Porywacze Ciał

Dodane przez: białadama, 26.01.2013, 02:13
Reklama:

To był dzień jak co dzień. Zjawiłam się w redakcji jako pierwsza, odebrałam z recepcji korespondencję, usiadłam przy biurku i zaczęłam ją w spokoju przeglądać. Jeden z listów nie miał ani stempla ani znaczka. Na kopercie widniało tylko moje nazwisko. Otworzyłam ją bez żadnych złych przeczuć, myśląc sobie, że to kolejny anonimowy donos albo stek inwektyw od niezadowolonego czytelnika. W środku znalazłam krótki liścik, którego treść sprawiła, że moje serce zaczęło mocniej bić.

" Czytałam pani artykuł. Spotkajmy się jutro o dwudziestej pierwszej w hotelu Savoy, w pokoju 23. Jeśli uznam, że zasługuje Pani na zaufanie, opowiem o procederze znacznie więcej".

Mój tekst dotyczył handlu szczątkami ludzkimi a do jego napisania, zainspirował mnie syn, który znalazł w Internecie oferty sprzedaży czaszek, kości a nawet zalanych formaliną organów.

- Kto to kupuje? - skrzywiłam się z niesmakiem.

- Zboczeńcy, sataniści i studenci medycyny. Nie słyszałaś, że nasi przyszli lekarze nie mają na czym ćwiczyć, bo ludzie niechętnie przekazują swoje ciała do celów naukowych?

- A skąd ... - wzdrygnęłam się - ... ci, co się ogłaszają, mają towar?

Marcin rzucił mi znaczące spojrzenie.

- Cmentarzy ci u nas dostatek a ludzie padają jak muchy - powiedział.

Temat był makabryczny, ale interesujący. Mimo wewnętrznych oporów postanowiłam przeprowadzić w tej sprawie krótkie, dziennikarskie śledztwo.

Profanowanie grobów i bezczeszczenie zwłok jest zakazane w całym cywilizowanym świecie dlatego ludzie, którzy się tym zajmują, chronią swoje tajemnice bardziej niż sycylijska mafia. Są anonimowi, ostrożni, nieufni, odporni na korupcję i prowokacje. Sprawdzają potencjalnych nabywców. Żądają poręczenia kogoś z "branży". Nie udało mi się dotrzeć ani do sprzedawców ani do klientów. Zagadnięci na ten temat studenci, nabierali wody w usta. Zarządcy nekropolii, na których dochodziło do niszczenia grobów, nie chcieli ze mną rozmawiać. Zasłaniali się dobrem społecznym i szacunkiem dla zmarłych. Z braku konkretów napisałam dyskusyjny artykuł o moralnych aspektach przekazywania ciał nauce i niejednoznacznym stanowisku kościoła w tej sprawie. Tekst nie wzbudził spodziewanego oddźwięku. Możliwe, że ludzie nie chcieli czytać o rzeczach ostatecznych.

List, który dostałam mógł przybliżyć mnie do prawdy. Mógł się również okazać niesmacznym żartem. Musiałam to sprawdzić osobiście, dlatego zdecydowałam się przyjąć zaproszenie. W końcu niczym nie ryzykowałam, poza może, narażeniem się na śmieszność. Dziś wiem, że popełniłam błąd, bo o niektórych sprawach lepiej jest nie wiedzieć.

W sobotę, piątego maja, dokładnie o dwudziestej pierwszej zapukałam do drzwi z numerem 23. Byłam trochę zdenerwowana. Obawiałam się, że nikt mi nie otworzy, albo że w progu stanie obcy człowiek nie mający pojęcia o mojej wizycie.

- Niech pani wejdzie - usłyszałam niski, kobiecy głos.

Wahałam się tylko przez moment.

W pokoju panował mrok. Żaluzje w oknach były zaciągnięte. Przy małym stoliku, na jedynym z dwóch z krzeseł siedziała ona. Pół twarzy zasłaniały jej duże ciemnie okulary. Na głowę włożyła rudą perukę z mysimi ogonkami a ciuchy, które na sobie miała, przypominały strój klauna. Jej przebranie nie wydawało się szczególnie wyszukane, ale znakomicie spełniało swoją rolę - była w nim nierozpoznawalna.

- Dobry wieczór - wyszeptałam, by nie zburzyć atmosfery tajemniczości.

Kobieta uniosła rękę i wskazała mi krzesło na przeciw.

- Jeśli ma pani przy sobie mikrofon czy jakieś inne elektroniczne cudeńko, to proszę go nie ukrywać. Zgadzam się być nagrywana - powiedziała normalnym głosem.

Postawiłam na stoliku dyktafon i nabrałam w płuca powietrza. W głowie miałam długą listę pytań.

- Napisała pani, że ...

- Nie - przerwała mi ostro - Tylko ja będę mówić. Kiedy skończę, wyłączy pani sprzęt i wyjdzie. Takie są moje warunki.

Kiwnęłam głową na znak zgody zastanawiając się jednocześnie, czy kobieta nie okaże się przypadkiem nawiedzona wariatką, która słyszy głosy i rozmawia z duchem Elvisa Presleya.

- Moja matka umarła na raka kiedy miałam pięć lat - zaczęła - Prawie jej nie pamiętam, więc nie mam poczucia straty. Wychowywał mnie ojciec, grabarz z zawodu. Byłam nieśmiałym, wycofanym dzieckiem. Rówieśnicy się mnie bali. Myśleli, że mieszkam w krypcie i śpię w trumnie. Nie miałam przyjaciół, nie miałam mamy, nie miałam rodzeństwa, dlatego ojciec był całym moim światem. Lubiłam z nim spędzać wolny czas. Często zabierał mnie ze sobą do pracy. Przyglądałam się godzinami jak kopie nowe groby albo pogłębia stare. Nie przerażało mnie to. Widok zmurszałych trumien z kościotrupami w środku stał się dla mnie z czasem czymś równie zwyczajnym, jak oddychanie.

Byliśmy zamożni. Niczego mi nie brakowało. Tato spełniał bez szemrania wszystkie moje zachcianki. Musiałam się tylko dobrze uczyć. Kiedy podrosłam, zaczęłam zachodzić w głowę, jak z pensji grabarza stać nas na własne mieszkanie, działkę za miastem, dobry samochód i markowe ciuchy? Zagadnięty na ten temat ojciec, zbywał mnie żartami. Prawdę o pochodzeniu naszych pieniędzy poznałam piętnaście lat temu, gdy nie dostałam się na studia.

- Możesz pracować ze mną a jak ci się nie spodoba, za rok spróbujesz jeszcze raz - powiedział.

- Mam kopać groby? - zdumiałam się.

- Masz dobrze zarobić na ich zawartości - wyjaśnił.

Tak wdepnęłam w ten przestępczy proceder a potem w całości go przejęłam i doprowadziłam do rozkwitu.

Może wyda się to pani wstrząsające, może uzna mnie pani za osobę pozbawioną ludzkich cech lub potencjalną pacjentkę zakładu psychiatrycznego, ale nigdy nie czułam moralnych oporów przed robieniem tego, co robię. Odkopuję umarłych i sprzedaję ich ciała. Uważam, że to nic złego. Przecież i tak by zgniły, stały pożywką dla robaków. Grzebanie zwłok to marnotrawstwo, w dodatku niehigieniczne marnotrawstwo. Ciała powinno się kremować. Z drugiej strony cieszy mnie fakt, że ludzie wybierają tradycyjny sposób pochówku, bo mogę na tym nieźle zarobić. Wbrew pozorom ja i moi ludzie nie okradamy grobów. Jeśli przy zwłokach znajdują się kosztowności, pieniądze ... zostawiamy je w ziemi. Nie wykopujemy także trumien, nawet tych najdroższych. Interesują nas wyłącznie ciała. Działamy na terenie całej Polski. Mamy stałych klientów i dość zamówień, by nie martwić się o przyszłość. Nie znam ich osobiście a ani oni nie znają mnie. Tak jest bezpiecznej. Chce pani wiedzieć jak to wygląda od strony praktycznej?

Kiedy dostaję zlecenie, przeglądam w prasie nekrologii. Muszę wiedzieć, czy obiekt zmarł śmiercią naturalną, czy spotkała go niespodziewana tragedia. Ofiary morderstw, wypadków samochodowych i katastrof, są poddawane sekcji a pokrojone i pozbawione wnętrzności ciała, nie cieszą się takim wzięciem. Po wybraniu odpowiedniej osoby, kontaktuję się z moi ludźmi, którzy idą na pogrzeb i przygotowują plan działania. Tej samej nocy rozkopują grób, wydobywają ciało i zasypują pustą trumną. To łatwe. Ziemia nie jest jeszcze tak bardzo ubita a wieńce i wiązanki znakomicie kamuflują efekty ich poczynań. Wywiezienie zwłok z cmentarza, to już pestka. Jeśli klient nie zgłasza się po odbiór natychmiast, przechowujemy "towar" w samochodzie typu chłodnia, dokładnie takim samym, jakim rozwozi się nabiał. Jeśli dopisze nam szczęście, nie musimy nawet kopać. Gdy rodzina nie życzy sobie, by podczas pogrzebu trumna była otwarta, wypełnia się ją czymkolwiek a my dostajemy ciała bezpośrednio z zakładu pogrzebowego. Są droższe, bo lepiej zachowane. Można powiedzieć - prosto z lodówki. Nie obchodzi mnie ich dalszy los. Nie wiem, co klienci z nimi robią i chyba nie chcę wiedzieć.

Naszą uboczną działalnością jest handel drobnicą - czyli szczątkami. Tu przydatni są koledzy po fachu mojego ojca czyli grabarze. Za niewielkie pieniądze gotowi są dostarczyć kilkadziesiąt kości tygodniowo. Największe wzięcie mają czaszki, stopy i dłonie. Niech mnie pani nie pyta, dlaczego.

Mogę o tym mówić bez emocji, bo nie krępują mnie więzy chrześcijańskich wartości i przywiązanie do tradycji. Nie mam wyrzutów sumienia i moralnych rozterek. Nie uważam, by moja działalność była przejawem braku szacunku dla majestatu śmierci. Proszę mi wierzyć, w śmierci nie ma nic majestatycznego - śmierć to rozkład i fizyczne dezintegracja.

Nie prześladują twarze zmarłych, którym zakłóciłam spokój. Nie obawiam się zemsty zza grobu, bo duchy nie istnieją. Mam własny kodeks moralny, który opiera się na prostej zasadzie: nikogo nie krzywdzę, więc nie grzeszę. Tylko w świetle prawa jestem przestępcą, matką chrzestną cmentarnej mafii. Swoją drogą, dziwne to prawo, które chroni godność trupów a żywym pozwala umierać, bo limity w szpitalach się skończyły. Dla mnie to czysta hipokryzja.

Chce pani wiedzieć, czy boję się wpadki, aresztowania, więzienia? Nie boje, bo to mało prawdopodobne. Nikt mnie nie widział, nikt nie zna mojego prawdziwego nazwiska ani wyglądu. Na co dzień jestem przykładną matką i żoną. Prowadzę uczciwą firmę, płacę podatki. Cmentarnym biznesem kieruję zza biurka i starannie zacieram za sobą ślady. Oczywiście biorę pod uwagę, że moi ludzie mogą zostać schwytani na gorącym uczynku, ale jestem o nich spokojna. To sprawdzona, lojalna grupa. Pójdą siedzieć a i tak nie puszczą pary z gęby. Za dobrze im płacę.

Kiedyś, gdy rozkręcałam interes i musiałam osobiście nadzorować prace na cmentarzu, zdarzało mi się widzieć zdumiewające rzeczy. Nie ma pani pojęcia, co rodziny wkładają do trumny zmarłego, by umilić mu podróż na drugą stronę. Wódka, papierosy, ulubiona fajka, erotyczna bielizna czy zdjęcia najbliższych, to standard. Inni posuwają się znacznie dalej i wsadzają trupowi do towarzystwa ulubione zwierzątko. Kilka razy zdarzyło nam się znaleźć zwłoki psa albo kota. Prawdziwe barbarzyństwo - nie sądzi pani?

Do tej pory nie mieliśmy rynek na wyłączność, ale całkiem niedawno, pojawił się ktoś jeszcze i to z tego powodu zdecydowałam się z panią porozmawiać.

Zaczęło się miesiąc temu, na jednym z łódzkich cmentarzy. Klient z Niemiec zamówił nieuszkodzone ciało młodej kobiety. Wybrałam mu dwudziestoośmiolatkę, ofiarę raka. Kiedy moi ludzie dokopali się do trumny, okazało się, że wieko jest odsunięte a ciała nie ma. W pierwszej chwili pomyślałam o tajemniczej konkurencji. Poleciłam pracownikom, by przy następnym podejściu, zostawili przy grobie strażnika. Miał dyskretnie obserwować mogiłę do czasu pojawienia się kopaczy, ale sytuacja się powtórzyła - trumna była pusta.

Nie wyznaję zasady do trzech razy sztuka, dlatego wycofałam ludzi i przeniosłam ich do innego miasta. Wolałam nie ryzykować. Przez piętnaście lat działalności, nie zdarzyło mi się nic podobnego. Czułam przez skórę, że szukują się kłopoty i miałam rację. Kolejne akcje kończyły się tak samo. Ktoś był szybszy, sprytniejszy i sprzątał nam ciała z przed nosa. Wówczas przyszło mi na myśl jedyne rozsądne wytłumaczenie, że ktoś z mojej ekipy zaczął działać na własną ręką. Był tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić.

Tydzień temu wybrałam się na oddalony od ludzkich siedzib, mały wiejski cmentarz. Towarzyszył mi tata. W zaistniałej sytuacji tylko do niego mogłam mieć stuprocentowe zaufanie. Obiektem był czterdziestoletni mężczyzną. Zawałowiec. Miał bardzo piękny pogrzeb. Czuwaliśmy przy jego grobie mniej więcej do północy. Kiedy wskazówki zegara minęły godzinę dwunastą, ojciec poszedł do auta po łopaty i liny. Ja w tym czasie zajęłam się zdejmowaniem wiązanek i wieńców. W pewnej chwili usłyszałam dziwny dźwięk dobywający się z pod ziemi, jakby szuranie. Z natury nie jestem strachliwa. Przez lata zdołałam przywyknąć do odgłosów cmentarza, ale tym razem poczułam na plecach zimny dreszcz. Szuranie stawało się coraz głośniejsze. Miałam takie wrażenie, jakby ktoś rył tunel tuz pod moimi stopami. Po chwili rozległ się głuchy, mrożący krew w żyłach łomot i stłumione trzaski. Gdyby nie obecność ojca, który zdążył wrócił ze sprzętem, uciekłabym stamtąd w dzikim popłochu .

- Słyszysz? Co to może być? - spytałam podenerwowanym tonem.

- Rury, krety, osuwająca się ziemia, jakieś drobne ruchy tektoniczne, korzenie drzew ... nie wiem - odparł, ale minę miał niepewną.

- Nie nasze zmartwienie - dodał po chwili - Bierzmy się do roboty.

Tato przekroczył sześćdziesiątkę, ale ciągle jest krzepkim mężczyzną i nie zapomniał swojego fachu. Godzinę później łopaty uderzyły o wieko trumny.

- Wygląda na nienaruszoną - stwierdził - Chyba miałaś rację. Ktoś z twoich ludzi kręci lody na własną rękę.

- Podkop od strony głowy - poprosiłam, z trudem łapiąc oddech - Potrzebuję więcej miejsca. Chcę otworzyć trumnę, by mieć całkowitą pewność.

- Ja to zrobię, bo ci jeszcze kręgosłup strzeli - zażartował i zaczął powoli odkręcać śruby. Po chwili uniósł wieko i posłał mi zdumione spojrzenie. Mimo, że noc była ciepła, zadrżałam. Trudno się do tego przyznać, ale pierwszy raz w życiu poczułam się śmiertelnie przerażana.

Zwłoki znikły, choć widziałam na własne oczy jak je zakopywano. W boku trumny ziała wielka dziura. Kiedy omiotłam ją latarką, dostrzegłam na obrzeżach strzępy ubrania i fragmenty ludzkiej tkanki. Dalej znajdował się tunel mogący pomieścić człowieka. Opadłam na kolana i zajrzałam do jego wnętrza. W nozdrza uderzył mnie odór zgnilizny. Coś tam było, ale nie umiem powiedzieć, co. Sapało, skrobało i szurało. Potem rozległ się ledwie słyszalny, wysoki pisk, chór pisków. Brzmiały ohydnie i strasznie. Nie znam zwierząt, które wydawałyby takie dźwięki.

- Zbierajmy się stąd ! - krzyknęłam spanikowanym tonem. Głęboki grób wydał mi się nagle śmiertelną pułapka.

Ojciec opuścił z trzaskiem wieko i podał mi koniec liny.

- Właź pierwsza - nakazał - Będę cię ubezpieczać.

Na górze nieco ochłonęłam. Otwarta przestrzeń i świeże powietrze, uspokoiły mi oddech. Chwyciłam łopatę i zaczęłam zasypywać dół. Tato bez słowa poszedł w mojej ślady. Kiedy mogiła przybrała pierwotny kształt, ułożyliśmy na niej wieńce i w pośpiechu opuściliśmy nekropolię.

- Co się dzieje? - spytałam, gdy znaleźliśmy się w samochodzie.

- Nie wiem, córcia - westchnął. Dłonie, którymi ściskał kierownicę, drżały - Świat zszedł na psy. Nawet na cmentarzu nie jest bezpiecznie, dlatego wolałbym, żebyś na jakiś czas zawiesiła główną działalność. Ogranicz się do drobnicy.

Tak też zrobiłam. Ludzie dostali bezterminowe urlopy i klienci zapewnienie, że wkrótce się do nich odezwę.

Nie znam się na dziennikarskiej robocie, ale myślę, że ktoś powinien poinformować społeczeństwo o dziwnych stworzeniach, które zagnieździły się pod ziemią i porywają ciała zmarłych. Może to jakiś nowy groźny gatunek? Co będzie jeśli kiedyś wyjdą na powierzchnię i zaczną polować na żywych?

Koniec. To wszystko. Żegnam.

Wyłączyłam dyktafon, podniosłam się z krzesła i zgodnie z umową opuściłam hotelowy pokój.

Nie potrafię powiedzieć, czy kobieta mówiła prawdę i nie mam możliwości, by zweryfikować jej słowa. Policja mnie zignorowała, uznając taśmy za bełkot wariatki.

Naczelna pisma, w którym pracują, odmówiła ich opublikowania z tych samych powodów, więc musiałam udać się do konkurencji. Rozum mi mówi, że nie istnieją stworzenia porywające z trumien martwych ludzi, ale na wszelki wypadek, przeprowadziła z rodziną poważną rozmowę i wyraziłam życzenie, by po śmierci poddali moje ciało kremacji.

Autor: Aleksandra Jarząbek

Oceń:
36
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!