Historia

Wciąż patrzą 29

kuro 7 3 lata temu 3 079 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Początek serii: http://straszne-historie.pl/story/11034-Wciaz-patrza

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Kiedy otwieram oczy, poraża mnie światło. Fala blasku zalewa mój umysł. Połyka. Roztrzaskuje. Powieki wciąż palą żywym ogniem. Powietrze, którym zaciągnęłam się przed zaśnięciem, zdaje się ciągle zalegać w moich płucach. Poruszam językiem, chcąc usunąć uczucie suchości, ale zamiast tego, gorzki smak paraliżuje moje zmysły.

Odruchowo mrużę oczy. Kiedy zauważam, że znajduję się w pokoju, podnoszę ciało do pozycji siedzącej. Mam zawroty głowy. Trochę mi niedobrze. Boję się, że zaraz zwymiotuję, choć tak naprawdę nie mam co zwrócić. Jestem piekielnie głodna. Przeciągam dłonią po skórze policzka. Jest taka gładka. Taka papierowa. Dawno dotykałam czegokolwiek, więc wszystkie nerwy rejestrują bodźce z zewnątrz z większą czułością. Nie pamiętam prawie nic, poza zimnem, szeptami. W myślach rozbrzmiewa jeszcze ciche echo śpiewu Marty i właśnie w tej chwili napływają do mnie wspomnienia.

Odrzucam koce, które okrywają szczelnie moje ciało. Wygrzebuje się z uścisków kołder. Ponownie studiuję budowę własnego ciała. Muskam opuszkami swoje rzęsy. Ja widzę. Jestem zdrowa.

Nie zważając na brak siły i lekki ból w kościach, podbiegam do lustra, potrącając po drodze szafkę. Przytrzymuję wazon. Hałas wypełnia całe pomieszczenie. Kiedy staję przed gładką taflą, przez długą chwilę nie potrafię zobaczyć niczego, oprócz porażającego światła. Promienie słońca zasłaniają moje odbicie, osnuwając wszystko mgłą z wirującego w powietrzu kurzu. Wszystko jest takie rozmazane. Ledwo słyszę kroki, zbliżające się do pokoju, ponieważ szalone bicie serca zagłusza dźwięki wokół.

W końcu dostrzegam swoje odbicie. Z niedowierzaniem dotykam zimnej nawierzchni lustra. Jestem zdrowa. Naprawdę jestem zdrowa. Wtedy też promienie słońca chowają się za kłębem chmur i pomieszczenie ciemnieje. Cofam się o krok, nie mogąc uwierzyć. Przerażenie wypełnia moje płuca. Strach rozdziera brzuch. Lęk zanurza brudne palce w skórze, rozrywając ją na kawałki. Panika zaczyna mnie ćwiartować, a histeria odbiera zdolność do myślenia. Upadam. Podłoże przygwożdża to ciało. Wbijam wzrok w dłonie, które z każdą chwilą drżą coraz bardziej. Prawa ma ciemniejszy odcień, lewa jest mniejsza. Zrzucam z siebie jedwabną koszulę. Szwy ciągnął się przez cały mój tułów. To nie jest moje ciało. To nie jestem ja. Powinnam mieć przynajmniej ślady po zgniłych ranach. Powinnam mieć...

Moje nogi nie są moje.

Moje dłonie nie są moje.

Moje oczy nie są moje.

Moje płuca nie są moje.

Wbijam paznokcie w skórę na brzuchu. Są też w środku. To serce nie należy do mnie. Zaczynam rozdrapywać szwy. Muszę ich stamtąd wyciągnąć. Moi przyjaciele. Moi przyjaciele. Nie potrafię powstrzymać piekących łez. Drzwi nagle się otwierają. Podnoszę głowę, wciąż nie przestając rozrywać skóry. Marta mierzy mnie zalękniętym wzrokiem. Za nią dostrzegam służące. Jedna z nich znika z pola mojego widzenia i po chwili słyszę odgłos wymiotów.

Szkarłat pokrył moje ręce do łokci. Dywan przesiąkł lepką mazią i słonymi łzami. Muszę ich uratować. Muszę ich wyciągnąć. Muszę...

- Dobry Boże. – rozlega się szept.

Moje palce natrafiają na kawałek jednego z przyjaciół. Zaczynam wyciągać go z siebie. Już wszystko będzie dobrze. Już zaraz będziemy się bawić i śmiać. Ból paraliżuje moje ruchy, ale wiem, że nie mogę się poddać. Moi przyjaciele muszą być bezpieczni.

- Wezwijcie pana. Szybko!

Zaplątuje nadgarstek w coś długiego. Nie mogę wyciągnąć ręki. Czas ucieka. Ból narasta. Robi się okropnie zimno i zaczynam drżeć. Przenoszę błagalny wzrok na Martę, która zasłania dłonią usta. Pobladła.

- Pomocy... – szepczę. – Pomóż mi ich uwolnić.

Krew osiadła na moich wargach. Wyciągam szyję w stronę drzwi, usiłując krzyknąć, jednak głos łamie się już w moim gardle.

Słabo mi.

- Izabelo. – brzmienie taty sprawia, że czuję się nieco lepiej. Może on mi pomoże. Może on uratuje moich przyjaciół.

Tracę kontakt ze światem.

- Izabelo, czemu wstałaś?! – panika kołacze się w jego słowach.

- Moi przyjaciele...

- Przynieście narzędzia!

Świat gaśnie. Zostaję pochwycona i zamknięta w ramionach ojca. Owija mnie prześcieradłem, nie zważając na rękę, która ciągle tkwi we wnętrzu brzucha. Zaczyna docierać do mnie, co się stało przed przebudzeniem. Zaczynam rozumieć.

- Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego...

- Jesteś już zdrowa, kochanie. Całkowicie. Tylko zeszyjemy to małe rozdarcie.

- Dlaczego ich zbiłeś? – szepczę ledwo słyszalnym głosem.

Po chwili rozumiem, że nic już nie jest w stanie przywrócić przeszłości. Nic nie wskrzesi tych, na których czekam. Zamordowali moich przyjaciół. Zabili ich. Nie chcę mieć ich ciał. Nie chcę być częścią nich. Chcę swoje ciało. Chcę swoje dłonie. Jestem zbyt słaba, by się rozpłakać. Naprawdę, chciałabym być martwa. Zamykam na chwilę oczy, zmęczona tym całym bólem, a gdy ponownie je otwieram, znajduję się już w całkowicie innym miejscu. To dzieje się tak szybko, że nawet nie zdążyłam pomyśleć, jak bardzo nienawidzę...

Wiatr rozwiewa moje włosy. Ptaki śpiewają chaotyczne melodie, siadają na drzewach i przekomarzają się ze sobą. Zapach wiosny wypełnia moje nozdrza. Zastanawiam się jak to możliwe. Tak nagle znalazłam się w ogrodzie, z zimy zrobiła się wiosna. Jak długo byłam nieprzytomna?

- Wyspana?

Rozlega się głos nad moją głową. Patrzę ku górze. Mam problemy z rozpoznaniem twarzy kobiety.

- Marto... – wykrztuszam z trudem.

- Dobrze się czujesz? Nic cię nie boli?

Nie potrafię przypomnieć sobie, o czym mówi. Rozglądam się po ogrodzie. Pąki dopiero pojawiły się na gałęziach. Gdzieniegdzie widać jeszcze pozostałości śniegu. Chłodny wiatr świadczy o tym, że zima niedawno opuściła ten świat.

- Jak długo spałam?

Milczy. Otula mnie kocem.

- Przewieść cię po ogrodzie?

Nie rozumiem, o co jej chodzi. Dopiero kiedy zaczynamy się przemieszczać, zauważam, że siedzę na wózku.

- Gdzie tata?

- Pan Fenery zaraz wróci.

Zaciskam palce w pięść. Czuję swoje mięśnie.

- Co się stało? – szepczę bardziej do siebie, ale Marta mi odpowiada.

- Możesz być nieco odrętwiała, panienko. To minie po kilku godzinach. Wciąż jesteś na lekach uspokajających.

- Na lekach?

Podjeżdżamy pod kapliczkę. Przemierzając posesję, zauważam, jak bardzo jest cicho. Nie słychać krzyków bawiących się dzieci. Nie widzę moich przyjaciół.

- Jak długo spałam? – postanawiam znów spróbować wydobyć tę informację.

- Kilka tygodni była panienka nieprzytomna. Ale już jest dobrze.Choroba została wyleczona.

- Zostałam wyleczona? – powtarzam bezmyślnie usłyszane słowa.

Wspomnienia błądzą gdzieś w mojej głowie. Rozchlapują się na dłoniach, na które patrzę. Coś sobie przypominam. Jakiś ogromny żal rozpoławia moje serce, ale wciąż nie rozumiem czemu. Nie mogę sobie przypomnieć. Nie cieszę się nawet z tego, że wyzdrowiałam. Zaciskam palce na materiale koca. Czemu czuję się tak dziwnie? Zupełnie, jakbym była dla siebie obca.

- Marto, przygotuj mi dokumenty, o które prosiłem.

Moje źrenice zamieniają się w maleńkie kropki, kiedy słyszę jego głos. Jest głęboki i opanowany jak zwykle. Głos mojego ojca. Człowieka, którego kocham, a jednak wywołuje u mnie tylko przerażenie. Ogromne, dławiące przerażenie.

- Tak. Oczywiście przygotuję je.

Nie odwracam głowy, nawet jeśli uświadamiam sobie, że jest tuż obok. Nienawidzę. Nienawidzę.

- Izabelo, popatrz na mnie.

Nie patrzę na niego. Nie patrzę na niego.

- Coś nie tak? – czuję dotyk na swojej skórze.

W jednej sekundzie wszystko staje się jasne. Działanie leku znika, ustępując miejsca wściekłości. Zabił je. Zabił te dzieci i pozszywał mnie z ich ciał. One są częścią mnie. Są w środku. Przed oczami pojawiają mi się okropne obrazy. Widzę krwistą maź, nieruchome kończyny, rozpłatane czaszki. Widzę zwisające fałdy skóry, która nie jest moja. Nie jest. Nie. I słyszę ten śpiew. Rozpoznaję każdą nutę. Każdy dźwięk wbija się we mnie z ogromną mocą. Oszaleję. Zaraz oszaleję.

Chwytam się za głowę. Kiwam swoim ciałem w lewo. I w prawo. W lewo. W prawo.

- Izabelo.

Zrywam się na nogi z dzikim krzykiem. Koc uniemożliwia mi swobodne poruszanie nogami. Zaraz upadnę. Nie mogę upaść.

- Nie! – mój ojciec wrzeszczy, zmierzając powoli w moją stronę. – Nie możesz wykonywać gwałtownych ruchów, kochanie. Szwy jeszcze się nie zagoiły.

Przyciskam te ohydne, obce dłonie do swoich policzków. Są zimne. Zbyt zimne. Są takie nieżywe.

- Izabelo, wróć na wózek.

- Izabelo, nie dotykaj szwów.

- Izabelo, chodź do mnie.

Nagle wokół pojawia się kilku ludzi. Służba otoczyła mnie z każdej strony, prosząc, bym usiadła i przestała się denerwować. Marta jest kilka kroków przede mną. Wyciąga dłoń, zachęcając mnie do uległości.

- Nie jesteś kompletnie zdrowa. – mówi tata. – Jeśli stracisz jeszcze trochę krwi, nie zdołam cię uratować. Kochanie, wróć na wózek. Musisz poczekać, aż szwy się zagoją.

- Gdzie one są!? – dławię się literami.

- Kto?

- Dzieci! Gdzie są... dzieci.

Zaczynam płakać. Łzy zawieszają się na mojej brodzie, ponieważ odpowiedź jest dla mnie oczywista.

- Izabelo! – krzyczą.

Krzyczą. Krzyczą.

Cofam się, nieustanne kręcąc głową. Nie. Nie pozwolę. Nie. Nie chcę tego życia. Nie chcę.

Zaczynam biec. Za sobą słyszę zbliżające się głosy. Nie jestem w stanie w pełni kontrolować mięśni nóg. Nie słuchają mnie. Nie chcą biec. Ktoś znów krzyczy. A ja panikuję i kiedy już znajduję się przy brzegu sadzawki, zostaję pochwycona.

Obraz wokół mnie spływa krwistymi barwami. Odskakuję w bok. Wrzeszczą, bym przestała się szarpać. W powietrzu unosi się szok. Histeria przejmuje władzę nad każdym ruchem. Zauważam, że szwy pękły. Wtedy też wszystko, co robię, skupia się na chęci przetrwania. Mój instynkt każe mi nie dać się złapać.

Potykam się. Moje bose stopy znikają w gęstym mule, a woda sięga prawie do kolan. Chyba przebijam czymś stopę, ponieważ czysta woda wokół mnie przyjmuje czerwoną barwę. Dopiero po dwóch uderzeniach serca zauważam, że krew wypływa z mojego barku. Usiłuję się ratować, ale reakcja jest opóźniona. Woda pochłania mnie w całości.

Jest okropnie zimno. Na powierzchni widzę zniekształcone twarze, wpatrujące się w taflę. Wrzeszczą. Proszą. Płaczą. Kilku z nich wskakuje w głębiny w poszukiwaniu mojego ciała, ale ja wiem, że już nie zostanę odnaleziona. Wystarczy kilka chwil, bym straciła świadomość, wykrwawiając się na dnie. Ostatnia myśl, jaka mi towarzyszyła, była nasycona nienawiścią do tego okropnego miejsca. Do tych okropnych ludzi. Nienawidzę ich. Nienawidzę. Nienawidzę...

Moi drodzy przyjaciele, nie pozwolę światu o was zapomnieć.

Podarowano mi ocean.

***

Staję na brzegu. Dokładnie kilka milimetrów dalej, woda styka się z ziemią. Moje buty brudzą się błotem. Wdycham mroźne powietrze. Lada dzień spadnie śnieg. Biały puch okryje świat, sprawiając, że wszystko będzie wyglądało jak posypane cukrem. A ja będę wtedy w domu.

Okrywam się szczelniej grubym swetrem. Krzyżuję ramiona, pocierając dłonie o materiał. Mój oddech to gęsta chmura, która błyskawicznie rozpływa się w powietrzu z każdym kolejnym wydechem. Dygoczę z zimna. Mróz przybrał na sile, więc sadzawka pokryła się cienkimi kawałkami lodu, które kołyszą powiewy wiatru. Moje usta rozchylają się bez pozwolenia. Wciąż patrzę na mętną wodę, myśląc o tym, jak bardzo była przerażona.

Jak bardzo musiała cierpieć?

Przez te wszystkie dekady, usiłowała pokazać światu swoje cierpienie. Jej nienawiść trzymała wszystkie umęczone dusze w tym miejscu. Oni krzyczeli, jednak świat nie mógł ich usłyszeć. To okropne dla ludzi, którzy są tu, żywi, jak i dla nich, tych umarłych. Wszyscy w tym miejscu skazani byli na cierpienie, ale teraz... teraz nie ma już nic.

Przykucam nad brzegiem, biorąc grudkę ziemi i rzucam ją do wody. Rozlega się cichy plusk. Jeśli ona tam wciąż jest, to niech spoczywa w pokoju. Niech odejdzie z tego miejsca i przestanie karmić się nienawiścią. Jej cierpienie dobiegło końca. Biorę kolejną grudkę, jednak zanim rzucam ją do wody, prostuję się i patrzę na dziewczynkę, stojącą na drugim brzegu. Jej oczy nie są wypełnione krwią. Nie dostrzegam też tego grymasu na twarzy. Jest spokojna. Całkowicie spokojna. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że wypełnia ją swego rodzaju euforia.

- Więc... – pociągam nosem. – To chciałaś powiedzieć?

Odpowiada mi skinieniem. Uśmiecham się lekko, zdając sobie sprawę z tego, jak muszę teraz wyglądać. Tylko ja ją widzę. Tylko ja mogę się z nią porozumiewać i jeśli ktokolwiek by mnie teraz zobaczył, podarłby mój wypis z psychiatryka na strzępy.

- Czy to koniec?

Izabela patrzy mi prosto w oczy, co jest nieco przerażające. Ponownie kiwa głową.

- Wielu rzeczy jeszcze nie rozumiem. Czy mogłabyś mi je wytłumaczyć? Dlaczego to musiałam być akurat ja?

Przełykam ślinę. Chyba moje gardło pokryło się lodem. Grudniowe słońce wisi nisko nad ziemią, chowając swój blask za mglistymi chmurami. Wszystkie pytania, na które chciałabym znać odpowiedź, skazane są na pozostanie tajemnicą. Odpuszczam więc zadawanie ich i ocieram swoje oczy. Żal szarpie moje wnętrzności, a ja nie rozumiem, skąd się wziął, czemu nie potrafię go zignorować.

- Możesz już spokojnie odejść. – mówię cicho. – Już jesteś wolna. Będę o tobie pamiętać, Izabelo. Nie martw się o to. Będę pamiętać o wszystkim.

Kilka łez spływa po moich policzkach. Moje opanowanie diabli wzięli, a rozum został gdzieś między światami i czeka, aż go odnajdę.

- Będę pamiętać o twoim cierpieniu. – szepczę. – I o tym, jak bardzo kochałaś. I o twoim poświęceniu. I o oddaniu. I o wszystkim. O wszystkim będę pamiętać.

Zaciskam palce na grudce ziemi, która niemal rozpada się pod naciskiem mięśni.

- Nigdy nie zapomnę.

Teraz płaczę. Bo nie wiem, co innego mogłabym zrobić. Płaczę, bo nikt inny nie płakał, kiedy świat potrzebował łez. Ocieram twarz rękawem, a srebrne wstęgi zdają się nie kończyć. Po prostu płyną wartkimi strumieniami.

Ni stąd, ni zowąd pojawiają się płatki śniegu. Opadają na moje białe włosy, tworząc koronę z mrozu. Brązowo szara trawa pokrywa się puchem. Z każdą minutą drzewa przystrajają się w kołdry.

- Dziękuję.

Jej cichy głos ledwo dociera do moich uszu. Nieruchomieję, bojąc się, że wymyśliłam sobie ten dźwięk. Kiedy podnoszę wzrok, po drugiej stronie nie zauważam niczego. Wita mnie kompletna pustka. Mam ochotę zawyć jeszcze głośniej, jeszcze rozpaczliwiej, ale duszę w sobie te żałosne emocje, daję sobie chwilę na opanowanie zmysłów i odwracam się na pięcie.

Z uśmiechem odchodzę w stronę posiadłości, myśląc o tym, jak wiele dla nich zrobiłam. Czuję się potrzebna. Chichoczę. No... to teraz czas też na mnie. Jak twierdzą lekarze, jestem już zdrowa, dlatego mogę opuścić ośrodek. I tak właśnie zrobię. Nic mnie już tu nie trzyma. Tak cudownie jest być wolną.

W kieszeni spodni znajduję medalion, który dał mi cień Zośki i jeszcze raz powtarzam sobie w myślach przysięgę złożoną temu miejscu. Nie zapomnę. Nie zapomnę.

***

- Przewieźli już moje rzeczy?

- Tak. Nie było tego wiele.

- No. A mogłoby się wydawać inaczej. W końcu spędziłaś tu pory kawał życia.

Aleksy pomaga mi uporać się zresztą papierków do wypełnienia. Jeszcze parę podpisów i będę mogła uznać siebie za człowieka, który jest człowiekiem naprawdę, bez udawania. Z każdą chwilą widzę przed sobą coraz dłuższy szereg nowych możliwości. Będę mogła wychodzić do sklepu, kiedy chcę. Będę mogła chodzić na kawę z Aleksym. Kupię mieszkanie, skończę szkoły, przygarnę kota imieniem Stanisław. Wszystko już będzie dobrze. Pełzak pewnie też się ucieszy. W końcu będzie miał się kim zajmować, skoro ja już nie potrzebuję niańki.

- Jeszcze tu. – wskazuje na puste pole.

- Ok.

Moje dłonie oduczyły się pisania, dlatego litery wyglądają jakby miały lekkie upośledzenie umysłowe.

- No nieźle, Picasso.

- Zamknij się. Twoje pismo jest równie koszmarne. Pamiętam. – oznajmiam z nutą wyższości.

- Moje pismo przynajmniej jest czytelne.

Prycham i uderzam go pięścią w bok. Aleksy śmieje się. Chciałabym mu powiedzieć o tym, kogo spotkałam przy sadzawce. Chciałabym, by on też wiedział, co tak naprawdę widziały te mury, ale ustaliliśmy, że zachowam to dla siebie. Wezmę na siebie całą prawdę, ponieważ Aleksy nie chce o tym słyszeć. Postanowił udawać, że nic podobnego nie miało miejsca. Rozumiem jego podejście. Nie powiem mu o Izabeli.

- Skończone. – składam papiery na stos.

- Jak się czujesz z tym, że wychodzisz? – pyta.

- A jak mam się czuć?

- Nie będziesz tęsknić?

Unoszę lewą brew.

- Ha. Ha. Ha. Widzę, że humor ci dzisiaj dopisuje.

- Masz już plany?

- W sumie... nie. Pewnie najpierw zwinę kasę od rodziców i się wyprowadzę. No i oczywiście wyjdę z tobą na kawę. Pamiętaj, że stawiasz.

- Taa. – w jego głosie wyczuwam dziwną nutę. Niepokoi mnie to.

- A Ty znalazłeś już uczelnie?

- Z tą moją uczelnią to jest tak, jak z naszą kawą.

Spoglądam na niego pytająco.

- To wszystko musi poczekać, bo widzisz... chciałem powiedzieć ci to wcześniej, ale nie czuję się normalnie.

- To znaczy?

Figa podpełzła do Aleksego, kładąc swoje szponiaste dłonie na jego kolanie. Przytula się ukradkiem do spodni, mrucząc uspokajająco. Odruchowo rozglądam się w poszukiwaniu Pełzaka. Gdzie polazł ten głuptas?

- Zapisałem się na terapię.

Serce zatrzymuje się na czas, który mózg przeznacza na przeanalizowanie tego zdania. Przerażenie wypełnia wolną przestrzeń między żebrami i pełznie do gardła, chcąc się wydostać na zewnątrz. Terapia? Tutaj? Przecież Aleksy jest zdrowy.

- Czy to żart? – śmieję się.

- Nie. Od jutra jestem pacjentem.

Nie wierzę w to, co słyszę.

- Czemu? Przecież jesteś zdrowy, Aleksy... przestań się wygłupiać, do cholery.

Wstaje bez słowa. Odchodzi kilka metrów, po czym odwraca się i mówi.

- Przez to wszystko, nie czuję się zrównoważony. Jestem chory. Dlatego chcę spróbować się wyleczyć.

Odchrząkuję. Nie wierzę. Nie wierzę. Nigdy w to nie uwierzę.

- Nie chcę, żebyś tu został. – szepczę.

- Hanno. – zmusza mnie do spojrzenia w jego stronę. – Poczekaj na mnie. Proszę. Poczekaj na mnie.

Moje wargi się rozchylają, gotowe do wypowiedzenia kilku słów, ale niespodziewanie okazuje się, że nie mogę ułożyć sensownego zdania, ponieważ ktoś ukradł mi wszystkie litery.

- Poczekaj na mnie.

Kręcę głową, usiłując powstrzymać piekące łzy. Jak mam czekać? Jak mam, kurwa, na niego czekać, skoro już zbyt długo czekałam? Co za...

- Debil.

Śmieję się sama z siebie. I z własnego życia, które nie dość, że jest cholernie bolesne, to w dodatku nielogiczne. Koszmar. Aleksy wzdycha, zbiera wszystkie papiery i odchodzi, niosąc moją wolność do recepcji. Zanim znika, upewniam się, że w pobliżu nie ma nikogo, wciągam powietrze, a potem mówię dość głośno słowa, których wcześniej nie mogłam znaleźć.

- Oczywiście, że będę na ciebie czekać. Ale musisz obiecać, że wrócisz.

Echo jego kroków milknie. Pozbawiam się nadziei, że słyszał te żałosne zdania. Pewnie zniknął już w sąsiednim pomieszczeniu, zanim doleciał do niego dźwięk mojego głosu. I dobrze. Lepiej, żeby nie wiedział, że jest wszystkim, czego potrzebuję i czekałabym na niego, nawet gdybym wiedziała, że nigdy nie wróci. To mój Aleksy. Jest jedynym człowiekiem, któremu ufam. Oddałabym za niego powietrze, księżyc, gwiazdy, serce. Wszystko, bym oddała, ponieważ jest tym wszystkim, czego potrzebuję.

- Jasne, że wrócę. Obiecuję.

Mogę przysiąc, że właśnie się uśmiecha, a ja płonę ze wstydu. Moje zażenowanie nie trwa jednak długo, ponieważ rodzice wchodzą do budynku i zabierają mnie do domu. Ich twarze z wymuszonym uśmiechem rozbawiają mnie do tego stopnia, że parskam na głos śmiechem. Jakie to wszystko jest beznadziejne.

Zabieram resztę rzeczy. Przeciągam palcami po włosach, czując wzbierającą ekscytację. Przemierzam ten korytarz ostatni raz, ze świadomością, że już nigdy tu nie wrócę. Jestem wolna. Jestem tak cholernie wolna. Moje kroki odbijają się do ścian, niosąc echo po wszystkich pomieszczeniach. Widzę drzwi. Widzę, jak się otwierają, wypuszczając mnie na wolność, a kiedy przechodzę przez próg, wszystko nagle znika. Cały ten strach. Cały ból i stres. Wszystko jest po mojej stronie. Pełzak uczepił się pazurami rękawa swetra. Nie wie, co się dzieje. Zerkam w górę, zauważając w oknie Aleksego i Figę. Cień przylgnął do szyby, wpatrując się w nasze sylwetki. Ona również nie chce tam zostać, ale już za kilka tygodni, może nawet dni będziemy wszyscy razem. We czwórkę.

Zanim wsiadam do auta, uśmiecham się do Aleksego. Odwzajemnia mój uśmiech. Salutuje, a ja tłumię w sobie uczucie żalu. Przecież on wróci. Obiecał.

Zamykam drzwi samochodu. Pełzak wskakuje na moje kolana i mruczy cicho. Kiedy silnik zaczyna pracować, wzdycham, łapiąc strzępki powietrza. Kaszlę. Daję sobie chwilę na ogarnięcie myśli. Już zapomniałam, jak dławiąca potrafi być wolność.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/12608-Wciaz-patrza-30-Zakonczenie

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Kobieto puchu marny ;) blagam nie koncz. Co ja bede czytac?? Gdzie bedzie pelzak figa aleksy i hanna?? Niee. Bede plakac. Noooo
Odpowiedz
Niee. Ja nie chce końca. Co ja będę robić w każde niedzielne popołudnia? :(
Odpowiedz
Początek wbił mnie w fotel, po prostu WOW!! Opowiadanie jak zawsze świetne, szkoda, że to już prawie koniec :( Mam nadzieję, że niedługo znajdę na tej stronie kolejne Twoje dzieła ;)
Odpowiedz
To było... piękne! Ale jeszcze coś zostało, prawda? To nie może być koniec! ;-; Czekam na następną część!
Odpowiedz
Ostatnia część za tydzień ;)
Odpowiedz
Julia Kierepka dzięki Bogu, bo nie byłam przygotowana emocjonalnie, żeby już dzisiaj przezywać rozstanie :(
Odpowiedz
Julia Kierepka nie lubię cię :P jak możesz konczyc tak dobra serię :( A moze by tak , teraz seria z aleksym ?
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje