałem się robić wszystko, żeby o niej zapomnieć – choć jak wiadomo, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Wydarzyło się to z pół roku po tej naszej zakrapianej rozmowie, i było to najbardziej chore co przytrafiło mi się w pracy do tamtego momentu. Było kilka drobnych incydentów, no i te schody, ale łatwo do nich było przywyknąć, jeśli traktowało się to jako coś normalnego. Ta sprawa była jednak inna.

Około 20-letni chłopak z zespołem Down'a zaginał, rodzina straciła go z pola widzenia na jednym z głównych szlaków. To już samo w sobie było dziwne, ponieważ nie odstępował on nigdy swojej mamy ani na krok – a ta zresztą była całkowicie przekonana, że musiało to być porwanie. Jeden z funkcjonariuszy – który już z nami nie pracuje – dość niefortunnie powiedział, że nikt nie porwałby kogoś… z tą chorobą. Niezbyt taktowne, trzeba przyznać. Dość długo zajęło nam uspokajanie matki i próba wyciągnięcia od niej informacji o zaginięciu, w końcu jednak oficjalnie zaalarmowaliśmy wszystkie służby o zniknięciu chłopaka. Ze względu na przypadłość, która go dotknęła sprawa była bardzo pilna, poprosiliśmy więc o pomoc policję. Nie udało nam się go znaleźć pierwszej nocy, łamało nam to serca. Nikt z nas nie chciał nawet myśleć jak musiał się czuć całkiem sam w lesie. Przyjęliśmy wersję, że musiał ciągle iść przed siebie, dlatego nie mogliśmy do niego dotrzeć – był zbyt daleko.

Następnego dnia do akcji wykorzystaliśmy śmigłowiec, i jego obsługa zauważyła chłopaka w niewielkim kanionie. Pomagałem sprowadzić go do kwatery, ale był w naprawdę złym stanie i wszyscy myśleliśmy, że nie przeżyje. Spadł i złamał sobie kręgosłup, nie miał czucia w dolnej części ciała. Złamał również obie nogi, jedną w udzie, i stracił dużo krwi.

Kiedy doznał tych obrażeń był przerażony i samotny, więc próbował czołgać się dalej, co tylko pogorszyło sprawę. Kiedy wracaliśmy razem helikopterem zapytałem go dlaczego odszedł od rodziny. Wiem, że brzmi to strasznie, ale chciałem tylko dowiedzieć się czegoś dla jego matki, żeby nie myślała później przez całe życie, że to jej wina – a on po prostu gasł w oczach, czułem, że nie zostało mu zbyt wiele czasu – że nie da rady powiedzieć jej tego osobiście. Płakał i powiedział coś o „małym chłopcu”, który chciał się z nim bawić. Powiedział, że mały chłopiec chciał się z nim „wymienić”, żeby „mógł pójść do domu”, zamknął na chwile oczy i następne co pamięta, to że był w kanionie.

Zaczął płakać, pytać o matkę. Załapałem go za rękę i próbowałem pomóc mu się uspokoić. „Tam było zimno” - ciągle powtarzał. „Było zimno, moje nogi zamarzały, było tam zimno, we mnie jest zimno”. Stawał się coraz słabszy, w końcu przestał mówić. Kiedy byliśmy około pięciu minut od szpitala spojrzał na mnie, łzy ciekły mu po policzkach i powiedział: „mama już nigdy mnie nie zobaczy, kocham mamę, chciałbym, żeby tu była”. I zamknął oczy po raz ostatni, i… i już nigdy się nie obudził. To było straszne uczucie, nie lubię o tym opowiadać. To była pierwsza sprawa, która naprawdę mną wstrząsnęła.

Ze względu na to jak mocno mnie to ruszyło skontaktowałem się jednym z weteranów SARu, który pomógł mi się z tym uporać. Rozmawialiśmy często i kiedy lepiej się poznaliśmy podzielił się ze mną swoimi przeżyciami z pracy. Początkowo było to trochę krępujące, ale pomogło – wiedziałem, że nie jestem sam, że nie tylko na mnie wpłynęło to co dzieje się w tych lasach.

Powiedział mi: „Myślę, że to stało się jeszcze zanim dołączyłeś do służby, gdybyś już był to na pewno byś to zapamiętał. Wiem, że nie mówili o tym w wiadomościach, z pewnych względów, ale większość, którzy pracują tu odpowiednio długo wiedzą dlaczego. Park sprzedał trochę ziemi firmie zajmującej się wycinką drzew, to była dość kontrowersyjna decyzja. No ale w końcu nie był to jakiś duży obszar, ani nie było tam starych czy zagrożonych drzew, był kryzys gospodarczy, a park bardzo potrzebował pieniędzy. Ale do rzeczy, zaczynali wycinkę i wezwali nas, żeby ją nadzorować. Nie wiem dlaczego, ale ostatecznie wysłano tam mnie i kilku innych chłopaków. Chyba zarząd chciał, żeby było nas wielu, aby uważnie wszystkiemu się przyjrzeć. Dotarliśmy na miejsce i wszyscy zgromadzili się koło jednego drzewa, które właśnie ścięli.

Byli ostro wkurzeni i lekko świrowali. Podszedł do nas ich kierownik i powiedział: »i co to kurwa ma być? Jakiś chory żart? Popieprzyło was do reszty? Kupiliśmy tę ziemię uczciwie!«. Nie wiedzieliśmy o czym on w ogóle bredzi. Zaprowadził nas do ściętego drzewa i powiedział, że to już tak było i oni tego tam nie włożyli. Część pnia była pusta w środku i nadgniła. Kiedy drzewo upadało pień pękł w tym miejscu i okazało się, że wewnątrz niego coś jest. Ręka. Idealnie odcięta ręka. Wyglądało to tak jakby zrosła się z drzewem. Pomyśleliśmy, że to oni robią sobie z nas jaja, powiedzieliśmy, żeby sobie nawet z nami tak nie pogrywali i chcieliśmy wracać.

Ale oni powiedzieli, że wezwali policję, i że pójdą z tym do prasy jeśli nie zostaniemy na miejscu. To przykuło uwagę najwyższych rangą, zostali i porozmawiali z policją. Wszyscy zaprzeczali, że umieścili tam rękę. Ale bądźmy szczerzy – jak ktokolwiek mógł to w ogóle zrobić? To była prawdziwa ludzka ręka, ale nie była ani zmumifikowana, ani zgniła. Nówka sztuka, nie mogła być tam dłużej niż jeden dzień. I była zrośnięta z drzewem, była z nim złączona. Drwale zarzekali się, że to nie oni – no ale kurde, skądś świeża ręka znalazła się wewnątrz pnia! Gliniarze kazali drwalom wyciąć kawałek drzewa, razem z ręką, zabrali go i cały obszar został zamknięty. Wyszło z tego wielkie śledztwo, ale nie udało się go rozwiązać w żaden sposób. Cała ta opowieść to już legenda w SARze. No i od tej pory nie sprzedano już ani kawałka ziemi pod wycinkę”.

Jak wiecie, niedawno byłem na obozie treningowym i słyszałem tam niesamowite i przerażające opowieści. Jeden z chłopaków, z którymi tam byłem opowiedział mi tę historię przy ognisku. Byliśmy oboje już nieźle wcięci (widać tu pewien wzorzec!) i wymienialiśmy się opowieściami. Mówił tak:

„Ja i inny ratownik byliśmy razem w terenie, bo jacyś turyści zgłosili, że słyszeli w nocy dziwne, krzykliwe dźwięki. Musieliśmy sprawdzić czy jakaś pieprzona puma nie wlazła na nasz teren, byłem dość wkurzony tą całą sytuacją. Tego roku musieliśmy się uporać już z trzema i zaczynało robić się to już męczące. A tak w ogóle, to ich nie lubię. To dla nas istny wrzód na dupie, a w dodatku są przerażające. Pierdolone kociska. Żyjące kupy gówna. Narzekałem na nie całą drogę mojemu kumplowi.

Wszędzie widzieliśmy połamane gałązki i coś co wyglądało jak legowisko, więc mogliśmy przyjąć, że puma jest gdzieś w okolicy. Zgłosiłem to do kwatery, a ci chcieli, żebym to stu procentowo potwierdził. Wiesz, chcieli, żebym wszedł w gówno tego stwora, wtedy byłbym absolutnie pewny i mógł użyć tego jako dowód! Powiedziałem, że mam już tego dosyć. Wiemy, że to cholerstwo gdzieś się tu czai, nawet jeśli nie wlazłem w jego kupsko, albo nawet prosto w jego głupi ryj.

Kumpel, z którym byłem na akcji odszedł na chwilę, żeby się odlać. W tym czasie ja zauważyłem norę pod drzewem, patrzyłem na nią, myślałem, że może zobaczę lisa, albo coś co tam żyje, bo ja, kurde, kocham lisy! Są słodkie jak cholera!

Ale do rzeczy! Patrzę sobie na drzewo i słyszę odgłos łamanych gałęzi dochodzący z przeciwnej strony niż ta, w którą udał się mój partner. Wyciągnąłem pistolet, ale jak oboje dobrze wiemy, gówno bym nim zrobił dzikiemu kotu. Krzyknąłem do kolegi, żeby wracał, ale odszedł za daleko i mnie nie usłyszał. Stałem jak wryty i starałem się dostrzec skąd nadchodzi to cholerstwo, myślałem, że się zleję ze strachu.

I co? Jakiś facet zbliżał się do mnie. Ale nie szedł, on robił pierdolone salta. Salta w jebanym lesie. Omijał wszystkie przeszkody, musiał znać tę ścieżkę doskonale. Krzyknąłem, żeby stanął tam gdzie jest, wycelowałem w niego i krzyczałem, że będę strzelał. Ale on się nie zatrzymał i straciłem panowanie nad sobą.

Strzeliłem w ziemię, tuż przed nim. Kiedy pociągnąłem za spust był jakieś 45 metrów ode mnie. Zaraz po tym odwrócił się i zaczął wycofywać się… dalej robiąc te pieprzone salta! Mój partner usłyszał wystrzał i przybiegł do mnie. Pytał co się stało. Powiedziałem mu, że jakiś wariat wyskoczył cholera wie skąd, i że musimy stąd spieprzać. Powiadomiłem o wszystkim policję, nie miałem żadnych kłopotów przez to, że strzeliłem, ale kurde, nie wiem co to był za szalony skurwiel, ale nie widziałem nic takiego wcześniej. To było po prostu popierdolone”.

Myślę, że możemy się zgodzić, że w tych lasach dzieją się popieprzone rzeczy. Nie zamierzam snuć żadnych teorii skąd one się biorą. Chcę tylko, żeby ludzie, którzy tam wchodzą byli bezpieczni. Pewnie wielu z Was myśli sobie, że takie sytuacje się Wam nie przydarzą, ale to nie prawda. Wszyscy są narażeni i możecie tam umrzeć, ucierpieć albo zaginąć. To łatwiejsze niż możecie sobie wyobrazić.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/12351-Autentyczne-przezycia-amerykanskiego-ratownika-gorskiego-VII

Tłumaczenie: ScaryGuy dla Straszne-Historie.pl,

Autor: searchandrescuewoods z Reddit Nosleep.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Ten kawałek z ręką chyba jest połączony z tym, co facetowi na schodach ucielo rękę i nie mogli jej znaleźć ?
Odpowiedz
Ciekawe czy zabija tego stwora?
Odpowiedz
Co z kolejną częścią?
Odpowiedz
Ktoś wie, czy jest następna część, ale nie podali tu linka, czy wciąż nie ma?
Odpowiedz
Ręka mężczyzny na schodach? ;)
Odpowiedz
Pomyślałem o tym samym xd.
Odpowiedz
<3
Odpowiedz
I znów mnie nie zawiedliście.
Odpowiedz
ej... to brzmi jak ostatnia czesc. blagam, powiedzcie mi ze to nie ostatnia czesc :(
Odpowiedz
https://www.reddit.com/user/searchandrescuewoods Tu masz część 7 tylko w języku ang... możesz się spodziewać za niedługo na tej stronie w języku polskim ;)
Odpowiedz
Dominik Sośnicki dziekuje :*
Odpowiedz
Moderatorzy Straszne-Historie.pl jestescie najlepsi <3
Odpowiedz
Jak zwykle bardzo ciekawe
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje