Historia

DESZCZ - OPOWIEŚĆ

kawkafka 11 3 lata temu 7 631 odsłon Czas czytania: ~26 minut

Cicha klimatyczna muzyka. Tego teraz potrzebujesz.

- Wstawaj, tato! Przed chwilą dzwonił budzik, spóźnisz się do pracy! Tato...

Don Dobyns otworzył sklejone snem oczy. Promienie światła wypełniały różową sypialnię. Leżał sam, przy krawędzi łóżka stał siedmioletni Ralph. Wpatrywał się w ojca, jak codziennie rano z uśmiechem na ustach przybył zobaczyć ojca, zanim ten wyjdzie do pracy. Od pięciu lat, od poniedziałku do piątku, zawsze. Don był dla syna kimś wyjątkowym. Mały Ralph zawsze uwielbiał spędzać czas z ojcem. Ich relacje były lepsze niż w nie jednym rodzinnym filmie. Aż trudno uwierzyć - Ralph nie dzielił swej miłości między rodzicami "po równo". Swój czas, wolał spędzać z ojcem. Oczywiście zapytany "Kogo kochasz bardziej?", odpowiadał: "Tak samo was kocham!". Takie małe kłamstewko, by nikt nie poczuł się smutny.

- Już, już... już wstaję. - Usiadł na łóżku, poparzył na syna. Odwzajemnił jego uśmiech, po czym Ralph pobiegł do kuchni.

Mężczyzna pozostawiony sam w sypialni, przebrał się. Nałożył jeansy, które dostał od brata na swoje 32 urodziny, czyli miesiąc temu. Gdy zakładał szary podkoszulek, z kuchni rozległ się trzask, po czym usłyszał cichy męski głos. Poranne wiadomości... Żona Dona - Carolyn - zawsze lubiła wiedzieć, co dzieje się na świecie i codziennie podczas przygotowywania śniadania słuchała radiowych newsów. James Robins i jego seksowny, poważny męski głos. Czasami Don szczerze zastanawiał się, czy jego żona rzeczywiście chce usłyszeć nowiny, czy może bajkowy głos pana Jamesa...

Praca Dona nie należała do ciężkich. Miał swój sklepik gdzie sprzedawał; czasopisma, prasę i książki. Jego mały, lecz jakże uroczy, sklepik znajdował się kilka kilometrów od centrum miasta Stones w USA. Dokładnie na Golden Street. Nazwa uliczki jednak nie miała nic wspólnego z szarą biedną alejką. Kilka rozpadających się domów. Sklep spożywczy "F&D". Don Dobyns nie zarabiał groszy. Spokojnie stać go na wykarmienie rodziny, utrzymanie domu, modne ubrania. Wraz z rodziną wiedzie godne życie. Na tyle, że jego żona Carolyn nie musi pracować, dlatego też piękna trzydziestoletnia matka Ralpha zajmuje się domem położonym zaraz przy parku w mieście.

Wiedzie piękne życie. Jest szczęśliwy. Żona go nie zdradza. Ma wspaniałego syna. Wszyscy darzą się miłością.

Ale mieszkają w Alei Tornad...

7 Lipca - Wczesne Popołudnie. W telewizji oraz w radiu wciąż powtarzano kilka tych samych zdań. Cały czas. Przez godzinę. Od piętnastej do szesnastej.

Prosimy o schowanie się do piwnic lub schronów. Nadciąga kilka tornad. Wiadomość do wszystkich przebywających w Atlancie! Prosimy o zachowanie spokoju i udanie się do schronów lub piwnic! TORNADO OSIĄGNĘŁO F5 W SKALI FUJITY! ZNISZCZY WSZYSTKO, CO NAPOTKA! TEMU ZJAWISKU BĘDĄ TOWARZYSZYĆ OBFITE DESZCZE! ZACHOWAĆ OSTROŻNOŚĆ!

O piętnastej trzydzieści cała rodzina Dobynsów znajdowała się w piwnicy. Siedmioletni przestraszony Ralph w swej dłoni trzymał małe radio, które matka wzięła z kuchni. Cała trójka nasłuchiwała wieści... O szesnastej ucichła kobieta, która ciągle powtarzała kilka zdań. Nastała cisza...

O szesnastej dziewięć jedno z tornad przeszło nad ich domem. Hałas temu towarzyszący przypominał łamanie się gałęzi spadającego drzewa. Nie, to za mało powiedziane. Ten dźwięk był znacznie gorszy. Pewnie dlatego, że towarzyszył mu głuchy, zabójczy świst wiatru. Zabójcza natura.

O szesnastej czternaście wiatr ustabilizował się na tyle że z "zabójczego" przeszedł w "bardzo silny". Wtedy zaczął padać deszcz. Cała rodzina w ciemności i strachu - czekała. Na co? Na ciszę? Nie... Liczyli na komunikat z radia...

Godzina dziewiętnasta czterdzieści - deszcz ustał. Wiatr ustał. Ralph zrobił się głodny... Strach i przerażenie odpuściły. Małżeństwo dobrze wiedziało, że z ich małego, pięknego domu zostało niewiele. Może nawet nic.

Prawda była znacznie gorsza...

===

- Chyba po wszystkim - przerwał ciszę Don, głowa rodziny. - Zostańcie tu, otworzę klapę, na pewno jest już bezpiecznie.

Starał się mówić pewnie, odważnie. I udało mu się. Mimo ogromnego przerażenia, na wierzchu zachował odwagę. Nie chciał straszyć siedmioletniego syna. Pocałował żonę, po czym wstał z zakurzonego betonu i ruszył ku klapie w suficie, która znajdowała się z drugiej strony sześciometrowego pomieszczenia. Lekkim krokiem, jakby się skradał, w gęstej ciemności oddychał powoli, by opanować strach. Ciemność przepełniała dosłownie wszystko. Po wyciągnięciu ręki przed siebie, znikała aż po łokieć.

Znał piwnicę na pamięć. Po dziewięciu latach mieszkania Don i jego żona znali każde pomieszczenie na pamięć. Mężczyzna więc bez trudu odnalazł grubą metalową klapę w rogu pomieszczenia. Stanął przy niej, złapał dłońmi uchwyt (piwnica miała sufit na wysokości ledwo ponad półtora metra). Spojrzał w stronę Carolyn i Ralpha, jednak ciemność ich pochłonęła. Pchnął klapę ku górze. Nic. Powtórzył ruch, lecz tym razem mocniej. Nic...

- Co do cholery...

- Don, co się stało?! - dosłownie dławiła się strachem.

- Nie, nic! Spokojnie. - Musiał jakoś uspokoić małżonkę. Lecz czemu klapa nie chciała się otworzyć? Jeśli zaraz czegoś nie zrobi, wpadną w panikę!

Klucz! - pomyślał Don. Sięgnął do kieszeni i wyjął mały srebrny kluczyk. Po omacku znalazł zamek. Po odblokowaniu go i pchnięciu klapy, ta puściła.

Odrobina szczęścia odezwała się w Donie, a jeszcze bardziej w jego żonie. Lecz tylko odrobina. Przecież stracili dom. Na pewno. I co stało się z miastem? Całe zrównane z ziemią? Przecież niemożliwe!

Zimne powietrze wdarło się do piwnicy i wypełniło ją. Wiatr wcale nie ustał, po prostu nie był odczuwalny z piwnicy, ponieważ zrobił się słabszy. Teraz niegroźny.

Godzina dwudziesta osiem. Don, który uchylił wejście do piwnicy, zobaczył szare, wyglądające jak martwe, niebo. Promienie słoneczne zza mocno szarych chmur prawie w ogóle nie docierały na ziemię. Mężczyzna wdrapał się na powierzchnię.

Wejście do piwnicy znajdowało się dwa metry od domu. Kwadrat wylanego betonu na ziemi, a w nim klapa. Don Dobyns wyszedł na powierzchnię, wyprostował się, i dopiero po chwili zrozumiał, co właściwie się wokół dzieje.

Cisza. Nic, tylko głuchy świst lekkiego wiatru. Don chwycił się za głowę, jego serce zaczęło szybciej pracować, ogarnęło go przerażenie! Z domu nie zostało praktycznie nic! Został wyrwany aż do fundamentów! Jedynie resztki cegieł leżały gdzieś, gdzie dawniej była łazienka oraz kuchnia. Kawałki paneli podłogowych; na ulicy, która teraz wyglądała jak powyginany i skopany wąż. Meble; w kawałkach. Resztki dachu kilka metrów od domu.

Don miał ochotę popełnić samobójstwo. Nie zostało mu NIC! Jest zerem, i jego rodzina też!

Zaczął panikować... Spojrzał w stronę centrum miasta... Stanął jakby zamurowany.

Miasto? To nie miasto... To było miasto... Kilka godzin temu... To ruiny... Wieżowce płonęły... W ciszy, pustej ciszy... I wietrze...

Co teraz będzie? Co ma robić? Gdzie są ludzie? W piwnicach? Schronach? A gdzieżby indziej Don - pomyśl!

Domy sąsiadów wyglądały identycznie jak jego własny dom.

Ze wszystkich drzew w parku obok, przy ulicy, ze wszystkich, tornado porwało liście.

Świat wyglądał jak w niektórych filmach fantasy... A może to sen? Może zaraz się obudzi, i zobaczy swojego syna stojącego przy krawędzi łóżka spoglądającego mu w oczy? Może zaraz obudzi go głos pana Jamesa, który będzie prognozował w radiu pogodę?

Nie, stary... Przykro mi... Nie obudzisz się... A wiesz dlaczego? Bo nie śnisz!

32-letni mężczyzna schylił się ku włazowi piwnicy.

- Carolyn, Ralph. Proszę was, poczekajcie chwilkę, rozejrzę się i wracam. Będzie dobrze - krzyknął do nich.

- Proszę, szybko, wróć zaraz... - prawie płakała Carolyn.

Pan Dobyns rozejrzał się w około. Nic. Zgliszcza. Martwe miasto. Jednak nie do końca.

Zaraz za "domem" sąsiadów zobaczył sylwetkę człowieka. Mężczyzny, stał i patrzył w stronę martwego centrum.

- Proszę pana! Halo! Przepraszam! - krzyknął Don i ruszył w jego stronę. Nieznajomy jednak nie odpowiadał, co więcej, wciąż stał nie ruchomo...

Wiatr stawał się znów coraz silniejszy, jednak poza jego świtem, wydawało się, jakby cały świat ogarnęła śmierć.

Aż dziwne... Stones, ogromne miasto, które nigdy nie zasypia, nigdy nie ucicha.

Don podszedł pod mężczyznę, ten wciąż odwrócony tyłem do niego, patrzył w stronę płonącego wieżowca w samym centrum miasta.

- Przepra... - urwał Don. Facet stojący tuż obok niego powoli się odwrócił. Nagle Dobyns poczuł mocny fetor. Zapach rozkładającego się mięsa. Tak, to ten smród. Skąd się wziął? Spojrzał na nieznajomego...

Nieznajomy nie wyglądał jak człowiek i chyba nie był człowiekiem... Jego skóra na twarzy miała kolor czerwono-brązowy, jakby spalony. Jakby przed chwilą ktoś wylał mu na twarz wrzący olej... Jego gałki oczne przepełnione były krwią. Dopiero teraz Don zobaczył, że kurtka ów faceta jest poplamiona krwią.

Czyja to krew?

Nieznajomy, który okropnie śmierdział zgnilizną wyciągną dłoń w stronę Dona. Ten jednak odsunął się o krok.

To nie był człowiek. Dobyns dobrze wiedział... To nie był człowiek. W takim razie kto? DO CHOLERY KTO?!

- Co do cholery... - jęknął Don.

Mężczyzna przed nim ruszył w jego stronę. Nagle nogi pana, który się rozkładał, ugięły się, szedł powoli po Dona. Coś jęczał pod nosem.

Z jego ust zaczęła lecieć ślina, gęsta, śmierdząca, z resztkami krwi ślina...

Krzyk. Głośny krzyk z ust stojącego przed Donem Dobynsem faceta. Jak zwierzę.

Co to jest? Kim on jest? Coraz szybciej zbliżał się do 32-latka. Strach... Ogarnął go strach. Zombie? Jak w filmach? Że to niby możliwe?

Zaczął panikować... Serce waliło mu jak oszalałe, krew napłynęła do oczu... Powoli cofnął się... Jeden krok, drugi, trzeci... Ostrożnie... Wciąż gapił się na martwego - a jednak żywego - mężczyznę. Oboje w takim samym tempie poruszali się. Bez nagłych ruchów.... W każdej chwili Dobyns może zginąć...

I wtedy stało się coś, co chyba uratowało mu życie...

- Padnij! - krzyk zaraz za plecami Dona. Nawet się nie obejrzał, nie trzeba było powtarzać. Dobyns w ciągu ułamka sekundy znalazł się na wilgotnej od deszczu trawie...

Strzał. Donowi wydawało się, że ogłuchł. Tuż obok niego ktoś pociągnął za spust dubeltówki.

Stwór przed Donem upadł na ziemię... Bez głowy...

Dobyns wstał... Spojrzał na wybawiciela. Starszy mężczyzna w niebieskiej czapce. NORMALNY! Ani trochę nie podobny do tego, którego przed chwilą stracono.

- Kolego, chodź ze mną! Wiem, gdzie jest bezpiecznie, mam piwnicę, tornado jej nie ruszyło! - mówił starszy mężczyzna do Dona. W jego głosie można było usłyszeć bezpieczeństwo i pewność siebie.

- Nie! - krzyknął Don - to znaczy... Moja rodzina jest w piwnicy tu obok. Ehhh. Uciekam! Idzie pan ze mną?

Staruszek spojrzał na Dobynsa. Uśmiechnął się i ruszył za nim.

Po chwili we czwórkę znajdowali się w piwnicy Dona i Carolyn Dobynsów. W ciemności.

===

Klapa została zamknięta. W piwnicy Dobynsów zrobiło się jaśniej niż wcześniej. Ralph w dłoniach trzymał małą latarkę. Zapewne znalazł ją w jakimś pudle, których tutaj było pełno. Nie wyglądał na wystraszonego, wręcz przeciwnie. Uśmiechając się, patrzył na ojca, który razem ze starszym panem usiedli obok nich.

- No, no! Ładnie tu - powiedział cicho nieznajomy. Lecz w piwnicy wcale nie było ładnie. Piwnica jak każda inna. Ciemna, zakurzona i tajemnicza.

- Dziękuję za to, co pan zrobił tam - Don wskazał palcem na sufit - pan jest...

- Morgan. - Podał dłoń wszystkim po kolei. - Mieszkałem dwie ulice dalej. Z mojego domu nic nie zostało, zresztą, jak z każdego.

Jego głos wypełniał smutek. Ten sam smutek, który wypełniał Dona stojącego na powierzchni i patrzącego na zgliszcza.

- Co to było? Ten człowiek... To był człowiek? - Dobyns był zdenerwowany. W sumie czemu się dziwić?

- Ehh - jęknął nowo poznany facet - nie mam pojęcia co to było, ale widziałem już takich trzech. Wszyscy skończyli tak samo jak ten, którego spotkaliśmy przed chwilą.

Patrzyli sobie w oczy. Carolyn z dziwnym grymasem na twarzy przerwała rozmowę.

- O czym wy rozmawiacie? Kto tam był?

- Raczej co... - dramatycznie poprawił Morgan. - Coś jest na górze i dam głowę, że jest tego więcej. Wyglądają jak ludzie. Kiedyś byli ludźmi... Kiedyś... Trochę jak... Zombie... Jednak to nie to samo.

Ralph, który do tej pory zajęty był zabawą albo latarką, albo radiem, teraz patrzył na starca. Ta historia go zainteresowała, ale także przeraziła. Przytulił się do matki. Zaczął się lekko trząść.

- Będzie dobrze... - szepnęła mu do ucha.

Lecz, czy będzie dobrze?

- Skąd oni się wzięli?! - zapytał 32-latek.

Morgan opuścił głowę, spojrzał w podłogę. Przestraszył się. Na pewno.

- Gdy przeszło tornado i zaczął padać deszcz, podniosłem klapę mojej piwnicy. Lało jak cholera. I... niektórzy ludzie... byli wtedy na ulicy... Wyszli zaraz gdy wiatr ustał, na pewno chcieli zobaczyć, co zostało z ich domów.

Przerwał. Wziął głęboki oddech, spojrzał na Carolyn trzymającą w objęciach Ralpha.

- Oni... Ci ludzie... Krzyczeli. Ale nie przez to, że wszystko stracili. Na pewno nie. Oni... Cierpieli. Jakby deszcz ich parzył. Tak jakby zostali oblani wrzątkiem. Upadali na ziemię i....

Don Dobyns trącił go łokciem i wzrokiem wskazał na małego Ralpha. Morgan zrozumiał, że musi przerwać opowieść.

- W każdym razie - kontynuował spokojniej Morgan - to przez ten deszcz, jestem pewien.

Cała rodzina zamarła. Cisza. Radio od kilku godzin milczało, teraz każdy wiedział dlaczego. Miasto było martwe. Wieżowce wyniszczone albo upadłe, albo bez szyb, a ich szkielety zdeformowane. Świat, który znali, zmienił się. To już nie ten sam świat.

- Mamy problem - zmienił temat Don. - Nie mamy jedzenia ani wody - dodał.

- W mojej piwnicy - odpowiedział Morgan szybko - tam mam sporo zapasów, wody i jedzenia. Dla nas wszystkich wystarczy na tydzień. Pomoc powinna przyjść niedługo. Przecież kataklizm dopadł tylko Atlantę. Inne miasta w Stanach z pewnością nam pomogą. Pomoc humanitarna, mieszkania. Przeniosą nas, zobaczycie.

Uśmiechnął się do Dona, Carolyn i ich 7-letniego Ralpha. W głowie każdej osoby roiło się mnóstwo różnych myśli. Apokalipsa? Chyba nie... To nie koniec świata. Przeszło tornado... Ale... Na górze, pojawiło się >coś< czego nie można lekceważyć...

===

- Mamo - szepnął Ralph - jestem głodny.

Carolyn spojrzała na męża. W piwnicy nie mieli zapasów, jedynie stare dokumenty i kilka rupieci, takich jak odkurzacz, czy stare żelazko.

- Tak jak mówiłem - odezwał się najstarszy z czwórki, Morgan - W mojej piwnicy jest dużo zapasów, chętnie się podzielę, tylko... - uciął.

Wziął głęboki oddech, po czym spojrzał na Dona.

- Są dwie opcje. Albo wyjdziemy wszyscy i przeniesiemy się do piwnicy, albo pójdę sam i przyniosę zapasy. Wybór należy do was. Moja piwnica jest nieco większa, mam lepsze światło. Zapraszam.

- Nie! - Don prawie krzyczał. - To znaczy... Nie pozwolę mojej rodzinie wyjść na zewnątrz. Już pan zapomniał, co tam jest?!

- Dlatego podałem dwie propozycje - powstał. - A więc wyjdę i dostanę się do mojego "schronu", mam tam plecak. Wezmę trochę wody oraz ryby w puszkach. Zobaczy się, co tam jeszcze jest.

Pochylił się i sięgnął po strzelbę.

- Idę z panem - zerwał się Don - będzie bezpieczniej.

- Świetnie - rzekł starzec.

- Tylko czy... Carolyn, Ralph. Zostaniecie? - spojrzał w oczy żonie. Wypełniały je łzy, lecz nie płakała. Otworzyła usta i rzekła.

- Idź... Damy sobie radę. Tylko proszę, wracajcie szybko.

Don Dobyns czuł się, jakby opuszczał żonę i syna na zawsze. To uczucie dotarło głęboko do jego serca. "Nie możesz płakać", mówił sobie w głowie. "Nie przy nich".

Od zawsze był czuły. Zresztą każdy twardziel w takiej sytuacji by pękł. Straciwszy dom, wszystko co miał poza rodziną, musi teraz udać się po zapasy. Na powierzchnię, gdzie zrodziło się jakieś cholerstwo, niczym w filmach grozy, które często oglądał.

- Dobra, my wyjdziemy, a ty zamknij za nami klapę, proszę - powiedział do żony - gdy wrócimy - kontynuował - zapukamy mocno cztery razy. Pamiętaj, cztery. Nikomu innemu nie otwieraj. Słyszysz?

- Tak. Dobrze. - w jej głosie można było usłyszeć przerażenie, ale także nadzieję.

Po chwili Morgan oraz Don znajdowali się na zewnątrz. Usłyszeli, jak zamek klapy się zamyka. Ten młodszy spojrzał na zegarek. Dwudziesta czterdzieści osiem. Z takiej racji, że to lipiec, było jeszcze wystarczająco jasne, by wszystko wyraźnie widzieć. Mimo nadmiernie pochmurnego nieba było dobrze. Chmury wydawały się być martwe. Nie były szare, jak to po deszczu czy burzy. Były po prostu czarne. Mocno czarne. Niebo złoto-czerwone. Zachód słońca. Najbrzydszy, jaki można było sobie wyobrazić.

Wiatr stał się mocniejszy niż wcześniej. Mocny podmuch mocno uderzał o wszytko, co stanęło mu na drodze, przenosząc liście oraz lekkie resztki domów.

Wszystko było zniszczone. Dosłownie wszystko. Patrzyli teraz na miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się osiedle. Zaraz przed nimi. Kilkadziesiąt domów. Wszystkie wyniszczone, drzewa - łyse. Don westchnął głośno. Dalej, za byłym osiedlem, kilka większych budynków: szkoła, szpital. Kiedyś obydwa budynki były szare. Tak je pomalowano. Teraz - czarne.

Jak to możliwe?

- Ten deszcz - odezwał się nagle Morgan - pan to widzi? Te budynki. Te, które ledwo stoją. Czarne. Jak? Cholera jak?

Po raz pierwszy Dobyns poczuł, że jego nowy znajomy się boi. Było się czego bać. A co jeśli deszcz spadnie ponownie? Nie chciał o tym myśleć. Teraz spojrzał dalej, na centrum miasta. Dwa najwyższe biurowce, jeden płonął. SunTrust Plaza. Ponad dwieście pięćdziesiąt metrów wysokości. Kilka najwyższych pięter stało w płomieniach. On również zmienił kolor na czarny. Szaro czarny. Niczym martwy.

- Nie ma czasu - odezwał się Morgan.

- Tak. Ruszamy. W którą to stronę?

Morgan wskazał palcem w prawo.

- Tutaj, zaraz w prawo na Pine Street. Następnie w lewo na West Street. Tam mieszkałem. Ruszajmy. Nie chciałbym kogoś lub czegoś spotkać.

Popatrzył w oczy Dona, ten przytaknął. Szybkim krokiem, między zgliszczami, ruszyli do celu...

===

- To tutaj - powiedział Morgan. Bardzo głośno oddychał, był zmęczony. Mimo iż Don wraz z nim bardzo szybko maszerowali, oboje odczuli zmęczenie.

Patrząc na zgliszcza, oddychali cholernie gęstym powietrzem. Chmury zbierały się nad miastem. Ciemne, niczym śmierć. Miasto, martwe. Puste. Puste? To tylko pozory.

- Dobra. - Morgan otworzył klapę. Jego piwnica nie wiele różniła się od piwnicy Dobynsa. Po wejściu do środka Don stwierdził, że "schron" starca jest o wiele lepiej przystosowany niż jego piwniczka. Żarówka na suficie, łóżko, dwa krzesła, szafa, zlew. Morgan zaświecił światło i polecił Donowi zamknąć klapę. Otworzył szafę, wyjął z jej dolnej części plecak, po czym sięgnął wyższych półek.

Znajdowało się tam kilka puszkowanych ryb, cztery butelki wody i pięć srebrnych puszek w kształcie walca - zupy. Starzec włożył do plecaka dwie wody i po dwie puszki każdego rodzaju.

- Więcej nie zmieszczę, a i muszę mieć coś dla siebie - powiedział starzec, patrząc smutnymi oczyma na Dona.

- To wystarczy, jestem ogromnie wdzięczny, naprawdę dziękuję - w kąciku oka zebrały mu się łzy, uśmiechnął się szeroko.

Morgan otworzył pudło stojące w rogu pomieszczenia, wyjął z niego coś małego, czerwonego. Amunicja do strzelby.

- Mam tylko trzy pociski. Nie szykowałem się na wojnę. Strzelbę miałem dla bezpieczeństwa - tłumaczył się, jakby Don go obwiniał.

- Rozumiem. Dobra. Możemy już iść? - postanowił zmienić temat. Śpieszyło mu się do rodziny. I nagle... Przypomniał sobie, że droga powrotna może nie być łatwa. Co prawda to około trzystu metrów. Dotarli tutaj bez problemu, nie spotkali nikogo. Całe szczęście, nie spotkali również niczego...

Ciarki przeszły Dona, gdy pomyślał o tym, co zobaczył całkiem niedawno...

- Co tak stoisz? - "obudził" go Morgan. - Ruszamy czy nie?

- Tak. Ja... Zamyśliłem się. - znalazł wymówkę.

Starzec odchylił lekko klapę, spojrzał przez mały otwór. Światło gwałtownie wpadło do piwnicy. Ciemne światło. Pewnie była już dwudziesta pierwsza. Za kilkanaście minut słońce zajdzie na dobre.

- Chyba czysto. W każdym razie cicho i spokojnie - szepnął, po czym odchylił klapę całkowicie i wdrapał się na powierzchnię. Don podał mu plecak i strzelbę, po czym dołączył do kompana.

- Trzymaj - wręczył Donowi plecak. - Ja jestem za stary - dodał i uśmiechnął się.

Szybkim krokiem, szli przed siebie. Między zgliszczami czegoś, co kiedyś było budynkami, ostrożnie, cicho. Tak, by nikt i nic ich nie usłyszało. Jaki to przerażający widok... Jeszcze wczoraj... Jeszcze kilka godzin temu to było tętniące życiem miasto... Teraz... Martwe...

Skręcili, byli już w połowie drogi. Morgan spojrzał na Dona i uśmiechnął się sztucznie. Chciał go podnieść na duchu? Chyba tak... Jednak ten uśmiech nie powinien mieć miejsca. Nie w tej sytuacji. Wciąż szli bez słowa.

- Stój - nagle szepnął ostro Morgan i szarpnął Dobynsa za rękę. Ten spojrzał na starca, który patrzył przed siebie, na ulicę.

Zrozumiał, o co mu chodziło. Tuż przed nimi, na samym środku ulicy, leżał ktoś lub...

Człowiek? Martwy?

Coś? "Żywe"?

Gdy tędy wcześniej przechodzili, ulica była pusta...

- To jest to, co... - szepnął przestraszony Don, nogi się pod nim ugięły - co widzieliśmy wcześniej?

- Nie wiem, bądź cicho - rozkazał mu. - Podejdę bliżej. Zostań tu. Zabiję to, jeśli żyje, ale patrząc, jak wygląda, chyba już to ktoś zrobił. Albo samo zdechło.

Don pozwolił mu iść, nie zatrzymywał go. I tak by nie zwyciężył, a trzeba było sprawdzić, co to. Próba przejścia obok mogłaby się skończyć tragicznie.

Morgan, trzymając w pogotowiu strzelbę, poprawił czapkę i ruszył przed siebie. Z oczu nie spuszczał leżącej kilkanaście metrów przed nim postaci. Serce mu przyśpieszyło. Zaczęło walić jak oszalałe. W jego wieku to cholernie niebezpieczne.

Uspokój się, mówił w głowie do siebie. Uspokój się...

To coś, lub ktoś, leżało twarzą do betonu.

Gdy znajdował się około pięciu kroków od postaci, stanął w miejscu. Zamarł.

Spojrzał na postać... Serce podchodziło mu do gardła... Strach przeszył jego kości.

To było dziecko... Około sześcioletnie... Dziewczynka.

Zapłakał. Nie znał jej, ale taki widok...

Dziewczynka, brunetka, jej biała sukienka poplamiona była krwią.

Podszedł bliżej, kucnął, obrócił ją na plecy.

To, co miał w żołądku, wróciło mu do gardła, prawie zwymiotował. Małe niewinne, bezbronne dziecko... Jej twarz była cała we krwi, ale nie to było najgorsze. Nie miała gałek ocznych. Jej oczodoły wypełniała ciemność. Była martwa.

To nie deszcz ją zabił. Na jej ciele można było zobaczyć ślady pazurów i ugryzień...

Zabiło ją... to coś... Morgan nabrał pewności... Odwrócił się w stronę Dona Dobynsa, ruchem ręki wskazał, by podszedł.

******

Szli w do piwnicy Dobynsa.

- Co to za cholerstwo. Boże... - w ogromnym strachu wyszeptał Morgan, gdy byli już przy klapie do wejścia.

Chmury zebrały się nad nimi i nad miastem.

- Kurwa - wycedził Don - Będzie padać, kilka kropel już spadło, pośpieszmy się.

Nie trzeba było powtarzać. Morgan jakby zerwany ze snu spojrzał na Dona, który uderzał w klapę piwnicy tyle razy, ile wcześniej z Carolyn ustalili.

Cisza, brak odpowiedzi.

- Carolyn - krzyknął Dobyns.

Trzask - jeden, drugi - klapa się otworzyła, a pod nią ujrzeli Carolyn. Don oddał plecak Morganowi i wślizgnąwszy się do piwnicy zobaczył siedzącego samotnie syna.

- Spokojnie, wszystko mamy - uśmiechnął się do nich.

Odwrócił się w stronę klapy wpuszczającej do piwnicy resztki światła, które dawało zachodzące słońce. Zniecierpliwiony Morgan patrzył na Dona.

- Masz, szybko! Zaczyna padać. - Ogromnie się bał, to było słychać w jego głosie.

Dobyns sięgnął przez otwór po plecak, następnie ostrożnie położył go na podłodze. Znów sięgnął przez klapę, wziął strzelbę.

Morgan zaczął dyszeć. Jakby przed chwilą odbył najdłuższy bieg w swoim życiu. Jego twarz poczerwieniała, później zrobiła się fioletowa.

Otwierał i zamykał usta, próbował coś powiedzieć. Deszcz spływał po jego ubraniu.

Zaczęło padać...

Don chwycił Morgana za nogę, wyżej nie był w stanie sięgnąć, i pociągnął starca w stronę wejścia.

- Rusz się, staruszku - wykrzyczał.

Ten jednak zaczął się trząść i upadł na ziemię. Don nie mógł teraz go chwycić. Ledwo co go widział. On i deszcz stali się jednością.

Krzyk... Ból, jaki wydobywał się z tego krzyku, chwytał za serce każdego, kto go usłyszał. Carolyn, Don... i Ralph.

Morgan cierpiał. Deszcz sprawiał mu cierpienie.

Miotał się na trawie, nie przestawał krzyczeć.

Nagle ucichł. Przestał się ruszać.

Zmarł, pomyślał Don. Cholera... Jedyny człowiek, którego spotkał, jedyny, który chciał mu pomóc... Jak mógł do tego dopuścić...

To nie jego wina...

Spojrzał na rodzinę, na żonę i syna. Siedzieli w objęciach, zamarli w strachu.

Ponownie wyjrzał przez otwór.

Zamurowało go. Morgan wstał, jakby nigdy nic... Odwrócił się i spojrzał na Dona...

Jego twarz. Twarz Morgana... Brązowo-czarna. Jakby spalona... Oczy, szare. Martwe.

- Nie... Nie! - krzyknął Don, po czym zamknął klapę i zablokował zamek.

-To się nie dzieje... Cholera... - szepnął do siebie...

Był w błędzie...

To się działo...

===

Ludzie najczęściej twierdzą, że rzeczywistość tak naprawdę ich nie dotyka. Wydaje się im, iż stoją obok, a zło sięga wszystkich, tylko nie ich. Tak właśnie myślał Don Dobyns, jak jego cała rodzina, znajomi.. nieznajomi... Czy rano pomyślałby, że z miasta zostaną szczątki? Czy Ty, drogi czytelniku, pomyślałbyś, że za kilka godzin na Twoich oczach zginie człowiek i to w sposób okrutny i niewyobrażalnie bolesny? Czy jesteś w stanie pomyśleć, wyobrazić sobie świat - Twoje miasto w stanie całkowitego zniszczenia? Brak ludzi na ulicach, pożary, martwi niewinni ludzie dosłownie wszędzie. Spaleni, pożarci, dosłownie rozerwani...

Tak, jesteś w stanie sobie to wyobrazić, wiem. Tylko jak zachowałbyś się w takiej sytuacji? Stawiłbyś czoła realiom?

Podobno o tym człowiek jest w stanie się przekonać tylko w praktyce.

**********

- Co się tam stało? - zapytała Carolyn, w jej oczach malowało się przerażenie ale i odrobina szczęścia. Jej mąż był cały i zdrowy. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co poczęłaby w momencie, gdyby została z synem sama...

Don usiadł na podłodze, lekkie światło wypełniało pomieszczenie. Głęboko pociągając powietrze, spojrzał na żonę i syna. Nie wszystko jeszcze do niego dotarło.

- Morgan... On... - przerwał. Spojrzał na Ralpha, który umierał ze strachu. On z kolei, jako ojciec, nie może powiedzieć prawdy. Ralph nie do końca rozumiał, co się stało, a Carolnyn mniej więcej widziała, co się stało. - Morgan odszedł... Nieważne. Wszystko dobrze u was? Jesteście cali?

Zmienił temat. Spojrzenie małego zmieniło się. Przestał myśleć o Morganie. Na razie.

- Trzeba zdecydować, co zrobić - rzekła ona.

- Spokojnie, mamy czas. Zjedzmy coś i poczekajmy do rana, tak będzie bezpiecznie.

Usiedli wspólnie do posiłku. W ciszy. W smutku.

===

Nigdy nie przystało im jeść w ciszy. Rozmowa towarzyszyła wspólnym posiłkom od samego początku, aż rytuał został przerwany dziś. Nie było takiego obiadu, kolacji, śniadania, aby przy ich stole gościła cisza. Dziś nie ma stołu i nie ma rozmowy. Jest cisza, smród pleśni, smutek i strach. Ralph, zatykając nos i dłubiąc w puszce, wyciągał powoli ryby, po czym z grymasem na twarzy zjadał je. Do końca nie docierało do niego, co się dzieje, lecz nie zadawał pytań. To dobry chłopiec. Gdy widzi, że rodzice się kłócą, coś się dzieje (szczególnie coś złego), nie zadaje zbędnych pytań. Wie, jak dorosłych może to denerwować, gdy mają ważne sprawy na głowie czy też dzieje się coś poważnego, a on, patrząc małymi oczkami, zadaje pytania "o co chodzi?", "co się dzieje?" Dorośli nie lubią odpowiadać.

Nie lubią? Przecież to nieprawda.

Nie mają czasu. Oto realia.

- Radio się odezwało? - przerwał ciszę ojciec - Coś mówili?

- Nic - nie odrywając oczu od posiłku, odpowiedziała mu żona. Mały nie zwracał na nich uwagi.

Don przeklnął pod nosem. Nikt nie myślał, że tornado uderzy właśnie dziś. Nikt nie spodziewał się, że będzie ich kilka... Ranek był słoneczny, jak i południe. Dopiero w godzinach po południowych odezwał się wiatr.

Brzdęk.

Jeden.

Drugi.

Niezrozumiałe słowa. Mężczyzna chwycił radio, podkręcił regulator głośności, po czym ostrożnie, jakby to było niemowlę, odłożył radio na ziemię.

- Cicho - szepnął. Jednak nikt nic nie mówił.

Znów brzdęk. Po nim jakby krzyk. Nie - to seria hałasów i zakłóceń.

Ruszył anteną. Złapał czysty sygnał.

- ...na Roddle Street. Służby specjalne i ratownicy. Jest to strefa bezpieczna. Miasto zostało zniszczone. Prosimy zachować szczególną ostrożność na powierzchni.

Rodzina ciągle gapiła się na radio, które już dawno ucichło. Minęła minuta, dwie, trzy... Cisza.

-A więc - zaczął cicho mężczyzna - Roddle Street. Tam musimy się dostać. Słyszeliście.

- Don! - chwyciła go za rękę - ale... Nie pamiętasz... - spojrzała na sufit - ...co tam jest?

W jej oczach znów pojawiły się łzy. To był ten z niewielu momentów, kiedy jej mąż chciał się po prostu rozpłynąć. Jakby go nigdy nie było.

- Przecież tu nie zostaniemy! - prawie krzyczał.

- Tato, ja się boję - szepnął najmłodszy, po czym schował twarz w dłoniach.

Wszyscy się bali. 'Musimy iść' pomyślał ojciec Ralpha.

- Spakujcie resztę zup, podaj mi strzelbę - popatrzył na Carolyn. Nigdy nie widział jej w takim strachu. Jemu również nie było wesoło. Dosłownie dławił się strachem, myśląc o wyjściu na powierzchnię. A co jeśli Morgan.. wciąż jest... zaraz nad nimi?

Odgonił te myśli. Chwycił strzelbę i oświadczył.

- Wyjdę na górę, rozejrzę się. Dacie mi torbę, a potem pomogę wam wyjść. Słyszysz, Ralph - poczochrał mu włosy - my faceci musimy być twardzi i opiekować się dziewczynkami! Nie ma się czego bać! Bądź twardy!

Na twarzy malca pojawił się lekki uśmiech. Don był świetnym ojcem.

- Udamy się na Roddle Street. W drogę.

Światło dostało się do piwnicy, właz został otwarty, po czym Carolyn i Ralph znaleźli się w niej sami.

Księżyc jakby namalowany wyglądał pięknie. 'Dobra mina do złej gry' przyszło mężczyźnie do głowy. Było jednak ciemno.

Zbyt ciemno, by Don Dobyns zobaczył trzy wlekące się postacie za resztkami domu jego sąsiada.

===

Ich celem stało się Roddle Street. Don Dobyns pomógł żonie oraz siedmioletniemu synowi wydostać się z piwnicy. Kobieta z dzieckiem dopiero teraz mogła zobaczyć świat. To nie był już ich świat. Świat niczym z innego wymiaru (może filmu). Przerażenie sprawiło, że nie mogli się ruszyć, mimo próśb Dona.

- Ruszcie się, proszę. Nie powinniśmy... - urwał. Przypomniał sobie o Morganie. O tych dziwnych postaciach... O tym, co stało się ze starszym facetem. - Idziemy!

Tym razem jego stanowczość zadziałała. On opanował strach, oni starali się nie myśleć o rzeczywistości. Dwa wieżowce ciągle stały w płomieniach, od ilu godzin? Było tuż przed północą, czyli od paru godzin. Deszcz nie zdołał ich zgasić. Jeden, pozostały, najdalej oddalony na południe zgasł. To on wywołał największe wrażenie u Dona Dobysa, gdy po raz pierwszy po katastrofie wyszedł na powierzchnię. Niebo wtedy było pochmurne, ciemne, widok świata go oszołomił, ale i przestraszył. Jak można być spokojnym, gdy twój dom już nie istnieje i Bóg wie, czy twoi znajomi i rodzina żyje? Wtedy jeszcze nie spotkał tajemniczych postaci... Jeszcze nie wtedy.

- Szybciej, może padać! - znów poganiał ich mężczyzna.

Ta wiadomość spowodowała większy pośpiech u Carolyn, która trzymała Ralpha za dłoń. Don z kolei miał zawieszoną torbę i w rękach strzelbę, nabitą, gotową do strzału. Szli na wschód, bez latarki, w ciemności. Księżyc będący w pełni oświetlał im drogę wiodącą przez małe uliczki pozostałości miasta.

Duże budynki były prawie całe, przynajmniej połowa. Brak szyb, drzwi, czasem dachów nie utrudniał im skradania się. Do Roddle Street było jakieś dwadzieścia minut. Może pół godziny... Przynajmniej w tym tempie... Strach, jaki ich wypełniał, był przeogromny. Nigdy nie mieli takiej sytuacji. Nigdy aż tak się nie bali. Ralphowi chciała strzelić głowa, z bólu. Ogromnie go bolała, jednak siedział cicho. Nie trzeba dodatkowo denerwować rodziców.

Dotarli do fabryki części samochodowych "CP 4 You". Zepsuty samochód powierz nam, a zapewnimy mu dobre części za dobrą cenę - głosił obraz namalowany na jednej z części ogromnego budynku. Wielkością przypominał halę sportową.

- Tutaj - szepnął facet - obejdziemy ten budynek i prawie będziemy na miejscu. Jeszcze tylko trzy ulice.

Z jednej strony to tak niewiele, a z drugiej tak dużo... Weszli wgłąb uliczki, przekroczyli parking restauracji i znaleźli się na tyłach ogromnego budynku.

Księżyc został zasłonięty chmurami. Wszystko zmierzało do tego by zaraz spadł deszcz...

Don spojrzawszy na niebo pośpieszył rodzinę. Ruszyli wzdłuż ściany fabryki.

Dotarli do drugiego końca. Spojrzeli za róg.

Trzy postacie. Jakby spalone, stoją krzywo, pochylone jedna na prawą, reszta na lewą, nogę. Ubranie mokre, potargane. Sześć osób stanęło na przeciw siebie, mogli wrócić.

Teraz? Gdy lekkie krople deszczu już można było odczuć na skórze!

Facet chwycił swoją strzelbę mocniej i wystrzelił, zanim ktokolwiek zdążył krzyknąć czy uciec.

Postać, która była najbliżej rodziny, upadła, a jej głowa z dziurą wielkości dłoni potoczyła się dalej. Dwa monstra krzyknęły, jakby z bólu. Nic nie sprawiło im jednak bólu. Spojrzały jeszcze przez sekundę na rodzinę. Lecz tylko na tę jedną sekundę. Tylko wtedy Don mógł zobaczyć ich oczy. Takie same jak Morgana...

Jedna chwyciła mężczyznę za rękę, tym samym wytrącając broń. Czyli jedyny ratunek.. Próbował walczyć. Na marne.

Druga zajęła się Ralphem. Nie miała w tym trudności. Pół człowiek-pół 'coś' wyrwało dziecko z objęć matki, po czym rzuciło nim o ziemię. Czaszka Ralpha nie mogła wytrzymać tak dużej siły. Nawet nie zdążył krzyknąć.

Odgłos łamanych gałęzi. To czaszka. Carolyn sięgnęła po strzelbę, wycelowała w zabójcę.

Strzał. Broń prawie wyleciała jej z rąk.

Oprawca zakończył swoje istnienie.

Spojrzała na drugiego, wycelowała.

Jej mąż leżał na ziemi, krew ciekła mu z szyi, był podrapany. Nie to jednak było najgorsze... Potwór, teraz powoli zmierzający do kobiety, przed chwilą zrobił mu dziurę w brzuchu, na jego całej szerokości. Coraz więcej krwi dostawało się na powierzchnię jego ciała.

- Ty sukinsynu!

Strzał.

Postać upadła, wydając przy tym krzyk, jakby zza światów.

Straci męża. Wiedziała, czy straci syna? Nie miała pojęcia.

- Caro...- szepnął biedak.

Podeszła do męża. Płakał. Z bólu? Z miłości? Odczuwał oba te uczucia. Otworzył usta, pociekła mu z nich krew. Podniósł głowę w jej stronę.

Bredził coś pod nosem, niezrozumiale. Co oni zrobili... Zabili jej najbliższych... Została sama.

Don Dobyns położył głowę na bruku, po czym odszedł.

Zamknęła mu oczy, popłakała się, dłonie miała w jego krwi. Przypadkowo dotknęła go w brzuch, gdzie rana była zbyt szeroka, by go uratować. Nawet w tych czasach...

**********

Głowę jej syna pokrywała ciemnoczerwona gorąca ciecz. W jego czole była dziura. Dosłownie. Spowodowana upadkiem, a raczej 'rzuceniem' o ziemie.

- Skurwysyny - krzyknęła na głos.

Opłakiwała całą sytuację przez dobre parę minut. Kilka kropel spłynęło jej po czole. Zaczęło padać.

===

Czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie taki obrót rzeczy w ciągu paru godzin? Strata domu, majątku, a co najgorsze, męża i dziecka.

Carolyn przypomniała sobie, co Don ukrywał przed dzieckiem. Rewolwer.

Sięgnęła do kieszeni byłego męża.

Ogromnie go kochała. Wciąż kocha. Nie jest w stanie pogodzić się z rzeczywistością.

Szlochała tak głośno, że pewnie już hordę tego 'czegoś' przyciągnęła. Lada chwila tu będą, była tego prawie pewna.

Broń była naładowana.

- Kocham was - powiedziała spokojnym głosem, nie przestając płakać.

Przystawiła lufę do skroni.

Ona i pocisk stali się jednością.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Nie podoba mi się tak jak inne :)
Odpowiedz
super i trzyma w napieciu 9/10
Odpowiedz
Ale mocne poproszę o więcej takich historii
Odpowiedz
Hmmm Atlanta, Morgan, Zombie...? Pachnie mi tu The Walking Dead :P
Odpowiedz
Hm... Wydaje mi się, że w końcówce jest mały błąd logiczny: deszcz zaczyna padać, a kobieta ma jeszcze czas, by spokojnie przeszukać zwłoki, zastanowić się i pożegnać. Cóż, błąd może być, ale nie musi. Jak na mój gust, to zbyt wiele udało jej się zrobić przed przemianą/śmiercią/mutacją, ale zależy to od tego, jak sobie to wyobrazisz. Jest jedna rzecz, która mnie razi: "Sięgnęła do kieszeni byłego męża." Oczywiście, wiadomo o co chodzi, ale wyrażenie "były mąż" "ma już swoje znaczenie", przez co wydaje się być nie na miejscu i czytelnik zwraca na to uwagę (Prof. Bralczyk ujął to zdecydowanie ładniej). Zdanie nie jest niepoprawne, ale jakby stawia delikatny opór przy czytaniu. Proszę się nie zrażać pouczeniami moimi, a także Pani moderator, ponieważ znaczy to tyle, że opowiadanie oceniane jest dużo poważniej, niż inne historie, więc staramy się pomóc je doskonalić. Zaczynając czytać byłam pod wrażeniem stylu pisania - barwnego, ale lekkiego - i, co żadko idzie w parze, poprawnego języka (z wyjątkiem 3 - 4 błędnych zdań w 2. i 3. ćwiartce wypowiedzi, ale nie bądźmy surowi). Cieszę się, że mogłam to przeczytać i życzę Pani/Panu sukcesów w twórczści literackiej.
Odpowiedz
Jedna z najlepszych historii, jakie przeczytałam na tej stronie! Świetne!
Odpowiedz
Na prawdę świetne, cała fabuła przyciągała niczym film grozy dobrego gatunku scenicznego. Wszystko ma swoje miejsce, i tożsamość, nie pisane na siłę z dodatkiem końcowym '' Strzeżcie się zaciemninych pomieszczeń ''. Doskonałe, jednak te małe mankamenty dla dobrego wzrokowca mogą być wyzwaniem.
Odpowiedz
Super mogłabyś/mógłbyś napisać jeszcze coś opowiadanie jest poprostu fenomenalne na tej stronie jest ich mało. To najlepsze jakie dotąd czytałam pozdrawiam
Odpowiedz
Świetne.
Odpowiedz
Głębokie...
Odpowiedz
Nie przepadam za zombie ale opowiadanie nie zle
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje